user_mobilelogo

Blog o leczniczej mocy naturalnego, nieprzetworzonego pożywienia

Licznik odwiedzin

© 2009-2015 by GPIUTMD

Wszystkie wpisy alfabetycznie

Strona główna
środa, 10 sierpień 2016 00:00

Zielona herbata - azjatycki napój bogów

 

Moją ulubioną herbaciarnię na Saskiej Kępie z uroczym staroświeckim klimatem i meblami jak u prababci, którą pamiętam od zawsze – zlikwidowali. W jej miejscu otworzyli kolejną kawiarnię – sieciówkę z menu standardowym, zestandaryzowanym i zglobalizowanym. Kawiarnie rosną jak grzyby po deszczu a herbaciarni ubywa. Każda kawiarnia ma w swojej ofercie również herbaty. Najczęściej z torebki. Zamawiam zieloną, Pani przy kasie wyciąga wielgachną szklankę jak do Latte, krzywię się a raczej jest do grymas cierpienia, ale nic nie mówię. Pani jest empatyczna, wychwytuje ślad bólu mentalnego na mojej twarzy „Coś nie tak?“ W szklance nie?“. „Nie“ – kiwam głową – „w filiżance“. „My to tak serwujemy, ale oczywiście może być w filiżance“. Wsypuje fusy luzem do filiżanki i zalewa je wrzątkiem z automatycznej maszyny, para aż bucha z brzucha filiżanki mi przeznaczonej. Bólu mentalnego na mojej twarzy tym razem obsługująca nie widzi, bo jest odwrócona do mnie plecami.

Męczę ten gorzki napój o kolorze żółtym z nutką pomarańczy, z którego wyjąć fusów – bez poparzenia się - się nie da i myślę sobie o tym, jak w dziejach ludzkości zagubiliśmy sztukę kamieniarską.  Pomimo pozornego postępu nie mamy na dzień dzisiejszy takich umiejętności technicznych w zakresie obróbki i budowania z kamienia jak mieli XIV-XV-wieczni kamieniarze, nie wiemy jak robili pewne rzeczy i nie jesteśmy w stanie ich odtworzyć. I pewnie ze sztuką parzenia herbaty będzie podobnie, bo i ponoć w Azji powoli chyli się ona ku upadkowi, gdyż gros Azjatów jest zafascynowana zachodnim stylem życia i raczej sięgną po Colę niż zieloną herbatę (o zgrozo!).

Chociaż żeby nie było, że wszędzie jest tak źle – w mojej ulubionej kawiarni Nero Green na Placu Konstytucji podają zieloną herbatę oddzielnie, w koszyczku, pouczają, żeby odczekać kilka minut przed zaparzeniem i nie parzyć zbyt długo.

Wiele osób zieloną herbatę traktuje w dalszym ciągu jako napitek egzotyczny. Wielokrotnie spotkałam się ze stwierdzeniem, że zielona herbata jest niedobra, bo jest gorzka. Jeśli przyrządzona tak jak we wspomnianej na wstępie kawiarni – rzeczywiście tak będzie. Na gorzkość zielonek herbaty wpływa obecność składników pod nazwą antocyjany. Są one cierpkie, jeśli jest ich za dużo, herbata nie jest dobrej jakości. Herbata zielona do kupienia w dyskontach za 3-4 zł. po prostu nie może być smaczna.   

Właściwości zdrowotne zielonej herbaty

Pod względem składu chemicznego herbata jest bardzo skomplikowana – do dziś zidentyfikowano ponad 500 składników w niej zawartych.

Z nich, najczęściej wymienia się polifenole - organiczne związki o właściwościach przeciwutleniających, z czego w herbacie zielonej najpoważniejszą grupę stanowią katechiny. Dla przypomnienia – procesy utleniania – to procesy wysypu wolnych rodników – przyśpieszony proces starzenia i obniżenie odporności.

Zatem wszystkie składniki przeciwutleniające (tzw. antyoksydanty) są substancjami przeciwstarzeniowymi i przeciwdegeneracyjnymi.

Herbata zielona i popularniejsza w naszym regionie herbata czarna – to ta sama roślina, z tym że herbata zielona jest niefermentowana, zaś czarna – fermentowana. Istnieje jeszcze rodzaj pośredni – półfermentowana herbata ulung.

W herbacie zielonej dobroczynnych polifenoli jest zwykle od 15 do 35% (w zależności od gatunku), tymczasem w herbacie czarnej – już o ponad połowę mniej, gdyż większość tych związków utlenia się w procesie fermentacji.

Nie wnikając za bardzo w chemiczny skład herbaty zielonej, tak aby artykuł ten był lekkostrawny napiszę tylko, że na dzień dzisiejszy potwierdzono następujące działanie zielonej herbaty:

-       Przeciwdziała skutkom napromieniowania i migrenom

-       Wspomaga absorbcję witaminy C

-       Redukuje stężenie lipidów i cukru we krwi

-       Obniża wysokie ciśnienie krwi

-       Uszczelnia włosowate naczynia krwionośne (obecność rutyny)

-       Działa przeciwutleniająco (przeciwstarzeniowo)

l-       Działa sterylizująco i przeciwzapalnie

-       Zmniejsza odporność bakterii na antybiotyki

-       Przeciwdziała rakowi i mutacjom

-       Zawiera duże dawki witamin z grupy B, C, A, E, P, K

-       Ma korzystny wpływ na zęby (ze względu na zawarte w niej pierwiastki śladowe)

-       Poprawia wzrok

-       Wspomaga trawienie

-       Potrafi powstrzymać biegunkę ale również zapobiega zaparciom

-       Łagodzi działanie alkoholu (uzupełnia wit. C i odtruwa wątrobę).

Jak widać dobroczynne działanie zielonej herbaty jest naprawdę imponujące. Nic dziwnego, że wielu praktyków TCM stosuje samą herbatę do leczenia, dobierając odpowiednio gatunek i częstotliwość picia do stanu pacjenta. Należy pamiętać, że z każdym potencjalnie cudownym środkiem można przesadzić, nawet wody można wypić za dużo i doprowadzić się w ten sposób do śmierci. Zawsze należy pamiętać o zasadzie złotego środka.  

Kiedy pić a kiedy nie

Dobór herbaty i dawki jest oczywiście sprawą indywidualną. Niemniej dla względnie zdrowej osoby w okresie letnim – 1-3 filiżanki dobrej jakościowo herbaty zielonej dziennie są jak najbardziej wskazane. Dlaczego w okresie letnim? Ponieważ zielona herbata ma działanie wychładzające (termikę zimną), nawet pita na ciepło (w przeciwieństwie do czarnej - lekko ogrzewającej). Zimą w naszym klimacie herbaty zielonej nie polecam, no chyba, że jesteśmy przegrzani. 

Jak zaparzać

Nie jestem wielką specjalistką od parzenia zielonej herbaty, biorąc pod uwagę, że jest to cała sztuka, którą można zgłębiać wiele lat a nawet całe życie.

Najsłynniejszy specjalista od herbaty - Lu Yu (733-804) napisał 3-tomowe dzieło swojego życia zatytułowane „Księga herbaty“, w której zawarł własną wiedzę w temacie, wynikłą z kilkudziesięciu lat badań nad herbatą.

Niemniej zasady podstawowe są takie, że liście zalewamy wodą o temperaturze 80°C i parzymy ok. 3 minut. Następnie liście usuwamy. Kolor tak przygotowanego napoju będzie bardzo delikatny (w zależności od rodzaju herbaty). Osobiście bardzo lubię herbatę z gatunku sencha, szczególnie parzoną z dodatkiem prażonego ryżu, który nadaje jej charakterystycznego aromatu. Osobom, którym zielona herbata do tej pory kojarzyła się z gorzkim, niesmacznym napojem proponuję kupić odrobinę dobrej jakości senchy i zaparzyć ją we właściwy sposób. Będziecie zdziwieni tym delikatnym smakiem :-).

Kwestia 80°C jest nieco kłopotliwa, zwykle wystarczy wlać wrzątek do filiżanki odczekać kilka minut i dodać liście. Czasem jednak trudno wyczuć ten właściwy moment, na szczęście na rynku są już dostępne czajniki elektryczne, w których można ustawić temperaturę, do jakiej woda ma się zagotować. Sama taki czajnik posiadam i sprawdza się doskonale. Jest to poniekąd profanacja, skoro Lu Yu poświęcił sporo miejsca w swoim dziele na opis typu drewna :-).

Czego nie robić

W TCM obowiązują następujące zakazy:

-       nie pić herbaty z poprzedniego dnia (herbatę pić świeżą, tuż po zaparzeniu) - traci ona bowiem wiele ze swych cennych składników,

-       nie popijać herbatą leków – dotyczy to leków zachodnich, ale i żeń-szenia, korzenia dzwonkowca kosmatego, korzenia powojnika chińskiego i in. – działanie leków może zostać zahamowane.

Wykorzystanie pozakulinarne

Z zielonej herbaty, ze względu na jej liczne drogocenne substancje - robię naturalny tonik do twarzy. Do zaparzonej i ostudzonej dodaję kilka kropli olejku rozmarynowego, który jest naturalnym konserwantem i pozwala używać jej przez kilka dni nawet do tygodnia. Taki tonik ma działanie przeciwstarzeniowe, antynaczynkowe, odżywiające (ze względu na obecność witamin i minerałów). A to wszystko bez szkodliwych dodatków chemicznych.

Czytałam też, że liście zielonej herbaty po namoczeniu i ponownym wysuszeniu można dodawać do poduszek ziołowych. Sen na takiej poduszce to samo zdrowie!

Mam nadzieję, że tych z Was, którzy do zielonej herbaty do tej pory nie byli przekonani zachęciłam do zrobienia kolejnego podejścia, zaś już korzystających z jej dobrodziejstw – utwierdziłam w słuszności obranej drogi :-)

Share on Myspace

czwartek, 28 lipiec 2016 00:00

Syrop glukozowo-fruktozowy 

 

Dziś temat, do którego przymierzałam się od jakiegoś czasu. Ważny, istotny, smutny, bo znowu obnaża prawdę o rzeczywistości.

Kiedyś pisałam, że cieszący się złą sławą cukier to mały pikuś w porównaniu z czymś co coraz częściej nas truje czyli z syropem glukozowo-fruktozowym.

Przyczyną wprowadzenia tego „wynalazku“ do powszechnego użycia jest oczywiście ograniczenie kosztów – cukier jest droższy, niż uzyskiwany zwykle ze skrobi kukurydzianej (oczywiście GMO, bo innej kukurydzy prawie nie ma) lub pszenicy syrop glukozowo-fruktozowy.

Z chemicznego punktu widzenia syrop glukozowo-fruktozowy jest podobny w składzie do cukru (sacharozy), tzn. zawiera mniej więcej po połowie (+/- 5%) glukozy i fruktozy. Z tej dwójki, wbrew pozorom to ta druga jest większym złem, gdyż wyekstrahowana postać fruktozy prowadzi do niealkoholowego stłuszczenia wątroby (o czym pisałam w tym artykule – trzeba przeczytać!) a mimo to biały proszek fruktozowy nadal można kupić na półkach z tzw. zdrową żywnością! Zupełnie inne działanie ma fruktoza w owocach czy miodzie (choć UWAGA!, z owocami, szczególnie suszonymi nie wolno przesadzać, podobnie z miodem!) a zupełnie inne wyekstrahowana do postaci proszku.

Wracając do syropu glukozowo-fruktozowego. Powstaje on w wyniku hydrolizy węglowodanów. Dlaczego zatem - pomimo teoretycznie podobnej zawartości fruktuzy i glukozy co w cukrze – należy go unikać? Innymi słowy dlaczego syrop ten jest nawet gorszy od cukru?

Otóż:

  • Jest sporo badań potwierdzających, że spożywanie licznych produktów zawierających syrop glukozowo-fruktozowy jest przyczyną powszechnej otyłości już wśród dzieci i nastolatków (bardziej niż cukier),
  • Syrop ten podwyższa poziom złego cholesterolu,
  • Syrop ten powoduje spadek wrażliwości organizmu na hormon – leptynę, odpowiadający za informowanie mózgu o naszej sytości – innymi słowy powoduje brak hamulca mówiącego „dosyć“, 
  • Nie do końca znamy skład chemikaliów używanych w procesie wytwarzania syropu glokozowo-fruktozowym oraz ich wpływu na zdrowie człowieka i już samo to powinno stanowić podstawę do daleko posuniętego sceptycyzmu. Tak, tak – proces od strony technicznej jest pilnie strzeżoną tajemnicą. Wiadomo jednak, że jeszcze jakiś czas temu do wytwarzania tego syropu używano m.in. związków rtęci! (teraz ponoć nie jest już to praktykowane).

Część produktów słodzona jest syropem glukozowym. Jest to o tyle lepszy wybór (choć oczywiście słodzenie w ogóle nie jest wskazane) o tyle, że glukoza – w przeciwieństwie do fruktozy - jest przyswajana w każdej komórce naszego ciała i jest naturalnym elementem rozkładu węglowodanów w procesie trawienia.

Starajcie się wybierać produkty bez cukru zawsze tam gdzie jest to możliwe i nigdy nie sięgajcie po produkty z syropem glukozowo-fruktozowym. I tu ciekawostka – cena nie zawsze jest wyznacznikiem jakości. Przykładowo jakiś czas temu w Lidlu w czasie tzw. tygodnia greckiego były dostępne trzy rodzaje chałwy – wszystkie w tej samej cenie i podobnym opakowaniu. Dwie słodzone syropem glukozowo-fruktozowym (dyskwalifikacja) a jedna miodem i to z terenu UE (a nie z Chin – chiński miód budzi moje obawy). I tylko samo przeczytanie składu już pozwalało na dokonanie lepszego, zdrowszego wyboru, ale mało kto go czytał. Uwaga oznaczenie HFCS jest równoznaczne z syropem glukozowo-fruktozowym (z ang. high fructose corn syrup)

Wracając do syropu – nie udało mi się spotkać lodów sklepowych słodzonych czymś innym (dlatego lodom sklepowym trzeba podziękować całkowicie ze względu na bardzo długi, chemiczny skład). Większość jogurtów również ma ten dodatek. Czytajcie etykiety – a zdziwicie się niepomiernie gdzie go można znaleźć. Pamiętajcie, że to nasze wybory kształtują rynek. Jeśli nie będziemy kupować świństw, przestaną sprzedawać świństwa.

Share on Myspace

wtorek, 31 maj 2016 00:00

Kolagenowa "wkładka" do zupy mojej mamy 

Problemy ze stawami są powszechne i wcale nie dotyczą tylko osob starszych, bo nawet nastolatki w okresie intensywnego wzrostu mogą narzekać na bóle stawów. Potencjalnych przyczyn bólów może być bardzo dużo, od nietolerancji pokarmowej poprzez zakażenia bakteryjne na braku kolagenu kończąc. Ta ostatnia przyczyna jest częsta u osob starszych, ale i osoby trzydziestokilkuletnie mogą mieć już niedobory kolagenu, np. ze względu na dietę czy niekorzystny styl życia. Kolagen to główne białko tkanki łącznej.

Najlepsze źródła kolagenu to te, które zwykle lądują w koszu jako niepełnowartościowe mięso i to wielki błąd. Są to łapki kurze, skóra zwierząt, chrząstki. Dużą ilość kolagenu zawiera również golonka. Wiem, wiem, dla części czytających (dla mnie też) te wszystkie specjały są nie do przełknięcia. Ale jednak jest sposób na to, żeby przełknięcie było jak najbardziej możliwe. 

Dziś przedstawiam autorski pomysł mojej mamy na kolagenową wkładką do zupy. Regularne stosowanie przynosi rewelacyjne rezultaty, można odstawić suplementy na stawy.

Składniki:
Golonka szt. 1, najlepiej ekologiczna z grubą skórą 
 

Golonkę gotujemy w wodzie na małym ogniu przez ok. 2 h, aż będzie naprawdę miękka. Następnie zdejmujemy z niej to co najlepsze czyli skórę J Miękką i lekko galaretowatą skórę kroimy na małe kawełeczki, np. centymetrowe a następnie całość wrzucamy do urządzenia wysokoobrotowego i miksujemy na jednolita masę.

Masa wygląda tak: 

To nie jest przekłamanie kolorów, jest rzeczywiście prawie biała. Jest to dowód na to, że kolagen (skóra) to nie tłuszcz, czego niepotrzebnie obawiają się niektórzy. Tak przygotowaną masę przechowujemy w lodówce dodając jej na bieżąco do gotowanych zup. Nie zmienia smaku, nikt nawet się nie domyśli z czego jest, fajnie zagęszcza i nadaje „śmietanowy“ kolor. Zapraszam do garów!

 

 

Share on Myspace

wtorek, 24 maj 2016 00:00

10 pseudozdrowych produktów, których należy unikać

 

Kwestia konieczności zdrowego żywienia wydaje się coraz bardziej docierać do wielu ludzi, jednak okazuje się, że brak czasu na samodzielne zgłębianie tematu wystawia nas na liczne pułapki, związane ze stosowanymi powszechnie uproszczeniami oraz nieuczciwymi sztuczkami producentów. W konsekwencji przeciętny konsument chcąc się żywić zdrowo sięga po produkty, które ze zdrowiem niewiele mają wspólnego.

W tym wpisie przyjrzymy się 10-ciu z nich:

 1. Pieczywo ziarniste

Brzmi dobrze i zdrowo, jednak w praktyce pieczywo wieloziarniste to najczęsciej w większości białe pieczywo z pszenicy rafinowanej ze spulchniaczami z dodatkiem pestek dyni, słonecznika itp, obtoczone z wierzchu ziarnami. Dodatek zdrowych ziaren nie zmienia postaci rzeczy – jest to pieczywo pszenne, źle trawione, pozbawione w procesie rafinacji większości składników odżywczych

2. Chleby orkiszowe i żytnie

Orkisz jak wiadomo jest tą odmianą pszenicy, która została mniej zmodyfikowana genetycznie, zatem jest ogólnie lepiej trawiona jeśli chodzi o gluten niż pszenica. Żyto zaś w ogóle jest darem i jest bardzo zdrowe. Zanim jednak sięgniesz po produkty oznaczone jako „chleb orkiszowy“ czy „chleb żytni“ – sprawdź skład. Bardzo często dodatek orkiszu do pszenicy (np. 20% orkiszu i 80% pszenicy) w opinii producenta uprawnia go do nazwania chleba orkiszowym i ustalenia odpowiednio wyższej ceny. Trzeba na to bardzo uważać, bo o ile nie jest napisane „100% orkiszu“ czy „100% żyta“ to od strony prawnej wszystko jest w porządku i wprowadzania w błąd nie ma, ale taki chleb zdrowym nazwać nie można. Nawet jeśli uda nam się znaleźć chleb w 100% orkiszowy czy żytni – nadal należy zachować czujność. Czy jest to bowiem chleb z ziarna rafinowanego (oczyszczonego i przez to pozbawionego większości składników) czy z pełnego ziarna? Chleb żytni z pełnego ziarna jest bardzo ciemny, najlepiej smakuje po 5 dniach i jego cena nie ma prawa być niższa niż 10-12 zł. za mały bochenek – po prostu cudów nie ma, taki chleb przygotowuje się kilka dni. Natomiast jeśli spotykacie chleb żytni, który ma kolor stosunkowo jasny to jest to najprawdopodobniej chleb pytlowy, czyli z mąki gdzieś pośrodku skali stopnia przetworzenia. Taki chleb nie jest najgorszy, ale też jego walory zdrowotne w porównaniu z chlebem żytnim pełnoziarnistym są niewielkie.

3. Oleje roślinne

Jeśli miałabym stworzyć listę tego co nam nie służy i nas zabija – oleje roślinne rafinowane znalazłyby się na samej górze, przed cukrem, solą itd. Bliżej o tym pisałam w tym artykule i bardzo Wam go polecam. Oleje nie są czymś co naturalnie występuje w przyrodzie – jest to produkt skoncentrowany a jako taki powinien być stosowany bardzo oszczędnie. Oleje rafinowane to dramat (wolne rodniki i proces starzenia/ powstawania nowotworów, brak podstawowych składników odżywczych, oleje trans wywołujące choroby cywilizacyjne, oraz rakotwórczy akrylamid wytwarzający się przy smażeniu na olejach nienasyconych pow. 180 st.), nierafinowane zaś stosujmy w rozsądnych ilościach.

4. Soki owocowe i smoothies

Ach jak fit i trendy jest wypić na śniadanie świeżo wyciśnięty sok lub smoothie. Ile miejsc coraz częściej oferuje tego typu zdrowe drinki. Nie mówię, że są niezdrowie co do zasady, ale trzeba pamiętać o dwóch rzeczach. Soki (podobnie jak oleje) są formą skondensowaną. Soki owocowe zawierają ogromną ilość cukru, w tym fruktozy, dodatkowe pozbawiają owoców błonnika, który zostaje w pulpie. Oczywiście szklanka soku nas nie zabije ale opijanie się nimi kilka razy dziennie bardzo podwyższa poziom cukru we krwi. Jeśli chcemy pić soki – pijmy soki warzywne, szczególnie zielone. Domowe smoothie w umiarze nie powinno zaszkodzić, uważajcie jednak zamawiając je w kawiarniach, bo niestety nie macie żadnego wpływu na to, co jest w środku i czy ktoś dla poprawy smaku nie sypnął cukrem, fruktozą albo chińskim miodem.

5. Płatki śniadaniowe

Gotowe płatki śniadaniowe najczęsciej zawierają mocno przetworzone ziarno (często jest to niestety pszenica), są słodzone a nawet koloryzowane. Nie mówię, że to niemożliwe, ale mnie jeszcze nie udało się znaleźc gotowych płatków śniadaniowych, których skład byłby dobry i nie wzbudzał moich zastrzeżeń. Jest to tym bardziej smutne, że właśnie ten produkt jest najczęściej reklamowany hasłami typu „zbożowe“, „bogate w witaminy“, „dla rozwoju Twojego dziecka“, „bez cukru“ (za to z aspartamem!). Płatki śniadaniowe najlepiej robić samemu, nawet takie chrupiące da się zrobić w piekarniku.

6. Pakowana sałata (gotowe mieszanki w folii)

Kupcie nasiona sałaty i wyhodujcie jedną na próbę w doniczce. Rośnie ładnie nawet na balkonie. Następnie zerwijcie kilka liści, pokrójcie i włóżcie do foliowej torebki, może być z otworkami. I zobaczycie, że po kilku godzinach sałata jest zwiędła i nieapetyczna, nawet w lodówce. Co zatem takiego dzieje się z sałatą pakowaną, która może leżeć nawet tydzień, co więcej nie trzeba jej juz myć ani kroić? Co zostało do niej dodane, żeby świeża sałata prosto z Włoch po przejechaniu np. 2 tys. kilometrów mogła być sprzedawana w Polsce po jej przywiezieniu przez dobrych kilka dni?  Coraz częściej słyszy się o naświetlaniu warzyw, w tym sałaty (pisałam o tym tu) czy o stosowaniu chemicznych „przedłużaczy świeżości“ wśród których wymienany jest np. chlor. Nie znam rzeczywistego sposobu na sałatę, ale wiem, że normalnie sałata się tak nie zachowuje i to mi wystarczy. 

 7. Jogurciki, serki, danonki itp.

Zdrowe, bo przecież to jogurt i owoce. Z jogurtem niewiele ma to wspólnego, obok owoców nawet nie leżało. Natomiast ma duuuuuużo cukru (jeśli producentowi zależy na „jakości“) lub syropu glukozowo-fruktozowego (gdy producent ma wszystko gdzieś), barwników, mleka w proszku itp. Jeśli produkt jest dodatkowo homogenizowany przyczynia się do wyhodowania miażdżycy, o czym pisałam w tym arykuleZ dala od takich produktów. Dzieci i dorośli karmione danonkami itp. mają słabszą odporność i często wilgoć w jelitach (drożdżycę) a także nadwagę. Tak, tak, taki „zdrowy“ jogurcik przeciętnie zawiera od 25 do 30 g cukru, czasem więcej niż batonik!

8. Woda mineralna w plastikowych butelkach

Latem pić się chce, chętnie sięgamy więc po butelkowaną wodę źródlaną lub mineralną. Jakość tych wód pozostawia wiele do życzenia, okazuje się, że zwykła kranówka przefiltrowana w dzbanku z filtrem węglowym jest niejednokrotnie dużo zdrowszą a przy tym dużo tańszą opcją. Nie tylko jednak w jakości tkwi problem. Plastik, z którego wykonane są butelki PET zawiera bisfenol A, zbliżony działaniem do żeńskich hormonów, odpowiedzialny m.in. za podwyższone ryzyko zawału, zaburzenia gospodarki hormonalnej a nawet hormonozależne typy raka (rak piersi, jajników). Jest to szczególnie niebezpieczne latem, przy wysokich temperaturach, w których reakcja przedostawania się subtancji z opakowania do wody zachodzi znacznie szybciej. Bliżej o tym pisałam w tym artykule.

9. Nowalijki

Gdy zima powoli odchodzi w niepamięć w sklepach zaczynają pojawiać się już w marcu rzodkiewki, rzerzucha, młoda marchew, młode pomidory, szczypiorek itp. Wymęczeni  zeszłosezonowymi ziemniakami, marchewką, burakami, kapustą i jabłkami chętnie sięgamy po te nowe (stąd nazwa) warzywa, choć wiemy, że są one wyhodowane w szklarni. Nowalijki są bardzo zanieczyszczone chemią, szczególnie niebezpiecznymi związkami azotu. Dlatego z nowalijkami nie należy przesadzać, a wręcz ograniczać ich spożycie. BARDZO WAŻNE:  nwowalijek nie wolno trzymać w lodówce w foliowych torebkach, bo wytwarzająca się wówczas wilgoć (małe kropelki na folii od wewnątrz) przyspiesza przemianę azotynów w rakotwórcze nitrozoaminy.

10. Orzeszki ziemne

Najmniej zdrowe z orzechów – dlatego również najtańsze. Spowalniają metabolizm wątroby, mogą powodować wypryski skórne, są często chemicznie nawożone. Fistaszki są niestety nosicielami grzybów, wytwarzających rakotwórczą aflatoksynę. Najbezpieczniejsze są po ugotowaniu w wodzie przez min. 1 godzinę, w tej formie stosowane są w TCM do nawilżania płuc i jelit. Niestety po takim gotowaniu smak się zmienia i bardziej przypominają soję niż orzechy. Zatem z orzeszkami arachidowymi należy uważać, korzyści niewiele, zagrożeń sporo.

Życzę mądrych wyborów!

Share on Myspace

wtorek, 19 kwiecień 2016 00:00

Dieta a Rak - ABC

Cz. 5 Emocje

Kolejną potencjalną przyczyną choroby nowotworowej są problemy natury psychicznej. Przy czym zaznaczę jeszcze raz, że dokonany przeze mnie w tym artykule podział, miał rolę wyłącznie porządkową, gdyż wszystkie te przyczyny mogą się ze sobą łączyć, nachodzić na siebie a nawet wypływać jedna z drugiej.

Miesiąc temu brałam udział w dwudniowym specjalistycznym seminarium dotyczącym leczenia chorób nowotworowych wg. TCM, prowadzonym przez prof. Sun Peilina -  wybitnego chińskiego lekarza tradycyjnej medycyny chińskiej. Seminarium skierowane było do doświadczonych praktyków medycyny chińskiej w Polsce i obejmowało również superwizję, czyli obserwowanie procesu diagnozowania i dobierania leczenia dla pacjentów onkologicznych przez profesora. Wykorzystanie TCM w leczeniu chorob nowotworowych może polegać na wspomaganiu leczenia konwencjonalnego, łagodzeniu skutków leczenia konwencjonalnego lub leczeniu niezależnym (bez leczenia konwencjonalnego).

To co mnie niezwykle zaskoczyło to ilość czasu jaka została poświęcona omówieniu wpływu emocji na rozwój i przebieg choroby i tego ile razy było to powtórzone. Niby sprawa jest oczywista, bo dziś już nikt nie zaprzecza, że większość chorób ma swoje podłoże w psychice, ale rozebranie tej wiedzy na czynniki pierwsze nadal zaskakuje. Otóż każda emocja ma swoje odbicie w ciele, a każda zablokowana emocja (tj. taka, której nie pozwoliliśmy odpowiednio wybrzmieć tylko ją ukryliśmy) odkłada się w ciele w postaci blokady (np. napięcia mięśniowego).

Tradycyjnie przyjmuje się, że osoby, które silnie przeżywają emocje, ale ich nie uzewnętrzniają (duszą w sobie, chowają do wnętrza) to typowi kandydaci do wyhodowania sobie raka. Z kolei osoby, które również silnie przeżywają emocje, ale je uzewnętrzniają (wściekają się, krzyczą, zachowują jak furiaci) to kandydaci do tzw. incydentów wieńcowych (zawałów/udarów). To oczywiście znaczne uproszczenie, ale zdecydowanie coś jest na rzeczy. Są podejmowane próby powiązania konkretnych chorób z konkretnymi dolegliwościami. Najbardziej chyba znaną prekursorką tego ruchu jest Louise Hay i jej sztandarowa książka „Możesz uzdrowić swoje życie”, w której łączy konkretne dolegliwości z długotrwale odczuwanymi konkretnymi problemami na tle psychicznym.

W TCM już kilka tysięcy lat temu powiązano pewne choroby z emocjami lub nadmiernymi emocjami (7 niszczących emocji wg. TCM to gniew, strach, niepokój/radość, smutek, żal, nadmierne myślenie, zaskoczenie/przerażenia).

Dwa tysiące lat temu rzymski lekarz Galien napisał, że szczególnie podatni na zapdnięcie na poważną chorobę są ludzie w depresji.

Wracając do superwizji u prof. Peilina – jedna z pacjentek ok. 7 lat przed zachorowaniem miała bardzo trudny okres życiowy, w którym dominującymi emocjami były u niej poczucie bezradności i niemocy na przemian z żalem i poczuciem skrzywdzenia. Ponieważ przyjmuje się, że guz nowotworowy potrzebuje średnio ok. 7 lat aby się uformować z pierwszych komórek nowotworowych – w przypadku tej pacjentki sprawa była dosyć oczywista.

Wielu pacjentów onkologicznych jest w stanie połączyć precyzyjnie pewne bardzo trudne wydarzenia ze swojego życia z momentem zachorowania na chorobę nowotworową.

Wracając do superwizji, niestety wynikało z niej, że pacjentka nie przerobiła pewnych tematów do dziś, nadal jest w niej dużo żalu, urazy do konkrentnej osoby, poczucia bycia skrzywdzoną, ba pielęgnuje te uczucia w sobie regularnie i robi wszystko żeby nie odeszły. Nic dziwnego, że na płaszczyźnie fizycznej rak powraca po każdej kolejnej chemioterapii i obecnie ma trzeci nawrót :-(. „Gdy Ty rozpaczasz, oni tańczą walca”. Twoja złość, frustracja niczego nie zmienia a szkodzi Ci nie tylko na przysłowiową urodę, ale i na zdrowie.

Inny klasyk i lektura obowiązkowa nie tylko dla nowotworowców, ale dla każdego zainteresowanego rozwojem człowieka to „Siła czy Moc” Davida Hawkinsa. W skrócie rzecz ujmując ten światowej sławy psychiatra przez ponad 20 lat pracy prowadził badania nad emocjami i odpowiadającymi im wibracjami o charakterze energetycznym (elektrycznym) w ciele człowieka. Oprócz tego, że składamy się z materii, jesteśmy bankiem energii - każda komórka naszego ciała składa się z atomów, każdy zaś atom składa się z jądra i krążących wokół niego elektronów o określonej wibracji. Przeżywane przez nas emocje wpływają na poziom wibracji atomów, z których jesteśmy zbudowani. W stworzonej przez siebie na podstawie wykonanych pomiarów tysięcy pacjentów skali Hawkin nadał poszczególnym emocjom określone wartości wibracyjne. Punktem krytycznym jest poziom 200 (odwaga), powyżej którego znajdują się emocje korzystne dla zdrowia takie jak neutralność, ochota, akceptacja, rozsądek, miłość, radość, pokój, oświecenie.

Wszystko co znajduje się poniżej 200 (duma, złość, pożądanie, strach, żal, apatia, poczucie winy, wstyd) to emocje niekorzystne, fatalnie wpływające na nasze zdrowie. Wstyd jest najgorszą, najniższą energetycznie emocją. Długotrwałe utrzymywanie wibracji poniżej 200 jest prostą drogą do zachorowania na raka. Im niższa wibracja, tym gorzej. Oczywiście tak jak przy odżywianiu istotne jest jak się zwykle żywisz, a nie to czy od czasu do czasu zdarzy Ci się odstępstwo, podobnie jest tu – życie przynosi różne, czasem bardzo trudne doświadczenia, które wiążą się z negatywnymi emocjami, które powodują, że schodzimy poniżej granicy 200. Problem pojawia się wtedy, gdy emocje te utrzymują się zbyt długo i stają się emocjami dominującymi.

Należy dążyć po pierwsze do tego, żeby emocje nie były nieadekwatnie silne do sytuacji, a po drugie – aby nie utrzymywały się przesadnie długo.

Nadmiernie intensywne emocje są złe, zmieniają mocno biochemię organizmu, wpływając m.in. na obniżenie odporności, powstanie stanów zapalnych. Istnieje cała odrębna dziedzina zwana psychoneuroimmunologią badająca właśnie te zależności. Przykre jest zatem to, że część naszych rodzimych lekarzy kompletnie nie widzi związku między psychiką a rakiem.

Naukowcy z Uniwersytetu Kalifornijskiego w San Francisco (Lydia Temoshok i Andrew Kneier) badali reakcje emocjonalne u pacjentów chorych na raka na serwowane im słabe impulsy elektryczne i prosili pacjentów o opisanie jak się czuli. Z pomiarów wynikało niezbicie, że pacjenci nowotworowi reagowali znacznie silniej i bardziej cierpieli mentalnie niż ci bez chorób nowotworowych. W tej samej sytuacji nienowotworowcy twierdzili np., że przyjemne to nie jest, ale da się wytrzymać, zaś reakcje nowotworowców były znacznie bardziej intensywne emocjonalnie ("potworne", "okropne" itp.). Na tej podstawie sformułowano wniosek, że osoby nadmiernie wrażliwe i reagujące silniej niż przeciętny człowiek na różne trudne zdarzenia mogą mieć większe predyspozycje do zapadnięcia na chorobę nowotworową. Inną ciekawą kwestią, która wyszła w przypadku tego badania była korelacja braku poczucia szczęścia w dzieciństwie z chorobami nowotworowymi – praktycznie żaden z pacjentów nowotworowych nie potwierdził, że miał szczęśliwe dzieciństwo.

Nie oznacza to oczywiście, że mamy pozbyć się emocji. Byłoby to nienaturalne i dziwne. Chodzi o to aby były one adekwatne do sytuacji. Jak kamień wrzucony do wody, który zaburza jej idealną gładkość tworząc kręgi (zdenerwowania) na wodzie. Mały kamień powinien spowodować wytworzenie kilku małych okręgów, które szybko znikną, duży kamień – wytworzy większe okręgi i więcej czasu minie zanim woda znów się uspokoi. I to jest naturalne i zgodne z naturą. Problem pojawia się wtedy, gdy mały kamień wytwarza fale jak na Bałtyku przy 10 stopniach w skali Beauforta a czasem wręcz jak Tsunami. Cholerycy zaleją falą tego, który się akurat napatoczy, nowotworowcy te fale i sztorm ukryją w środku, upchną, zamiotą pod dywan, nie pozwalają „wybrzmieć”. Metaforycznie rzecz ujmując takie schowane, poupychane, wyparte bardzo silne emocje (frustracja, niewyrażony gniew, chowanie urazy, rozpamiętywanie, żal) zaczynają się kumulować aby w którymś momencie zamanifestować się już w fizycznej formie guza. Pisałam kiedyś w tym artykule, że jakość naszego życia zależy od jakości naszego trafienia, rozumianego nie tylko na płaszczyźnie fizycznej, ale i na płaszczyźnie psychicznej. Jeśli na poziomie psychicznym dochodzi do niestrawności, bardzo łatwo o poważną chorobę.

Oczywiście łatwiej powiedzieć niż zrobić. Osoba ulegająca nadmiernym emocjom nie jest w stanie ich kontrolować gdy w nie wpada. Nawet jak będzie wiedzieć na poziomie świadomym, że są one zgubne to gdy się pojawią niewiele będzie w stanie z nimi zrobić. Dlatego niezbędna jest praca według wybranej techniki dla łagodzenia reakcji. Jest to praca długotrwała, żmudna i trudna, ale niezbędna. Doskonałe wyniki przynosi np. medytacja.

Wrcając do TCM, nowotwory, których praprzyczyną są emocje zaczynają się w Wątrobie. Nadmiernie przeżywane emocje zakłócają swobodny przepływ Qi w wątrobie, a w konsekwencji w całym ciele, powodując tzw. zastój Qi w wątrobie, w meridianach a następnie w Śledzionie. To prowadzi do zastoju Krwi (zaburzenie menstruacji, PSM, krwiaki, mięśniaki, guzki) i dysfunkcji Śledziony.

Zastój Qi w Wątrobie jest jedynym wzorcem patologii w medycynie chińskiej, którego samym odżywianiem wyleczyć się nie da. Niemniej korzystne są koper włoski, mięta, śliwki, rzodkiewka, sezam, imbir, czosnej, pieprz (wszystko co porusza Qi). Pomocne są zioła, ale zawsze potrzebna jest praca z emocjami, najlepiej przez ciało (taniec, działania kreatywne, grupy wsparcia gdzie można się wygadać, refleksoterapia, qi gong, tai qi, joga itp.)

 

Mieszanka ziołowa na zastój Qi w wątrobie:

5 g liści mięty piperzowej, 5 g. kwiatu nagietka, 5 g skórki pomarańczowej, 10 g ziela krwawnika, 3 g. lukrecji

 

Tak więc praca domowa przy chorobie nowotworowej to nie tylko detoksykacja, usunięcie stanów zapalnych, odkwaszenie, pozbycie się metali ciężkich, zmiana diety ale również (a kto wie - może nawet przede wszystkim) praca z uporządkowaniem i przejęciem kontroli nad emocjami. Nie każdy nowotwór musi mieć podłoże psychologiczne, jednak zawsze warto się przyjrzeć czy aby na pewno w danym konkretnym przypadku nie ma tu nic do zrobienia.

Share on Myspace

 

czwartek, 17 marzec 2016 00:00

Kasza gryczana - fakty i mity 

Od kilku dni zastanawiam się o czym by tu napisać, a tu przedwczoraj jedna z czytelniczek zadała pytanie jak to jest z ta kaszą gryczaną, czy jest zakwaszająca czy zasadotwórcza, bo słyszała, że zakwaszająca a ja piszę, że nie, więc rzutem na taśmę postanowiłam wziąć na widelec właśnie grykę, jako że zacna to roślina niezwykle.

 

Gryka - właściwości ogólne

Gryka w TCM ma naturę termiczną neutralną a smak słodki (łagodny). Ma działanie oczyszczające i wzmacniające jelita. Zawiera rutynę, która wzmacnia naczynia włosowate i krwionośne. Obniża ciśnienie krwi, może być również stosowana zewnętrznie w postaci okładów na zapalenia skóry, wypryski i oparzenia  w formie papki zmieszanej z octem. A więc samo zdrowie :-)

Kasza gryczana - palona i niepalona

Część osób kaszę gryczaną kojarzy tylko jako ciemną, brązową kaszę o charakterystycznym i wyraźnym smaku. Tymczasem – jak pisał już Mickiewicz – naturalnie jest gryka „jak śnieg biała”.

Od niedawna biała kasza gryczana (niepalona) jest powszechnie dostępna w sklepach. Ma całkiem inny smak niż kasza brązowa. Kasza brązowa jest po prostu uprażoną kaszą gryczaną, zjangizowaną i jednym z nielicznych pokarmów zasadowych (wśród kasz – obok kaszy jaglanej chyba jedyną). Co nie oznacza oczywiście, że wszystkie inne kasze należy odstawić a jedynie, że powinniśmy mądrze balansować ilość pokarmów zasado- i kwasotwórczych. Palona kasza jaglana ma więcej energii yang, nie jest więc wskazana dla osób nadmiarowych i z objawami gorąca (np. z gorączką, wysokim ciśnieniem krwi czy czerwoną twarzą).

Wracając do kaszy białej, nieuprażonej, jest ona stałym gościem w moim domu z wielu powodów. Ma neutralny smak, który łatwo doprawić na ostro lub na słodko. Łatwo z niej zrobić mąkę w urządzeniu wysokoobrotowym (jest miękka). A poza tym z białej kaszy gryczanej wychodzą fajne bezglutenowe naleśniki/placuszki do których nie potrzeba ani jajek ani nic innego. Tylko biała kasza gryczana i woda. Poniżej podaję dwa alternatywne przepisy, z tego pierwszego częściej korzystam, ale drugi jest lepszy dla osób ze zwykłym mikserem.

Naleśniki tylko z gryki 

Wersja A

Białą kaszę gryczaną zemleć na proszek. Dodawać zimnej wody i mieszać do momentu otrzymania dosyć gęstego ciasta, zbliżonego do naleśnikowego (nigdy nie mierzę ile, zawsze na oko). Doprawić wg. uznania (sól, kminek, czarnuszka, albo na słodko - odrobina miodu, stewii). Smażyć na patelni z minimalną ilością tłuszczu jak naleśniki (wychodzą trochę grubsze, można też je zrobić całkiem grube, wtedy są podobne do pity i fajnie smakują z pastami/dipami).

Wersja B

Białą kaszę gryczaną zalać wodą i zostawić na noc. Rano odlać wodę, dodać świeżej wody i zmiksować (wody dodać tyle, żeby konsystencja przypominała gęste ciasto naleśnikowe). Przyprawić wg. uznania na słono lub słodko, smażyć dosyć grube placuszki.

W każdej z wersji do placuszków można dodać warzywne dodatki – marchewkę, cebulkę, ziarna słonecznika itp. 

Smutna ciekawostka

Sama w sobie gryka jest jedną z roślin, które fatalnie znoszą tzw. chemię, tzn. obumiera ona, gdy w trakcie jej uprawy stosuje się środki chemiczne. I to byłaby świetna wiadomość, gdyby nie fakt, że polscy rolnicy stosują coś, co powoduje, że włos się jeży. Otóż jakiś czas temu jeden z czytelników bloga w komentarzu do artykułu o olejach napisał, że słyszał, że polscy rolnicy tuż przed zbiorem opryskują rzepak randapem (roundup) aby szybciej obsychał. Wydało mi się to niemożliwie, wręcz absurdalne, ale takich informacji nie można ignorować. Nie jestem zwolenniczką spiskowej teorii dziejów, ale poszperałam, poszukałam, poprosiłam mamę o potwierdzenie tej informacji u swoich lokalnych rolników. W efekcie okazuje się, że jest to najczystsza prawda i rzeczywiście do tzw. desykacji roślin czyli ich obsuszania tuż przed zbiorem w celu uzyskania niższej wilgotności, niższych strat nasion z powodu ich osypywania się i zmniejszenia nakładów na oszuszanie w Polsce powszechnie stosuje się randap! A jest to trucizna jakiej mało, fatalnie wpływająca na układ rozrodczy, krwionośny i immunologiczny, powodująca udowodnione negatywne działanie na węzły chłonne (guzy) i wady rozwojowe u ludzi.

niektórych krajach unijnych randap jest już całkowicie zakazany. Nasi jednak rodzimi rolnicy czy to z niewiedzy czy bezstroski stosują go masowo do spryskiwania roślin, które my potem jemy. Wystarczy wygooglować sobie tę informację i poczytać na różnych forach rolniczych jak powszechna jest to praktyka. I niestety dotyczy to nie tylko rzepaku (przestałam używać oleju rzepakowego) ale i właśnie gryki a nawet prosa (kasza jaglana). Cóż więc z tego, że gryki w czasie uprawy nie można podsypywać „chemią”, skoro tuż przed zbiorem się ją spryskuje randapem :-(.

W efekcie od dawna nie kupuję już ani kaszy jaglanej ani gryczanej innej niż bio.  

 

Share on Myspace

poniedziałek, 29 luty 2016 00:00

Ile posiłków jeść? 

 

Dłuższy czas nic nie pisałam, bo przebywałam w tzw. odosobnieniu medytacyjnym a konkretnie byłam na 10-dniowym kursie Vipassany. Dla tych którzy nie wiedzą co to podaję link, pod którym można poczytać więcej - http://www.pallava.dhamma.org. Przeżycie niezwykłe i oświecające, ale nie o tym ma być wpis. Otóż w czasie kursu spożywa się zasadniczo dwa wegetariańskie posiłki – śniadanie o 6.30 i obiad o godz. 11. O 17 można zjeść jeszcze jabłko. To jest z góry wiadome, zapisane w regulaminie i wiem, że stanowi dla wielu osób barierę nie do pokonania, nie mniejszą niż konieczność zachowania całkowitego milczenia w czasie kursu.

Tymczasem jedzenie standardowo trzech posiłków dziennie (a czasem i czterech lub pięciu jak błędnie zalecają niektórzy dietetycy) to stosunkowo nowy wymysł. Zwykle w historii człowiek jadł wtedy kiedy jedzenie było, a że było o nie znacząco trudniej niż obecnie – czasem raz dziennie to był spory sukces.

Obecnie w dobie nadmiaru i konsumpcjonizmu im więcej i częściej zjemy tym więcej się sprzeda. Jest to więc stan społecznie pożądany, abyśmy się opychali. Stąd przykładowo standardowa porcja w restauracji jest znacząco zawyżona w stosunku do wielkości żołądka normalnej osoby. A jeśli dostaniemy małą porcję to zamiast się cieszyć, że się nie przejemy zwykle jesteśmy oburzeni, że porcje takie małe a takie drogie. Najlepiej żeby było dużo i tanio. Brrrr. Stąd również popularność w Stanach miejsc typu eat-as-you-can (zjedz ile możesz) bez ograniczeń ilościowych po wykupieniu „wjazdu” do takiego miejsca. I dlatego amerykańskie społeczeństwo tak wygląda jak wygląda.

Gdy złączymy dłonie jakbyśmy chcieli nabrać w nie wody otrzymamy wielkość żołądka zdrowego człowieka.

Kurs Vipassany to praca z nawykowymi zachowaniami umysłu. Z pewnością jednym z takich nawyków jest przywiązanie do kolacji :-), bez której po prostu nie wypada. I jak obserwowałam mechanizm był taki. Przez pierwsze 2-3 dni niektóre z kobiet, z którymi byłam na kursie (obowiązuje separacja płci) nakładały sobie gigantyczne porcje na śniadanie i na obiad a czasem i dokładkę. Były nawet takie osoby, które jadły dosłownie dwa obiady, tak aby tę ominiętą kolację zjeść po prostu wcześniej. Tyle, że potem nie medytuje się dobrze. Niczego się dobrze nie robi. Taka ilość wrzuconego do żołądka jedzenia, nawet wegetariańskiego, powoduje, że cała energia jest kierowana właśnie tam, żeby jakoś zaradzić temu barbarzyństwu ;-). Przyznam szczerze, że drugiego dnia moja porcja obiadowa była ciut za duża, co spowodowała, że tuż po posiłku zrobiło mi się bardzo zimno. No tak – pomyślałam – cała energia odpłynęła do żołądka, nie starcza na grzanie.

Ale już po pierwszych dniach porcje zmalały, wróciły do normalnych rozmiarów, a potem zaczęły jeszcze maleć. Nikt już nie jadł na zapas. Trudno mi wypowiadać się za innych, ale wychodzi na to, że bez kolacji można żyć i to całkiem nieźle, a głodu po kilku dniach nie ma lub się go akceptuje.

Post lub ograniczenie jedzenia były od zawsze stosowane do wspomagania różnego rodzaju praktyk duchowych. Na odosobnieniu medytacyjnym jest to uzasadnione, ale czy w normalnym życiu brak kolacji jest potrzebny i wskazany?

Mój mąż, który na kursie Vipassany był 2 lata temu od tamtej pory nie wrócił już do trzeciego posiłku. Je owoc ok. godz. 17. Przy okazji schudł, przedtem był szczupły, teraz jest bardzo szczupły. Trochę zaraził mnie tym nawykiem, z tym że ja prostu jem lekką kolację (np. zupę) o 17. Czyli de facto mam trzy posiłki dziennie, ale ten trzeci jest symboliczny i bardzo wcześnie. Uważam, że jest to dla mnie system optymalny. Ale nawet normalna kolacja zjedzona nie później niż o 17-18 też będzie dobrym rozwiązaniem. O ile ktoś nie jest dzieckiem, nie jest osłabiony, wychudzony i niedoborowy powinien spróbować zrezygnować z kolacji lub znacznie ją ograniczyć i nie jeść później niż o 17-18. Efekty będą spektakularne – więcej energii, lepsze trawienie, większa jasność umysłu a przy okazji łagodny i stały spadek wagi o ile ktoś ma nadwagę.

Share on Myspace

środa, 27 styczeń 2016 00:00

Zdrowe, niezdrowe? Jeść, nie jeść? A co mówią badania?

Kontynuując rozpoczęty niedawno w tym artykule wątek ciągle nowych „odkryć” i „rewelacji” w dietetyce, dziś chciałam napisać kilka słów na temat badań naukowych w dietetyce i naukach o zdrowiu.

Tytułem wstępu

O Thomasie Youngu zwykło się mówić, że był ostatnim człowiekiem, który wiedział wszystko. Ten wszechstronny uczony (fizyk, filozof, lekarz) żył na przełomie XVIII i XIX w. i był chodzącą encyklopedią, tzn. posiadał wiedzę na każdy temat w zakresie tego co ówczesna cywilizacja za swój dorobek wiedzy uznawała.  Potem nastąpił taki turbowzrost naszego poznania prawd rządzących światem, że „wiedzieć wszystko” przestało być możliwe nawet w przypadku geniuszy i weszliśmy w czasy specjalizacji, która z czasem przeszła w wąskie specjalizacje a współcześnie ma tendencje do przechodzenia w absurdalnie wąskie specjalizacje (lekarz od prawego oka, lekarz od lewego oka ;-)).

Obecnie ilość informacji jakie są dostępne (pod naszymi palcami :-)) jest przeogromna. Jednak pojawił się nowy problem. Internet z całym swoim dobrodziejstwem ma również tę podstawową wadę, że każdy może w nim napisać wszystko i konia z rzędem temu, kto dotrze czy to prawda czy stek bzdur. Stare dobre czasy, gdy po sprawdzoną wiedzę sięgało się do encyklopedii jako do źródła zaufanego i pewnego odeszły w niepamięć, teraz o wszystko pytamy „doktora Googla”, który czasem niegłupio mówi, ale czasem plecie trzy po trzy. W konsekwencji żyjemy w epoce ogromnej niepewności na każdym polu: komu ufać, kto mówi prawdę a kto nie, szczególnie, że w Internecie w zasadzie można spotkać opinie skrajnie przeciwne na dowolny wręcz temat. Do tego dochodzi oczywiście smutna świadomość, iż wszyscy jesteśmy celami sprzedażowymi niczym tarcze strzelnicze i firmy nie zawahają się zrobić wszystkiego, aby nakłonić nas do sięgnięcia po ich produkty, uciekając się przy tym do coraz bardziej wyrafinowanych (czytaj: perfidnych) form perswazji (czytaj: manipulacji) w formie zawoalowanej np. w doradztwo specjalistyczne czy pozytywne komentarze „zwykłych” użytkowników na forach itp. Patrząc na problem z góry, jest on częścią ogólnie zauważalnej niepewności w dzisiejszym świecie i odczuwalnej utraty oparcia w wartościach i autorytetach, świecie, w którym jedyną pewną rzeczą jest to, że nic nie jest pewne.

W dzisiejszym świecie jedyną pewną rzeczą jest to, że nic nie jest pewne.

I być może stąd bierze się powszechne zachłyśnięcie hasłem „badania naukowe potwierdziły”; może to wyraz naszego głębokiego, wewnętrznego pragnienia aby coś na tym świecie było rzeczywiście potwierdzone, jasne i stabilne? A to miałaby nam zapewnić bezstronna i obiektywna nauka :-).

Pamiętam jak napisałam artykuł o szkodliwości kuchenki mikrofalowej (tutaj) i podniósł się i na Facebooku i w prywatnej do mnie korespondencji wielki raban, że nie ma badań naukowych na ten temat, więc to bzdura. No cóż, skoro Wikipedia podaje, że brak badań na ten temat to przecież tak musi być ;-)

Jak łatwo napisać „brak badań” i zdyskredytować cały koncept. Tymczasem oczywiście badania istnieją i były publikowane m.in. w – bagatela – czasopiśmie „The Lancet” (dla niezorientowanych jest to szpica i bodaj najbardziej prestiżowe czasopismo medyczne na świecie). Wystarczy jednak napisać „brak badań” i wszyscy jak baranki będą to powtarzać. Jak pisał Caldini reguła autorytetu to jedna z podstawowych zasad wpływu społecznego, w tym przypadku autorytetem są bliżej nie sprecyzowani naukowcy, którzy jakieś badania prowadzili, ale nie wykazały one szkodliwości. Zaraz, zaraz ….. tylko czy zwrot „brak badań naukowych” = „badania były robione i nic nie wykazały” czy może raczej „nikt badań nie robił”?!

Dzisiejszy artykuł uważam za ważny dla zachowania zdrowego rozsądku w staraniach o zdrowe, zrównoważone życie. Nie może bowiem być tak, że jeśli badań naukowych brak to „hulaj dusza, piekła nie ma” a z drugiej strony do badań naukowych trzeba podchodzić z rezerwą, ostrożnością i nigdy, przenigdy nie wyłączać myślenia. W momencie gdy przestaniesz dociekać i kwestionować jesteś zgubiony. Pamiętaj, tylko kwestionując wszystko możesz rozpoznać to co niekwestionowalne :-).

.

„Zdobycze” nauki

Czym grozi wyłączenie myślenia i intuicji? Przypomina mi się historia, którą słyszałam kilka lat temu o mężczyźnie, który włączył GPS, zdał się całkowicie na niego i utonął w jeziorze, po tym jak GPS skierował tam jego auto.

Osobiście irytują mnie ludzie gloryfikujący zdobycze współczesnej wiedzy i bezrefleksyjnie podchodzący do nich, szczególnie jeśli wyśmiewają „szarlatanerię” tj. wszystko to z czym nauka współczesna sobie nie radzi, tzn. nie jest w stanie znaleźć dla tego wyjaśnienia.

Pamiętam jak kilka lat temu współczesna nauka potwierdziła istnienie kanałów energetycznych w ciele człowieka, które rzeczywiście pokrywają się z tym co już kilka tys. lat temu nazwano czakrami. Czy to nie jest śmieszne, że po kilku tysiącach lat nauka potwierdziła wreszcie to, co było wiadomo od dawna? I co teraz na to ci, u których na słowo „czakra” pojawiał się litościwy i ironiczny uśmieszek pod nosem?

O nauce ogólnie słów kilka

Zanim przejdę do zasadniczego tematu tego artykułu, czyli dlaczego „badania naukowe” w naukach o odżywianiu są - eufemistycznie rzecz ujmując – mało miarodajne, przedstawię jeszcze kilka moich ogólnych spostrzeżeń nt. nauki w ogólności.

Po pierwsze – od tego trzeba zacząć - sama nauka jest często definiowana jako skuteczna metoda ograniczania fałszywej wiedzy o rzeczywistości. A z tego wniosek, że naukowcy posługują się permanentnie i świadomie prawdami tymczasowymi, obowiązującymi tylko, dopóki nie zostaną obalone.

Po drugie – nauka jest prawie zawsze na usługach tych co badania finansują lub na wynikach badań budują tzw. własny dorobek naukowy. Pamiętam jak w wieku 14 lat przeczytałam głośną książkę „Zakazana archeologia”. Nie wnikając w treść tej pozycji, po raz pierwszy dotarło wtedy do mnie bardzo boleśnie to, że najwspanialsze odkrycia naukowe są sztucznie wyciszane, wyśmiewane i zagłuszane jeśli nie pasują do współczesnej koncepcji „wiedzy” w danej dziedzinie lub zagrażają aktualnym autorytetom.

Bo skoro rzesza uczonych zbudowała swój autorytet naukowy od doktoratu do habilitacji czy profesury twierdząc „X”, to młody naukowiec, który przyjdzie i wykaże, że nie „X” tylko „Y” stanie się automatycznie wrogiem numer 1 „naukowego” establishmentu, bo z punktu widzenia okopanych na swoich pozycjach „naukowców” żyjących ze swoich odkryć, stanowi potworne zagrożenie dla ich pozycji i źródeł utrzymania. Nikt nie lubi gdy mu się wytknie, że się pomylił i nikt nie lubi spadać z piedestału :-). I środowisko naukowe nie jest tutaj żadnym wyjątkiem. Gdy się to zrozumie, dużo łatwiej będzie zaakceptować, że część niezwykle ważnych odkryć naukowych do tzw. powszechnej świadomości w ogóle nie trafia.

Pomiędzy światem nauki przez duże „N” a naszym zwykłym światem odbiorców głodnych wiedzy ;-) jest ogromna przepaść. Mało kto czyta teksty źródłowe z badań (może co najwyżej w swojej dziedzinie) zwykle korzystamy z przerobionych, uproszczonych i zinterpretowanych informacji na portalach informacyjnych. Kilka razy sięgnęłam do badań źródłowych, a że mam, że tak powiem warsztat naukowca, wiem jak się badania naukowe robi i sama je robiłam, choć w innej dziedzinie niż odżywianie – bardzo wyraźnie dostrzegłam przekręcenia i nieuprawnione nadinterpretacje tych co owe artykuliki pisali. Stąd też bawią mnie „obrońcy twardej nauki” czepiający się kurczowo XIX-wiecznego konceptu mędrca szkiełka i oka w sytuacji gdy pierwsza liga naukowców na świecie już od dawna jest na poziomie sterowania materią przez świadomość i leczenia energetycznego a fizyka newtonowska wydaje się powoli odchodzić do lamusa.  

Specyfika badań naukowych w zakresie zdrowia i dietetyki

Wszelkie badania na temat wpływu odżywiania i stylu życia na zdrowie są z natury rzeczy „miękkie” i nie muszą być bezwzględnie powtarzalne. Jeśli zrzucimy książkę ze stołu 100 razy z rzędu, 100 razy z rzędu spadnie na podłogę.

Jeśli będziemy się fatalnie żywić przez 100 dni a do tego palić 2 paczki papierosów dziennie możemy zachorować na raka, ale …. wcale nie musimy.

Jest to już bowiem dużo bardziej skomplikowane i zależne od wielu dodatkowych czynników, w tym – o czym się coraz częściej mówi – naszych przekonań na temat tego, czy jest to dla nas szkodliwe czy nie.

W eksperymencie idealnym badacz po pierwsze zna wszystkie zmienne, a pod drugie nie jest ich zbyt dużo. Sprawdza różne kombinacje zmiennych i skutków jakie wywołują i dochodzi do wniosków.

Przy odżywianiu jest to całkowicie niemożliwe. Zmiennych w przypadku czynników wpływających na zdrowie i samopoczucie człowieka jest tyle, że nawet nie da się ich wszystkich wymienić. A sposób odżywiania będzie tylko jedną zmienną, ważną, ale nie jedyną. Skoro więc ktoś odżywia się prawidłowo, ale przykładowo ma wrodzoną słabą konstytucję, silnie się stresuje, przeszedł w przeszłości poważne choroby, śpi na cieku wodnym, ma pleśń w domu, żyje pod stałym napromieniowaniem, nie dosypia, używa kancerogennej „chemii”, mieszka w zatrutym środowisku itp. itd. – samo zdrowe odżywianie nie wystarczy dla zdrowia.

Zatem wszelkie badania typu „100 kobiet przez 100 dni nie jadło mięsa a drugie 100 jadło i te co nie jadły miały więcej energii i lepiej się czuły” jest z gruntu rzeczy ogromnym uproszczeniem i nie da się powiedzieć kategorycznie, że to właśnie mięso a nie inne czynniki czy to aktualnie występujące, czy takie które wystąpiły w przeszłości, czy to wreszcie nastawienie kobiet, zadecydowały o wynikach.

Dlatego przy odżywianiu nigdy nie będzie dowodów bezwzględnych.

Korelacja czy przyczynowość

Z tego powodu rzetelny naukowiec powie raczej o korelacji niż przyczynowości w naukach o żywieniu. Oznacza to np., że widać korelację (związek) pomiędzy brakiem spożywania produktów mlecznych przez Azjatów a niższym poziomem zachorowań na raka piersi wśród Azjatek. Czy to jednak oznacza, że produkty mleczne są przyczyną zachorowań na raka? Nie, tego powiedzieć nie można, bo być może zupełnie coś innego zadecydowało o tych statystykach. Ale taka korelacja może już stanowić podstawę do dokonania własnych wyborów przez kobietę, u której zdiagnozowano raka piersi. Niemniej niektóre korelacje są tak oczywiste, że można pokusić się o sformułowanie stwierdzeń, graniczących z pewnością, jak np. to, że palenie papierosów jest szkodliwe.

Ale mimo to jeden będzie palił i pił przez całe życie i umrze śmiercią naturalną w wieku 96 lat a drugi żyjąc zdrowo przedwcześnie umrze na nowotwór. Bowiem ilość czynników dodatkowych (w tym nastawienia psychicznego) jest tak duża i istotna, że może przeważyć nad samym zdrowym odżywianiem. Nie na darmo mówi się, że jak się pacjent zaprze i chce żyć to i medycyna jest bezradna :-). Z drugiej strony czy to oznacza, że możemy żywić się dowolnie, bo mało od nas zależy? Oczywiście nie. W absolutnej większości przypadków nasz styl życia będzie przybliżał lub oddalał nas od zdrowiaWszystko co robimy właściwym odżywianiem i stylem życia jest inwestycją w siebie i świadomym zwiększeniem swoich szans na zdrowe życie, nikt nam jednak żadnej gwarancji zdrowia nie da. Rób więc to co do Ciebie należy, ale oderwij się od efektu końcowego, który nie do końca jest zależny od Ciebie, o czym szerzej pisałam w tym artykule.

Jestem wielką zwolenniczką przenoszenia do nauk o odżywianiu sprawdzonych metod z innych dziedzin nauki a konkretnie metody introspekcji, rozumianej jako wgląd w siebie i obserwację :-). Badania, badaniami, ale jeśli czujemy, że po jakimś produkcie czujemy się źle a po innym dobrze to raczej to niech będzie dla nas wskazówką. To co naturalnie występuje w przyrodzie w pewnej formie prawie zawsze będzie lepsze niż produkty produkty wysoko przetworzone (żywność gotowa) czy skondensowane (np. oleje, soki). Ot, cała filozofia.

Finansowanie badań

Nawet jeśli przyjąć, że wszystkie badania są prowadzone rzetelnie i bezstronnie (co nie jest prawdą) trzeba mieć na uwadze jeszcze jedną rzecz. Mianowicie badania naukowe leków chemicznych kosztują miliardy dolarów i trwają latami. Firma inwestuje w te badania, bo później zwrócą się one w sprzedaży opatentowanego leku.

Tyle, że marchewki, granatu, brokułów, imbiru itp. nikt nie opatentuje, zatem nikomu nie zależy na prowadzeniu poważnych badań naukowych na temat wpływu roślin naturalnych na nasze zdrowie, bo to kosztuje a zarobić się na tym nie da jak na lekarstwach.

Udowodnione działanie niektórych pokarmów jest raczej uprawdopodobnione w ten sposób, że zauważono znaczną korelację i poprawę stanu zdrowia.

Miejmy więc świadomość, że stwierdzenie „brak badań naukowych” nie oznacza, że coś nie działa a jedynie to, że najprawdopodobniej nikt nie był zainteresowany przeprowadzeniem badań ze względów finansowych. Czy coś działa czy nie, najszybciej wypróbujecie na sobie. Sprawdź, jeśli zadziała po prostu będziesz to wiedzieć i nie będziesz potrzebował podwójnie ślepych prób by uwierzyć :-)

Wiedząc o tym, że nauka operuje prawdami tymczasowymi, dodatkowo często zniekształconymi przez interpretację lub wręcz zmanipulowanymi, nie ufajmy bezkrytycznie doniesieniom prasowym, ale też nie zamykajmy na nie całkowicie oczu. Gdzieś w tym wszystkim trzeba się jakoś rozsądnie odnaleźć nie popadając w skrajności i dogmatyzm, czego Wam z całego serca życzę.

 

Share on Myspace

poniedziałek, 11 styczeń 2016 00:00

O ślepej wierze, modach żywieniowych i intuicji w żywieniu  

Mody i "rewelacje" w żywieniu

Ostatnio światem „wstrząsnęła” wiadomość ogłoszona przez WHO, iż czerwone mięso jest rakotwórcze. Jak zawsze gdy pojawia się tego typu rewelacja, część osób z pewnością bezrefleksyjnie odstawi czerwone mięso, bo przecież Światowa Organizacja Zdrowia wie co mówi, a tym bardziej głosi.

 

W dzisiejszym świecie jedno słowo rzucone w eter potrafi spowodować całą lawinę nowych mód w świecie dietetyki. Tak byłoprzykładowo z glutenem czy mlekiem krowim. Nie twierdzę, że gluten czy mleko krowie są jakoś specjalnie zdrowe, ale niektórym ludziom kompletnie nie szkodzą (inną sprawą jest jakość mleka i jakość pszenicy). Ba, dobrej jakości mleko od „ekologicznej” krowy może być w niektórych przypadkach wskazane, zaś gluten z dobrej jakości owsa czy orkiszu całkiem ok. Tymczasem swoista „moda” na całkowite wykluczanie niektórych pokarmów i zastępowanie ich innymi „zdrowszymi” odpowiednikami rozchodzi się w niesamowitym tempie i osoby na diecie bezglutenowej, wcale nie cierpiące na celiakię to już cała wielka marketingowa grupa docelowa.

Czemu to służy? Nie chcę być posądzona o wyznawanie teorii spiskowych, ale wystarczy porównać ceny produktów zwykłych i bezglutenowych, żeby do wniosków dojść samemu.

W wielu warszawskich kawiarniach pojawiła się możliwość zamówienia do kawy mleka innego niż krowie. Tyle, że za taką dodatkową ekstrawagancję trzeba zapłacić całe 2 zł :-). I zwykle jest to mleko sojowe, które wcale nie musi być dla wszystkich korzystne. Należy bowiem pamiętać, że soja zawiera fitoestrogeny, substancje naturalne zbliżone do estrogenów. Przy zbyt wysokim poziomie estrogenów oraz w chorobach nowotworowych hormonozależnych (wiele odmian raka piersi czy jajników, które „żywią się” hormonami) produkty sojowe są niewskazane a wręcz zabronione. Tymczasem moda na soję to kolejna „prawda” rzucana nam co rusz w formie „tak jest i koniec”. Przymierzam się do opisania w jednym z artykułów jak są prowadzone badania naukowe dotyczące wpływu poszczególnych pokarmów na człowieka. Artykuł taki uważam za konieczny, bo akurat jeśli chodzi o odżywianie to sprawa jest niezwykle skomplikowana a badania naukowe … no cóż, nie chcę wyprzedzać.

 

Kwestia niezwykle indywidualna

Takie ślepe wierzenie modom jest szczególnie charakterystyczne dla neofitów, tzn. osób, które właśnie zaczynają przygodę ze zdrowym odżywianiem, tu coś przeczytają, tam coś usłyszą, ale już nawracają innych, choć nie mają jeszcze całościowej wizji zagadnienia i niezbędnego dystansu. I w konsekwencji przechodzą na dietę bezglutenową popijając bezglutenowy chlebek Colą i polewając „zdrową” sałatkę z sałaty lodowej z hipermarketu z tuńczykiem z puszki i kukurydzą z puszki olejem słonecznikowym :-(.

Tymczasem kluczem do dobrego odżywiania jest nawet bardziej niż posiadanie podstawowej wiedzy o odżywianiu, ciągłe obserwowanie własnego organizmu i zachowanie umiaru we wszystkim. To co dobre dla jednego, nie musi być dobre dla drugiego. Są osoby, które mają tak sprawny układ trawienny, że nawet gluten pszenny ich jakoś specjalnie nie rusza. Osoby z wewnętrzną suchością mogą czerpać ogromne korzyści z niewielkiej ilości mleka dobrej jakości, które według TCM ma działanie nawilżające. Zaś czerwone mięso ze zwierząt ekologicznych, od którego zaczęłam ten artykuł, w niewielkich ilościach jest bardzo wskazane w okresach osłabienia i wycieńczenia. Nic tak nie stawia na nogi jak mięso, albo przynajmniej zupy mocy na mięsie. Przy czym zaznaczyć trzeba, że ilości mięsa jakie są zalecane według TCM w okresach osłabienia są znacznie mniejsze niż nasz swojski schabowy na talerzu. Czasami chińskie potrawy mięsne są mocno oszukane, mięso jest drobno pokrojone i zmieszane z czymś, niby jest, ale raptem jest to 10 dag.  

 

Szkodliwość nadmiarów

Wszystko może być rakotwórcze jeśli jest spożywane w nadmiarze. Stary, dobry cynamon jest przedmiotem niezwykłego zainteresowania urzędników unijnych, gdyż ktoś z nich przeczytał gdzieś zapewne, że w cynamon w nadmiarze może być szkodliwy. I mądre głowy będą obradować (i niestety decydować) na temat ograniczenia spożycia cynamonu, nieistotne przy tym, że aby negatywne skutki cynamonu wystąpiły należałoby go zjadać w ilościach ok. kilograma tygodniowo, jest szkodliwy - to trzeba zakazać. Ta sama Unia już takie świństwo jak aspartam uznaje ze dozwolony produkt spożywczy (szok).

Istotą jest zachowanie umiaru. Oczywiście, że czerwone mięso spożywane w nadmiernych ilościach może doprowadzić do raka, chociażby przez zakwaszanie organizmu, które jest jedną z powszechniejszych przyczyn występowania chorób degeneracyjnych, o czym bliżej pisałam tu, czy poprzez szkodliwe substancje, którymi są szprycowane zwierzęta.

Oczywiście, że mleko, szczególnie to nieorganiczne, pełne hormonów i antybiotyków pite regularnie może mieć działanie niekorzystne, podobnie jak zjadanie kilograma cynamonu tygodniowo :-).

Dlaczego jednak WHO czy Unia Europejska nie ogłasza jak bardzo szkodliwe są roślinne oleje rafinowane? Co się dzieje w trakcie smażenia na oleju rafinowanym, szczególnie wielonienasyconym? Olej pod wpływem temperatury, niezwykle szybko się utlenia i w procesie tym powstają lawinowo tzw. wolne rodniki. W odpowiedniej ilości są one nam niezbędne, w nadmiarze stają się odpowiedzialne za stany zapalne, przedwczesne starzenie się i obniżenie odporności. Smażenie na smalcu (tłuszcz nasycony, który nie utlenia się) w porównaniu ze smażeniem na rafinowanym oleju słonecznikowym to jak jednokrotne zaciągnięcie się papierosem w porównaniu z całodziennym wdychaniem oparów z rury wydechowej samochodu, z twarzą tuż przy niej :-). A jednak o tym się nie mówi.

Dlaczego wreszcie nikt nie wspomina, że cukier jest potencjalnie rakotwórczy? Jako jedna z najbardziej zapalnych substancji jakie istnieją cukier w nadmiarze wywołuje stany zapalne (w tym ukryte stany zapalne), te zaś mogą prowadzić do raka, o czym pisałam tu.

Dlatego do wszelkich takich „rewelacji” na temat tego co jest bezwzględnie niezdrowe czy też w drugą stronę – bezwzględnie zdrowe, należy podchodzić z dużą rezerwą, szczególnie, że ogromna część tych „badań” jest finansowana przez koncerny.

 

Obserwacja i umiar


Swoim pacjentom polecam zawsze prowadzenie dzienniczka żywnościowego przez minimum 2 tygodnie, w którym będą zapisywać nie tylko to co jedzą i piją i o której, ale również jak się po tym czują, czy po zjedzeniu danego pokarmu czy ich kombinacji a także kolejności spada im energia, czy odczuwają wzdęcia, dolegliwości, rozdrażnienie itp.

I często są zaskoczeni rezultatami. Jednym z najczęściej diagnozowanych przeze mnie błędów jest jedzenie produktów białkowych na koniec posiłku, które to produkty są najciężej strawne i wymagają największej ilości kwasu solnego. Zwykła zamiana kolejności – najpierw produkty białkowe, później węglowodany – już może być miłą odmianą dla naszego układu trawiennego. Dopiero takie świadome spisanie reakcji własnego organizmu pozwala wykryć nietolerancje i złe połączenia. A na co dzień nikt na to nie zwraca uwagi.

Sama u siebie zauważyłam przykładowo, że najlepiej się czuję, gdy nie jem kolacji, albo jest to coś bardzo leciutkiego ok. godz. 17.00. Idę spać lekko głodna, co super przyjemne nie jest, przyzwyczaiłam się już do tego odczucia, a raczej je zaakceptowałam, natomiast fizycznie czuję się wtedy najlepiej i mam najwięcej energii. Życie, życiem i czasem, ze względów społecznych, albo gdy sobie pofolguję zdarza mi się jeść wieczorem duże posiłki. Tak było w czasie Świąt, które spędziłam w Hiszpanii, gdzie niestety normą jest jedzenie kolacji o 21 a nawet o 22. O ile samo jedzenie o takich porach sprawia mi niewątpliwie doraźną przyjemność, bo nie idę głodna spać, o tyle to jak się później czuję niekoniecznie jest miłym wspomnieniem.

Czy zatem rezygnacja z kolacji będzie dobra dla każdego? Oczywiście nie, są osoby, którym jedzenie wieczorem może niekonieczne służy, ale dla których jest, powiedzmy, neutralne.

 

Świadoma uważność 

Mindfulness czyli świadoma uważność tak jak we wszystkich innych dziedzinach życia tak i w żywieniu sprawdza się perfekcyjnie jako metoda postępowania. Trzeba świadomie dobierać pokarmy, obserwować swoje reakcje i wyciągać wnioski.  Dla jednego odstawienie czerwonego mięsa będzie ogromnym krokiem naprzód i przyniesie szereg pozytywnych zmian biochemicznych w organizmie, dla drugiego (szczególnie dla mięsożernych z natury osób z grupą krwi 0) może być wręcz szkodliwe – stracą energię i radość życia. Przy dobrym kontakcie z własnym ciałem jesteśmy w stanie wyłapać subtelne sygnały nam podsuwane czego w danym momencie potrzebujemy, nazywa się to krótko mówiąc intuicją w jedzeniu. Przykładowo ja mięsa zasadniczo nie jadam i nie mam na nie większego apetytu, nie służy mi. Są jednak takie okresy w moim życiu, kiedy do mięsa mnie ciągnie. Nie bagatelizuję tego głosu wewnętrznej intuicji, bo wychodzę z założenia, że ciało samo mówi mi czego mu potrzeba i sięgam po niewielkie ilości mięsa organicznego, do czasu aż ten apetyt mi przejdzie.

Badanie i zapisywanie własnych reakcji oraz wsłuchiwanie się w potrzeby organizmu jest kluczem do sukcesu. Uwaga, pociąg do słodyczy najczęściej nie jest głosem naszej wewnętrznej intuicji lecz głosem patogenu (np. sygnałem drożdżycy). Ten jeden głos warto zignorować :-) i zastanowić się nad przeprowadzeniem kuracji antypasożytniczej (np. tej, o której pisałam tu) i wyregulowaniu stanu jelit. Przy dobrej, zrównoważonej diecie i właściwym stanie flory bakteryjnej jelit, napady wilczego apetytu na słodkie nie występują. 

Share on Myspace

niedziela, 20 grudzień 2015 00:00

Odżywka do włosów z awokado

Uwielbiam awocado (jeden z superfoods) i sporo go kupuję. Zauważyłam jednak, że jest to owoc, przy którym łatwo przegapić idealny moment pomiędzy tym kiedy jeszcze jest zbyt twardy a tym gdy już jest za miękki. I kiedy awocado zrobi się zbyt przejrzałe i lekko ciemne w środku, do celów kulinarnych się już nie nadaje ale wtedy właśnie robię taką odżywkę, żeby się nie zmarnowało :-).

Składniki:
dojrzały owoc awokado 
2-3 łyżki jogurtu naturalnego 
sok z połowy cytryny (opcjonalnie) 
 

Awocado rozgniatamy dokładnie widelcem, mieszamy z pozostałymi składnikami na jednolitą papkę o gładkiej konsystencji. Wmasujemy we włosy i skórę głowy, owijamy ręcznikiem i zostawiamy na 20-30 minut. Spłukujemy starannie i myjemy włosy szamponem.

UWAGA: Jeśli włosy są rozjaśnione lub przesuszone pomiń sok z cytryny.

Powyższa ilość wystarcza na jeden zabieg. Odżywka przywraca włosom nawilżenie i połysk, szczególnie teraz w okresie zimowym warto z niej skorzystać.

 

Share on Myspace

czwartek, 03 grudzień 2015 00:00

O czym lekarze Ci nie powiedzą - wiedza powszechnie przemilczana

 

Od samego początku pisania tego blogu (rok minął zupełnie niespodziewanie ;-)) pomimo nastawienia przede wszystkim na kwestie dietetyczne, staram się jasno podkreślać w artykułach, które piszę i publikuję, że samo zdrowe odżywianie nie wystarczy do tego, aby być zdrowym i zachować zdrowie. Niezbędne są również ruch i dotlenienie oraz właściwe nastawienie do życia. Czy to w ramach prewencji chorób, czy już w chorobie, tylko mądre i harmonijne połączenie tych wszystkich czynników jest w stanie dać długotrwałe pozytywne rezultaty. Proste, ale nie łatwe.

Żyjemy w dziwnych czasach, w których gloryfikuje się tzw. „naukowe podejście”. Temu „naukowemu podejściu” mam zresztą zamiar poświęcić odrębny wpis, gdyż często jest podejściem pseudonaukowym, bo zamykającym się na wszystko co nie jest „oficjalnie klepnięte”. Prawdziwy naukowiec nigdy nie zamyka się na nic, co może działać, tylko dlatego, że nie wpisuje się w „prawdę oficjalną”.

Tymczasem współczesne „mędrca szkiełko i oko” nierzadko przesłania człowieka i jego dobro, nie traktuje się poważnie doniesień o skuteczności terapii, które nie zostały potwierdzone badaniami klinicznymi. Zapomina się przy tym, że badania kliniczne kosztują miliardy dolarów i nikt ich nie wykona w stosunku do produktów naturalnych, których nie można opatentować. Czy jednak doniesienie, że coś pomogło 20, 30, 50 czy 100 ludziom można po prostu zignorować i udać, że ich nie było,bo …. nie ma badań klinicznych? Mnie osobiście to się w głowie nie mieści.

Dlatego dziś dzielę się z Wami informacją o czasopiśmie, które mnie po prostu oczarowało. Mowa tu o dwumiesięczniku na licencji brytyjskiej w Polsce wydawanym pod tytułem „O czym lekarze Ci nie powiedzą”.

Każdy nowy numer czytam z wypiekami na twarzy, bo też piszą niezwykle interesująco i obalają wiele oklepanych mitów na temat zdrowia i lekarstw, ujawniając niedociągnięcia i ograniczenia medycyny oficjalnej.

Co ciekawe czasopismo jest przygotowywane przez lekarzy, wybitnych specjalistów w swych dziedzinach, otwartych na wszelkie możliwości pomocy choremu również tzw. metody naturalne czy alternatywne.

Choć zasadniczo z osobami zgłaszającymi się do mnie, pracuję wg. zasad tradycyjnej medycyny chińskiej (dietoterapią i ziołami), przyznaję, że czasopismo to bardzo przydaje mi się uzupełniająco. Jestem pełna podziwu dla wspaniałego grona osób je współtworzących, którzy byli w stanie połączyć wiedzę akademicką z medycyną naturalną. Czyli jednak da się J

Zaznaczam, że nie czerpię żadnych profitów z tego wpisu, od samego początku pisania tego blogu przyjęłam założenie, że będę się dzielić całkowicie altruistycznie wszelkimi informacjami o wartościowych miejscach, publikacjach, ludziach, inicjatywach itp. żeby mogły dotrzeć do tych, którzy być może właśnie takich informacji bardzo potrzebują.

 

 

Share on Myspace

piątek, 27 listopad 2015 00:00

Hit na zimne dni - zupa wzmacniająca i ogrzewająca

Wczoraj spontanicznie „popełniłam zupę”, mąż mój wpadł w zachwyt, ja nie chwaląc się też, więc na świeżo wrzucam przepis, może ktoś z Was akurat szuka inspiracji na kolację czy jutrzejszy obiad.

Ze względu na użyte składniki zupa ta ma działanie wzmacniające Śledzionę (układ pokarmowy) oraz rozgrzewające. Przed jej zjedzeniem było mi trochę zimno, już w trakcie jedzenia zaczęłam odczuwać przyjemne ciepełko. Polecam wszystkim na ten właśnie okres, jest pyszna i aromatyczna a dodatek mleka kokosowego nadaje jej nieco egzotycznej nuty. 

A robi się ją tak:

Składniki:

80-100 g. dyni 

2-3 średnie marchewki 

1 średnia cebula

2-3 ząbki czosnku

imbir (kawałek o grubości 1 cm)

10 ml (2 łyżki) oliwy, masła klarowanego lub oleju kokosowego

puszka mleczka kokosowego bez dodatków

6 pomidorów obranych ze skróy lub 1 puszka pomidorów

0,5 litra wody

0,5 szklanki czerwonej soczewicy

0,5 łyżeczki garam masali (lub cynamonu jesli nie mamy garam masali)

łyżeczka kurkumy

sól do smaku

piertruszka lub inna zielenina do przybrania (opcjonalnie)

Pokrój drobno marchewkę lub zetrzyj na tarce z grubymi oczkami, pokrój w kostkę dynię i pomidory. Oliwę, olej kokosowy lub masło klarowane rozgrzej w sporym garnku. Pokrój drobno cebulę i bardzo drobno czosnek i imbir (lub zetrzyj na tarce z małymi oczkami), wrzuć do garnka, podsmażaj chwilę (3-4 minuty). Dodaj przyprawy, wymieszaj i podgrzewaj jeszcze minutę. Dodaj marchewkę, dynię i pomidory, obsmażaj kolejną minutę. Wlej mleko kokosowe i wodę, gotuj do miękkości (u mnie ok. 25-30 min.). Na koniec dodaj sok z cytryny. Jeśli pokroiłeś dosyć grubo warzywa, dobrze będzie zupę lekko potraktować blenderem, ale nie tak aby wyszedł nam gładki krem (jeśli pokroiłeś warzywa wystarczająco drobno, nie będzie to konieczne). Dekorujemy pietruszką lub bazylią. Smacznego!

 

Share on Myspace

środa, 18 listopad 2015 00:00

Dieta a Rak - ABC

Cz. 4 Zakwaszenie organizmu 

 

Kolejnym (po wykryciu i usunięciu stanów zapalnych w organizmie) krokiem w leczeniu i prewencji nowotworów jest odkwaszenie organizmu. Przy czym trudno mówić tu stricte o kolejności kroków, bo w zasadzie dieta antyzapalna będzie również w znacznej mierze dietą odkwaszającą.

Na temat powszechnego zakwaszenia mówi i pisze się ostatnio sporo, ale mimo to, temat nie jest powszechnie zrozumiany. W tym artykule postaram się go nieco przybliżyć, najprościej jak się da i w kontekście choroby nowotworowej, choć trzeba sobie jasno powiedzieć, że nie tylko rak ale i wiele innych chorób cywilizacyjnych może mieć swoje źródło w zakwaszonym organizmie, żeby wspomnieć tu choćby choroby układu krążenia, niewydolność nerek, dnę moczanową czy osteoporozę. Nadkwaśność jest bowiem poważnym zakłóceniem równowago organizmu i organizm próbuje sobie z tym radzić jak może. Działając w trybie detoksykacji i usuwania odpadów, stale przeciążony, nie może realizować swoich zadań na rzecz pozostałych części ciała, więc je zaniedbuje, skupiając się na tym co w tej chwili najważniejsze (niedopuszczenie do śmiertelnego zakwaszenia). W ten sposób dochodzi do rozwoju poważnych stanów chorobowych w różnych częściach ciała.

Równowaga kwasowo-zasadowa

Nasze ciało jest tak zbudowane, że każda jego część ma swoje optymalne pH. I tak żołądek musi być bardzo kwaśny aby prawidłowo funkcjonować, o czym pisałam tu, ale już skóra np. lekko kwaśny odczyn 5,5 pH. Natomiast pozostałe części ciała, w tym krew powinny mieć lekko zasadowy odczyn (7-7,5).

Liczne badania wykazują, że absolutna większość osób, które zachorowały na nowotwór miało za niskie (zbyt kwaśne) pH organizmu. Podobną korelację można zaobserwować przy wielu innych chorobach cywilizacyjnych. Trudno bowiem wskazać choćby jedną reakcję chemiczną w organizmie, na którą nadmierne zakwaszenie nie miałoby negatywnego wpływu.

Trzeba sobie jasno powiedzieć, że problem zakwaszenia organizmu jest powszechnym problemem w państwach wyżej rozwiniętych (nadmiarowych), czyli również i w Polsce.

Alejandro Junger, podobnie jak w hermetycy, uważa, że „jak na górze tak na dole” i „jak wewnątrz tak na zewnątrz”. Organizm każdego człowieka jest mikroczęścią planety; lasy - płucami, rzeki – tętnicami, ludzie – pojedynczymi komórkami. Pogląd też ładnie wpisuje się również w koncepcję holograficznego wszechświata Davida Bohma i Karla Pribrama (każda część całości zawiera w sobie całość).

Nic zatem dziwnego, że dotyka nas problem powszechnego zakwaszenia organizmu, podobnie jak na poziomie planety obserwujemy niekorzystne zjawisko zakwaszenia środowiska czyli postępującego zmniejszania się wartości pH poszczególnych jego elementów, w tym ekosystemów leśnych i wodnych.

Przyczyny zakwaszenia organizmu

I tak, zaczynając od dietetycznych, zakwaszają organizm:

- duże ilości białka zwierzęcego

- pokarmy śluzotwórcze - śluz ma kwaśny odczyn; pokarmami, które spożywane w nadmiarze prowadzą do powstania śluzu są np. banany, daktyle, majonezy, sery pleśniowe i ogólnie wszystko o śluzowatej strukturze

 - nabiał

 - nadmiar zbóż, szczególnie pszenicy

 - alkohol

 - orzechy

 - ryż

 - słodkie ziemniaki

 - niedojrzałe owoce

 - słodycze

Czy to oznacza, że wszystkie powyższe są niezdrowe? Oczywiście nie. Oznacza to tylko, że należy zachować umiar w ich spożyciu i stosować dietę zbilansowaną, tak aby zapewnić odpowiednią ilość pokarmów alkalizujących.

Alkalizująco działają:

- proso (kasza jaglana)

- większość dojrzałych owoców

- większość warzyw

- jęczmień

- gryka

- fasole (zwłaszcza adzuki)

- orzechy brazylijskie (przy czym przy chorobach nowotworowych powinno się spożywać ich minimalną ilość albo wcale nie jeść)

- miód

Czy to oznacza, że powyższe produkty można jeść bez opamiętania? Oczywiście nie. Znowu trzeba zachować umiar i pamiętać, że nawet jeśli nas nie zakwaszą to brak umiaru w ich konsumpcji spowoduje inne skutki (np. zbyt dużo owoców czy miodu mogą prowadzić do niealkoholowego stłuszczenia wątroby, o czym pisałam tu).

Pozadietetycznymi czynnikami zakwaszającymi organizm są stres, brak wystarczającej ilości snu, przyjmowanie stale lekarstw, brak ruchu (niedotlenienie). Wydawałoby się, że oddychanie to najprostsza rzecz pod słońcem. Niestety, żeby tlen dotarł do każdej komórki, musi pokonać około 6 różnych barier, a więc wcale nie jest to taka prosta i oczywista sprawa. Niedotlenienie komórki wprowadzi wprost do raka.

„Nie znam choroby, u podstaw której nie leżałoby niedotlenienie komórek” 

powiedział dr Otto Heinrich  Warburg (1883-1970), niemiecki biochemik, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie medycyny za odkrycie budowy i działania enzymów oddechowych.

Co to oznacza w praktyce? Że ruch fizyczny trzeba połączyć z oddychaniem świeżym powietrzem, a zatem „wyciskanie” w klimatyzowanej siłowni nie spełnia tych wymogów. Lepiej przejść się piechotą do kiosku i pooddychać świadomie przez te 15 minut niż kisić się w klimatyzowanej siłowni. Co więcej, w miastach o dobrej jakości, czyste powietrze z prawidłową proporcją stężenia tlenu jest trudno, warto więc regularnie jeździć tam gdzie jest więcej tlenu, albo przynajmniej chodzić do lasu.

Test zakwaszenia

Jak sprawdzić czy mamy zakwaszony organizm? Domowa metoda polega na kupieniu papierków lakmusowych w sklepie chemicznym (lub online) z przedziału 5,6-8,00 a nie 1-14 gdyż dla naszych potrzeb będą dużo dokładniejsze. Taki papierek lakmusowy kładziemy rano po przebudzeniu na języku lub siusiamy na niego pierwszym, porannym moczem. I patrzymy na kolor, który powie nam jakie jest pH naszych wydzielin. Jeśli jest zbyt niskie – trzeba się tym poważnie zainteresować. Mając już papierek lakmusowy, warto sprawdzić też pH Waszej wody z kranu, gdyż są tu znaczące różnice i duża część wód ma pH kwasowe lub na pograniczu. Alkalizowanie wody czy to jonizatorami czy kropelkami jest zdecydowanie warte rozważenia.

Picie sody, picie wody z cytryną i inne domowe mikstury

O co chodzi z tą cytryną – przecież jest kwaśna a poleca się ją na odkwaszenie organizmu? Wytłumaczenie jest proste: niektóre produkty zawierają kwasy lub zasady (w postaci rozpuszczalnych soli), inne zaś działają kwaso- i zasadotwórczo dopiero w organizmie. Kwaskowata cytryna działa w organizmie zasadotwórczo. Szklanka ciepłej wody z cytryną, ze szczyptą soli himalajskiej rano (po teście pH) jest świetnym i zdrowym początkiem dnia – nawadniamy, mineralizujemy i odkwaszamy w jednym.

Dieta alkaliczna

Jeśli wychodzi nam, że nasz organizm ma zbyt niskie pH - trzeba przejść na dietę alkalizującą. Ponieważ, jak wspominałam powyżej przyczyny zakwaszenia mogą być pozadietetyczne (stres, niedospanie, brak ruchu) – dietę uzupełniamy o odpowiednie zmiany stylu życia w tym zakresie.

Prostą ale niełatwą dietą fantastycznie alkalizującą organizm jest następujący program codzienny:

  1. kasza jaglana, ziemniaki
  2. dowolne warzywa gotowane na parze, za wyjątkiem szpinaku, szczawiu i rabarbaru
  3. olej lniany
  4. kiszonki

Osiem tygodni takiego jedzenia fantastycznie alkalizuje organizm, oczyszczając go z frakcji tłuszczów i białka. Jest to jednak bardzo męcząca i trudna dieta. Przy prewencji, można sobie np. zrobić taki weekend, albo stale jeden dzień w tygodniu.

Opisywane przeze mnie programy oczyszczania (tu) i antypasożytniczy (tu) również prowadzą do zalkalizowania organizmu – efekt ten wystąpi przy okazji, nie trzeba oddzielne przechodzić na specjalną dietę, która ma słowo „alkaliczna” w nazwie.

Zróbcie test i jeśli wyjdzie źle, zacznijcie odkwaszanie organizmu. Prezentowane powyżej metody to tylko niektóre z wielu. Z naszej rodzimej literatury polecam pozycję „Alkaliczny styl życia” Beaty Sokołowskiej, zresztą mojej współkursantki w szkole dietetyki tradycyjnej medycyny chińskiej.

Share on Myspace

czwartek, 05 listopad 2015 00:00

Jak zacząć zdrowiej żywić się od jutra?

 

Mija rok od czasu kiedy zaczęłam pisać ten blog, dziś więc wpis trochę nietypowy i nieplanowany.

Wczoraj bowiem dostałam maila od mojej szwagierki, w którym pisze ona mniej więcej tak (po przetłumaczeniu na polski):

„Kochana, to całe zdrowe odżywianie jest bardzo skomplikowane. Kupiłam książki, które mi poleciłaś, ale ich lektura idzie mi bardzo wolno, nie mam czasu i lata miną zanim je przeczytam. Czy mogłabyś po prostu napisać mi co jeść a czego nie?

Hmmm, pytanie zasadne ale odpowiedź na nie wcale nie łatwa. No bo czy da się tak w kilku zdaniach odpowiedzieć? Pierwsza moja myśl to „nie da się”, „to byłoby zbyt duże uproszczenie, odżywianie to kwestia indywidualna”, ale po chwili zastanowienia pomyślałam sobie, że przecież samo wyeliminowanie pewnych nawyków będzie już ogromnym krokiem do przodu. Tak, da się z dnia na dzień zacząć odżywiać znacząco lepiej. Dlatego z mojej odpowiedzi do siostry mojego męża z bardzo konkretnymi, praktycznymi poradami po jej przetłumaczeniu na polski i dostosowaniu do warunków polskich „ukręciłam” dzisiejszy wpis. Nie wyjaśniam w nim szczegółowo dlaczego i jak, nie wnikam w szczegóły – jest prosty, bo taki ma być.

 

Jak w kilku krokach już od jutra zacząć się żywić lepiej

  1. Przestać pić Colę, Fantę i wszelkie inne kolorowe napoje gazowane. Pijemy wodę, soki warzywne, czasem (ale nie często) sok owocowy, napary i herbatki.

  2. Przestać kupować i używać oleje rafinowane (np. słonecznikowy) – oleje na półkach sklepowych w zwykłych sklepach to oleje rafinowane, poddane takim procesom chemicznym, w które trudno uwierzyć. Wyjątkiem jest oliwa z oliwek extra virgin, która jest tłoczona na zimno (nierafinowana). Jeśli już coś smażymy (co samo w sobie nie jest dobrą metodą obróbki termicznej, ale czasem można) to na maśle klarowanym (ghee) lub na oleju kokosowym nierafinowanym.

  3.  Po przeczytaniu etykiety odkładać z powrotem na półkę wszystko co ma w składzie syrop glukozowo-fruktozowy (jogurty, dżemy) i glutaminian sodu (GMS)

  4. Wybierać produkty bez barwników, konserwantów i sztucznych dodatków (np. ser bez chlorku wapnia) – nie jest to łatwe, ale trzeba się starać. Jeśli chodzi o wędliny najlepiej piec je w domu, w zasadzie nie da się dostać wędlin bez azotynów, jeśli już więc taką kupujemy to niech nie zawiera już innych świństw.

  5.  Nie kupować warzyw i owoców z supermarketów. Czytałam kiedyś, że warzywa i owoce w supermarketach są poddawane promieniowaniu, które ma opóźnić proces ich psucia się a do naświetleń (szczególnie jeśli nie wiemy jakie promieniowanie jest stosowane) należy podchodzić z daleko posuniętą ostrożnością. Nie znalazłam żadnego oficjalnego potwierdzenia tej informacji, ale obawiam się, że to niestety może być prawda. Wystarczy kupić sałatę z marketu i sałatę „od chłopa” i porównać jak szybko jedna i druga więdnie, nie jest naturalne, że sałata może leżeć w lodówce 2 tygodnie i nic się z nią nie dzieje.

  6. Drób kupować tylko ze sprawdzonych miejsc, mając pewność, że nie był szprycowany hormonami.

  7. Kupować wyłącznie mąkę pełnoziarnistą, makaron pełnoziarnisty, ryż pełnoziarnisty itp.

  8. Ograniczyć do minimum użycie cukru. Jeśli użycie jest konieczne niech to będzie cukier nierafinowany (to nie to samo co brązowy) lub surowy miód. Niektóre zastępniki cukru, reklamowane jako zdrowsze są od niego dużo gorsze – np. syrop z agawy czy syrop z kukurydzy, bo zawierają bardzo dużo fruktozy, która jest fatalna dla wątroby.

  9. Wystrzegać się ryb hodowlanych. Są one masowo karmione mączką rybną, czyli zmielonymi na pył resztkami ryb. Pomijając etyczny aspekt tego procederu (karmi się ryby szczątkami ryb) nie jest to ich naturalny pokarm i ryby tak karmione, często i gęsto już rodzą się z nowotworami! Jest to prawdziwa plaga, my oczywiście o tym nie wiemy i spożywamy „zdrowe rybki”.

  10. Nie używać soli rafinowanej (ważonej), najlepszą solą jest różowa sól himalajska.

  11. Nie kupować mleka UHT, które nie ma żadnych wartości odżywczych. Absolutnie nie kupować mleka i przetworów mlecznych homogenizowanych – uszkadzają układ wieńcowy. Jeśli już mleko - to najlepiej eko, niepasteryzowane od rolnika albo pasteryzowane w niskiej temperaturze.

  12. Unikać pszenicy, która została tak zmodyfikowana genetycznie, że jest trudno trawiona przez dużą część ludzi (którzy przypisują swoją nietolerancję glutenowi, gdy tymczasem źle znoszą tylko pszenicę a gluten z innych zbóż im nie szkodzi). Pszenicę warto zastąpić orkiszem, który nie był modyfikowany. Uwaga: etykieta „Chleb orkiszowy” często oznacza dodatek orkiszu i nadal pszenicę w środku, dlatego trzeba się upewnić co do składu. Chleb najlepiej wypiekać samemu ewentualnie zlokalizować piekarnię, gdzie nie stosują dodatków i spulchniaczy i zaopatrywać się w chleb razowy, ewentualnie pytlowy. Najlepszym chlebem jest chleb żytni, razowy na zakwasie, ale osoby ze słabym trawieniem mogą mieć z nim problem; żytni pytlowy powinien być dla nich ok.

  13. Ograniczyć produkty z soi. Są one często przedstawiane jako zdrowe, ale badania nie są tu wcale jednoznaczne. Soja zawiera fitoestrogeny działające podobnie do żeńskich estrogenów, zaś nadmiar estrogenów jest łączony z hormonozależnymi rodzajami raka (piersi, macicy). Dlatego przed menopauzą z soją ostrożnie. Ponadto w 99% soja jest GMO. Natomiast wskazane i polecane są produkty z soi fermentowanej takie jak miso, sos sojowy bez pszenicy, natto, tempeh, tofu itp.

  14. Wykluczyć orzeszki ziemne (wcale nie są zdrowe ze względu na szkodliwy kwas arachidowy, a poza tym są potężnym źródłem pasożytów).

 

Samo przestrzeganie tych zasad będzie znaczącym krokiem w przód w zdrowym odżywianiu i szybko odczujecie różnicę w poziomie energii i samopoczuciu. To jak? Zaczynacie od jutra :-)?

Share on Myspace

piątek, 30 październik 2015 00:00

Fruktoza - czyli jak łatwo i szybko zniszczyć sobie wątrobę

 

Stary dobry cukier, o którym pisałam ostatnio składa się z dwóch cukrów prostych – glukozy i fruktozy, mniej więcej w równych proporcjach.

O ile z glukozą nasz organizm sobie radzi, a wręcz – w rozsądnych ilościach - jest ona potrzebna każdej komórce w naszym organizmie (z niej czerpiemy energię) o tyle fruktoza jest dla naszego organizmu bardzo niekorzystna.

Mało znana prawda

Otóż fruktoza metabolizowana jest tylko i wyłącznie w wątrobie! Metabolizowanie fruktozy przebiega dokładnie tak samo jak metabolizowanie alkoholu, z tą jedną różnicą, że fruktoza nie wywołuje efektu działania “na głowę” – wszystko inne przebiega dokładnie tak samo.

Jeśli w organizmie znajduje się nadmiar fruktozy odkłada się on w postaci tkanki tłuszczowej wokół organów wewnętrznych, co sprzyja znacząco chorobom serca. Co ciekawe nawet osoby szczupłe mogą mieć stłuszczone narządy wewnętrzne i nawet o tym nie wiedzieć.  

Wątroba alkoholika wygląda podobnie jak wątroba osoby używającej “zdrowego” fruktozowego proszku.

Innymi słowy: Chcesz mieć otłuszczoną wątrobę – jedz fruktozę!

Dlaczego więc zwykły biały cukier jest lepszy niż fruktoza w białym proszku? Bo zawiera jej o 50% mniej. Czysta arytmetyka. Ale jak się je dużo cukru, to efekt stłuszczenia wątroby i innych organów wewnętrznych też osiągniemy, bo też przecież spożywamy fruktozę.

Dlatego też reklamowany jako “zdrowy” syrop z agawy, który zawiera więcej fruktozy (70-100%) niż jakikolwiek inny “zdrowy” słodzik na rynku – jest fatalnym produktem i należy go unikać jak ognia! Do tego często jest on po prostu syntetyzowany w laboratorium z mocno zagęszczonego syropu fruktozowego.

Dlatego jeśli na etykiecie ze składem produktu czytamy “fruktoza”, “syrop fruktozowy”, “syrop glukozowo-fruktozowy” produkt taki należy go grzecznie odłożyć z powrotem na półkę.

Na marginesie dodam, że liczne badania wykazały, że fruktoza zwiększa łaknienie, ale już glukoza nie ma takiego działania. Fruktoza podnosi także poziom trójglicerydów we krwi i znacząco zwiększa ryzyko stanów zapalnych w organizmie.

Fruktoza w owocach

Zaraz, zaraz – krzykniecie. Przecież fruktoza jest podstawowym składnikiem owoców. Tak, ale wszystko znowu sprowadza się do ilości i koncentracji.

Owoce mają korzystne działanie zdrowotne, stężenie fruktozy jest w nich naturalne a w połączeniu z witaminami i błonnikiem osiągamy efekt nieco korzystniejszego działania. Ma to m.in. związek ze zmniejszaniem przez błonnik wchłaniania węglowodanów z przewodu pokarmowego (obniżenie poziomu insuliny). Fruktoza oderwana od błonnika (poza owocami) jest po prostu trucizną.

Ale – pisałam o tym już wcześniej – z owocami również nie należy przesadzać. Przyjmuje się, że bezpieczna dawka fruktozy (taka, która nie prowadzi do otłuszczenia wątroby) to łącznie 25 g dziennie. Dawka ta odpowiada 2 bananom czy 3-4 daktylom, czyli nie jest to wcale dużo!

W wykresie poniżej przedstawiam proporcje fruktozy na 100g danego owocu. Są to oczywiście dane uśrednione, owoc owocowi słodyczą nierówny. Oczywiście nie chodzi o ścisłe kalkulacje - wszak zabiłoby nam to całą radość jedzenia – lecz o zachowanie umiaru.

50 g cukru już wyczerpuje nam dzienną normę fruktozy, przy czym osobiście uważam, że dawkę tę należałoby zredukować, bo fruktozę zapewne spożywamy też w innych produktach, nie wiedząc o tym nawet.

Miód to również w 53% fruktoza, ale jego pozostałe walory zdrowotne uzasadniają przyjęcie, że 1-2 łyżeczki dobrej jakości surowego miodu (nie mówię tu o miodach z supermarketu) jest do przyjęcia, ale zamiast niż dodatkowo do owoców.

Pamiętajcie zatem: Fruktozy (w formie syropów i kryształków) należy unikać jak ognia, owoce jeść w niewielkich ilościach, a suszone owoce w jeszcze mniejszych.

 

Share on Myspace

piątek, 23 październik 2015 00:00

Nowe fajne miejsce w Warszawie ze zdrową żywnością

 

Tydzień temu wybrałam się do nowego sklepu z eko-żywnością na tyłach warszawskiego Intraco pod uroczą nazwą „Nagie z natury”.

Na informację o tym miejscu natknęłam się w Internecie, a że w zeszłym tygodniu byłam w pobliżu wpadłam z rozwianym włosem, żeby to cudo obejrzeć. I przyznam szczerze, że moje ogólne wrażenie jest bardzo dobre. Młoda przesympatyczna para z Barcelony ucieszyła się, że mówię po angielsku, a jeszcze bardziej, że po hiszpańsku, bo oni po polsku dopiero się uczą, co nie przeszkadzało im (przynajmniej tego dnia) normalnie obsługiwać klientów :-). Opowiedzieli mi skąd pomysł, dlaczego Polska, jak funkcjonują, jakie zasady panują w sklepie.

Idea polega na tym, że cały towar znajduje się w opakowaniach zbiorczych. Nabieramy z worka tyle ile potrzebujemy „nagiego z natury” a nie opakowanego w folię produktu. Kupić można ziarna, kasze, suszone owoce, zboża, mąki, jajka, oleje, octy, miód, chleby, mleka roślinne, przyprawy itp. Wszystko z certyfikatem eko. Ceny rzeczywiście są bardzo atrakcyjne jak na żywność eko, wierzcie mi, znam się na tym ;-), więc przy okazji kupiłam to i owo. Sam sklep bardzo ładnie i przyjaźnie urządzony, czuć dobrą energię już od wejścia, czysto, schludnie, ciepłe oświetlenie. Gdy przychodzi się z własnymi torebkami i butelkami – udzielają dodatkowej zniżki. Ale jeśli akurat nie macie nic ze sobą, można dokupić na miejscu butelkę, słoik itp. Jest opcja zostawienia listy tego co potrzeba by odebrać odważone i zapakowane zakupy później.

Krótko mówiąc dla mnie strzał w dziesiątkę i kolejne miejsce w Warszawie, do którego będę wpadać (choć ode mnie to dosyć daleko). Sklep mieści się przy ul. Pokornej 2 i mam nadzieję, że na stałe wpisze się w stołeczną mapę miejsc ze zdrową żywnością. 

 

www.nagieznatury.pl

https://www.facebook.com/NAGIE-Z-NATURY-900110560027903/

 

Share on Myspace

wtorek, 20 październik 2015 00:00

Cukier

Niedawno było o soli, dziś czas na przyjrzenie się kolejnemu białemu proszkowi. Czy taki cukier straszny jak go malują?

Słodka pokusa

Czy wiecie, że cukier w postaci w jakiej go znamy – czyli ekstrahowanego proszku – to względnie nowy wynalazek? Pierwsze fabryki cukru powstały mniej więcej na początku XIX a do powszechnego użycia cukier wszedł dopiero na początku XX w. (wcześniej był rarytasem, na który niewielu mogło sobie pozwolić).

Obecnie do wszystkich kuchni na świecie trafia 45 milionów ton cukru rocznie.

W moim domu rodzinnym cukru się w ogóle nie używało. Kilogramowa paczka cukru starczała średnio na 2 lata, gościom do herbaty i zawsze trzeba było jej szukać :-).

Wszechobecny cukier

Cukier jest tani jak barszcz (może dlatego, że też z buraków ;-) dlatego jest najpowszechniej stosowanym konserwantem i polepszaczem smaku. A ponieważ ludzie smak słodki lubią, cukier jest masowo dodawany wszędzie.

Pamiętam kilka lat temu gdy miałyśmy z córką kandydozę i przeszłyśmy na dietę bez cukru i mąki jak trudno było znaleźć w sklepie produkt bez cukru. Wędlina? Prawie niewykonalne. Śledzie? Również. Cukier jest wszędzie, nawet w produktach, które słodkie z natury nie są. Fanom Coli polecam wyszukanie i obejrzenie sobie na Youtube filmików pokazujących proces gotowania tego napoju. Po odparowaniu płynu, zostaje cukier (syrop). Można się zdziwić.

Rodzicom, którzy dzieciom podają wody smakowe i soczki (tak, tak, soczki) polecam doczytać co tak naprawdę fundują swoim pociechom. Soki owocowe to też produkt skondensowany z ogromną ilością cukru. Przewaga tego cukru jest taka, że ma pochodzenie naturalne, nie jest chemicznie ekstrahowany do białych kryształów, ale jednak to cukier. Przy czym te soczki butelce czy kartoniku (nie świeżo wyciskane) naprawdę nie zawierają naturalnych witamin. Dlatego soki owocowe wcale nie są takie zdrowe jak się powszechnie sądzi. Natomiast bardzo zdrowe są świeżo wyciskane soki warzywne! Owoce raczej powinno spożywać się w naturalnej postaci i to wcale nie tak dużo, jakby się mogło wydawać.

Jednak uwaga! Cukier zostaje coraz częściej wypierany przez syrop glukozowo-fruktozowy. To jest dopiero tragedia i świństwo jakich mało. Pamiętajcie, z dwojga złego cukier znacznie lepszy niż ww. syrop, co nie znaczy, że wskazany. 

Cukrowi narkomani

Wracając do wszechobecnego cukru. Jaki jest efekt tak powszechnego dodawania go do wszystkiego? Zastraszający wzrost zachorowań na cukrzycę typu II, otyłość, uzależnienie od cukru przybierające formy klasycznego uzależnienia (ze zmianą osobowości włącznie) i wiele, wiele innych.

W efekcie bardzo duża część ludzi ma tak spaczony smak, że ich ocena słodkości jest całkowicie zachwiana. Ostatnio moja mama, która słodyczy nie jada prawie w ogóle, na proszonym przyjęciu, po namowach gospodarza i szczerych zapewnieniach, iż ciasto jest bardzo mało słodkie a wręcz „wyjątkowo mało słodkie” skosztowała tego ciasta z grzeczności i dyskretnie wypluła, bo nie była w stanie przełknąć tego ulepka!

Biały, brązowy, trzcinowy – czyli kolejne nieporozumienia

O „białej śmierci” mówi się sporo, dlatego duża część osób po prostu ochoczo sięga po cukry inne niż biały z przekonaniem, że cukier brązowy i cukier trzcinowy są zdrowsze i że wystarczy cukier biały zastąpić powyższymi, aby odżywiać się dobrze :-).

Trzeba jasno powiedzieć, że nic bardziej mylnego.

Otóż:

Tzw. biały cukier jest produktem rafinacji buraka lub trzciny cukrowej. Końcowy efekt w postaci cukru rafinowanego czy to z buraka czy z trzciny cukrowej jest taki sam – jest to w ok. 99,7 % sacharoza. Biały cukier z trzciny cukrowej nie jest więc w żaden sposób lepszy od „naszego“ buraczanego cukru. Ponieważ jednak jest często droższy, przeciętny konsument automatycznie uznaje go za lepszy jakościowo i zdrowszy. Wyrzucanie pieniędzy w błoto.

Podobnie rzecz ma się z tzw. cukrem brązowym. Cukier brązowy to najczęściej biały rafinowany cukier z dodatkiem melasy, która nadaje mu charakterystyczny śniady odcień. Samemu bardzo łatwo zrobić cukier brązowy dodając łyżkę melasy do szklanki cukru. Nic zdrowego.

Cukier nierafinowany

Cukier, który rzeczywiście jest lepszy to CUKIER NIERAFINOWANY (surowy). Przewaga cukru nierafinowanego na rafinowanym jest taka, że cukier nierafinowany oprócz sacharozy zawiera również śladowe ilości żelaza, wapnia, magnezu, potasu i innych pierwiastków (nie łudźmy się jednak, że są to ilości, które w znaczący sposób poprawią nasze zdrowie) i nieco wolniej wzrasta po nim stężenia glukozy we krwi (ale i tak szybko). 

Tak więc rzeczywiście cukier nierafinowany jest zdrowszy od białego i jeśli chcecie używać cukru „zdrowszego“ to właśnie tego szukajcie. Oczywiście cukier nierafinowany może być i cukrem z trzciny cukrowej i cukrem brązowym, ale kluczowym słowem jest tu „nierafinowany“. Niezrozumiałe jest dla mnie dlaczego ten cukier jest kilkukrotnie droższy niż cukier biały, gdyż proces jego produkcji jest krótszy i wymaga mniej odczynników chemicznych.

Chcę jednak jasno podkreślić to, że nawet jeśli cukier nierafinowany jest zdrowszy od białego, to wcale nie oznacza, że jest zdrowy.

Przy okazji olejów pisałam już o tym, że produkty ekstrahowane zawierają taką kondensację składników, która sama w naturze nie występuje. Błędem jest zatem zakładanie, że wystarczy cukier biały zastąpić nierafinowanym. Cukier w żywieniu po prostu trzeba ograniczyć do minimum. Wyjątkiem są osoby wyczynowo uprawiające sport, ale one o tym wiedzą same, więc nie będę się na ten temat rozpisywać.

Odstaw cukier a będą dziać się cuda

 

Jestem wielką zwolenniczką niestosowania cukru w ogóle. Wiem, że mogę zostać posądzona o radykalizm, ale zapewniam Was, że życie bez cukru jest po prostu lepsze i przyjemniejsze.

 

Co się dzieje, gdy odstawimy cukier:

Odczucia są podobne do odstawienia dowolnej innej używki: najpierw irytacja, poddenerwowanie, wściekłość i głód, potem spokój i dobre samopoczucie.

Bez cukru:

  • znacząco poprawia się nastrój, koncentracja, pamięć;
  • poprawia się sen;
  • wzrasta odporność;
  • poprawia się stan skóry (znikają wykwity i szorstkość);
  • zaczymy znacznie wyraziściej odczuwać smaki. Czujemy naturalną słodycz w naturalnych produktach, np. słodycz gotowanego ryżu, pomidora, ogórka. Surowa marchewka wydaje się być tak słodka, że jest prawie nie do zniesienia ;-)
  • chudniemy;
  • można wyleczyć albo ograniczyć pasożyty w układzie pokarmowym;
  • poprawia się stan zębów – wielu dentystów twierdzi, że procesu próchnicy nie da się cofnąć, tzn. że jeśli ząb już się zaczął psuć to sam się nie naprawi. Ostatnie badania pokazują, że nie jest to prawda. Nasz samouzdrawiający się organizm i z próchnicą jest w stanie sobie poradzić sam. Doświadczyłam tego osobiście po całkowitym odstawieniu cukru – cofnęły mi się tzw. plamki próchnicowe.

PAMIĘTAJCIE: Najbardziej zapalną znaną substancją jest właśnie cukier. We wszelkich stanach zapalnych (czy to reumatoidalne zapalenie stawów czy początek grypy czy coś innego) cukier  działa zaogniająco! W czasie choroby nowotworowej cukier należy odstawić całkowcie, bo żywią się nim komórki rakowe. 

Namawiam Was na stopniowe ograniczanie cukru, aż do całkowitej z niego rezygnacji. Dobrym początkiem jest dieta antypasożytnicza, o której pisałam tu – po jej przeprowadzeniu na pewno nie będzie Was ciągnęło do cukru.

Jeszcze jedna ważna uwaga. Po antybiotykoterapii przez 2-3 m-ce należy odstawić cukier całkowicie, w przeciwnym wypadku, połączenie wybitych „dobrych“ bakterie plus cukier to w zasadzie gwarancja drożdżycy.

Zdrowe zastępniki

W związku z coraz większą świadomością  dotyczącą szkodliwości cukru, ostatnio modne zrobiły się różne jego zastępniki.  Niektóre z nich rzeczywiście są lepsze niż cukier, ale powtarzam - celem powinno być wyłączenie nadmiaru smaku słodkiego z pożywienia. Większość z nas ma odczuwanie słodkiego wypaczone. W Azji, słodycze są zaledwie lekko słodkie, bardzo mi się to podoba, słodycz jest subtelna i dyskretna, po zjedzeniu nie chce się jej więcej. Moim prywatnym zdaniem, słodkie powinno się jeść nie częściej niż raz w tygodniu, np. w niedzielę i powinien to być deser minimalnie słodki (np. pieczone jabłka z rodzynkami i orzechami, pudding kokosowy z tapioki z łyżeczką miodu i musem z owoców).

Przy zdrowej florze bakteryjnej jelit, w zasadzie nie powinniśmy mieć specjalnie ochoty na słodkie. Przeogromna chęć na słodycze przejawiająca się np. wsiadaniem o 22.00 w samochód, żeby pojechać na stację benzynową po batonik czy chałwę, jest przejawem poważnych zaburzeń w organizmie (najprawdopodobniej jest to drożdżyca). Pamiętajcie, że trudny do odparcia apetyt na słodkie to najczęściej głos patogenu a nie Wasz głos wewnętrzny!

Ze zdrowych zastępników osobiście stosuję stewię w liściach (niestety nie wszyscy lubią tę słodycz, do wypieków raczej słabo się nadaje), dobrej jakości miód w niewielkiej ilości, ekologiczne owoce suszone (rodzynki, daktyle, figi), czasem ksylitol (niby naturalny, ale forma białego proszku jednak nie do końca mnie przekonuje) i brązowy cukier (używa go głównie mój mąż, czasem ja do ciast w ilości ¼ tego co w przepisie). Bardzo zdrowym słodem jest również słód ryżowy i jęczmienny, są subtelnie słodkie i bardzo drogie.

Słodycze a dzieci

Trochę inaczej jest z dziećmi. Dzieci bardzo lubią smak słodki, nawet te żywione prawidłowo. Osobiście uważam, że lepiej zrobić dziecku od czasu do czasu zdrowy, domowy, leciutko słodki deser (np. budyń, kisiel, ciasteczka owsiane, kaszę jaglaną z suszonymi owocami, pieczone owoce, batonik z suszonych owoców i orzechów, galaretkę na soku itp.) niż całkowicie zakazać słodyczy. To ostatnie grozi bowiem tym, że dziecko będzie podjadać paskudne sklepowe słodycze, gdy tylko nadarzy się ku temu okazja (np. rodziców nie będzie w pobliżu) albo wcinać czekoladę w nocy pod kołdrą. Tak bowiem działa efekt zakazanego owocu. Umiarkowana ilość lekko słodkich, dobrej jakości, domowych słodyczy co jakiś czas pozwoli dziecku nauczyć się dobrych nawyków jeśli chodzi o poziom odczuwanej słodyczy i częstotliwość deserów. 

W ciężkich przypadkach

Osoby uzależenione od cukru, mogą mieć potworną trudność w odstawieniu cukru (jak to z każdym zerwaneim z nałogiem bywa). Dlatego na zakończenie, dla takich osob - ciekawostka. Istnieje naturalna roślina pod nazwą gurmar (gymnema sylvestre), która czasowo wyłącza odczuwanie smaku słodkiego. Przeżucie kilku liści z rana może skutecznie pomóc w walce z apetytem na słodkie.

 

Share on Myspace

niedziela, 04 październik 2015 00:00

Natto - japońska rewelacja antyzawałowa i wzmacniająca kości

relacja z samodzielnego wykonania

 

Cudowna witamina K2

O witaminie K2 mało który lekarz słyszał, tymczasem jest to jedna z kluczowych witamin dla zdrowia człowieka. Niewiele ma wspólnego z witaminą K, odpowiedzialną za krzepliwość krwi. K2 jest związana ze zdrowymi kośćmi i sprawną wieńcówką, czyli z prewencją osteoporozy i miażdżycy.

O K2 pisałam w tym artykule, ale przypomnę pokrótce o co chodzi. Otóż wchłanianie wapnia jest dosyć skomplikowaną sprawą. Mianowicie, wapń wydaje się być pierwiastkiem dosyć leniwym, a oznacza to, że usadawia się tam gdzie mu najwygodniej i najszybciej czyli niekoniecznie w kościach czy zębach. Stąd może być tak, że u jednej osoby wystąpi i zwapnienie narządów (osiadanie nadmiaru wapnia w tkankach miękkich) i typ II osteoporozy (m.in. z braku wapnia w kościach). To zjawisko jest wbrew pozorom bardzo częste i nosi nazwę „paradoksu wapnia”.

Zatem jeśli ktoś suplementuje się wapniem albo je dużo produktów z wapniem a do tego suplementuje się witaminą D lub dużo przebywa na słońcu (witamina D zwiększa wchłanianie wapnia) to zamiast wzmocnić kości może sobie wyhodować miażdżycę!

Wapń jest bowiem istotnym (twardym) składnikiem blaszki miażdżycowej.

Złe i skandaliczne są zalecenia większości dietetyków aby jeść więcej wapnia o ile wraz z taką wskazówką nie zaleci się suplementacji witaminą K2. Bowiem to właśnie K2 i tylko K2 ma tę właściwość, że kieruje wapń do kości i zębów (poprzez uaktywnienie osteokalcyny), ale także ma zdolność odprowadzenia już „osiadłego” wapnia czyli bezoperacyjnego leczenia miażdżycy (bliżej zainteresowanym polecam prace i artykuły dr Williama Davisa, który tak właśnie leczył swoich pacjentów). Moim zdaniem z dwojga złego lepiej w ogóle unikać produktów z wapniem niż jeść je bez witaminy K2. No chyba, że zawał komuś nie straszny.

K2 należy traktować jako element niezbędnej prewencji. W pewnym wieku prewencja antymiażdżycowa jest konieczna, a ten wiek jest dużo niższy niż się powszechnie wydaje, bo przy dzisiejszej diecie i stylu życia całkiem sporo 30-latków ma już zaawansowane zmiany miażdżycowe. Dlatego suplementację witaminą K2 trzeba zacząć dosyć wcześnie i najlepiej stosować ją stale lub okresowo (standardowo z witaminą D).

Jak to często bywa – nigdy nie jest tak, że jedna substancja jest dobra na to, innna tylko na tamto. I tak w przypadku witaminy K2 oprócz oczywistych korzyści antymiażdżycowych i wzmocnienia kości, wiele wskazuje na to, że działa ona również hamująco na niektóre nowotwory, np. płuc (japońskie badania), prostaty, krwi i wątroby. Jest niezwykle pomocna w leczeniu stwardnienia rozsianego, chorobie Alzheimera, reumatoidalnym zapaleniu stawów a nawet cukrzycy.

 

Dawki

Standardowa dawka dzienna K2-MK7 to 100 mikrogramów. Przy suplementacji witaminą D warto ją podwoić, a nawet potroić. Witaminę K2-MK7, tak jak witaminę D należy przyjmować z tłuszczami. 

 

Natto

Natto to japońska potrawa ze sfermentowanej soi, największe i najistotniejsze naturalne źródło witaminy K2-MK7. O K2-MK4 – drugiej formie witaminy K2 nie piszę celowo, bo ma krótki półokres rozpadu, co oznacza, że trzeba by przyjmować ją wielokrotnie w czasie dnia aby zachować odpowiednio wysoki poziom. Być może dlatego w Japonii choroby wieńcowe są zjawiskiem marginalnym.

Zaraz, zaraz. Jak jest możliwe, że K2-MK7 w naturze w istotnych ilościach występuję tylko w K2? – to było moje pierwsze pytanie gdy usłyszałam o K2. Bo czy matka-natura mogła się tak ograniczyć, do jednego w zasadzie produktu? I przyznam szczerze, że przez wiele miesięcy nie znałam na nie odpowiedzi. Aż tu nagle przeczytałam, że owady i robaki zawierają znaczące ilości K2. Bingo! To jest brakujące ogniwo! Obecnie, przynajmniej w naszej kulturze, mało kto robaki i owady traktuje jako pożywienie, ale przecież nie zawsze tak było. To było nasze naturalne źródło witaminy K2, z którego - w naszej części świata - dobrowolnie zrezygnowaliśmy (Azjaci nadal ze smakiem zajadają się owadami i robakami :-)).

Na marginesie dodam, że natto jest również cennym surowcem kosmetycznym. Kosmetyki – głównie w postaci serum do twarzy – w Azji kosztują krocie. Takie serum przeciwzmarszczkowe można wykonać samemu, dodając do porcji natto oczyszczonej wody oraz filtrując.

 

Eksperyment

Poniżej krótka relacja z mojego drugiego podejścia do natto. Pierwsze podejście już było, ale nie wyszło do końca (o czym za chwilę). Tak to z eksperymentami bywa, że rzadko wychodzą za pierwszym razem.

Korzystałam z instrukcji przygotowania natto z blogu badzweganinem.blox.pl, z tego artykułu. Wykonałam wszystko krok po kroku.

Do wyhodowania natto potrzebna jest soja (bio, każda inna jest genetycznie modyfikowana) oraz zarodniki bakterii B. subtilis. Z tym ostatnim jest najtrudniej, ja swój starter sprowadziłam z Japonii przez ebay.

Do utrzymania stałej temperatury soi 40 stopni razem skorzystałam z jogurtownicy, do której wstawiłam talerz z soją zaszczepioną bakteriami B. subtilis i podgrzewałam przez 24 h. Jest to zdecydowanie lepsze, wygodniejsze i oszczędniejsze rozwiązanie niż wybrany przy pierwszym podejściu piekarnik. Nie dość, że rachunek za prąd po 24-godzinnym podgrzewaniu soi w piekarniku był zauważalnie wyższy, to soja – pomimo przykrycia - bardzo mocno się wysuszyła, przez co była mało „śluzowata” i nie do końca miałam przekonanie czy witamina K2 w ogóle się w niej wytworzyła.

Tym razem – za pomocą jogurtownicy - wyszło. Wokół soi pojawiły się charakterystyczne, klejące niteczki – efekt fermentacji.

Eksperyment uważam za udany. Satysfakcja jest. Witamina K2 mg7 w lodówce na 10 dni dla całej rodziny również.

 

Jak stosować 

Konsystencję (vide zdjęcie pod tytułem) i zapach natto ma nieciekawe. Jednak staje się całkowicie akceptowalne a nawet smaczne jako wkładka do zupy. Na talerz nakładamy solidną łyżkę natto z górką i zalewamy zupą o temperaturze do 50 stopni (żeby nie zabić witamin, w tym cennej K2).

Jeśli nie jesteście aż tak ambitni, polecam Wam serdecznie suplementy K2-mk7 z natto :-) 

 

Podsumowując

Z samodzielnym wyrobem natto jest jednak sporo zachodu a dodatkowo jest to energetycznie kosztowne. Proces u mnie trwał łącznie – 43,5 godziny (18 h - namaczanie, 1,5 h - gotowanie na parze, 24 h - fermentacja). Nic dziwnego, że porządne suplementy K2-MK7 produkowane z natto (a nie syntetyczne) są drogie (w granicach 100 zł za 60 kapsułek wegańskich po 120 mg każda). Ponieważ zostało mi jeszcze trochę startera, pewnie jeszcze kiedyś go wykorzystam, bo mi szkoda wyrzucić, ale na co dzień zostaję jednak przy suplemencie. Jasne, że naturalne zawsze lepsze, ale w tym przypadku to jednak zbyt skomplikowane i uciążliwe.

Share on Myspace

poniedziałek, 28 wrzesień 2015 00:00

Zakwaszony żołądek – fundamentalna zasada dobrego zdrowia

Żołądek jako przyczyna wielu chorób, których nigdy z żołądkiem byś nie powiązał

 

W tym artykule opisywałam przypadek obniżonej wchłanialności składników odżywczych ze względu na zakażenie pasożytnicze. Drugą niezwykle częstą przyczyną złego wchłaniania jest niedokwaszony żołądek. Ta sprawa jest fundamentalna dla zdrowia, a piszę o niej dziś nie bez przyczyny.

Kilka dni temu bowiem doradzałam komuś z nadczynnością tarczycy wykonanie testu zakwaszenia żołądka. W przełożeniu na TCM nadczynność tarczycy najczęściej jest związana z niedoborem yin.  Niedobór yin to niedobór substancji, więc „na nasze” braki w organizmie. Jeśli osoba dobrze się odżywia i dba o to, co kładzie na talerz – a tak było w tym przypadku – podejrzenie pada na wchłanianie.

 

pH żołądka

Idealne pH naszego żołądka to 1-2,5. Kwas solny w żołądku ma za zadanie rozpuścić i strawić wszystko to co się tam dostanie. Na skutek wrodzonych predyspozycji (rzadko) i złej diety (najczęściej) poziom pH w żołądku rośnie i może przekraczać wskazane wyżej optymalne wielkości. I co się dzieje wtedy? Katastrofa. Ale o tym w szczegółach dalej.

Z węglowodanami i tłuszczami żołądek jeszcze  dać sobie radę, gdyż są one mówiąc w dużym uproszczeniu - stosunkowo lekkostrawne.

 

Trawienie białek

Problem zaczyna się przy białkach. Są one trudne do strawienia i wymagają dobrej pracy żołądka, tzn. dobrego jego zakwaszenia. A przecież białko to nie tylko mięso, ale i strączkowe, warzywa, zboża czy przetwory mleczne. Białka to najważniejsze elementy budulcowe wszystkich organizmów żywych. Są to wielkocząsteczkowe związki organiczne, w znacznej części zbudowane z aminokwasów. W uproszczeniu i dla lepszego zobrazowania – białka są często przedstawiane jako sznur korali, zaś aminokwasy jako poszczególne koraliki o różnej wielkości, kształtach i kolorach.

W procesie trawienia białka muszą być porozdzielane na pojedyncze aminokwasy, a dzieje się tak tylko pod wpływem kwasu solnego, pepsyny i innych substancji znajdujących się w odpowiednio zakwaszonym żołądku. Znamy 20 aminokwasów biogennych (czyli tych, z których zbudowane sa organizmy żywe). Spośród tych 20, 8 jest uważanych za aminokwasy niezbędne dla organizmu człowieka. Są to tzw. aminokwasy egzogenne, które muszą być człowiekowi dostarczone z pożywieniem, bo nasz organizm nie potrafi ich wytworzyć.*

 

Niestrawione białka a choroby

Te niezbędne dla naszego zdrowia aminokwasy wytworzą się tylko w dobrze zakwaszonym żołądku. Niedokwaszony żołądek oznacza, że nie będziemy mogli ich uzyskać czyli de facto poważne braki zagrażające naszemu zdrowiu. To z aminokwasów bowiem nasz organizm tworzy enzymy, hormony i inne substancje, co prowadzi nas wprost do konkluzji, że brak przyswajania pewnych aminokwasów ze względu na zbyt duże ph żołądka może prowadzić do problemów np. z hormonami

Taka np. insulina jest zbudowana z 21 aminokwasów w jednym łańcuchu i 30 w drugim!. Myślicie, że brak tylko jednego z tych aminokwasów będzie oznaczać, że insulina będzie słabsza czy też wolniej działać? Nie. Brak chociażby jednego aminokwasu będzie oznaczać, że insuliny po prostu nie będzie! 

Stąd prosty wniosek, że wszelkie choroby o podłożu hormonalnym mogą mieć początek w niedokwaszeniu żołądka i nieprzyswajaniu białek. Czy każda choroba związana z hormonami ma takie podłoże? Oczywiście, nie. Pewnie bywają i inne przyczyny.

Ale jest to zbyt ważny i istotny trop, żeby go zignorować. Tylko, że o zbadaniu poziomu zakwaszenia żołądka jako możliwej przyczynie choroby żaden, albo prawie żaden lekarz pacjentowi nie powie. Standardowe leczenie jest jak zwykle objawowe, albo przyjmuje się sztucznie hormony, albo – np. w przypadku nadczynności tarczycy – wypala, wycina, naświetla. Każde z tych działań jest drastyczne i nienaturalne oraz powoduje, że do końca życia jesteśmy uzależnieni od przemysłu farmaceutycznego (brrr.)

Nikt się nie pochyli nad zbadaniem przyczyn choroby. Rola świadomego pacjenta, cierpiącego na dowolną chorobę o charakterze przewlekłym to iście detektywistyczna praca, polegająca na szukaniu na własną rękę możliwych przyczyn choroby i ich usunięciu. W tej detektywistycznej pracy zbadanie swojego pH żołądka to jeden z pierwszych kroków, szczególnie, że jest to procedura stosunkowo łatwa (o czym dalej).

 

To jednak nie koniec

Wyobraźcie sobie kubeł z kwasem solnym i kawałek mięsa, który do niego wrzucacie. Co się dzieje? Mięso jest trawione, rozpada się i znika. Dodajcie teraz o proszku zasadowego do kwasu solnego i ponownie wrzućcie mięso. Albo nie dzieje się nic, albo mięso nie rozkłada się do końca. Niestrawione białko dostaje się do dwunastnicy i do jelita cienkiego i tam zaczyna gnić. Proces gnilny w jelitach to pożywka dla pasożytów wszelakiego rodzaju i kolejne poważne konsekwencje zdrowotne, takie jak spadek odporności, alergie a nawet nowotwory.

Co więcej, nie do końca strawione białko dostaje się w procesie wchłaniania do krwioobiegu a organizm traktuje je jako intruza, z którym trzeba walczyć. I nasz układ immunologiczny z takimi niestrawionymi białkami walczy, czego efektem może być alergia, egzema, astma, reumatoidalne zapalenie stawów i mnóstwo innych tzw. chorób degeneracyjnych. Jak widzicie lista potencjalnych chorób związanych z niedokwaszonym żołądkiem się powiększa.

Nieprawdopodobnie wielka ilość chorób autoimmunologicznych ale i innych tzw. cywilizacyjnych ma swoje podłoże w niedokwaszonym żołądku!

De facto każda choroba może mieć początek w niedokwaszonym żołądku!

Spektrum chorób wynikających z niedokwaszonego żołądka jest ogromne, od depresji (brak wydzielania serotoniny ze względu na niewchłanianie odpowiednich aminokwasów), poprzez bezsenność (brak wytwarzania melatoniny ze względu na niewchłanianie odpowiednich aminokwasów), anemię (brak wchłaniania żelaza) na zawale serca kończąc (wysoki poziom homocysteiny, wiązanej bezpośrednio z zawałami – o tym pisałam tu, na skutek braku przyswajania witaminy B12, B6 i kwasu foliowego w związku z niewytworzeniem odpowiednim aminokwasów). Notabene, ciekawa jestem, ile osób, które przeszło na dietę bezglutenową (mimo, iż nie chorują na celiakię), twierdząc, że bez glutenu lepiej się czują, ma po prostu niedokwaszony żołądek (gluten to przecież ciężkostrawne białko, które niestrawione może wywoływać objawy alergii).

 

Neutralizowanie kwasów żołądkowych czyli paranoja w czystej postaci

Większość ludzi choć raz w życiu miała zgagę nawet jeśli nie cierpi na chorobę refluksową. Zgaga to nieprzyjemne pieczenie w przełyku, wrażenie cofania się treści pokarmowej z żołądka w górę. I tak jest w rzeczywistości. Ze względu na fatalną dietę większości ludzi, problem zgagi jest dziś powszechny.

Co się wtedy standardowo robi? Zobojętnia kwasy żołądkowe zasadowymi proszkami i specyfikami typu Rennie. I pieczenia nie czuć.

Jest to działanie dokładnie odwrotne od tego jakie powinniśmy wykonać i skandalem jest to, że w reklamach za zgagę wini się „nadkwasotę”. Nic bardziej mylnego.Ale po kolei.

Pomiędzy żołądkiem a przełykiem znajduje się zawór (zdjęcie obok). Zawór ma z jednej strony przepuścić treść z przełyku do żołądka, z drugiej zaś – chronić przełyk przed wydostaniem się czegokolwiek z powrotem do przełyku. Zgaga (choroba refluksowa) polega na tym, że ów zwieracz się luzuje i soki z żołądka chlapią w górę na przełyk. A ponieważ przełyk nie jest przystosowany do spotkania z kwasem solnym – odczuwamy to jako pieczenie (wypalanie). I uwaga: im bardziej zakwaszony żołądek, tym mocniej zaciska się zwieracz. Im pH wyższe tym zwieracz bardziej się poluzowuje. Co to oznacza? Proszek zasadowy wpuszczony do żołądka jeszcze bardziej poluzowuje zwieracz i z żołądka na przełyk chlapie coraz bardziej tyle, że treścią o wyższym pH, której nie czujemy. Znów więc działamy tylko na przyczynę, pogłębiając problem. Przy zgadze, bardzo często wystarczy zakwasić żołądek aby się jej pozbyć, bo zwieracz mocniej się ściśnie. Popularne środki „przeciw zgadze” mogą nam doszczętnie zrujnować zdrowie, doprowadzając do pH w żołądku bliskiemu 5  czy nawet 7, a to już bardzo poważna sprawa.  

 

Jak sprawdzić poziom zakwaszenia żołądka

Profesjonalne sprawdzenie poziomu zakwaszenia może być wykonane u gastrologa. W warunkach domowych wystarczy procedura podana poniżej, która ma blisko 96% dokładność.

Bierzemy pół łyżeczki sody oczyszczonej i lejemy na nią odrobinę octu jabłkowego domowego lub kupnego wysokiej jakości. Powinna się intensywnie pienić, jeśli piany nie ma oznacza to, że soda jest stara i straciła swoje właściwości; trzeba ją wyrzucić i kupić nową.

Następnie w 150 ml. wody rozpuszczamy łyżeczkę aktywnej sody oczyszczonej (w przypadku dzieci – pół łyżeczki) - nie tej zmieszanej z octem tylko świeżej, bierzemy stoper do ręki i pijemy tę mieszankę na czczo. Po wypiciu włączamy stoper i sprawdzamy kiedy nam się odbije (beknie). Soda w połączeniu z kwasem solnym wytwarza dwutlenek węgla, stąd odbicie. Jeśli stężenie kwasu solnego będzie niewystarczające odbicie nastąpi późno lub wcale.

Czasy „odbicia”

  • do 40 sekund po wypiciu: nadkwasota (im bliżej 40 sekund tym mniejsza)
  • 40- 90 sekund po wypiciu: dobre zakwaszenie
  • 90-180 sekund po wypiciu: słabe zakwaszenie (im bliżej 180 sekund tym gorzej)
  • powyżej 180 sekund lub wcale – bardzo źle

 

Jak zakwasić żołądek

Jeśli zakwaszenie naszego żołądka jest słabe należy stosować następujące zasady:

  • 15 min. przed posiłkiem wypić łyżkę octu jabłkowego rozpuszczonego w niewielkiej ilości wody
  • za wyjątkiem powyższego „zakwasacza“ nie pić 30 min. przed posiłkiem i 1,5 h. po posiłku, aby nie rozcieńczać dodatkowo kwasów i enzymów (rzadko jadam w restauracjach i na mieście, ale gdy już to się zdarzy za każdym razem kelnerki są zdziwione, że nie zamawiam napojów ani przed jedzeniem, ani po – doprawdy nie wiem dlaczego w lokalach gastronomicznych standardowo oczekuje się, że tuż przed jedzeniem rozwodnisz sobie soki żołądkowe :-))
  • żuć jedzenie do papki (wg. TCM każdy kęs powinno się przeżuć min. 20 razy) 
  • jeść powoli, nie śpiesząc się, przy stole, na siedząco, broń Boże czytając, przeglądając komórkę czy patrząc w telewizor,
  • dodawać szczyptę soli himalajskiej do wody, którą pijemy (bliżej pisałam o tym tu)
  • stosować gorzkie zioła na trawienie

Jeśli problem z zakwaszeniem jest poważny (odbicie pow. 180 sekund), warto rozważyć zakup preparatu pod nazwą betaina hcl. Jest to kwas solny i pepsyna w kapsułce, które przyjmuje się w trakcie posiłku. Sposób dawkowania warto ustalić z kimś kompetentnym, ale raczej są to spore dawki (nawet 5-6 kapsułek do posiłku, w zależności od producenta). Z czasem, gdy pH naszego żołądka się ustabilizuje – dawki będzie można coraz bardziej obniżać. 

Po zakwaszeniu żołądka w wielu przypadkach jak ręką odjął znikają objawy bardzo poważnych chorób. W moim przekonaniu w leczeniu każdej choroby przewlekłej (nowotwory nie są tu wyjątkiem) zbadanie pH żołądka i ewentualne jego obniżenie są jedną z pierwszych rzeczy jakie należy sprawdzić. Zróbcie ten test koniecznie, a wyniki mogą Was zaskoczyć.

* Do aminokwasów niezbędnych zaliczamy: lizynę, metioninę, treoninę, leucynę, izoleucynę, walinę, tryptofan i fenyloalaninę.

Share on Myspace

poniedziałek, 21 wrzesień 2015 00:00

Dieta na okres jesienny

 

Słyszałam kiedyś, że to czego najbardziej brakuje ludziom mieszkającym w strefie tropikalnej to zmiana pór roku, charakterystyczna dla naszej szerokości geograficznej. Oczywiście fajnie jest pojechać w tamte rejony o dowolnej porze roku i się wygrzać (i spocić), ale dla tubylców fakt, iż pogoda jest tam cały czas taka sama, wcale nie musi być plusem. Nasze pory roku, z których każda jest inna, są po prostu piękne, bajeczne, dają człowiekowi wymierne poczucie stałości, pewności, porządku, następstwa i skutkowości zjawisk, są wreszcie fantastyczną metaforą okresów życia ludzkiego.

Wg. medycyny chińskiej każda z pór roku wiąże się z konkretnym elementem/ przemianą. Okres, w którym teraz się znajdujemy to tzw. babie lato; rządzi nim element Ziemi, związany ze Śledzioną, czyli krótko mówiąc z układem pokarmowym. Dla układu pokarmowego idealna jest dieta ciepła, z przewagą smaków łagodnych i produktów o kolorystyce żółto-pomarańczowo-beżowej. Właśnie teraz warto o to zadbać a skutki będą dalekosiężne w postaci solidnego wzmocnienia przed trudnym okresem zimowym.

Babie lato to krótki okres, po którym wkraczamy w jesień, związaną z elementem Metalu – Płucami, czyli ogólnie układem oddechowym.

Wracając do pogody, za dnia jeszcze ciepło i przyjemnie, w nocy powietrze jest już zimne. Jak pisał klasyk medycyny chińskiej:

„Jesienią wszystko w przyrodzie  osiąga pełnię dojrzałości.

Ziarna dojrzewają i nadchodzi czas zbiorów.

Energia niebios się ochładza, podobnie jak pogoda.”

Ziemia jest jeszcze rozgrzana, dlatego od dołu możemy się ubierać ciagle letnio, ale powietrze już nie jest tak komfortowe termicznie – dlatego wg. TCM w tym okresie powinniśmy raczej chodzić w szortach i sweterku niż w długich spodniach i t-shircie. Dbamy w ten sposób o Płuca, związane z tą porą roku.

Bardzo lubię jesień (może dlatego, że jestem jesiennym dzieckiem) – sezon ponoć najmniej lubiany ze wszystkich czterech. Jesień to pora, w której powoli z pełnej aktywności lata przechodzimy do statycznej zimy. Ważne jest aby nie forsować organizmu i nie zachowywać się jesienią jak latem. W praktyce oznacza to lekkie wyhamowanie, wcześniejsze chodzenie spać, jedzenie cieplejszych pokarmów, częstsze przebywanie w domu (nie jest to absolutnie równoznaczne z zaszyciem się w domu). Jesień to czas na skupienie energii, ześrodkowanie ducha i poskromienie żądz. Koniecznie trzeba też zadbać o spokój i niepoddanie się spadkom nastroju, o które - w związku ze zmniejszoną ilością światła słonecznego i kapryśną pogodą – niezwykle łatwo. Trzeba zadbać o własny błogostan, dawać sobie czas na przyjemności, doświetlać się, regularnie ćwiczyć, szczególnie wskazane są ćwiczenia oddechowe na wzmocnienie Płuc.

Nie ma dwóch osób, które powinny się dokładnie tak samo odżywiać. Wszystko zależy od aktualnego, indywidualnego stanu organizmu. To co dla jednego będzie zbawieniem dla drugiego może mieć katastrofalne skutki (np. całkowite odstawienie mięsa w przypadku osób nadmiarowych może przynieść rewelacyjne efekty, w przypadku osób niedoborowych i osłabionych – może zdziałać więcej szkody niż pożytku).

Ponieważ jednak 98% ludzi społeczeństw zachodnich ma problemy z układem trawiennym, dobrą uniwersalną dietą na okres i babiego lata i jesieni jest dieta wzmacniająca Śledzionę. Podstawę tej diety stanowią takie produkty sezonowe jak np.  dynia, kapusta, kapusta pekińska, buraki, cebula, grzyby, ziemniaki, marchewka, cukinia, por, kalafior, orzechy, seler, pigwa. Stosujemy też produkty strączkowe, ale te drobniejsze np. soczewica, drobna fasolka, fasolka adzuki, ciecierzyca (im ziarno strączkowe jest większe tym trudniej je strawić). Oczywiście okres jesienny to również bogactwo zbóż, szczególnie kasz. Kto jeszcze nie pokochał kaszy jaglanej powinien właśnie teraz to zrobić. Warto też sięgać po żyto, jęczmień i grykę. Do diety jesiennej warto wprowadzić rozgrzewające czosnek, imbir, cynamon, goździki i aromatyczne przyprawy. Kuchnia tradycyjnej medycyny chińskiej nie wprowadza tu dla nas niczego nowego, wszak okres jesienny w Polsce niezmiennie kojarzy się z aromatycznym, grzanym winem, pieczonymi jabłkami i piernikami.

W okresie jesiennym ograniczamy lub odstawiamy owoce (których zresztą coraz mniej), szczególnie wychładzające cytrusy, a także produkty takie jak algi, trawy jęczmienne i sałaty. Jeśli jemy coś o naturze yin (chłodne) to niech będzie przyrządzone na sposób yang (np. pieczone jabłka czy gruszki).

Mądre żywienie w okresie jesiennym pomaga zachować na dłużej siły zyskane podczas lata. 

Share on Myspace

poniedziałek, 07 wrzesień 2015 00:00

Sprawdź swój kosmetyk

Jak w łatwy sposób przekonać się czy skład Twojego kosmetyku nie jest szkodliwy – instrukcja krok po kroku

 

Dziś opiszę jak samodzielnie sprawdzić skład kosmetyku, nie będąc chemikiem i mając – oględnie rzecz ujmując – przeciętne pojęcie o łacińskiej terminologii składów chemicznych.

Gdy kilka lat temu odkryłam narzędzie, które dziś opiszę, ¾ mojej łazienki wylądowało w koszu. Ileż to rozczarowań wówczas przeżyłam, w ciągu kilku dni testowania! Ile firm, które uważałam za dobre i porządne na zawsze straciło moje zaufanie. Uważajcie, bo i Wam to grozi. Jednak wiedza i świadomość są warte każdej ceny, nawet a może raczej przede wszystkim utraty zaufania :-).

Narzędzie do samodzielnej analizy składu kosmetyku jest udostępniane przez amerykańską organizację non-profit Environmental Working Group. Ogólnie rzecz biorąc robią kawał dobrej roboty.

Nie wiem czy istnieją inne tego typu narzędzia, ja w każdym bądź razie na nie nie trafiłam i korzystam z tego. Nie jest może idealne (o czym dalej), ale zdecydowanie najlepsze, jakie znam :-).

Każdy wprowadzony do analizy kosmetyk jest rozkładany na czynniki pierwsze, po czym jest wystawiana ocena całościowa, zobrazowana dodatkowo kolorami. 

Zielony (punktacja 0-2) oznacza, że kosmetyk jest bezpieczny, „zielony”. Kosmetyk z punktacją 3-5 w kolorze pomarańczowym, to produkt neutralny (ale np. mnie to nie wystarcza aby taki kosmetyk kupić, kupuję tylko zielone). Punkty 6-9 oznaczone na czerwono oznaczają, że kosmetyk jest najnormalniej w świecie niebezpieczny.  

Punktacja całkowita to oczywiście nie wszystko. System podaje analizę wszystkich składników i może być tak, że przy 30 składnikach 26 jest „zielonych”, ale dwa czy trzy fatalne. Ostatecznie ocena całościowa nie będzie najgorsza (bo jest wypadkową wszystkich), ale dla mnie jakikolwiek składnik, który nie jest sam w sobie oceniony jako bezpieczny dyskwalifikuje cały kosmetyk, nawet jeśli obok niego będzie 25 innych, dobrych.

Inną bardzo ciekawą funkcją jest to, że w podsumowaniu system pokazuje nam podział na tzw. ogólne bezpieczeństwo, zagrożenie rakiem, toksyczność wpływającą na rozwój i płodność, alergie i system odpornościowy.

Tak więc spójrzmy jak to działa:

Wchodzimy na stronę http://www.ewg.org/skindeep

Narzędzie jest w j. angielskim, jeśli ktoś zupełnie sobie nie radzi, warto skorzystać z automatycznego tłumaczenia stron na polski (wtyczka).

Strona wymaga jednorazowej rejestracji, zróbcie to, bo warto. W prawym górnym rogu wciskamy „build your own report”/„zbuduj swój własny raport”

Otwiera nam się okno logowania, wybieramy: „Login/register”/"Logowanie/rejestracja”. Po zarejestrowaniu i potwierdzeniu adresu e-mail możemy korzystać z narzędzia.

Po zalogowaniu pojawia nam się takie okno:

 

 

System sugeruje nam zmianę hasła:

 

Ignorujemy to. Klikamy w „Get started now: Build your own product report”/ "Teraz rozpocznij. Zbuduj swój własny raport o produkcie

Otwiera nam się pierwsze z czterech okien, które wypełniamy.

 

 

 

Pierwsza rubryka „Product name”/ „Nazwa produktu” zawiera rozwijaną listę, ale ponieważ jest to baza amerykańska jest w niej niewielka ilość produktów europejskich i znikoma polskich. Dlatego najczęściej wpisujemy tu po prostu nazwę kosmetyku, np. "Szampon XYZ do włosów jasnych z jarzębiną".

Druga rubryka „Product directions”/ „Sposób użycia” klikamy „directions not available”

Trzecia rubryka „Product categorization”/ "Kategoryzacja produktu" – wystarczy, że wybierzemy jedną z rozwijanej listy. Z tym jest trochę problemu, bo dostępna ilość jest spora i trzeba to wszystko przewinąć. Na szczęście jeśli pomylimy się z kategoryzacji to nic wielkiego się nie stanie.

Czwartą rubrykę „Product package text/claims”/ „Zastrzeżenia na opakowaniu” – możemy pominąć. Podobnie piątą i szóstą rubrykę „Product indications” i „Product warnings”:

Siódma rubryka „INGREDIENTS EXACTLY AS LISTED ON THE LABEL” jest najważniejsza. Tu wklejamy skład naszego kosmetyku. Skład większości kosmetyków (tzw. INCI) można znaleźć na stronie producenta lub w sklepach internetowych, wówczas nasze zadanie sprowadza się do jego skopiowania ze strony i wklejenia do rubryki (copy&paste). Jeśli opisu składu nie znaleźliśmy w sieci, a bardzo chcemy sprawdzić czy kosmetyk jest dobry, czeka nas żmudne, ręczne wpisywanie składników. Trzeba tu mocno uważać, bo w nazwach łacińskich bardzo łatwo o pomyłkę.

Składniki powinny być rozdzielone średnikami, ale jeśli wpiszemy przecinki (,) system automatycznie zamieni je na średniki (;), więc tym na szczęście nie należy się przejmować. Jednak na tym etapie (wpisywania składników) może się zdarzyć trochę „zabawy”. Po pierwsze, system nie czyta znaku „*”, tymczasem znak ten często jest używany w składach organicznych, dla oznaczenia składników z bio-upraw. Takie gwiazdki (*) trzeba z opisu ręcznie usunąć. Po drugie, wszelkie nazwy polskie (notabene występujące bardzo rzadko w składach, tu króluje łacina :-)) – też trzeba usunąć. Trzecim często występującym problemem, szczególnie w sytuacji gdy sami wklepujemy w rubrykę składniki z opakowania; są literówki, których system niestety nie potrafi automatycznie skorygować. Każda literówka powoduje, że system nie rozpozna składnika. Wtedy należy na przeglądarce wcisnąć przycisk „wstecz” i poprawić opis. WAŻNE: jeśli literówek jest więcej, warto zapisać i korygować skład w edytorze tekstu a później go wkleić, bo sam przycisk wstecz może się nie sprawdzić.

Gdy skład już mamy wpisany klikamy „save & continue to step 2"/"zachowaj i przejdź do kroku 2"

Otwiera nam się kolejne okno (dane przykładowe):

To wszystko wygląda na dosyć skomplikowane, ale tak naprawdę ważne jest to co w ramce czyli spis składników. Jeśli wszystko się zgadza i jest porozdzielane średnikami klikamy na „save & continue to step 3”/"zachowaj i przejdź do kroku 3".

Jeśli wszystkie składniki zostały poprawnie dodane i rozpoznane kolejne okno będzie wyglądać mniej więcej tak:

 

Każdy składnik jest wyszczególniony a system prosi nas o podanie procentowej zawartości każdego z nich. Ponieważ te informacje zwykle nie są podane na etykiecie, nie trzeba wypełniać tej rubryki. Proponuję również nie ruszać rubryki środkowej (N/A), odnoszącej się konkretnie do amerykańskich uregulowań. W trzeciej rubryce, jeśli mamy ochotę można zaznaczyć informacje dodatkowe o każdym ze składników, np. że jest pochodzenia organicznego. Jeśli nie jest, nie zaznaczamy.

Jeśli natomiast wystąpiły jakieś błędy na etapie kroku 2 strona może wyglądać tak:

U góry ("Ingredients not found in the database"/"Składniki nie odnalezione w bazie") system wskazuje, jakich składników nie zidentyfikował. Najprawdopodobniej wpisałeś je z literówką. Obok takiego niezidentyfikowanego składnika jest rozwijana lista:

 

 Na liście czasem (bardzo rzadko) znajduje się podpowiedź jaki to mógłby być składnik, ale najczęściej jedyną dostępną opcją jest "none of the above"/"żadne z powyższych". W tej sytuacji nie należy tego wciskać tylko wcisnąć w przegląrce przycisk wstecz do kroku 2 i poprawić literówki, tak jak już pisałam, korzystając z edytora tekstu. Poprawiony o literówki skład wklejamy ponownie i klikamy na "zachowaj i przejdź do kroku 3". Jeśli poprawiliśmy wszystko teraz nie powinno być problemu i rubryka "Ingredients not found in the database" w ogóle nie powinna się pojawić. Gdyby tak się zdarzyło, że mamy pewność, że składnik został wpisany poprawnie, a system nadal go nie identyfikuje, oznacza to, że może to być rzeczywiście składnik spoza bazy, wówczas wybieramy "none of the above"/ "żaden z powyższych". Przy analizie zostanie on pominięty.

Gdy wszystko jest już uzupełnione klikamy na "save&continue to step 4"/"zachowaj i przejdź do kroku 4".

Krok 4 wygląda tak:

i jest podziękowaniem za dodanie produktu. Trzeba kliknąć na "View your product report"/"Zobacz swój raport o produkcie" i dopiero wtedy otwiera nam się finalne okno, które nas interesuje. W przypadku testowym, który sprawdzałam na potrzeby tego artykułu wygląda ono tak:

 

U góry po lewej stronie jest ocena całościowa, w tym przypadku "4" czyli neutralnie. Po prawej u góry podsumowanie produktu pod kątem ogólnego bezpieczeństwa, zagrożenia rakiem, toksyczności wpływającą na rozwój i płodność, alergii i wpływu na system odpornościowy. Jak widać analizowany kosmetyk nie jest kancerogenny, natomiast może alergizować. 

Poniżej jest opis każdego ze składników wraz z oceną, którą możemy sobie prześledzić szczegółowo. I co ważne, więc podkreślę to jeszcze raz, taka analiza pozostaje w naszym profilu i możemy do niej wrócić. Nie zauważyłam żadnych limitów ilościowych, a sama w ten sposób sprawdziłam już ponad 200 kosmetyków. 

Uwagi i problemy:

Jak już pisałam system nie jest idealny i nie wolno wyłączyć myślenia. Oprócz opisanych już powyżej literówek, z którymi sobie nie radzi i które trzeba żmudnie ręcznie poprawiać chcę zwrócić uwagę na jedną kwestię. Otóż moim zdaniem niektóre składniki są bardzo surowo zakwalifikowane. Szczególnie źle system ocenia "frangrance/ parfum" czyli zapachy i nic dziwnego jeśli chodzi o zapachy syntetyczne. Natomiast kosmetyki aromatyzowane naturalnymi olejkami eterycznymi, jakich używam, moim zdaniem powinny być traktowane łagodniej. System jednak ostro je ocenia wskazując, że mogą być mocno alergizujące. Wszystko się zgadza, ale w przypadku niealergika, jak ja, gdzie tak niewielka ilość olejku eterycznego (kilka kropel) na kosmetyk nie czyni nic oprócz przyjemnego zapachu, ta ocena nie znajduje uzasadnienia. Sam fakt aromatyzowania olejkami eterycznymi kosmetyku już skazuje go na wypadnięcie z grupy "zielonych". Dlatego dla moich potrzeb, w ogóle nie wpisuję olejków eterycznych do analizy składu, bo mi fałszuje obraz kosmetyku.

Podobnie uważam, że kwas mlekowy (bądź co bądź naturalna substancja) jest potraktowany lekko niesprawiedliwie pomarańczową czwórką. Wolę jednak taką nadmierną gorliwość w demaskowaniu złych składów, niż naciąganie "w górę" substancji szkodliwych. Warto więc pamiętać, że system podejdzie raczej ostrożnościowo i uzna za niebezpieczny składnik bezpieczny niż odwrotnie. Jak zawsze, myślenia wyłączać nie wolno, jeśli macie jakieś watpliwości co do konkretnego składnika poszukajcie w sieci dodatkowych informacji, żeby mieć wewnętrzną pewność.

Mam nadzieję, że ten wpis pomoże wielu przejrzeć na oczy jeśli chodzi o kosmetyki, których używa się na co dzień, szczególnie te drogeryjno-marketowe, sprawiające wrażenie zdrowych i naturalnych. Pamiętajcie, że to co kładziemy na skórę dostaje się do wnętrza organizmu. Pamiętajcie również, że to my, jako konsumenci decydujemy co będzie sprzedawane a co nie. Jeśli przestaniemy kupować śmieci (tyczy się to nie tylko kosmetyków), przestaną nam oferować śmieci.

Życzę Wam wielu trafnych wyborów kosmetycznych!

Share on Myspace

 

środa, 02 wrzesień 2015 00:00

Olejek z oregano - tajna broń na okres jesienny

 

Oj pokochałam ten olejek miłością wielką i trwałą. Zalet ma ilość przeogromną, wad – jak dla mnie żadnych (choć przyznam, że zdania na ten temat są podzielone, o czym dalej), cenę przystępną a działanie spektakularne.

Właściwości:
  • jest naturalnym antyoksydantem, co oznacza, że neutralizuje nadmiar krążących w naszym ciele wolnych rodników (a w skrócie hamuje procesy starzenia i rakowacenia)
  • jest naturalnym antybiotykiem bez skutków ubocznych,
  • ma działanie przeciwbólowe
  • w sytuacji stanów zapalnych dziąseł (np. po leczeniu kanałowym) może w znacznym stopniu pozwolić utrzymywać stan zapalny pod względną kontrolą, szczególnie jak dodatkowo będziemy żuć 3-4 goździki dziennie
  • zwalcza dużą ilość bakterii (np. escherichia coli), grzybów (np. candida) i innych pasożytów
  • w bardzo wyraźny sposób wzmacnia odporność i jego stosowanie w okresie jesienno-zimowym znacząco obniża ryzyko jesienno-zimowego przeziębienia czy choroby
  • jak wszystkie gorzkie substancje poprawia i wspomaga trawienie
Stosowanie:

Wewnętrzne

O olejku oregano pisałam przy okazji prezentacji kuracji oczyszczającej z pasożytów tu. Ale powtórzę to jeszcze raz. Olejek, pomimo tego, że jest rozcieńczany w oliwie i ma stężenie „zaledwie” 20% jest niezwykle silny i ostry w smaku. Dlatego trzeba nauczyć się go używać. Ja używam go nieco inaczej niż podaje producent na opakowaniu, gdyż aplikuję go sobie załączonym zakraplaczem bezpośrednio na język w ilości 5 kropel 2-3 razy dziennie, po czym obficie popijam wodą. Ważne jest aby była to tylna a nie przednia część języka, gdyż z tyłu mniej odczuwamy jego ostry smak. Przyzwyczaiłam się do tego posmaku a nawet go polubiłam, ale wiem, że dla niektórych jest nie do zniesienia, wtedy należy – tak jak sugerują producenci – rozpuszczać go w łyżce oliwy. Olejek najlepiej przyjmować na pusty żołądek, 20 minut przed posiłkami

Zewnętrznie

Olejek z oregano może być stosowany zamiast aptecznych maści zewnętrznie na grzybice i inne zmiany skórne (zawsze wcześniej wykonujemy test na nadgarstku i sprawdzamy jak reaguje nasza skóra). Podobne działanie ma olejek lawendowy, goździkowy i z drzewa herbacianego.

Inhalacje

Gdy mamy katar albo czujemy, że coś nam siedzi w gardle, płucach lub zatokach warto spróbować inhalacji z olejku z oregano. W tym celu na 2 l wrzątku dajemy 15-30 kropli gotowego preparatu z oliwą o stężeniu 20% lub 3-6 kropli czystego (100%) olejku i wdychamy taką mieszankę przez kilka minut 2-3 razy dziennie.

Dostępność na rynku:

Na rynku dostępnych jest kilka preparatów i wydaje mi się, że wszystkie są porównywalne jakościowo. Substancja, o której tu piszę to olejek z dzikiego oregano (origanum vulgare) czyli lebiodki pospolitej. Większość dostępnych preparatów ma wmontowany zakraplacz oraz stężenie 20%.

Niektórzy mnie pytają czy jedzenie samego oregano, np. dodawanie go do potraw nie wystarczy. Oregano jest bardzo zdrowe i jasne, że jego używanie może być bardzo korzystne. Trzeba tu jednak wyraźnie powiedzieć, że każdy olejek eteryczny jest wysoce skoncentrowaną substancją, zawierającą nieporównywalnie więcej korzystnych dla nas fenoli, seskwiterpen, katechiny, flawonoidów itd. niż naturalna forma rośliny, z której zostały pozyskane.

Jeśli jeszcze nie znacie olejku oregano zachęcam Was gorąco do jego wypróbowania i okresowego stosowania!

Share on Myspace

wtorek, 25 sierpień 2015 00:00

Sól ziemi naszej

 

 

Sól podobnie jak cukier sławę ma ostatnio złą. Całkiem błędnie. Jak to zwykle bywa istota rzeczy tkwi w dawce i jakości. Ciekawe jest to, że prawie każdy nawet najzdrowszy produkt spożywczy w nadmiarze może być toksyczny. To nas wzywa do stosowania umiaru i samoświadomości tego co robimy ze sobą i naszym ciałem.

 

Sól wg. TCM

Gruntuje, ściąga w dół (do wewnątrz i w dół), wspomaga trawienie (wydzielanie soków trawiennych), sprowadza na ziemię, pobudza działanie nerek, ochładza.

Zmiękcza stwardniałe więzły chłonne, gruczoły i mięśnie, rozbija twarde masy, jest związana z czakrą podstawy (poczucie bezpieczeństwa), a więc  wspiera doświadczanie przejrzystości, ugruntowania i ześrodkowania. Co ciekawe dodatek soli wzmacnia odczuwanie smaku słodkiego, dlatego aby potrawa wydawała się bardziej słodka warto ją doprawić szczyptą soli.

 

Jakość

Podobnie jak w przypadku innych produktów sól obecnie jest poddawana procesowi rafinacji. Mało kto zdaje sobie z tego sprawę, bo przecież „sól to sól”. Otóż nie. Sól rafinowana składa się w 99,9% z chlorku sodu, resztę stanowią substancje antyzbrylające, takie jak jodek potasu. Powszechnie stosowana sól (tzw. warzona) jest wyjałowiona z około 60-80 pierwiastków śladowych, niezbędnych nam do życia, które zawierała w sobie przed procesem rafinacji.

Być może dlatego w społeczeństwach zachodu tak dużo się soli (solą rafinowaną), ponieważ organizm domaga się tych pierwiastków a ich nie dostaje (syndrom podobny do niedożywienia osób otyłych, jedzą coraz więcej śmieciowego jedzenia, w którym brak niezbędnych składników odżywczych). Nadmierne przesalanie i dodawanie soli gdzie się da może również wskazywać na powszechny brak poczucia bezpieczeństwa we współczesnym społeczeństwie niepewności lub zmian. Łaknienie soli zwykle znika po tygodniu umiarkowanego stosowania soli nierafinowanej.

 

Uniwersalny środek oczyszczający

Sól ma fantastyczne właściwości oczyszczające organizm z toksyn, przeciwdziała zatruciom, ma właściwości alkalizujące.

Stosowana zewnętrznie w postaci kąpieli – oczyszcza i relaksuje. Warto przy tym zrezygnować z gotowych kupnych soli do kąpieli, gdyż nikt nie wie co do nich dodano. Najlepszą i najbardziej wartościową kąpielą solną będzie kąpiel z garścią soli himalajskiej i dodatkiem ulubionego olejku eterycznego.

Na temat zastosowań zdrowotnych soli pisane są książki, więc wszystkich jej potencjalnych zastosowań na pewno tu nie wymienię, wspomnę jednak jeszcze o płukaniu gardła solą – jest to jedna z najskuteczniejszych metod na ból gardła, całkowicie naturalna i tania. Wady: niesmaczna, ale do przeżycia.

Kąpiel z dodatkiem soli i sody oczyszczonej jest również wskazana przy narażeniu na promieniowanie, np. po różnego rodzaju prześwietleniach RTG, mammograficznych itp. Paul Pitchford podaje, że taka kąpiel jest stosowana przez specjalistów pracujących z promieniotwórczymi izotopami. Do wanny ciepłej wody dodaje się po 400 g soli nierafinowanej i sody oczyszczonej, przebywa się w kąpieli ok. 20 minut, po czym płucze ciało chłodną wodą. Przy prześwietleniu diagnostycznym kąpiel taką warto stosować 2x dziennie przez 3 dni.

Na poziomie psychicznym, kąpiel z solą pozwala oczyścić się po trudnych sytuacjach i odciąć energetyczne po kontaktach z toksycznymi ludźmi

Na moim stoliku nocnym leżą na stałe trzy kolorowe kryształy soli (biały, różowy i fioletowe), podarowane mi przez bliską mi osobę.

 

Nadmiar soli

Nadmiar soli jest szkodliwy gdyż prowadzi do zaburzenia subtelnej równowagi sodowo-potasowej, warunkującej dobre zdrowie(gdy w organizmie jest za dużo sodu, za mało jest potasu). Klasyczne dolegliwości związane ze zbyt dużą ilością sodu w organizmie to:

-       podwyższone ciśnienie

-       obrzęki (przy tendencjach do zatrzymywania płynów w ciele)

-       upośledzenie wchłaniania składników odżywczych

-       pozbawianie organizmu wapnia

Jesteśmy narażeni na nadmiar soli, ponieważ bardzo duża ilość produktów gotowych ją zawiera. To kolejny argument za tym, aby z takich produktów zrezygnować całkowicie na rzecz nieprzetworzonego pożywienia, które możemy sami wzbogacić niewielką ilością nierafinowanej soli dobrej jakości. 

 

Jaką sól stosować

Sól rafinowana czyli chlorek sodu NaCl plus trochę jodu (sól warzona, jodowana) to biała trucizna, po którą nie sięgamy.

Nadal bardzo modna jest sól morska – kiedyś uważana za najlepszą, przy obecnym stanie zanieczyszczenia mórz doprawdy wielką niewiadomą jest co w niej znajdziemy obok dobroczynnych minerałów. Dodatkowo widziałam kilka razy w sklepach ze zdrową żywnością piękną sól morską rafinowaną, a więc UWAGA: „morska” nie oznacza automatycznie „nierafinowana”, trzeba czytać etykiety!

Najbogatszą i najlepszą pod kątem składników jest różowa sól himalajska, która zawiera ok. 85 przyswajalnych pierwiastków niezbędnych dla zdrowia.

Z tego co widzę, staniała znacząco, ponieważ z solą tak czy siak nie należy przesadzać, myślę, że warto ją kupować, jedno opakowanie powinno starczyć na długo.

Polska sól kamienna z kopalni (Wieliczka, Kłodawa) jest naturalnym produktem nierafinowanych i choć aż tylu pierwiastków co sól himalajska nie zawiera, jest dla niej dobrą, tańszą i całkowicie naturalną alternatywą. 

 

Dawki

Sól jest już w pożywieniu. Sód będący głównym składnikiem soli znajdziemy w dużych ilościach w jajkach, owocach morza, wodorostach i mięsie i innych.

Z dawkami jak to z dawkami – nie wiemy czy są prawidłowe. Obecnie uznaje się za bezpieczną dawkę dzienną w ilości 5g. Na zdjęciu przedstawiam jaka to jest ilość.

Przyznam szczerze, że nie jestem w stanie zjeść gotowanego jajka i pokrojonego z cebulką pomidora bez soli i pewnie fundując sobie to danie od razu wyczerpuję ww. dawkę dzienną.

Z góry przepraszam panów, ale niestety u wielu mężczyzn obserwowałam i obserwuję zjawisko, które z jednej strony mnie bawi a z drugiej jednak przeraża. Otóż pan taki dostając do konsumpcji zupę (np. ugotowaną przez małżonkę, albo w lokalu gastronomicznym) nie kosztując jej wcale, przed przystąpieniem do jedzenia sięga po solniczkę i obficie nią wymachuje nad talerzem. Po tym rytuale zaczyna nabierać zupę łyżką i jeść. Zawsze się wtedy zastanawiam „A co jeśli zupa już była za słona?”. „Albo idealnie dosolona?”

Uwaga: gdy stosujemy sól gruboziarnistą, łyżeczka soli gruboziarnistej to nie to samo co łyżeczka soli drobnoziarnistej. Z łyżeczki soli gruboziarnistej po zmieleniu wychodzi znacznie więcej soli.

 

„Domowy” napój izotoniczny

Osoby intensywnie trenujące sport (do których nie należę, ale mam takie w rodzinie) wiedzą doskonale co się dzieje z organizmem po mniej więcej 1-1,5 h intensywnego wysiłku fizycznego. Dostępne gotowe napoje izotoniczne to chodząca tablica Mendelejewa, świństwo, którego nawet wrogowi żal podać. Z chemicznego punktu widzenia napój izotoniczny to woda, glukoza i minerały, można go w prosty sposób zrobić na poczekaniu.

Przepis na prosty napój izotoniczny (1 szklanka):

Dobrej jakości woda + odrobinę słodu (łyżeczka miodu, 1/3 szklanki odrobina świeżo wyciśniętego soku owocowego) + 1-2 szczypty dobrej jakości soli.

Przy okazji innego postu pisałam, że pijąc wodę w upały warto do niej dodać szczyptę soli himalajskiej, będzie niewyczuwalna, a dostarczymy sobie niezbędnych minerałów.

 

Kiedy wykluczyć sól

Sól powinno się wykluczyć całkowicie w przypadku chorób nowotworowych. W czasie praktyki klinicznej Maxa Gersona zauważył on, że guzy i zmiany nowotworowe maleją wraz ze zwiększeniem dawki potasu i zmniejszeniem dawki sodu.  Zbiega się to z założeniami tradycyjnej medycyny chińskiej, która nowotwory zwykle definiuje jako połączenie wilgoci (której powstawaniu właśnie nadmiar soli sprzyja) oraz toksyn.

W trakcie choroby nowotworowej warto całkowicie zrezygnować z soli (sól jest obecna naturalnie w wielu pokarmach) ale nie unikać wodorostów (np. słony kelp). Miso i sos sojowy, jako bardzo słone, również lepiej wykluczyć.

 

Podsumowanie
  1. Kupujmy sól nierafinowaną bez dodatków (himalajską, kamienną, ew. morską)
  2. Tanią sól warzoną można kupować do celów gospodarczych (np. namoczenia spalonej patelni, posypywania oblodzonego podjazdu itp.)
  3. Używajmy soli w sposób zrównoważony, pamiętając, że sól powinna wzbogacać smak potrawy a nie w niej dominować. Jeśli wyczuwamy, że potrawa jest słona – to źle.
  4. W trakcie choroby nowotworowej rozsądnie jest zrezygnować z dodawania soli do potraw całkowicie.
Share on Myspace
poniedziałek, 17 sierpień 2015 00:00

Odżywianie sensu largo

Odżywianie to nie tylko to co kładziemy na talerz. To także każda substancja, którą wklepujemy w skórę, nakładamy na włosy i wyciskamy na szczoteczkę do zębów. Stara ajurwedyjska zasada głosi, że nie powinno się kłaść na swoje ciało niczego, czego nie dałoby się zjeść. I podpisuję się pod tym rękami i nogami.

Nasza skóra to od 1,5 do 2 m2 powierzchni przez którą oddychamy, wydalamy co zbędne ale i chłoniemy to, co znajduje się na zewnątrz. Ogromna ilość substancji, jak na przykład magnez, jest zdecydowanie lepiej przyswajalna transdermalnie niż przez układ pokarmowy, dlatego przy brakach magnezu, lepiej się wykąpać w wodzie z dodatkiem chlorku magnezu lub siarczanu magnezu (czyli soli Epsom) niż niepotrzebnie łykać tabletki, z których wchłania się zaledwie kilka procent zawartego tam tego pierwiastka.

A z tego prosty wniosek, że przez pory skóry wchłaniamy bardzo dużo, więcej niż nam się wydaje. I błędem jest zakładanie, że to co stosujemy zewnętrznie (kosmetyki) nie dostaje się do wewnątrz organizmu albo dostaje w minimalnej ilości. Prawda jest zgoła inna.

Zauważyłam, że przeważająca ilość osób nadal wierzy w opiekę systemu nad ich zdrowiem. Ta wiara sprowadza się do przekonania, że gdyby coś rzeczywiście było dla naszego zdrowia niekorzystne, byłoby prawnie zakazane.

Nie chcę wchodzić tu w dłuższe i głębsze rozważania filozoficzne na temat tego co rządzi naszym światem i od razu napiszę, że jest to przede wszystkim kasa. Chęć sprzedaży produktów i zysków zasłoniła całkowicie człowieka i jego dobro. I nie, nie jest tak, że jeśli coś jest niekorzystne dla zdrowia ludzkiego to będzie automatycznie niedozwolone, o ile się sprzedaje. Dlatego powszechnie oferuje nam się papierosy, niebezpieczne chemiczne lekarstwa jak landrynki, śmieciowe jedzenie i śmieciowe kosmetyki, pełne chemii, której nie powinno tam być. Do tego dochodzi coraz powszechniejszy a jeszcze mało nagłośniony problem chemii w materiałach, które nas otaczają, od wykładzin, poprzez obicia meblowe na konfekcji kończąc. Państwa ustalają wprawdzie tzw. normy szkodliwych substancji w kosmetykach i produktach spożywczych, ale konia z rzędu temu, kto powie na jakiej innej zasadzie niż „pi razy drzwi” normy te są ustalane i czy uwzględniają w jakikolwiek sposób akumulowanie się trucizn w organizmie człowieka z wielu różnych źródeł współczesnego świata.

Coś się w tym temacie zaczyna dziać oddolnie, ludzie widzą, że nikt nie zadba o ich bezpieczeństwo, o ile sami tego nie zrobią. Przykładem tego trendu są opisywane przeze mnie tu kooperatywy spożywcze (np. Lokalny Rolnik, do którego sama należę) dające dostęp do produktów bez chemii za relatywnie niewielkie pieniądze. W Internecie jest już sporo przyjaznych miejsc poświęconych własnoręcznemu tworzeniu ekologicznych, naturalnych kosmetyków.

Ponieważ sama param się tym od kilku lat, wiem, że jest to zajęcie wdzięczne bardzo, stąd tym wpisem rozpoczynam cykl artykułów w kategorii „Zdrowe kosmetyki” dotyczącej odżywiania ciała dla zdrowia. Naturalne kosmetyki są zdecydowanie najlepsze, ale nie warto popadać w skrajności i rezygnować ze zdobyczy cywilizacji. Nie każdy ma czas, chęć i wytrwałość by samemu robić własne kosmetyki, dlatego warto mieć wiedzę jakie kosmetyki kupne są dobre i nie zrobią nam krzywdy a jakich unikać.

W kolejnym wpisie w tej kategorii praktyczny przewodnik jak sprawdzić czy skład kupnego kosmetyku nie jest szkodliwy – instrukcja krok po kroku. 

Share on Myspace
poniedziałek, 10 sierpień 2015 00:00

Chcesz schudnąć? Przestań liczyć kalorie

Dietetyka polska nigdy nie stała na wysokim poziomie (oczywiście zawsze są pozytywne wyjątki) dlatego nawet mnie specjalnie nie dziwi, gdy wielu „specjalistów od żywienia” prawi mądrości żywcem sprzed 30-40 lat, ignorując całkowicie postęp w wiedzy na temat wpływu odżywiania na zdrowie człowieka i ważne badania w tym zakresie. Jeden z takich przedpotopowych dogmatów odnosi się do kalorii i kaloryczności pożywienia jako głównej kwestii wpływającej na to jak wyglądamy i się czujemy.

Co to jest kaloria?

Kaloria to jednostka ciepła wytwarzana podczas spalania pokarmu. Pierwotna jej definicja odnosiła się do ilości ciepła potrzebnej do podgrzania pod ciśnieniem 1 atmosfery 1 g czystej chemicznie wody o 1 ° C od 14,5 ° C do 15,5° C. W skrócie określenie ilości kalorii w produktach żywnościowych ma wyrażać ilość energii, którą przeciętnie przyswaja ludzki organizm przy spożyciu takiego produktu. Przyjmujemy za dużo energii niż jej wydatkujemy – odkłada się ona w postaci tłuszczyku, przyjmujemy za mało – chudniemy.

W dobie dominacji „mędrca szkiełka i oka” przekonanie, że kaloria to kaloria bez względu na to z jakiego pożywienia ją czerpiemy dominowała i niestety jeszcze powszechnie dominuje. „Bo takie są prawa fizyki”. No ale w międzyczasie już wiemy, że prawa fizyki nie zawsze się sprawdzają (vide fizyka kwantowa), tak więc czas spojrzeć prawdzie w oczy, że teoria kalorii dla nauki o odżywianiu jest całkowicie niewystarczająca i ma liczne luki a ilość wyjątków jest zbyt duża, żeby nadal uważać je za wyjątki.

Kaloria kalorii nierówna

Gdyby sprawa z kaloriami była taka prosta, mężczyzna, który zjada 2000 kcal dziennie powinien być szczuplejszy niż ten który zjada 2500 kcal dziennie, o ile wydatkują tyle samo energii. Tyle w teorii. W praktyce to kompletnie nie działa. Kalorie są bezużyteczne jako wskaźnik tego jaki przyrost wagi spowoduje spożycie danego pokarmu. Bezużyteczny – bo jak zwykle życie jest bardziej skomplikowane. Słabość teorii kalorycznej wykazały liczne przykłady, które wykazały, że związek między kaloriami a tyciem jest delikatnie mówiąc – luźny. Istnieje sporo badań wskazujących, że wysokokaloryczne orzechy wcale nie muszą prowadzić do przyrostu wagi, a wręcz mogą pomóc w odchudzaniu. Wysokokaloryczny alkohol również z tyciem niewiele ma wspólnego a alkoholicy często są wychudzeni, choć w teorii powinni mieć znaczną nadwagę. Niskokaloryczne diety nie powodują chudnięcia takiego jakie wynikałoby z czystych wyliczeń dostarczanych kalorii, a wręcz zbyt niskokaloryczna dieta może prowadzić do zatrzymania chudnięcia. Z kolei ludzie na diecie dr Kwaśniewskiego na golonkach i bez warzyw chudną błyskawicznie.

Indeks glikemiczny

Koncepcja indeksu glikemicznego została rozpowszechniona przez M. Montignaca, który na IG zbudował swoją koncepcję i markę. Indeks glikemiczny to wskaźnik opracowany 35 lat temu, który określa tempo z jakim organizm przyswaja zawartą w węglowodanach glukozę. Im wyższy wskaźnik IG (pow. 50) tym gorzej, bo oznacza to, że glukoza uwalnia się bardzo szybko, co prowadzi do gwałtownego uwalniania insuliny, co nie jest zjawiskiem korzystnym i może prowadzić do cukrzycy. Szybko jesteśmy znowu głodni. Węglowodany o niskim IG (poniżej 50) wolniej uwalniają glukozę do krwi, przypływ energii jest bardziej długotrwały, dłużej zostajemy syci.

NewVal

Obecnie w światowej dietetyce coraz głośniej jest o koncepcji NuVal, która jest metodą oceny pożywienia przede wszystkim z punktu widzenia jej wpływu na stan zdrowia, nie zaś na wagę. Bowiem nie każda szczupła osoba jest automatycznie zdrowa (zależność w drugą stronę raczej nie występuje – osoby otyłe raczej nigdy nie są zdrowe, co najwyżej niezdiagnozowane ;-)). NuVal została opracowana przez dwunastu dietetyków, uważanych za reprezentujących poziom światowy w swojej dziedzinie. Metoda nie odrzuca całkowicie kalorii (prawa fizyki jednak częściowo obowiązują) ale uzupełnia ocenę danego pożywienia o indeks glikemiczny, jego udowodniony wpływ na stan zdrowia oraz poziom odczucia sytości.

Przykładowo niskokaloryczna Cola „0” wg. NewVal wypada tragicznie (1 na 100 punktów). Z kolei wysokokaloryczne banany przynajmniej teoretycznie wypadają całkiem dobrze (91 na 100 p.) Teoretycznie, bo niestety te, które do nas trafiają to nie do końca te owoce z tabelki – wysyłane statkami jako zielone, słońca nie widziały za dużo, smak ich jest bardzo wątpliwy (mdły). Spróbujcie lokalnego banana będąc w strefie tropikalnej lub choćby w rejonie Morza Śródziemnego a tych „polskich” już będziecie unikać – inna jakość pod każdym względem.    

Nie namawiam Was wcale na zgłębianie tajników NewVal (która zresztą wydaje się być kolejnym „produktem” komercyjnym i została już opatentowana); raczej wspominam o tym, żeby pokazać, że najnowsze trendy dietetyczne wyraźnie idą w kierunku holistycznego spojrzenia na odżywianie (co mi dany pokarm daje, jak się po nim czuję a nie ile kalorii ma w tabelce). Proces odżywiania jest bardzo skomplikowaną a do tego wysoce indywidualną sprawą i najlepszą metodą jest obserwacja własnych reakcji (niezastąpiony jest przy tym dzienniczek żywieniowy, do którego wpisujemy co jemy i jak się po tym czujemy – daje to nam największą wiedzę o naszym organizmie). Nawet banan (wysoko oceniany wg. NewVal) nie będzie dobry dla osób z nagromadzonym śluzem.   

Dieta-cud

Nie istnieje? Owszem, owszem istnieje! Ale nie w tym znaczeniu w jakim jest powszechnie używana. Żadna dieta jako ułożony program (reżim) z licznymi ograniczeniami i odliczanymi kaloriami, którego trzymamy się przez jakiś czas aby schudnąć a potem kończymy - nie jest i nigdy nie będzie dietą-cud.

Jedyną dietą-cud i metodą na trwałe pozbycie się nadwagi jest całkowita zmiana nawyków żywieniowych i mądre i uważne dobieranie tego co kładziemy na talerz. Dieta oparta na naturalnym, nieprzetworzonym (nierafinowanym) pożywieniu, bez chemii i pestycydów. Bez liczenia kalorii. Bez odmawiania sobie czekolady czy domowego ciasta w granicach rozsądku. Liczenie kalorii jest nie tylko nienaturalne ale i obdziera cały proces spożywania pokarmu z całej magii i przyjemności sprowadzając psychofizyczność człowieka do pieca, do którego należy wrzucić odpowiednią ilość drewna.

Jeśli więc znów zastanawiacie się nad kolejną fantastyczną dietą, w której je się to i tamto, a tego i tamtego nie – proszę Was, nie idźcie tą drogą, nie oszukujcie sami siebie. To co osiągnięcie będzie krótkotrwałe a ponadto może zaszkodzić Waszemu zdrowiu.

Nie znam osoby, która podjąwszy decyzję o zmianie stylu żywienia na zdrowy, nie zrzuciłaby przy okazji zbędnych kilogramów, o ile takie miała. I dzieje się to zawsze jako efekt uboczny, czyli tak jak w ogóle wszelkie rzeczy w naszym życiu winny się dziać: bezwysiłkowo i naturalnie. Czego Wam nieustająco życzę. 

Share on Myspace
czwartek, 06 sierpień 2015 00:00

Program zwalczania pasożytów

 

W poprzednim wpisie podkreślałam konieczność regularnego odrobaczania się i oczyszczania z pasożytów. Przed przystąpieniem do kuracji koniecznie przeczytajcie tamten tekst.

Prezentowana przeze mnie dieta jest prosta, ale nie jest łatwa. Jak to zwykle bywa, najtrudniejsze są pierwsze 3 dni. Jeśli ktoś ma kilka kilo za dużo, na pewno przy okazji je straci, bez głodzenia się. Poniżej przedstawiam omówienie jej zasad, zaś na końcu artykułu znajdziecie „bryk” w pdf-ie z najważniejszymi informacjami do wydrukowania i przypięcia na lodówce jako ściągawki.

 

Podstawowe założenia kuracji:

Codziennie rano jako śniadanie jemy 1/3 filiżanki nierafinowanego (brązowego) surowego ryżu – ryż żujemy tak długo, aż zamieni się w płyn i wtedy go połykamy. Osoby ze słabymi zębami mogą ryż moczyć przez noc w wodzie, wówczas rano będzie miększy. Uwaga na takie śniadanko trzeba przeznaczyć minimum 20-30 min,  – tyle czasu żuje się ryż. Jest to podstawa diety, element którego niczym nie zastąpimy. Ryż spożyty w takiej postaci ma niezwykłe zdolności „wymiatania” zaległych w przewodzie pokarmowym gnijących resztek i pasożytów. Po zjedzeniu ryżu należy odczekać min. 3 godz. do następnego posiłku. Pyszne toto nie jest, ale można się przyzwyczaić i podejść do tego z humorem

15 min przed obiadem i kolacją pijemy łyżeczkę octu jabłkowego (ma to dokwasić żołądek i zapewnić prawidłowe trawienie) – jeśli źle znosisz ocet – zmniejsz dawkę, w ostateczności – jeśli nie jesteś w stanie pić octu – zrezygnuj z niego

2x dziennie pomiędzy posiłkami (min. 1 h po posiłku) zażywamy 5 kropli olejku oregano – olejek ten ma wybitnie przeciwgrzybiczne działanie. Do kupienia jest wiele preparatów (zwykle sam olejek oregano to ok. 20% składu, reszta to oliwa z oliwek i to jest całkowicie normalne, nie należy się przejmować, że olejku oregano jest w preparacie tylko 20%). Olejek można rozpuścić w szklance wody i wypić, ale łatwiej jest zaaplikować go sobie bezpośrednio na język i szybko popić wodą - ważne przy tym jest, aby była to tylna a nie przednia część języka. Sprawdźcie jak „smakuje” ten olejek podany z przodu języka a jak na jego tylnej części a zrozumiecie o co chodzi i jak działają kubki smakowe

Spożywamy 1 ząbek surowego czosnku dziennie (najlepiej z obiadem) – osoby, którym surowy czosnek źle robi mogą zastąpić go preparatem w kapsułkach

Jemy niewielką ilość kapusty kiszonej (łyżkę) do obiadu

Dodajemy prażone pestki dyni do obiadu lub kolacji (pestki dyni to świetny produkt przeciwpasożytniczy, jednak bezwzględnie muszą być uprażone, gdyż można na nich często spotkać bakterię coli)

Absolutnie nie wolno podjadać między posiłkami, bo rozwala to cały program!

Przed spaniem pijemy napar z mieszanki przeciw robakom lub z bylicy pospolitej/ piołunu – na rynku są również dostępne gotowe, gorzkie mieszanki na robaki, ale w zasadzie każde gorzkie zioła będą dobre

Przyjmujemy probiotyki i prebiotyki między posiłkami (szczególnie L. sporogenes i B. laterosporus)

Pijemy jedną łyżkę nierafinowanego oleju lnianego do obiadu

Dokładnie przeżuwamy jedzenie (b. ważne!)

Jest to dieta na której, nie wolno się przejadać, jemy absolutne minimum, w przypadku b. silnego głodu można zjeść marchewkę

Surowe warzywa moczyć przez 15 min. w roztworze octu jabłkowego (1 łyżka stołowa na 4 l wody) – usuwa pasożyty z warzyw

Odrobaczyć zwierzęta domowe, inaczej kuracja będzie krótkotrwała

Należy jeść o stałych godzinach!

 

Wykluczamy:
  • cukier pod każdą postacią (w tym miód). Dozwolona jest niewielka ilość stewii w liściach

  • węglowodany złożone (chleb, mąka, zboża, gotowany ryż i kasze, płatki śniadaniowe i ziemniaki). Dozwolona jest niewielka ilość kaszy jaglanej i gryczanej
  • surowe orzechy, migdały i pestki słonecznika (dozwolona jest niewielka ilość uprażonych lub ugotowanych)
  • owoce
  • nabiał (w tym sery)
  • mięsa, szczególnie czerwone
  • sól (dozwolona jest szczypta himalajskiej)
  • suplementy (które wzmacniają pasożyty), wyjątkiem jest chlorella, spirulina i zielony jęczmień

 

Dieta oparta jest na:
  • niewielkich ilościach kaszy jaglanej i gryczanej
  • grzybach (wszelkich)
  • podgotowanych kiełkach (potrafią być istną kopalnią pasożytów)
  • fasolkach adzuki i mung
  • w zasadzie wszystkich warzywach, a szczególnie burakach, marchwi, kapuście, porze, cebuli, chrzanie, cukinii, bakłażanie, kalafiorze, brokułach, selerze itp.
  • awokado (nadaje się do wszelkich past i jest bardzo sycące)
  • jajkach
  • soczewicy
  • dla wybitnych mięsożerców dozwolona jest niewielka ilość mięsa, bardzo dobrze ugotowanego raz na 5 dni
  • przyprawach: koper włoski, goździki, pieprz kajeński, szałwia, imbir, chrzan, tymianek
  • kelpie i innych wodorostach (odbudowują odporność)
  • napojach: woda, napary z pokrzywy, napar ze świeżej szałwii, czystek, zielony jęczmień, napar z pau d'arco (lapacho) - b. dobrze zwalcza drożdżowce

  

Plan posiłków:

Śniadanie:

1/4 do 1/3 (garść) wypłukanego surowego, brązowego ryżu ryżu. Należy rzuć go tak długo, aż zmieni się w płyn

po śniadaniu nie jeść nic przez 3 h

15 min przed obiadem 1 łyżeczka octu jabłkowego

Obiad (np. o 13.00) – wybrane danie + ząbek surowego czosnku + łyżka oleju lnianego + łyżka kapusty kiszonej

2 h po obiedzie – 5 kropli olejku z oregano

2,5 h po obiedzie – probiotyki/prebiotyki

15 min przed kolacją 1 łyżeczka octu jabłkowego

Kolacja (np. o 17.00, góra 18.00) – zupa (np. zupa krem)

1,5 h po kolacji – 5 kropli olejku z oregano

2,5 h po kolacji – probiotyki/prebiotyki

Na noc przed snem – napar z bylicy pospolitej lub innych gorzkich ziół

 

Przykładowy jadłospis:

Śniadanie:

1/4 do 1/3 (garść) wypłukanego surowego, brązowego ryżu ryżu.

po śniadaniu nie jeść nic przez 3 h

15 min przed obiadem 1 łyżeczka octu jabłkowego

Obiad (np. o 13.00) – guacamole + placuszki gryczane + zapiekana cukinia nadziewana kaszą jaglaną i pieczarkami + surówka z marchewki + ząbek surowego czosnku + łyżka oleju lnianego + łyżka kapusty kiszonej

2 h po obiedzie – 5 kropli olejku z oregano

2,5 h po obiedzie – probiotyki/prebiotyki

15 min przed kolacją 1 łyżeczka octu jabłkowego

Kolacja (np. o 17.00, góra 18.00) – zupa krem z kalafiora posypana pietruszką i prażonymi pestkami dynii

1,5 h po kolacji – 5 kropli olejku z oregano

2,5 h po kolacji – probiotyki/prebiotyki

Na noc przed snem – napar z bylicy pospolitej lub innych gorzkich ziół

 

Harmonogram:

Dietę stosujemy przez 10 dni, po których robimy 5 dni przerwy (jemy normalnie) po czym kontynuujemy kurację. Owe 5 dni przerwy wynika z cyklu rozwoju pasożytów, w tym czasie mają się wylęgnąć z larw kolejne osobniki, które my w kolejnym 10-dniowym cyklu zniszczymy. Minimalna kuracja to 3 x po 10 dni kuracji z dwoma 5-dniowymi przerwami pomiędzy – łącznie 40 dni. Przy znaczących zakażeniach pasożytniczych kuracja może trwać nawet 3x dłużej. W normalnych przypadkach proponuję zrobić normalny cykl, czyli 10+5+10+5+10.

Jeśli jesteście zdecydowani, mam dla Was tutaj powyższy program spisany w pigułce do wydrukowania i powieszenia na lodówce.

 

Kiedy?

Najtrudniejszym okresem przeprowadzania oczyszczania jest lato, bo wtedy dary natury w postaci owoców sezonowych kuszą nas zewsząd (i słusznie) a w czasie kuracji owoce są wykluczone (bo pasożyty lubią je równie bardzo jak my). Jeśli jednak nasz stan jest poważny i potrzebujemy szybkiego odrobaczania trzeba działać latem, a owoce jeść tylko w 5-dniowych okresach przerwy.

Korzystnie jest przeprowadzać kurację jesienią, kiedy owoce sezonowe już się skończyły, natomiast jest jeszcze dostępnych sporo warzyw, stanowiących podstawę tej kuracji. Zimą czy na wiosnę jest już tak niewiele z poprzedniego sezonu, że dużo trudniej będzie nam przygotować urozmaicone i atrakcyjne posiłki.  

 

Wypróżnienia:

Jak przy każdej kuracji oczyszczającej niezwykle ważną kwestią są regularne wypróżnienia. Ponieważ zmieniamy sposób jedzenia może dojść do zatwardzeń i nie jest to nic niezwykłego. Jednak w takiej sytuacji konieczne trzeba sobie pomóc (np. łyżką oleju rycynowego na noc). Długotrwałe zatwardzenia (powyżej 1 dnia) mogą doprowadzić do wtórnego zakażenia toksynami uwalniającymi się z zabitych/ uszkodzonych pasożytów, których nie wydaliliśmy (tzw. reakcja Hexheimera). Dlatego trzeba o regularne wypróżnianie szczególnie zadbać.

 

Skutki uboczne:

Chwilowe pogorszenie się stanu zdrowia (np. bóle głowy, swędzenie ciała, wypryski, pobolewanie wątroby, odczucie zasysania w żołądku/jelitach itp.) to normalne reakcje ozdrowieńcze i należy przyjąć je z wdzięcznością, bo oznaczają, że organizm intensywnie czyści się z pasożytów.

 

POWODZENIA!

UWAGA: dieta przeprowadzana może być przez osoby względnie zdrowe, przy poważniejszych chorobach - tylko pod nadzorem doświadczonego lekarza lub naturoterapeuty. Dieta została opracowana na podstawie Paula Pitchforda „Healing with Whole Foods: Asian Tradition and Modern Nutrition” („Odżywianie dla zdrowia: Tradycje wschodnie i nowoczesna wiedza o żywieniu”).

Share on Myspace
wtorek, 04 sierpień 2015 00:00

Jesteś tym co jesz - hasło nie zawsze prawdziwe 

Gdy dajesz sobie to co najlepsze, a okazuje się, że karmisz wroga

 

Jesteś tym czym jesz – to hasło zawsze mi się podobało i rzeczywiście jakość nas w dużej mierze zależy od jakości tego co serwujemy sobie na talerzu.

Ale od strony szczegółów niestety nie jest to już tak oczywiste. Za to bowiem, co z wartości odżywczych zawartych w spożywanym pokarmie ostatecznie do nas trafi i nas zbuduje i wzmocni odpowiedzialne jest wchłanianie. Jeśli wchłanianie szwankuje – możesz się żywić najlepiej na świecie, a niewiele to da, a możesz wręcz mieć znaczące niedobory.

Przypadek, z którym miałam do czynienia ostatnio: kobieta, lat. 60, dosyć wysoki poziom homocysteiny (ok. 18, dla przypomnienia homocysteina pow. 8 powinna już być sygnałem alarmowym. Bliżej o homocysteinie pisałam tu). Zmieniła dietę, wykluczyła pieczywo, znacząco schudła, przez 3-4 miesiące suplementowała witaminę B12, B6 i kwas foliowy, co jak wiadomo jest najskuteczniejszym sposobem na obniżenie poziomu homocysteiny. Po 4 m-cach kolejne badanie wykazało wzrost homocysteiny do 23! Co to oznacza? Czy oznacza to, że witamina B12, B6 i kwas foliowy nie obniżają poziomu homocysteiny? Nie. To oznacza, że najprawdopodobniej z jakiegoś powodu organizm nie przyswajał tych witamin z suplementów. Przypomina to sypanie pasku do worka z dziurą i dziwienie się, że piasku jest coraz mniej. 

Przyczyn złego wchłaniania jest dużo i trudno od razu stwierdzić co w tym przypadku na to wpłynęło. Pierwszym wytłumaczeniem może by sam suplement. To niestety ma znaczenie czy witamina B12 kosztuje 3,49 zł czy 149 zł. Ta pierwsza w formie tabletki (pomijając fakt, że ma w składzie dosyć dużo różnych niepotrzebnych świństw), charakteryzuje się wchłanialnością na poziomie w najlepszym razie kilku procent, żeby był jakiś efekt trzeba by łykać jej tak dużo, że grozi nam zatrucie dodatkami upchanymi w tabletce).

No dobrze, ale akurat w omawianym przypadku kobieta nie oszczędzała na jakości suplementu. Jakie zatem mogły być inne przyczyny niskiej wchłanialności?

Podejrzewaną przeze mnie przyczyną jest rozrost pasożytów w przewodzie pokarmowym.

O florze bakteryjnej i jej fundamentalnym znaczeniu dla naszej odporności (czytaj: zdrowia) pisałam tu. Gdy na skutek błędnej diety, stosowania używek lub mocnych chemicznych leków dojdzie do zaburzeń flory bakteryjnej, przewagę zyskują „niechciani goście”.  Mamy wówczas do czynienia z infekcją pasożytniczą, która może wywoływać mniej lub bardziej dokuczliwe objawy (całą gamę, z których najczęstsze to egzemy, alergie i bóle/wzdęcia w jamie brzusznej).

Główne rodzaje infekcji pasożytniczych to:
  • zakażenia bakteryjne – np. gronkowcem złocistym, paciorkowcami, chlamydiami
  • zakażenia grzybiczne (w tym drożdżakowe) – tu niewątpliwą „gwiazdą” jest candida albicans
  • zakażenia robakami  - np. tasiemcami, owsikami, włosogłówkami, glistami ludzkimi, przywrami itp.
  • zakażenia pierwotniakami – np. lamblią, toksoplazmą itp.

Nie będę ich tu opisywać szczegółowo, w Internecie jest dużo rzetelnych informacji na ten temat a nawet można sobie obejrzeć obrzydliwe filmiki dosadnie pokazujące co się może zalegnąć w nas (nie polecam przed obiadem ani tuż po).

Najgorsze jest to, że ci nieproszeni goście nierzadko wydostają się z przewodu pokarmowego do wewnątrz organizmu wędrując krwią lub limfą do różnych zakamarków naszego ciała, co może zakończyć się tragicznie.

Czym żywią się pasożyty?

Nami. Lubią to co my. Cukier, mąkę, skrobię, tłuszcze. Uwielbiają witaminy i suplementy wzmacniające. Podbierają nam to co najlepsze, w ten sposób nie starcza dla nas.

Skala zakażeń pasożytniczych jest tak duża, że osobiście uważam, że raz w roku, nawet bez wykonywania żadnych badań warto przeprowadzić naturalne odrobaczanie i odgrzybianie, chociażby profilaktycznie.

Jeśli macie w domu zwierzęta a ich regularnie nie odrobaczacie, pewność, że macie pasożyty jest bliska 100%. Wśród osób cierpiących na choroby degeneracyjne (rak, stwardnienie rozsiane, Alzheimer) w ciemno można zakładać zakażenia pasożytnicze, szczególnie w postaci grzybic.

Wracając do omawianego przypadku, badania wykazały znaczący rozrost drożdżowców, być może odpowiedzialnych za nieprzyswajanie witaminy B12. Składa mi się to w całość, bo pacjentka jakiś czas temu zaczęła pić w bardzo dużych ilościach kombuchę (po znalezieniu w Internecie informacji o jej cudownych właściwościach prozdrowotnych). Kombucha zaś to sfermentowany napój z herbaty, a fermenty, choć w normalnych warunkach zdrowe i wskazane, przy zakażeniu drożdżakami mogą znacznie pogorszyć nasz stan.

Pacjentka jest teraz w trakcie przepisanej przeze mnie kuracji przeciwpasożytniczej i liczę na to, że po jej zakończeniu jej wchłanialność znacząco się poprawi i pociągnie za sobą spadek homocysteiny. Wydaje się bowiem, że do tej pory – pomimo w miarę dobrego żywienia i suplementacji -  to co cenne trafiało do intruzów.

Jak się pozbyć nieproszonych gości?

Jest bardzo dużo skutecznych, naturalnych metod pozbywania się pasożytów. Na rynku można spotkać dobrej jakości gotowe preparaty naturalne, ich cena jest jednak dosyć wysoka.  Warto sobie przy tym uświadomić, że najważniejsza w kuracji jest dieta a nie preparaty (które mają charakter pomocniczy) i bez właściwej diety żaden najdroższy nawet preparat nie pomoże, z właściwą zaś dietą – preparaty takie nie są niezbędne i można je zastąpić tanimi, naturalnymi odpowiednikami.

W kolejnym wpisie przedstawię prostą kurację przeciwpasożytniczą do samodzielnego przeprowadzenia w domu.

Share on Myspace
piątek, 24 lipiec 2015 00:00

Dieta a Rak - ABC

Cz. 3 Stany zapalne w organizmie - ukryci zabójcy

 

W poprzedniej części tego cyklu pokusiłam się o sformułowanie katalogu otwartego częstych przyczyn nowotworów, i wśród nich znalazły się również przewlekłe stany zapalne organizmu.

Ostre stany zapalne występują często przy infekcji. Oznaczają, że do organizmu wniknął patogen i organizm się broni i „działa”. Kończy się choroba, kończy się stan zapalny.

Z kolei przewlekłe stany zapalne jak sama nazwa wskazuje są stanami trwałymi. Jako takie sprzyjają wystąpieniu nie tylko raka, ale bardzo wielu chorób cywilizacyjnych, w tym z autoagresji. Posługując się znowu moją ulubioną metaforą, przewlekły stan zapalny jest jak trwały konflikt zbrojny na terytorium państwa, które non-stop od wielu miesięcy a nawet lat wymaga podwyższonej aktywności wojska. Gdy nasi obrońcy znajdują się, powiedzmy na granicy południowej i są non-stop zajęci, niezwykle łatwo jest innemu wrogowi przedostać się przez inną granicę i zaatakować. Po prostu trudno jest prowadzić walkę na zbyt wielu frontach jednocześnie, mając do dyspozycji konkretną ilość, osłabionego już wojska. Dlatego bezwzględnie należy dążyć do wyeliminowania przewlekłych stanów zapalnych organizmu. Tak aby nasza wewnętrzna armia na co dzień miała wolne i była zwarta i gotowa na właściwe i sprawne zareagowanie w sytuacji powstania komórek nowotworowych w naszym organizmie.

 

Czym jest stan zapalny?

Najkrócej mówiąc, stan zapalny to reakcja organizmu na wniknięcie patogenu i uszkodzenie tkanki. Po pojawieniu się stanu zapalnego leukocyty próbują zniszczyć patogeny i usunąć z organizmu zniszczone komórki.

Jeśli stan zapalny jest długotrwały – oznacza to, że coś przeszkadza naszym białym krwinkom pokonać intruzów, nie są wystarczająco silne i skuteczne. Trzymają wprawdzie intruza pod pewną kontrolą, ale nie są w stanie go całkowicie i ostatecznie wyeliminować z organizmu.

Owo „coś“ to najczęściej to co wrzucamy na talerz oraz nasz styl życia – czynniki „karmiące” wroga.

 

 

Jak rozpoznać stan zapalny? 

Objawy łatworozpoznawalne

Stan zapalny często po prostu czuć (boli ząb, stawy itp.) lub widać (obrzęk, zaczerwienienie, ropa).  Uczucie gorąca oraz zaczerwienienie spowodowane są rozszerzaniem się naczyń krwionośnych i spowolnieniem krążenia krwi, obrzęk jest spowodowany wysiękiem osocza a ból - uciskiem na włókna nerwowe.

W czasie gdy zachorowałam na raka, od mniej więcej 5 lat pobolewał mnie ząb po leczeniu kanałowym. Raz było lepiej, raz gorzej, dentyści sobie z tym nie radzili zupełnie, wydałam majątek na dwukrotne leczenie kanałowe, ale niewiele to dało. Teraz wiem, że przez ponad 5 lat pozwalałam na coraz większe osłabianie własnego układu immunologicznego. Kiedy zdecydowałam się wreszcie na wyrwanie zęba – literalnie odżyłam. Włosy przestały mi wypadać i nabrały blasku, skóra wypromieniała, wróciła do mnie energia. Oczywiście daleka jestem od twierdzenia, że mój przewlekły stan zapalny zęba był bezpośrednią przyczyną zachorowania na raka, natomiast na pewno się do niego przyczynił.  

Polecam zresztą zapoznanie się z badaniami dr Westona Price’a i publikacjami dr Hala A. Hugginsa nt. wpływu leczenia kanałowego na powstawanie chorób zwyrodnieniowych, w tym nowotworów. Polscy onkolodzy i stomatolodzy raczej nie mają o tym pojęcia. Zdanie, które często słyszę gdy próbuję zejść na te tematy, brzmi: „leczenie kanałowe jest standardową, bezpieczną metodą”. Wcale mnie nie przekonuje. Stomatologia jest bowiem akurat takim działem medycyny, w którym standardów, które potem okazały się dramatycznymi pomyłkami było całkiem sporo, żeby choćby wspomnieć wypełnienia amalgamatowe czy dodawanie „cudownego” fluoru do wszystkiego co się da. Po tym co przeszłam i przeczytałam do leczenia kanałowego podchodzę z ogromną rezerwą i sobie takiej atrakcji już nie zafunduję, wolę rwać od razu, a najlepiej oczywiście nie doprowadzać do kolejnych stanów zapalnych.

Zapalenia „bezobjawowe” (tzw. ciche stany zapalne)

Czasem jednak stanu zapalnego nie widać od razu, a jest. Przykładem są nadżerki we wczesnym stadium (stan zapalny już jest, ale jeszcze go nie czujemy), stany zapalne tętnic, prowadzące wprost do miażdżycy i związanych z tym zawałów i udarów oraz zakażenia pasożytami, grzybami, wirusami czy bakteriami. Jeśli więc podejrzewamy, że mamy ukryty stan zapalny, albo chcemy sprawdzić czy wszystko w porządku warto wykonać następujące badania z krwi:

  • białko fazy ostrej CRP (cena ok. 15 zł),
  • poziom homocysteiny (cena ok. 60 zł)

CRP białko fazy ostrej pokazuje wprost czy mamy w organizmie ukryte stany zapalne. Homocysteina jest dobrym wyznacznikiem tego co dzieje się z tętnicami i układem wieńcowym i prognostykiem incydentów wieńcowych, nieporównywalnie lepszym niż poziom cholesterolu, który w zasadzie nie jest żadnym wyznacznikiem tego czy będziemy mieć zawał/udar czy nie* Zasadniczo polskie poziomy normy homocysteiny są zawyżone. Poziom pow. 8-9 jest sygnałem, że coś się może zacząć w tętnicach dziać i warto się tym zainteresować. Najskuteczniejszym sposobem obniżenia poziomu homocysteiny (i ochrony tętnic) jest suplementacja witaminą B12, B6 i kwasem foliowym.

Oba badania są niestety płatne, onkolog raczej tych badań nie zleci, bo nie są w standardzie (choć zdecydowanie powinny), ale wiedza, którą otrzymamy po ich wykonaniu jest warta każdej ceny.  

 

Dieta przeciwzapalna

Substancje sprzyjające stanom zapalnym

Najbardziej zapalną substancją jest cukier. Wykluczenie cukru (i rafinowanego i nierafinowanego) oraz wszelkich słodzików-zastępników (miód, słody, suszone owoce itp.) oraz ograniczenie spożycia owoców do minimum jest pierwszym krokiem ku zakończeniu stanu zapalnego. W zasadzie jedynym dopuszczalnym słodzikiem może być stewia w liściach lub suszona (ale nie w formie proszku). Wiem, jest to bardzo trudne do zrobienia, ale opłaci się stokrotnie.

Częstą przyczyną powstawania stanów zapalnych są też nietolerancje pokarmowe, których wykrycie prowadzi wprost do wyleczenia. Przykładowo nietolerancja glutenu czy laktozy, za każdym razem gdy sięgniemy po te produkty, będzie nasilać stan zapalny. Całkowite ich wykluczenie może oznaczać pierwszy krok na drodze do wyleczenia stanów zapalnych. Żeby jednak wiedzieć, na co mamy nietolerancję, trzeba albo zrobić odpowiednie testy, albo bardzo wnikliwie obserwować reakcje swojego organizmu po spożyciu „podejrzanych” produktów.

Oczywiście wykluczamy całkowicie żywność przetworzoną, która pełna jest i cukru i innych świństw.

Z punktu widzenia Tradycyjnej Medycyny Chińskiej stan zapalny jest stanem gorąca z wilgocią i toksynami zatem wykluczyć należy pokarmy:

  • przygotowane gorącymi metodami obróbki termicznej – tj. grillowane, smażone i pieczone),
  • kiełbasy, wędliny, mięso (zwłaszcza baranina i wieprzowina),
  • słodkie wina i likiery,
  • tłuste sery, sery pleśniowe, sery żółte,
  • orzechy i nasiona oleiste,
  • oleje rafinowane (czyli te powszechnie dostępne) – dopuszczalna jest oliwa dobrej jakości, nierafinowany olej lniany oraz olej kokosowy w niewielkich ilościach,
  • majonez,
  • pikantne przyprawy: pieprz, tabasco, curry, cayenne,
  • ostre dodatki: chrzan, musztarda

 

Pokarmy antyzapalne

Jedną z najsilniejszych, znanych substancji antyzapalnych jest kurkumina, zawarta w przyprawie kurkumie i curry (kurkuma jest składnikiem curry). Kurkumina jest również uważana za jedną z najskuteczniejszych substancji antynowotworowych, co się składa w całość – działa przeciwzapalnie a więc antynowotworowo.

Warto wiedzieć, że kurkumina nie jest łatwo wchłaniana i nie wystarczy po prostu jej dodać do potrawy. Wchłania się najlepiej z dodatkiem pieprzu czy ostrej papryki oraz tłuszczu (oliwy/oleju kokosowego).

Przy sporych stanach zapalnych (i chorobach nowotworowych), wiedząc o dosyć słabej wchłanialności kurkumy, warto zainwestować w dobrej jakości (zawierający min. 95% kurkuminoidów) suplement z kurkuminą i przyjmować ją 3-4 dziennie w dawce np. 3 g na raz. Takie dawki trudno będzie przyjąć naturalnie w potrawach, ponieważ kurkuma ma dosyć mocny, gorzki smak – szczypta lub dwie nie będą wyczuwalne, ale dawki w gramach mogą być trudne do przełknięcia.

Przeciwzapalnie działają również wszelkie warzywa (zwłaszcza kapusta, kalafior, brokuły, seler, buraki) prażona kasza jaglana, fasole (zwłaszcza azuki i mung), avocado, zielona herbata, tofu zamiast mięsa, herbata ze znamion kukurydzy, czosnek i cebula.  Warto pamiętać, aby warzywa oczyścić z pasożytów (namaczać przez 15 min. w roztworze wody i dobrej jakości octu jabłkowego – 1 łyżka na 4 l).

Udowodnione działanie przciwzapalne mają tokotrienole (składnik witaminy E). Dobre suplementy z tokotrienolami są sosyć drogie, ale jeśli badania wykażą znaczny stan zapalny, to może warto po nie sięgnąć. Naturalnie tokotrientole występują w największej ilości w nasionach krzewu achiote (arnota właściwa - Bixa orellana L.) oraz w oleju palmowym. 

Antyzapalny styl życia

Sama zmiana diety może nie wystarczyć, jeśli nie zadbamy o odpowiednią jakość życia. A na tą składa się dbanie o odpowiednią ilość regularnego snu, dotlenienie (spacery w lesie), umiarkowany, ale regularny ruch fizyczny, najlepiej na świeżym powietrzu, ograniczenie stresu i praktyki wyciszające (medytacja, joga, itp.)

 

 

* wśród osób, które doświadczyły zawału/udaru tyle samo miało wysoki co niski cholesterol, co w konsekwencji oznacza, że korelacja „poziom cholesterolu-ryzyko zawału/udaru” nie istnieje. 

 

 

 

 

Share on Myspace

poniedziałek, 13 lipiec 2015 00:00

Kuracja śliwką umeboshi

 

Jakiś czas temu pisałam o tym, że przymierzam się do kuracji śliwką umeboshi i oto nadszedł ten moment. Od 9 dni codziennie rano …. ale zaraz, zaraz, po kolei.

Jelita, jelita i jeszcze raz jelita.

Coraz częściej czytam o tym jak fundamentalne znaczenie dla naszego zdrowia ma stan naszych jelit, tzn. właściwa flora bakteryjna (obecność tego co dobre i nieobecność intruzów=szkodliwych pasożytów). O florze pisałam tu, powtarzać się nie będę, wspomnę tylko tytułem wstępu o tym co niezbędne do gładkiego i bezbolesnego przejścia do tytułowej śliwki umeboshi.

Skrajne poglądy (eeee tam skrajne, po prostu trudno nam w naszej kulturze w to uwierzyć) są takie, że system jelitowy jest odrębnym ośrodkiem świadomości człowieka, nie mniej istotnym niż gloryfikowany przez kulturę zachodnią mózg. W tradycyjnej medycynie chińskiej można też spotkać poglądy, że każdy ważniejszy organ w ciele człowieka ma swoją odrębną niezależną świadomość, współpracującą (lub nie) z pozostałymi.

Fakt faktem, że informacje o tym jak poprzez regulację jelit można wpłynąć na zachowanie a nawet charakter człowieka są zwalające z nóg. Osoby agresywne zmieniają się w spokojne i dobrotliwe, ustępują depresje, osoby nadmiernie emocjonalne – łagodnieją a nawet ustępują objawy schorzeń psychicznych.

Ponieważ wyrośliśmy w kulturze, w której wyrośliśmy, mimo wszystko na co dzień żyjemy w dualizmie ciało-psyche, przy problemach psychicznych „normą” jest pomoc psychologa lub w stanach trudniejszych - psychiatry. Tymczasem okazuje się, że w wielu przypadkach (nie wszystkich oczywiście) lata drogiej i często mało skutecznej psychoterapii można by zastąpić odrobaczeniem, oczyszczeniem i właściwym skolonizowaniem jelit a efekty mogą przejść nasze najśmielsze oczekiwania.

W ostatnim numerze „O czym lekarze Ci nie powiedzą”, któremu to wydawnictwu poświęcę odrębny wpis, bo jest tego bezsprzecznie wart, w artykule pt. „Autyzm kryje się w jelitach” powoływane są badania naukowe z wielu ośrodków z USA, z których wynika, że schorzenie to ma charakter metaboliczny i rozpoczyna się w jelicie, często na skutek niezdolności do właściwego rozkładu peptydów pochodzących z glutenu i nabiału.     

W zasadzie większość chorób cywilizacyjnych, z rakiem na czele, bardzo często ma swój początek w niewłaściwym stanie jelit (w tym grzybicy) lub nietolerancji pokarmowej i leczenie powinno zacząć się od tego.


Śliwka umeboshi

Śliwka umeboshi to rodzaj moreli z Japonii, marynowanej z liściem pachnotki, słodko-słonej w smaku, silnie zasadowej, o działaniu zbliżonym do antybiotyku (co do „złych” bakterii). Ma wybitne działanie regulujące pracę jelit - leczy niestrawność, usuwa robaki, działa na zaparcia i na biegunki, regeneruje wątrobę. Ma również ogólnie bardzo silne działanie odmładzające, więc nie ma się co zastanawiać :-)

 

Kuracja

Do kuracji potrzebny jest słoiczek śliwek umeboshi (niestety jest to pewien wydatek – niewielki słoiczek kosztuje 37 zł, ale starcza na całą kurację, lepiej nie szukać tu oszczędności na siłę, ten za 37 zł. jest jakościowo najlepszy), kuzu (sproszkowana skrobia uzyskiwana z bulwy japońskiej rośliny pn. opornik łatkowaty, jest zagęszczaczem, chłodzi i koi żołądek oraz jelita) oraz dobrej jakości sos sojowy (bez cukru i sztucznych dodatków).

Jeśli nie mamy kuzu, można je pominąć, bo jest trudne do dostania i dosyć drogie. Bez kuzu kuracja też będzie skuteczna, choć mniej smaczna (ja robię bez kuzu).

 

1/3 śliwki umeboshi (czyli b. niewielką ilość) rozcieramy w moździerzu z odrobiną sosu sojowego, dodajemy odrobinę kuzu lub nie oraz ciut ciepłej wody i mieszamy. Powinna wyjść nam z tego ilość o objętości ok. 1 łyżki.

 

I tak przygotowaną śliwkę umeboshi zjadamy na czczo a po 20 minutach możemy zasiąść do śniadania. Zasadniczo wg TCM pokarmy słone powinno się jadać na początku posiłku, bo sól ma silne właściwości kierowania energii w dół (yin) i opada na dno żołądka, pobudzając przy tym wydzielanie soków trawiennych, które są niezbędne do strawienia tego co zjemy potem.

Od 9 dni codziennie rano sprawiam sobie taką przystaweczkę do śniadanka. Nie smakuje mi to jakoś specjalnie, może ze względu na brak kuzu (nie ma smakować tylko leczyć ;-)) ale znam osoby, które dałyby się pokroić za ten charakterystyczny smak :-)

Jeśli czujecie, że Wasze jelita potrzebują wsparcia spróbujcie koniecznie!

Share on Myspace
środa, 08 lipiec 2015 00:00

Rewelacyjne, chrupiące chipsy z jarmużu!

 

Choć zasadzony przeze mnie w ogródku jarmuż ma się słabo, głównie za sprawą ślimaków, które lubią go nie mniej niż ja, w weekend udało mi się nabyć na warszawskim Bio Bazarze Norblin piękny, dorodny a wręcz gigantyczny pęczek bio jarmużu w cenie 5 zł J. Starczyło i na zdrowe zielone koktajle i na eksperymenty kuchenne. Przepis, który tu prezentuję nie jest mojego autorstwa, pochodzi z książki kucharskiej Gwyneth Paltrow „Córeczka tatusia”, ale ponieważ jest wyjątkowo udany, warto go puścić dalej w świat :-).

Chipsy z jarmużu (tak, tak, też mi było ciężko w to uwierzyć) są po prostu rewelacyjne w smaku, chrupiące jak prawdziwe chipsy a przy tym bardzo zdrowe. Córka moja stwierdziła nawet, że w smaku lepsze niż chipsy (ale czy ona w ogóle kiedykolwiek jadła chipsy?)

Proste, szybkie i efektowne, następnym razem kupię 2 pęczki-giganty i będę się nimi bezkarnie obżerać. Niestety rodzina moja też je pokochała, więc się muszę dzielić.

A robi się je tak:

Składniki:
Dorodny pęczek ekologicznego jarmużu
2 łyżki oliwy 
sól gruboziarnista do smaku 

Rozgrzewamy piekarnik do temperatury 200 st.

Duży pęczek liści jarmużu bez łodyg, porwanych rękami na mniejsze kawałki (3-4 cm) wrzucamy do głębokiego talerza lub miski, w której uprzednio umieściliśmy 2 łyżki oliwy. Mieszamy z oliwą, tak żeby każdy kawałek „otarł” się o nią. Rozkładamy na jednej lub dwóch blachach (zależy ile nam tego wyszło) na płasko, doprawiamy grubą solą i pieczemy 12-15 minut (u mnie zdecydowanie 12 min). Jemy tak jak chipsy.

Smacznego!

Share on Myspace
wtorek, 07 lipiec 2015 00:00

Co jeść gdy skwar się leje z nieba

Zrobiłam sobie tydzień przerwy od bloga, bo odpoczywałam po kolejnym dużym egzaminie tym razem dyplomowym z dietetyki wg. Tradycyjnej Medycyny Chińskiej, który w zasadzie zdałam nadspodziewanie dobrze, pomimo moich obaw, bo materia – choć fascynująca – jest niezwykle złożona. Przez najbliższe pół roku będę zdobywać praktykę diagnostyczną a potem ... zobaczymy :-)   

Tymczasem za oknem spiekota straszna i choć miało być o czymś innym znowu będzie o upałach i o tym, jak się wspomóc w ich trakcie od strony żywieniowej. Tym razem mniej o napojach a bardziej o pokarmach stałych, bo co tu jeść jak z nieba leje się skwar i najchętniej by się nie jadło tylko zamknęło w lodówce?

Wg. TCM pokarmy mają swoją termikę, to znaczy działają termicznie neutralnie, ogrzewająco lub ochładzająco. Te działające ogrzewająco lub ochładzająco dzielą się na działające lekko i ekstremalnie. Znajomość tych zasad pozwala perfekcyjnie dopasować spożywane produkty do pory roku, aury i stanu naszego wewnętrznego rozgrzania. Jeśli więc nie jesteście wyziębieni ;-) a wręcz oziębienia potrzebujecie Waszej uwadze polecam:

Produkty działające mocno schładzająco:

  •        w zasadzie większość warzyw i owoców, a w szczególności pomidor, sałata, rzodkiew, arbuz, pomarańcze (inne cytrusy również),     gruszki, kiwi, rabarbar,
  •        kraby, kawior, raki
  •        sól
  •        wodorosty (algi)
  •        fasolka mung

Z tego zestawu pierwsza część jest dosyć oczywista, natomiast nie wszyscy znają fantastyczne właściwości fasolki mung jako rewelacyjnego produktu ochładzającego. Fasolkę gotujemy, studzimy i jemy np. w sałatce. Chińczycy piją również napój z fasolki mung oraz oczywiście congee z tą fasolką. Ponoć nic nie chłodzi lepiej. Rzućcie więc w kąt lody i sorbety, które źle działają na gardło i delektujcie się fasolką mung :-D

Przykładowa sałatka: ugotować fasolkę mung z dodatkiem pokrojonych w paski wodorostów do miękkości, dodać drobno pokrojony pomidor, uprażony sezam, ziarna granatu, posypać lubczykiem, dosolić do smaku, polać łyżką oliwy z oliwek extra virgin.

Warto również wybierać chłodniejsze rodzaje kasz, np. jęczmienną. Ciepłe lato to też wymarzony wręcz okres do wzmocnienia się za pomocą chlorelli, spiruliny czy zielonego proszku z młodego jęczmienia. Wszystkie te produkty mają wybitne działanie prozdrowotne, wzmacniające i detoksykujące, ale również bardzo mocno wychładzające, dlatego zimą trzeba je stosować bardzo ostrożnie, natomiast latem możemy mieć 2 w 1 – i zdrowie i ochłodzenie :-)

Latem, gdy tracimy dużo płynów pocąc się bardzo wskazany jest smak kwaśny, który przytrzymuje płyny wewnątrz, a więc i ogranicza pocenie. To wyjaśnia dlaczego tak wiele osób właśnie w upały ma ochotę na kwaszone ogórasy i lemoniadę. Warto przy tym pamiętać, że smak kwaśny ma swoje wersje gorące, neutralne i chłodne. Gorące raczej wykluczmy, tzn. np. ocet.

Czego unikać

Jeśli dla kogoś życie bez mięsa traci cały swój sens, na ten okres sugeruję przynajmniej je ograniczyć i wybierać gatunki chłodniejsze, tj. kaczkę lub neutralne – wieprzowinę czy gęś oraz zrezygnować z najbardziej rozgrzewających metod obróbki termicznej, tj. grillowania i pieczenia. Kaczka na parze lub gotowana nie rozgrzeje nas tak bardzo jak mogłaby to uczynić grillowana baranina :-).

Z innych ogrzewających substancji warto wykluczyć ostre przyprawy i imbir. Mają działanie rozpraszające (tj. wznoszące i wyrzucające na zewnątrz) a nam chodzi o to, żeby przytrzymać płyny wewnątrz organizmu. A więc w upały jedzmy nieostro i lekko kwaśno i koniecznie pamiętajmy o odpowiedniej ilości płynów.

O tym co pić w upały pisałam tutaj.

 

Trzymajcie się jakoś, na piątek zapowiadają ochłodzenie!

Share on Myspace
środa, 24 czerwiec 2015 00:00

Mąki inne niż pszenna - przegląd opcji i zastosowań

Z dużą satysfakcją obserwuję, że w części lepszych sklepów można dostać coraz więcej rodzajów mąki. O jakości pszenicy pisałam tu, dobrze więc, że alternatywy są coraz bardziej dostępne.

Z mąk innych niż pszenna można piec wszystko, granicą jest tu tylko wyobraźnia.

Ja mimo wszystko najczęściej sięgam po mąkę orkiszową (do większości wypieków) i gryczaną (naleśniki, chleby). Pozostałe rodzaje mąki traktuję raczej jako dodatek.

Co warto wiedzieć o mąkach?

-     Każda ma nieco inną konsystencję i właściwości, rezygnując z mąki pszennej trzeba się nastawić na to, że mało która daje tak elastyczne ciasto jak ona (wyjątkiem jest orkisz i kamut)

-    Najlepiej gdy mamy możliwość zmielenia mąki z ziarna tuż przed użyciem (np. w urządzeniu wysokoobrotowym), gdyż mąka również (podobnie jak tłuszcze) się utlenia co jest zjawiskiem niekorzystnym. Ponadto qi świeżo zmielonej mąki jest nieporównywalnie wyższe niż mąki, która swoje odstała. Jeśli nie mamy takiej możliwości i kupujemy gotowe mąki, trzeba zadbać o to, żeby nie zalegały miesiącami w naszej kuchni tylko było wykorzystywane na bieżąco

-      Oczywiście sięgamy po mąkę z pełnego przemiału

 

Wg. TCM zasady dotyczące wypieku chleba to:

- bierzemy się za to w ciepłe i słoneczne dni (lepiej rośnie)

- ciasto przygotowujemy rano (czas wzrostu) a pieczemy pod wieczór (czas spoczynku)

- działamy tylko z pozytywnym nastawieniem (uniwersalna zasada dotycząca wszelkich poczynań w kuchni i poza nią J)

Poniżej przedstawiam zestawienie najpopularniejszych mąk i ich zastosowań.

Typ mąki Właściwości Sugerowany % w wypiekach
Mąka orkiszowa Pełnoprawny zamiennik mąki pszennej, zdecydowanie lepiej tolerowany niż wysoce przetworzona mąką pszenna do 100%
Mąka jęczmienna Wypieki mają bardziej zbity miąższ Optymalnie dla w miarę lekkiej konsystencji do 50%
Mąka żytnia Wypieki mają bardziej zbity miąższ do 100%, chleb żytni na zakwasie jest sztuką samą w sobie, dla niewprawionych jako dodatek 50% z mąką orkiszową lub ryżową
Mąka gryczana (z gryki niepalonej) Doskonała jako dodatek do mąki orkiszowej lub ryżowej, z samej maki gryczanej z wodą można zrobić rewelacyjne podpłomyki Do 100% lub jako dodatek do mąki orkiszowej/kamutowej
Mąka kasztanowa Słodka, dodaje lekkości i kremowej konsystencji, dosyć droga Ze względu na cenę raczej jako dodatek do innych mąk
Mąka kukurydziana do smacznych, jasnych wypieków, należy uważać na pochodzenie kukurydzy (nie GMO – a o taką niełatwo) Do 100%, można dodać do niej niewielką ilość innych mąk
Mąka jaglana (z prosa) Mąka z popularnej kaszy jaglanej, mało się klei, żeby zwiększyć jej plastyczność można dodać maki ziemniaczanej Do 30% z innymi mąkami
Mąka owsiana ma bardzo delikatną konsystencję, może być substytutem mąki tortowej, dodaje wilgoci wypiekom Do 20% do mąki kukurydzianej, orkiszowej, kamutowej lub ryżowej
Mąka ryżowa (z brązowego ryżu) Dodaje wypiekom słodkości i gładkości, świetnie miesza się z innymi mąkami Optymalnie do 20%
Mąka z ciecierzycy Ma charakterystyczny, wyczuwalny smak, nadaje się przede wszystkim do sosów i ciast, sama może zbyt mało się kleić Optymalnie do 30%
Mąka kamutowa Pełnoprawny zamiennik mąki pszennej, zdecydowanie lepiej tolerowany niż wysoce przetworzona mąką pszenna do 100%

Wg. Paul Pitchford „Odżywianie dla zdrowia” uzupełnione o własne obserwacje

Powyższe zestawienie jest oczywiście tylko sugestią, jestem przekonana, że znajdą mistrzowie, którzy z każdej mąki zrobią ciasto drożdżowe ;-), życie zna takie przypadki J.

Zapraszam Was do eksperymentowania i dzielenia się spostrzeżeniami! 

Share on Myspace
poniedziałek, 08 czerwiec 2015 00:00

Nie daj się odwodnić! 

 

picie

Długi weekend majowy był wyjątkowo ciepły, momentami upalny, więc to dobry moment, żeby podjąć temat nawadniania w czasie upałów.

Obiegowa opinia mówi, że kiedy czujesz pragnienie, to jesteś już odwodniony. Nie wiem czy to rzeczywiście prawda, bo zdania są podzielone i twierdzenia, że Matka-Natura po to nam dała pragnienie, żeby sygnalizować, że to już – brzmią rozsądnie.

Bez względu na to jaką interpretację przyjąć, w czasie upałów trzeba pić więcej i warto robić to mądrze. Wg. medycyny chińskiej lato to okres Yang w zenicie dlatego właśnie wtedy trzeba szczególnie zadbać o Yin, a Yin to krew i płyny ustrojowe ciała, na które upał i pocenie się działają wyniszczająco. Trzeba więc zdecydowanie zadbać o odpowiednie nawilżenie organizmu.

 

Woda

Sama woda może nie wystarczyć. Pamiętam jak ze zdziwieniem usłyszałam na zajęciach z dietetyki medycyny chińskiej, że woda może wysuszać i że w stanach wysuszenia organizmu nie jest wskazana! I tak jest rzeczywiście, pijemy, pijemy, siusiamy, siusiamy i jest nam wewnętrznie sucho.

Jeśli już woda to najlepiej z dodatkiem soli himalajskiej – dosłownie szczypta na szklankę.

Na bazie wody można też przygotować domowy zdrowy napój izotoniczny - do wody oprócz szczypty dobrej jakości soli dodajemy zdrowego słodu (np. odrobinę świeżo wyciśniętego soku z pomarańczy, miodu itp.) Mamy więc smak słodki i słony w jednym oraz dostarczone mikroelementy z soli.

O tym jaka woda i czy gazowana czy nie pisałam tu i tu.

 

Kompoty

kompotyKompoty są wynalazkiem genialnym i wcale nie muszą być słodkie jak ulepek

Ja gotuję kompoty bez dodatku cukru – wydobywa się naturalna słodycz owoców, całkowicie wystarczająca, jedynie w przypadku piekielnie kwaśnych mirabelek – dodaję do garnka suszonej stewii.

Wg. TCM doskonale nawilżającym kompotem jest kompot z gruszek z garścią migdałów (potwierdzam), ale każdy kompot gotowany na owocach lub suszonych owocach będzie dobrze nawilżał. Jeśli mamy nawracające infekcje górnych dróg oddechowych lub problemy z oddychaniem do kompotu warto dodać garść pestek z moreli (wg. TCM rewelacyjnie nawilżają Płuca).

 

Soki i musy z owoców

Świetne nawilżenie zapewniają świeżo wyciskane soki z owoców lub musy z dowolnych owoców.

W czasie upałów odczuwamy potrzebę schłodzenia, dlatego latem zasadniczo ograniczamy imbir, który ma silnie rozgrzewające działanie. Na szczęście większość cytrusów, melonów oraz arbuz mają termikę chłodną lub bardzo chłodną. Można też sięgać po pozostałe, w zasadzie wśród owoców nie ma takich o termice ciepłej. Warto pamiętać, że smakiem przytrzymującym płyny w organizmie jest smak kwaśny. Dlatego latem w naturalny sposób mamy ochotę na kwaśne. Czyli cytrusy będą tu jak znalazł.

Z kolei smakiem wysuszającym jest smak gorzki. Dlatego kawa czy czarna herbata pite w tym okresie mogą tylko spotęgować odczucie suchości w ciele.

melonOdrębne słowa uznania należą się arbuzowi, który nie tylko ochładza i nawilża, ale ma fantastyczne właściwości detoksykacyjne. Soku z arbuza nie ma sensu robić, arbuz najlepiej po prostu jeść, ewentualnie miąższ zmiksować lekko w blenderze. Jeśli ktoś nie ma czasu ani siły na trudne diety detoksykacyjne, polecam oczyszczanie arbuzem, codzienna szklanka takiego musu przez miesiąc potrafi zdziałać cuda.

 

Herbatki

Gdy jest ciepło mniej chętnie sięgamy po ciepłe napoje, ale przecież możemy zaczekać, aż napój wystygnie.

Jeśli dobierzemy takie herbatki, które mają jednocześnie działanie zdrowotne i ochładzające – będzie to strzał w dziesiątkę. Polecam zatem ochładzające a niezwykle zdrowe: zieloną herbatę, herbatkę z głogu, herbatkę z hibiskusa czy wywar z fasoli mung.

Lato to również idealna pora na koktajle z młodego jęczmienia i alg (spiruliny i chlorelli). Zimą pijąc te mocno wychładzające napoje można sobie zrobić krzywdę (np. wychłodzić Nerki), natomiast latem nie dość, że się odtruwamy i wzmacniamy to jeszcze schładzamy.

Tak więc pamiętajcie – nawadniać trzeba się z głową i jak zwykle sprawdzi się zasada „spróbuj, obserwuj i zadecyduj co będzie najlepsze”.

Share on Myspace
wtorek, 26 maj 2015 00:00

Tarta z pokrzywą z własnego ogródka

 

 

Czy jest jeszcze ktoś, kto pokrzywę traktuje tylko jako chwast a nie zioło lecznicze o wszechstronnych właściwościach zdrowotnych?

Taką tartę popełniłam w weekend a domownikom nie przyznałam się czym jest „to zielone” na tarcie, więc pewnie wzięli to za szpinak lub coś podobnego :-).

Składniki:

na ciasto:

2 szklanki mąki kukurydzianej

1 jajko

75 g. masła klarowanego

szczypta soli

na nadzienie: 

miska pokrzywy z własnego ogródka

200 g. śmietany 18% (lub jogurtu naturalnego)

2 jajka

garść suszonych pomidorów

sól i gałka muszkatołowa do smaku

odrobina sera dobrej jakości (opcjonalnie)

 

Zagnieść ciasto (u mnie z mąki kukurydzianej, ale można poeksperymentować z innymi mąkami), wyłożyć do natłuszczonej formy na tartę i piec przez 15 min. w nagrzanym piekarniku o temp. 200 st. W tym czasie sparzyć pokrzywę wrzątkiem, odcisnąć i posiekać. Dodać śmietanę, jajka, drobno posiekane pomidory suszone, sól i gałkę muszkatołową do smaku. Wymieszać, wylać na upieczony spód. Opcjonalnie na wierzchu posypać startym serem i zapiekać do ścięcia się ( u mnie 20 minut).

Smacznego!

 

Share on Myspace
środa, 20 maj 2015 00:00

Kuchnia olejem płynąca czyli nabici w (niejedną) butelkę

  

Lobby producentów tłuszczów roślinnych udało się zaszczepić w tzw. społeczeństwie przekonanie, że oleje roślinne są dużo lepsze niż tłuszcze zwierzęce i można nimi bezkarnie polewać to co na talerzu, bo są zdrowe. Na sklepach zwykłych super- i hipermarketów półki uginają się pod różnego rodzaju olejami, które kuszą i opakowaniami i opisem ich fantastycznych właściwości zdrowotnych. Statystyki zaś podają, że po zdemonizowaniu tłuszczów zwierzęcych jako odpowiedzialnych za choroby cywilizacyjne (cholesterol, miażdżyca itp.) co notabene jest jedynie półprawdą, wartość spożywanych olejów roślinnych wzrosła znacząco i stanowią one już prawie 70% wszystkich spożywanych tłuszczy.

I nie ma się z czego cieszyć, bo przy jakości tego co nam producenci oferują na regałach sklepowych, smalec to samo zdrowie. Prawda jest bowiem jak zwykle o wiele bardziej skomplikowana.

 

Oleje w diecie

Po pierwsze trzeba mieć świadomość, że olej jest substancją skondensowaną, naturalnie nie występującą w tej postaci, tak więc polewanie i moczenie w oleju takich ilości pożywienia jak zdarza się nam czynić, nie jest czymś naturalnym i zdrowym (wyjątkiem jest może oliwa extra virgin, której nadmiarowe stosowanie w badaniach w zasadzie nie wykazało negatywnych efektów zdrowotnych). I tradycyjna medycyna chińska i makrobiotyka nakazują tłuszcze stosować bardzo oszczędnie i raczej w naturalnej postaci (w orzechach, pestkach i ziarnach – świeżo łuskanych).

Po drugie – i tu dochodzę do sedna tego wpisu – jest gigantyczna, ale to gigantyczna różnica między olejami rafinowanymi a nierafinowanymi, o której mało kto wie.

 

Oleje rafinowane 

99,9% olejów sprzedawanych w sklepach to oleje rafinowane. Rafinacja olejów odbywa się poprzez ekstrahowanie w wysokiej temperaturze za pomocą rozpuszczalników, którymi najczęściej są silnie działające środki chemiczne (np. heksan – produkt rafinacji ropy naftowej). Wśród tych olejów rafinowanych są oczywiście te „najlepsze” i najdroższe, tj. olej lniany, z pestek dyni, sezamowy itd.

Oleje są poddawane odbarwieniu i obróbce chemicznej usuwającej zapach, tak aby były „neutralne” i nadawały się do długotrwałego przechowywania na półkach. W międzyczasie przyzwyczailiśmy się do mdłego smaku, braku zapachu i klarownej, żółtej konsystencji olejów.

Część olejów jest rafinowana poprzez tłoczenie w prasach (bez ekstrakcji chemikaliami) – ich przewaga polega na tym, że nie zawierają pozostałości odczynników chemicznych, chociaż również przechodzą przez procesy produkcji od poddania wysokiej temperaturze na ługowaniu kończąc (ługowanie to proces transportu masy z fazy stałej do fazy ciekłej, polegający na wypłukiwaniu danej substancji z fazy stałej za pomocą rozpuszczalnika).

Oleje rafinowane (i te tłoczone w prasach i uzyskiwane za pomocą rozpuszczalników chemicznych) są pozbawione istotnych składników odżywczych. Proces rafinacji pozbawia je m.in. lecytyny, chlorofilu, witaminy E, beta-karotenu, wapnia, magnezu, żelaza, miedzi i fosforu. Ponadto temperatury ekstrakcji często przekraczają 240 st. Dla przypomnienia od temperatury mniej więcej 160 st. wytwarzają się kwasy tłuszczowe trans (te które zawarte są w margarynach i które zwiększają ryzyko chorób serca, cukrzycy i nowotworów). Tak więc olej rafinowany od margaryny dużo lepszy nie jest, choć niewiele osób ma tego świadomość.

 

Utlenianie i wolne rodniki

Przyjęto pewną systematykę podziału olejów na: jednonienasycone, wielonienasycone i nasycone. Systematyka ta bazuje na przeważającym typie wiązań w cząsteczce - w tłuszczach nienasyconych (jednonienasyconych i wielonienasyconych) brak atomu wodoru powoduje wiązanie podwójne pomiędzy atomami węgla. Wiązania podwójne są niestabilne i bardzo łatwo „przyczepia” się do nich atom tlenu, czyli cząsteczka utlenia się (jełczeje). Tłuszcze jednonienasycone mają jedno takie wiązanie podwójne (niestabilne), wielonienasycone, choć niezbędne do życia – mają ich wiele.

Kiedy więc atom tlenu „wepchnie” się w wiązanie podwójne oznacza to rozpoczęcie procesu utleniania czyli jełczenia. Dzieje się tak pod wpływem światła, ciepła i czasu a konsekwencją jest to, że nienasycone kwasy tłuszczowe zamieniają się w łańcuchy wolnych rodników. Wolne rodniki normalnie są nam potrzebne do życia jednak w nadmiarze (tak jak w tym przypadku) prowadzą wprost do przyśpieszenia procesu starzenia się (zmarszczki, plamy starcze, obniżona odporność) i powstania nowotworów (zakłócanie działanie komórkowego DNA).

Dlatego osoby chore na nowotwory powinny całkowicie wykluczyć ze swojej diety ekstrahowane oleje i tłuszcze a także bardzo poważnie ograniczyć pokarmy zawierające tłuszcz (np. orzechy brazylijskie, które bardzo szybko jełczeją a w zasadzie są nie do dostania w łupinkach). 

Oleje wielonienasycone utleniają się najszybciej, dlatego na nie należy uważać najbardziej. Do tych olejów należy m.in. olej lniany, dlatego rafinowany olej lniany jaki można spotkać w sklepach, zachwalany jako zdrowy to potencjalny magazyn szkodliwych wolnych rodników. Uwaga: są sprawdzone metody leczenia nowotworów olejem lnianym najwyższej jakości. Olej taki musi być nierafinowany, tłoczony w niskiej temperaturze, chroniony przed światłem i ciepłem i nie może być zbyt długo przechowywany od momentu wytłoczenia. Na potrzeby prewencji lepiej się sprawdzi siemię lnianie w postaci „glutka” pite regularnie. 

Jednonienasycone oleje (oliwa, olej sezamowy, rzepakowy) utleniają się znacznie mniej, przy czym oczywiście w dalszym ciągu należy sięgać po oleje nierafinowane.

Jeśli jeszcze dodać do tego, że część ludzi nadal smaży na tanich olejach rafinowanych, katastrofa gwarantowanatzn. mamy 4 w 1 (wolne rodniki i proces starzenia/ powstawania nowotworów, brak podstawowych składników odżywczych, oleje trans wywołujące choroby cywilizacyjne, oraz rakotwórczy akrylamid wytwarzający się przy smażeniu na olejach nienasyconych pow. 180 st.) 

Z przerażeniem patrzę na wysyp artykułów pseudonaukowych na temat dobroczynnych skutków olejów roślinnych, całkowicie pomijających kwestię potwornych zagrożeń w świetle dostępnych badań naukowych.

Stąd smalec i tłuszcze zwierzęce nasycone (podatne na wysokie temperatury) przy ww. niebezpieczeństwach to mały pikuś, i ich umiarkowane spożycie nie powinno w zasadzie szkodzić.  

Biały cukier ma już czarny PR (w dużej części słusznie, choć przewiduję, że zatęsknimy za białym cukrem, gdy wszędzie będzie już tylko syrop glukozowo-fruktozowy). Natomiast biały cukier przy olejach rafinowanych i ich tragicznych skutkach dla naszego zdrowia to jak ulewa przy tornado.  

I jeśli miałabym wskazać jeden tylko pokarm, który należałoby całkowicie wyeliminować z diety to byłyby to oleje rafinowane.

 

Oleje nierafinowane

Z kolei oleje nierafinowane są wyciskane tylko mechanicznie (w prasach) w niskiej temperaturze (poniżej 70 st., choć ideałem byłoby ich wyciskanie do 38 st). Czasem są one przecedzone, aby usunąć pozostałości roślinne. Mają smak, zapach i kolor, mogą być mętne. Ten naturalny zapach i smak wielu drażni, oto co zrobiła z nas cywilizacja :-). Notabene, kosmetyki naturalne robione na nierafinowanych olejach, np. kremy też będą miały kolor i zapach inny niż te kupne z syntetycznymi zapachami, trzeba to prostu z godnością zaakceptować.

Podobnie jak nierafinowane pożywienie (zboża, cukier) nierafinowane oleje zawierają cenne substancje, których nie ma już w olejach rafinowanych a posługując się terminologią TCM – mają qi (energia, siła życiowa, witalność), której olejom rafinowanym brak.

Uwaga! Na etykiecie napis „tłoczone w prasie” nie oznacza, że olej jest nierafinowany. Jak pisałam powyżej część olejów rafinowanych może być tłoczona w prasie. Jak poznać, że olej jest nierafinowany? Bardzo prosto. Ma napis „nierafinowany” lub "tłoczony na zimno" na etykiecie, brak takiego napisu oznacza, że olej pomimo pięknej, ciemnej buteleczki i mnóstwa informacji na  o jego właściwościach zdrowotnych zdrowia nam nie doda, a może wręcz przeciwnie. Oznaczenia „ekologiczny”, „zdrowotny”, „nieoczyszczony” nie oznaczają, że olej jest nierafinowany. Dotyczy to też tak popularnego oleju lnianego w hipermarketach, który sporo kosztuje ale który jest rafinowany (sama się nabrałam, a potem wylałam)!

Jest kilku dobrych producentów polskich nierafinowanych olejów. To zwykle małe, rodzinne olejarnie. Z własnych doświadczeń wiem, że warto kupować malutkie opakowania (max. 250 ml), bo te oleje mają bardzo krótki okres przydatności do spożycia. Szczególnie dotyczy to oleju lnianego, który niezwykle szybko się utlenia i który powinien być zużyty w ciągu max. 2 m-cy, a najlepiej w ciągu miesiąca. Oleje trzymamy w lodówce ze względu na brak dostępu światła i temperaturę. Część olejów jednonienasyconych ma tendencję do scalania się w lodówce, nie stanowi to żadnego problemu.

Wszystko co napisałam powyżej dotyczy stosowania olejów jako dodatki (do sałatki, kaszy itp.). Smażenie (na czym smażyć) to odrębna sprawa, której poświęcę jeden z kolejnych wpisów, ale ogólnie do smażenia nie powinno się stosować w ogóle tłuszczy wielonienasyconych. 

Podsumowanie:

  1. Nie przesadzać z ilością kupowanch olejów i ich stosowaniem,
  2. Kupować tylko oleje roślinne nierafinowane w specjalistycznych sklepach/ kooperatywach a jeśli nie mamy na to czasu/ chęci - oliwę extra virgin dobrej jakości w "zwykłych" sklepach,
  3. Stosować je z dużym umiarem (max. 1-2 łyżki dziennie), chyba, że stosujemy je terapeutycznie - wtedy można odpowiednio więcej 
  4. Oleje przechowywać krótko w małych, ciemnych, szklanych buteleczkach w lodówce. 
Share on Myspace
wtorek, 12 maj 2015 00:00

Dieta a Rak - ABC

Cz. 2 Zrozumieć raka. Przyczyny

 

Rak - co to takiego?

Początkiem udanej terapii jest zrozumienie czym jest choroba nowotworowa. Śmiem twierdzić, że wiedza przeciętnego człowieka na ten temat nie jest zbyt wielka. Wiadomo, że jest to choroba straszna, często śmiertelna i z rakiem trzeba walczyć, tzn. zabijać cholerstwo czym się da – wycinamy, traktujemy agresywną chemią i napromieniowywaniem.

Słowo „walka” pojawia się w kontekście choroby nowotworowej bardzo często. A walka zakłada, że jest wróg zewnętrzny i niewiele ma wspólnego z nami. Tymczasem nie tak jest.

Nie wchodząc w szczegóły, choroba nowotworowa polega na tym, że zdrowa komórka organizmu zamienia się w komórkę rakową. Do tego jest potrzebny kancerogen – substancja inicjująca powstanie komórki rakowej poprzez wybicie jednego elektronu ze zdrowej komórki. Normalnie wybity elektron jest w stanie powrócić na swoje miejsce, jednak przy nagromadzeniu krytycznej ilości kancerogenów w organizmie, nie jest to możliwe i dochodzi do powstania komórek rakowych.

Każdy człowiek w swoim życiu nawet wielokrotnie sytuacje, w których pojawiają się w jego organizmie komórki rakowe. Innymi słowy rak śpi w każdym z nas. Jednak zdrowy organizm, dzięki systemowi immunologicznemu, jest w stanie rozpoznać zagrożenie i je zniszczyć. Szczególną rolę odgrywa tu pewien podtyp białych krwinek, tj. komórki NK.

 

Komórki NK - agenci do zadań specjalnych

Komórki NK (od: natural killers czyli naturalni zabójcy) to komórki systemu odpornościowego do zadań specjalnych, pierwsza linia obrony przed patogenami (wirusami) i komórkami rakowymi. Od innych białych komórek odróżnia je to, że nie muszą mieć wczesniej kontaktu z przeciwciałem, żeby się zmobilizować. Po nawiązaniu kontaktu komórki NK kierują swoje naturalne instrumenty, którymi są pęcherzyki napełnione truciznami na cel, a celem są komórki nowotworowe.

Po zetknięciu z powierzchnią komórki raka pęcherzyki są opróżniane i chemiczna broń komórek NK - perforin i granzymy - przenika przez błonę, gdzie aktywuje mechanizmy zaprogramowanej autodestrukcji (jądro komórki rozpada się, a komórka raka ginie).

Możemy nawet nie wiedzieć, że gdzieś w naszym organizmie w tym momencie są komórki nowotworowe, a sprawnie działające komórki NK się nimi po cichu zajmują.

Rak, w postaci guza powstaje wtedy kiedy organizm z jakichś względów nie jest w stanie się skutecznie bronić i robić tego co do niego należy, krótko mówiąc wtedy, kiedy komórki NK nie dają rady.

 

Przyczyny raka - ogólnie

Przyczyny takiego stanu rzeczy w zasadzie, logicznie rzecz biorąc, mogą być dwóch rodzajów:

-      wewnętrzne (nasz system odpornościowy nie daje rady a powinien = zwykłe zagrożenie ale chora, niewydolna armia)

i

-       zewnętrzne (jesteśmy pod stałym wpływem czynników rakotwórczych i nasz system odpornościowy, nawet jeśli sprawny nie daje rady = dobra sprawna armia, ale zagrożenie tak duże i poważne, że nawet dobra i sprawna armia nie poradzi sobie).

Gdy usłyszałam swoją diagnozę bardzo mało wiedziałam o tej chorobie. Jednak mój wrodzony racjonalizm i żelazna logika od razu mi podpowiedziała: była przyczyna lub splot przyczyn (zewnętrznych lub wewnętrznych), które doprowadziły do rozwoju nowotworu. Bez względu na to co wytniemy, naświetlimy, zatrujemy, jeśli przyczyna nie zostanie usunięta, nawrót jest wyłącznie kwestią czasu.

Leczenie raka nie powinno polegać na wycinaniu, wypalaniu i truciu (choć czasem jest to niezbędne), ale na podniesieniu odporności organizmu i usunięciu pierwotnej przyczyny nowotworu.

Podstawowy problem z rakiem jest taki, że rzadko wiemy co dokładnie go wywołało.

 

Częste przyczyny raka - co wiemy

Jednak teza, że przyczyna raka nie jest znana jest nieprawdziwa. Istnieje co najmniej kilkanaście potwierdzonych przyczyn rozwoju nowotworów. Poniżej podaję je poglądowo w sposób mało usystematyzowany i na pewno nie wyczerpujący. Co więcej część z nich może występować i zazwyczaj występuje łącznie.

  1. Zła dieta (np. spożywanie zjełczałych tłuszczów, nadmiernej ilości konserwantów, sztucznych dodatków, przejadanie się itp.)
  2. Przewlekłe stany zapalne (w tym zębów, często po leczeniu kanałowym).
  3. Przyczyny genetyczne
  4. Infekcja pospolitym grzybem Candida albicans
  5. Zakwaszenie organizmu (pH poniżej normalnego poziomu wynoszącego 7,365)
  6. Problemy natury emocjonalnej (które mają bezpośrednie przełożenie na obniżenie odporności organizmu)
  7. Metale ciężkie w organizmie (kadm z dymu tytoniowego, związki rtęci, ołowiu i arsenu)
  8. Zakażenia wirusowe (np. żółtaczka typu B i C, opryszczka narządów płciowych, brodawczak, Wirus Epsteina-Barr)
  9. Nadmiar słońca (rak skóry), ale i niedobór słońca (brak witaminy D3)
  10. Wszelakie promieniowanie (sieci elektromagnetyczne, rtg, mammografia itp.)
  11. Przyjmowanie niektórych leków (np. hormonalnych)
  12. Promieniowanie żył wodnych i cieków (np. dom, w którym kolejni właściciele umierają po kilku latach)
  13. Ogólne nagromadzenie kancerogenów w organizmie wynikające z niezdrowego stylu życia (rakotwórcze kosmetyki, rakotwórcze plastiki, rakotwórcze dodatki)

 

Strategia działania

Nie wiedząc jaka była dokładnie przyczyna w danym przypadku, trzeba działać tak, jakby zaistniały wszystkie i trzeba zająć się eliminacją wszystkich oraz bardzo dużo zainwestować w podnoszenie odporności – nie tylko preparatami ale i stylem życia (zadbaniem o siebie, zerwaniem z „chorymi” relacjami itp.). Z opowieści wielu osób wynika na przykład, że dopiero ucięcie toksycznych relacji czy to w domu czy w pracy – umożliwiło wyzdrowienie. Stres, w tym stres długotrwały jest niestety dosyć skutecznym sposobem wyhodowania sobie nowotworu. Fatalnej jakości jedzenie (pełne kancerogenów i z mała ilością wartości odżywczych), brak czasu dla siebie, brak czasu na robienie tego co się lubi, czyli na czerpanie autentycznej radości z życia również może mieć opłakane skutki.

Choroba nowotworowa to stan, w którym choruje cały organizm a nie tylko miejsce, w którym uwidocznił się guz. Jedyną strategią wyzdrowienia jest wyremontowanie całego organizmu, odtrucie go, odbudowanie odporności i usunięcie przyczyn zewnętrznych, o ile wystąpiły.

 

Dlatego nie wierzę w lekarstwo na raka – takie, które zadziała na każdy typ nowotworu i na każdego, bez żadnych skutków ubocznych

Ochroną jest mądre dbanie o siebie, świadome i uważne życie we wszystkich sferach, od odżywiania, poprzez ruch i aktywności przynoszące radość i spełnienie na relacjach międzyludzkich kończąc. Trzeba zachować harmonię i czystość w życiu – czystość pożywienia, powietrza, intencji, relacji lub jeśli nie zawsze jest to możliwe – zadbać o ich regularne oczyszczanie.

Bez względu więc na to czy i na jakie terapie standardowe się zdecydujemy, trzeba mieć w głowie, że one działają na objaw a nie na przyczynę. Przyczynami lekarze się nie zajmą. Przyczynami trzeba zająć się samemu.

Jak się do tego zabrać i jakie metody są dostępne – o tym w kolejnych wpisach.

 

Share on Myspace
poniedziałek, 04 maj 2015 00:00

Dieta przy ostrych zapaleniach błony śluzowej żołądka (z nadżerką)

 

W weekend rozmawiałam z osobą, która ma właśnie taki problem, więc na gorąco przekazuję tu zalecenia żywieniowe wg TCM na taką okoliczność, być może przydadzą się komuś cierpiącemu.

Co jeść w takiej sytuacji?

Przede wszystkim niewiele.

Do bazowych produktów należy biały ryż. W takim stanie zapominamy wszystko co wiemy o przewadze ryżu nierafinowanego (brązowego) nad białym i sięgamy po biały, bo brązowy jest w ostrym stanie zbyt ciężkostrawny.

Ryż jemy najlepiej jako kleik, albo congee.*

 congee

Jemy również:

Gotowaną marchewkę, gotowaną dynię, kaszkę kukurydzianą na wodzie, ugotowanego ziemniaczka.

Nie stosujemy ostrych przypraw, w tym czosnku i cebuli. Absolutnie nie stosujemy cukru i innych słodzików (cukier jest najbardziej zapalnym produktem żywnościowym, a nadżerka to nic innego jak stan zapalny).

Wskazane jest też picie sklarowanego soku z ziemniaka, który świetnie działa na żołądek i nadżerki.

Sok taki robi się w ten sposób, że po wyciśnięciu ziemniaka, koniecznie odczekujemy, aż skrobia opadnie na dno szklanki. Sok nad skrobią jest klarowny. Delikatnie odlewamy tylko tę sklarowaną część i ją pijemy. Surowej skrobi nie wolno jeść!

Można również sięgnąć po sok z surowej kapusty, który ma zdolności regenerujące błonę śluzową żołądka (leczy nawet wrzody żołądka), zaczynamy od ¼ szklanki, jeśli dobrze to znosimy to kontynuujemy przez kilka tygodni zwiększając powoli dawkę do 1 szklanki, jeśli występuje pogorszenie pieczenia i bólu – nie kontynuujemy.

Sklarowany sok z ziemniaka i sok z kapusty najlepiej pić na czczo.

Dobrze działa również rumianek, macerat z korzenia prawoślazu i macerat z siemienia lnianego. Maceraty robimy w ten sposób, że 1-2 łyżki korzenia prawoślazu (lub siemienia lnianego) zalewamy 1 szklanką zimnej wody w szklanym naczyniu i pozostawiamy na kilka godzin. Tuż przed wypiciem dodać do niego trochę ciepłej wody (aby nie pić zimnego), przecedzić przez sitko i wypić przed snem.

Powyższe zalecenia dotyczą łagodzenia objawów i zaleczenia nadżerki. Oczywiście po zażegnaniu stanu ostrego trzeba zrobić rachunek sumienia i radykalnie zmienić dietę na zdrową i pełnowartościową.

* Congee (wym. kondżi) – „woda ryżowa”, wodnista papka lub kleik gotowany na małym ogniu w 5-6-krotnie większą ilością wody. Wg. TCM congee powinno się gotować 4-6 godzin, w naszych warunkach jeśli będzie krócej, też pomoże.

Share on Myspace
czwartek, 23 kwiecień 2015 00:00

Zdrowe warzywka i mięso bleee? 

Zaskakujące wyniki badań Europejskiej Agencji ds. Bezpieczeństwa Żywności

 

Wiem dobrze, że ludzie wcale nie chcą prawdy a jedynie potwierdzenia, że to, w co wierzą jest prawdą.  Zdaję więc sobie sprawę, że zawartość tego tekstu może przekroczyć granice akceptacji rzeczywistości wielu osób, a pierwszą reakcją będzie negacja i próba podważenia wiarygodności badań.

Bo przecież „każdy wie, że dieta warzywna z wykluczeniem, lub znacznym ograniczeniem mięsa jest dla nas lepsza, a w mięsie są antybiotyki, sterydy i inne świństwa.”

Na początek dobra wiadomość. Jest organ, który bada jakość żywności w Europie, również, a może przede wszystkim, pod kątem jej zanieczyszczeń środkami ochrony roślin i metalami ciężkimi. Europejska Agencja ds. Bezpieczeństwa Żywności (EFSA), bo o niej mowa, co roku przeprowadza szerokie badania żywności w krajach europejskich, na podstawie blisko 100,000 próbek pobranych z żywności wytworzonej na terenie EU i państw stowarzyszonych, ale także importowanej.  

Zła wiadomość jest taka, że najgorzej w rankingach jeśli chodzi o zanieczyszczenie tzw. chemią wypadają owoce i warzywa, tuż za nimi plasują się ryby morskie i owoce morza. Dlaczego tak jest? Być może pewnym wytłumaczeniem jest to, że rośliny nie mają układu wydalnicznego i dosłownie zasysają wszystko co w glebie (szkodliwe nawozy) i na zewnątrz (opryski). O zatruciu mórz każdy słyszał, to że ryby większe, znajdujące się na końcu łańcucha pokarmowego kumulują w sobie wszystko to co rybki umiejscowione przed nimi w łańcuchu pokarmowych wchłonęły, też jest dosyć oczywiste.

Mięso, o dziwo, z wyjątkiem drobiu, którego jakość - jaka jest każdy wie, wypada nie najgorzej.

 

Co to oznacza w praktyce?

Na pewno to, że w idealnym świecie, bez pestycydów i wszechobecnej chemii, dieta roślinna z niewielką ilością mięsa i ryb, byłaby optymalna. I to, że w naszym nieidealnym świecie, niestety to z warzywami i owocami wchłaniamy najwięcej „syfu” - trujących dla nas substancji, które mogą prowadzić do chorób cywilizacyjnych, z rakiem na czele. Oznacza to, że kupując warzywa i owoce w supermarketach, najprawdopodobniej wcale nie ofiarowujemy sobie tego co najlepsze.

Druga dobra wiadomość jest tak, że żywność bio jest od 2 do 5 razy mniej zanieczyszczona od warzyw i owoców bez zielonej etykietki. Osobiście po przeczytaniu raportów EFSA cieszę się, że od dłuższego czasu kupowane przeze mnie warzywa i owoce mają w 90% pochodzenie ekologiczne. I chyba tędy droga.

Nie oznacza to jednak oczywiście, że żywność bio jest nieskazitelnie czysta i bezpieczna. W sierpniu ubiegłego roku zwiedzałam jedną z największych upraw winogron w Niemczech. W trakcie oprowadzania nas, przewodnik wskazywał poletka upraw organicznych, które otoczone były przez poletka upraw nieorganicznych. Pamiętam, że wtedy mnie to bardzo zadziwiło, bo przecież w trakcie oprysków wystarczy, że nieco zawieje i winogrona bio też dostaną jakąś dawkę tego czego dostać nie powinny. I tak się rzeczywiście dzieje. Tyle tylko, że jeśli „normalne” winogrona (notabene uważane za owoce najbardziej zanieczyszczone w Europie) są spryskiwane w trakcie sezonu, jak się dowiedziałam, 14 razy (!), to mimo wszystko te bio, nawet jeśli coś im się tzw. rykoszetem dostanie, wygrywają bezapelacyjnie.

Oczywiście, medycyna energetyczna i praca z umysłem potrafią zdziałać cuda i wtedy nawet arszenik można łyżkami zajadać ;-) lub żywić się wyłącznie energią słoneczną ;-) , ale jeśli nie jesteście (jeszcze) w tym biegli, to proponuję poważnie zastanowić się nad przejściem na żywność bio albo od sprawdzonego dostawcy, przynajmniej w zakresie warzyw i owoców.

Adres strony z raportami:

http://www.efsa.europa.eu/en/publications.htm

Share on Myspace
czwartek, 16 kwiecień 2015 00:00

Wypróżnienia – temat „nieelegancki”, ale ważny J 

Uwaga będzie trochę obrzydliwie (bez przesady) za to bardzo życiowo J

 

Życie to trawienie. A jako, że ciało nie jest oderwane od psychiki, a wręcz przeciwnie trawienie rozumieć można w szerszym, niż tylko fizjologicznym kontekście. Spotykają nas różne rzeczy, ludzie i zdarzenia, lepsze czy gorsze i jakość naszego życia zależy od tego jak je „strawimy” – czy nam zalegną gdzieś w środku nie dając emocjonalnego spokoju czy w odpowiednim momencie po przetrawieniu zostaną usunięte.

 Dobre życie = dobre trawienie.

Na poziomie psychicznym dobrym trawieniem będzie właściwy stosunek do tego co nas spotyka w życiu, nie przetrzymywanie latami toksycznych emocji, odpuszczanie, pozbywanie się tego co niepotrzebne i co zaśmieca spokój umysłu. Taką samą sytuację życiową jeden strawi dobrze, innego rozłoży ona całkowicie.

trawienieNa poziomie fizjologicznym dobre trawienie sprowadza się do tego, że to co potrzebne z pokarmu ma zostać po rozłożeniu na mniejsze cząsteczki wchłonięte i przyswojone, a to co zbędne – usunięte z organizmu w formie „wiadomo czego”.

W prawidłowym przebiegu tego procesu pomaga nam sama grawitacja, bo nasz układ trawienny jest zbudowany w uproszczeniu jak pionowa rura, co wrzucimy z góry powinno w odpowiednim momencie wyjść dołem, bez cofania się po drodze.

Piszę o tym, bo jestem dziś w 10 dniu kuracji oczyszczającej Clean, o której pisałam poprzednio. Czuję się wyśmienicie i moja energia wzrosła znacząco, a nawet nie jestem jeszcze w połowie.

Jednak wtedy gdy coś zmieniamy (zmiana sposobu jedzenia, zmiana otoczenia, np. wyjazd, itp.) łatwo o zmiany w wypróżnianiu, w postaci bądź to biegunek bądź zaparć, częściej tych ostatnich. Dodatkowo przy oczyszczeniach wraz z kałem często wydalany jest nagromadzony w organizmie śluz, co to też bardzo sprzyja zaparciom.

Tymczasem  codzienne wypróżnienie w ogóle, a w okresie oczyszczania szczególnie jest kwestią niezwykłej wręcz wagi.

Cytując klasykę, tj. „Przygody dobrego wojaka Szwejka” Haška:

„O szóstej żołnierze dostają gulasz z kartoflami, o pół do dziewiątej idzie wojsko do latryny, żeby się wyknocić, o dziewiątej idzie spać. Przed takim wojskiem nieprzyjaciel pierzcha ze zgrozą.”

Cytat genialny bo dotyka aż trzech istotnych kwestii zdrowego życia: wczesnej kolacji, regularnego wypróżniania i wczesnego chodzenia spać J

Nie wolno zatem dopuszczać do długotrwałych zaparć, gdyż dla naszego organizmu oznacza to ryzyko zatrucia organizmu toksynami, które powinny zostać wydalone, ale ze względu na brak wypróżnienia ulegają ponownemu wchłonięciu, np. do krwi.  Jest to też czynnik zwiększający ryzyko zachorowania na raka.

W czasie oczyszczeń, gdy dodatkowo z organizmu uwalniane są nagromadzone latami toksyny jest to szczególnie istotne. Jeśli nie zadbamy o codzienne wypróżnienie może dojść do tzw. efektu Herxheimera, który oznacza ponowne wchłonięcie się toksyn i ostre objawy zatrucia.

Jeśli więc decydujesz się na wiosenną kurację oczyszczającą pamiętaj o konieczności codziennego wypróżnienia. Jeśli samo nie idzie, trzeba sobie doraźnie pomóc. Takich doraźnych sposobów poprawienia wydalania jest sporo, od wypicia dwóch łyżek obrzydliwego oleju rycynowego, poprzez ziółka (np. równie sympatyczny w smaku co ww. olej - rzewień, na lewatywie kończąc.) Są to rozwiązania doraźne, nie dotykające przyczyny, ale w trakcie oczyszczeni niezbędne.

Natomiast stałe (regularne) zaparcia lub stałe biegunki są sygnałem nieprawidłowości zdrowotnych, czasem o podłożu chorobowym, najczęściej jednak ze względu na złe odżywianie i styl życia (np. długotrwałej siedzącej pozycji przed komputerem i brachu ruchu).

Czy wspominałam, że kocham indywidualistyczne podejście tradycyjnej medycyny chińskiej do człowieka? M.in. za to, że nie leczy objawów tylko sięga do przyczyny? Że jeden objaw może mieć kilka różnych przyczyn i bez ustalenia przyczyny nie powinno się zaczynać terapii (pożywieniem lub ziołami)?

I z zaparciami jest oczywiście tak samo. W TCM jest 5 podstawowych wzorców zaparć, których przyczynami może być całkiem coś innego, łącznie ze stresem emocjonalnym. I tak zaparcia mogą wynikać z nadmiarowego gorąca w żołądku i jelitach, z  zastoju qi Wątroby lub ataku Wątroby na Śledzionę, z  Niedoboru Qi Śledziony i Płuc, z niedoboru Krwi i Yin lub z niedoboru Yang Śledziony i Nerek.

Zdaję sobie sprawę, że dla osób bez znajomości podstaw TCM poprzednie zdanie niewiele wniesie do sprawy. Dobra wiadomość jest więc taka, że rewelacyjnym sposobem na wyregulowanie pracy jelit i regularne wypróżnienia w zasadzie w każdym z tych wzorców (bez względu na przyczynę) jest kuracja śliwką umeboshi. Kuracja taka trwa 4-5 tygodni i daje naprawdę spektakularne efekty. Napiszę o niej w jednym z najbliższych wpisów. 

Link do artykułu o kuracji śliwką umeboshi.

Share on Myspace
wtorek, 07 kwiecień 2015 00:00

Oczyść się na wiosnę!

Gotowy program oczyszczania wg. A. Jungera

detox

Nie ma lepszego momentu na przeprowadzenie programu oczyszczania organizmu niż wiosna. Wszystko budzi się do życia z wigorem i my – jako część wszystkiego - też chcemy poczuć się po zimie pięknie, lekko i pełni nowej energii.

Program oczyszczania warto przeprowadzać minimum raz w roku, nawet jeśli żywimy się dobrze. Jeśli żywimy się tak sobie, warto go zrobić minimum dwa razy - i na wiosnę i wczesną jesienią.

Dlaczego oczyszczanie jest niezbędne

Organizm ludzki ma naturalną właściwość samouzdrawiania się. Jest to wręcz magiczne kiedy spojrzymy przykładowo na proces gojenia się rany. Jeśli ten naturalny proces leczenia nie przebiega, albo przebiega w bardzo zwolnionym tempie, oznacza to, że coś przeszkadza naszemu organizmowi wykorzystać tę swoją naturalną magiczną cechę. Tym co przeszkadza są toksyny. W dzisiejszym, niezdrowym świecie, na co dzień fundujemy sobie świadomie i nieświadomie takie ilości toksyn, że ich neutralizacja przez nasz organizm wymaga zmiany zasad gospodarowania energią – ciało nie dając sobie rady z nadmiarem toksyn magazynuje je „tymczasowo” w tkankach (np. w tłuszczu) czekając na moment kiedy będzie mogło na spokojnie wydalić je z organizmu. Ten moment nie nadchodzi, a toksyny się kumulują. Stąd większość ludzi jest zatruta, chociaż jakoś tam funkcjonuje. Główną ideą wiosennego oczyszczenia jest odcięcie lub przynajmniej mocne ograniczanie dostarczanych nowych toksyn, tak aby organizm mógł pozbyć się skumulowanych w ciele toksyn bez żadnych przeszkód i ograniczeń czyli zrobić to, do czego został stworzony – oczyścić się sam.

Dlaczego Clean

Programów oczyszczających jest całe mnóstwo – lepszych i gorszych. Od skrajnych głodówek (absolutnie nie dla osób z niedoborami), do delikatnych programów sprowadzających się do dodatkowego wypicia szklanki kefiru czy wody z cytryną, które pewnie nie zaszkodzą, ale też jakoś spektakularnie nam nie pomogą.

Wybór jest trudny, więc podpowiadam jak umiem, bo przetarłam wiele szlaków w tej kwestii.

Osobiście uważam, że najlepszym programem oczyszczającym organizm z jakim się spotkałam jest program „Clean” Alejandro Jungera. Nie oznacza to oczywiście, że nie ma innych dobrych programów, oznacza to tylko, że mnie osobiście niezwykle odpowiada mądrość i kompleksowość podejścia do tematu tego autora.

Oczyszczanie wg. tego programu wiąże się z pobudzeniem układu detoksykacji do bardziej intensywnej i efektywnej pracy. Jemy, nie głodzimy się, bo bezpieczny proces usuwania toksyn wymaga dostarczenia organizmowi odpowiednich składników odżywczych. Program ten zakłada ponadto wspieranie procesów prowadzących do eliminacji zaburzeń funkcjonowania jelit, może być np. świetnym startem do leczenia poważnych drożdżyc.

Tych z Was, którzy  poważnie myślą o rozpoczęciu tego programu, zachęcam do zakupu książki A. Jungera pt. „Clean” ze względu na dokładny (blisko 300 str.) opis programu, szczegółowe wyjaśnienie biochemiczne procesu detoksykacji oraz gotowe przepisy na posiłki. Jeśli nie planujecie zakupu książki, nie zrażajcie się, można samodzielnie komponować posiłki wg. zasad, które postaram się przedstawić poniżej.

Program zasadniczo trwa 21 dni, ale jeśli z jakiś względów taki okres będzie dla Was za długi – 14 lub nawet 7 dni też da znaczącą poprawę zdrowia. Odżywianie i oczyszczanie nie są procesami zerojedynkowymi – albo wszystko albo nic. Jeśli uda Ci się wytrzymać choćby tydzień to i tak dużo dla siebie zrobisz (choć przyznaję, że po 3 tygodniach lata się pod sufitem z nadmiaru energii i warto przez program przebrnąć choćby po to J)

Ja ten program zaczynam po raz kolejny właśnie dziś, stąd ten wpis J

Wykluczenia

Następujące okoliczności są przeciwwskazaniem do stosowania programu Clean:

  • ciąża lub okres karmienia piersią
  • cukrzyca typu 1
  • zaawansowana choroba nowotworowa z szybką utratą wagi
  • przyjmowanie leków, których stężenie we krwi musi pozostawać na stałym poziomie (szczególnie antyzakrzepowe, antyarytmiczne i przeciwdrgawkowe)
  • choroba, z powodu której wszelkie zmiany równowagi chemicznej w organizmie mogą stanowić dla ciebie zagrożenie.

Jak się przygotować

Nastawienie psychiczne – jest wszystkim. Jeśli masz głęboką, niezmąconą chęć oczyszczenia własnego organizmu, i myślisz „chcę” a nie „muszę” – uda Ci się. Jeśli wiesz, że powinieneś/powinnaś, ale wcale nie masz na to ochoty – najprawdopodobniej Ci nie wyjdzie, więc szkoda w ogóle próbować.

Przygotowanie logistyczne – należy zorganizować sobie życie na ten okres, dokładnie zaplanować posiłki na min. 2 dni do przodu, kupić niezbędne produkty, zaopatrzyć się w dobrej jakości wodę (najlepiej nie w plastikowych butelkach), odpowiednio „rozluźnić” kalendarz tak żeby mieć czas na przygotowanie posiłków, relaks, spacery i sen. Program oczyszczania nie może być kolejnym wyzwaniem i źródłem stresu w Twoim zalatanym życiu, ma to być czas nagrody dla Ciebie, skupienia się na sobie i dawania sobie tego co najlepsze. Jeśli uważasz, że aktualny tryb życia Ci na to nie pozwala, wybierz wersję tygodniową, albo odłóż oczyszczanie na później, wtedy kiedy będziesz w stanie rzeczywiście z niego skorzystać

Odcięcie toksyn – na tyle na ile możesz odstaw toksyny w pożywieniu, kosmetykach, chemii domowej. Odstaw palenie (na zawsze), nie poddawaj się w tym okresie prześwietleniom. Toksyny rozumiem szeroko – unikaj więc również „toksycznych” ludzi, nie oglądaj nic nie wnoszących „śmieciowych” programów, szczególnie o polityce.

Prowadzenie dziennika - przygotuj zeszyt, w którym będziesz zapisywać wszystko co jesz i pijesz, a także własne samopoczucie, reakcje organizmu, pozom energii, wypróżnienia, wygląd skóry, zapach ciała, ewentualne bóle itp.

Porównanie - zrób sobie zdjęcie przed rozpoczęciem programu i porównaj ze zdjęciem po jego zakończeniu (kolor skóry, cienie i worki pod oczami, napięcie skóry, błysk w oku ;-))

Ściągawka - powieś sobie na lodówce listę pokarmów wskazanych i zabronionych („Czego nie jeść” i „co jeść” poniżej)

Okres przygotowawczy - przejdź przez okres przygotowawczy czyli  tzw. dietę eliminacyjną. Jeśli na co dzień żywisz się dobrze w zasadzie z marszu możesz rozpocząć detoksykację, w przeciwnym razie zafunduj sobie okres przygotowawczy od kilku do nawet 2 tygodni w formie tzw. diety eliminacyjnej. W tym okresie znacząco ogranicz spożywanie kofeiny, odstaw alkohol, pij więcej wody niż zwykle i jedz trzy normalne (niekoniecznie płynne) posiłki dziennie, złożone wyłącznie z produktów dozwolonych (cześć „co jeść” poniżej).

 

Czego nie jeść

Sam program bazuje na wykluczeniu z pożywienia na 21 dni pokarmów, które są częstymi alergenami lub zawierają substancje, które mogą utrudniać detoksykację.

W ten sposób odciążamy wątrobę, dając organizmowi odpoczynek porównywalny z 3-tygodniowym błogim odpoczynkiem na Karaibach po wielu latach ostrego zasuwania w korporacji bez urlopu ;-)

Uwaga: to, że wykluczamy niektóre pokarmy (np., grejpfrut, bakłażany i pomidory, zboża, truskawki, miód itp.) nie oznacza, że te produkty są niezdrowe (niektóre są bardzo zdrowe) a jedynie, że ze względu na pewne związki w nich występujące rezygnujemy z nich na ten czas. Piszę o tym, bo dla niektórych ludzi ta część założeń jest niezrozumiała. Po programie stopniowo wrócisz do nich.

I tak, wykluczamy:

  1. Napoje i produkty gotowe czy przetworzone, które zawierają sztuczne dodatki, konserwanty i inne substancje chemiczne
  2. Węglowodany proste, zawarte w cukrach i zbożach, w szczególności tych rafinowanych (na przykład białej mące czy białym ryżu),
  3. Kukurydzę, pomidory, ziemniaki, bakłażan, paprykę
  4. Masło, margarynę, wszelkie tłuszcze o stałej konsystencji, tłuszcze przetworzone, dressingi sałatkowe, majonez, tłuszcze do smarowania
  5. Alkohol, kawę, napoje z zawartością kofeiny, słodkie napoje gazowane, napoje smakowe
  6. Cukier spożywczy, cukry białe i brązowe, miód, syrop klonowy, syrop kukurydziany, fruktoza, mieszanka fruktozy i glukozy
  7. Czekoladę, keczup, gotowe mieszanki przypraw, gotowe sosy i inne podobne dodatki
  8. Pomarańcze, sok pomarańczowy, grapefruity, truskawki, winogrona, banany
  9. Nabiał i jaja, mleko, sery, twaróg, śmietana, jogurt, masło, lody, śmietanki w proszku
  10. Pszenicę, jęczmień, orkisz, kamut, żyto, kuskus, owies (wszystkie zboża z glutenem)
  11. Surowa ryba, wieprzowina, wołowina, cielęcina, kiełbasa, wędliny, mięso w puszkach, parówki, skorupiaki
  12. Produkty sojowe (sos sojowy, oliwa sojowa w produktach przetworzonych, tempeh, tofu, mleko sojowe, jogurty sojowe)
  13. Orzeszki ziemne, masło orzechowe, pistacje, orzechy makadamii

"Nie wolno jeść nic!” – zakrzyknie pewnie część z Was. Nieprawda.

Co jeść

W czasie programu możemy bowiem jeść:

  1. Warzywa: najlepiej świeże, surowe, duszone, sauté lub w postaci soków, pieczone
  2. wyciskany na zimno olej z oliwy, lnu, sezamu, migdałów, słonecznika, rzepaku, dyni, orzechów włoskich
  3. filtrowaną bądź butelkowaną wodę (unikajmy plastikowych butelek), zieloną herbatę, herbatki ziołowe (herbatki nie mogą być jedynym płynem, przynajmniej połowę musi stanowić woda)
  4. syrop z brązowego ryżu, syrop z agawy, stewię
  5. ocet, wszystkie przyprawy: sól chimalajska/kamienna, pieprz, bazylia, mączka chleba świętojańskiego, cynamon, kminek, koper, czosnek, imbir, musztarda, oregano, pietruszka, rozmaryn, kurkuma, tymianek
  6. owoce w całości, niesłodzone, mrożone lub w soku własnym, rozcieńczone soki naturalne
  7. ryż, mleka roślinne -  mleko migdałowe, ryżowe, kokosowe lub jaglane, brązowy ryż, kaszę jaglaną, komosę ryżowa, szarłat (amarantus), grykę
  8. ryby zimnowodne, dziczyznę, chudą jagnięcinę, kaczkę, kurczaka, indyka (tak pisze A. Junger, ja bym mimo wszystko namawiała na wykluczenie, albo znaczne ograniczenie mięsa w tym okresie)
  9. groch, soczewicę, rośliny strączkowe
  10. nasiona sezamu, pestki dyni czy słonecznika; orzechy laskowe, orzechy pekan, migdały, orzechy nerkowca, orzechy włoskie

Program oczyszczania – podstawowe zasady

  • W czasie detoksykacji spożywasz 3 posiłki dziennie – dwa płynne (najlepiej koktajl-smoothie rano i zupa krem na kolację) i jeden stały (obiad) komponowane wyłącznie z produktów dozwolonych. Przykładowe posiłki są dostępne w książce „Clean, ale można je samodzielnie komponować z dozwolonych produktów. Mój dzisiejszy jadłospis (dzień 1) podaję na dole.
  • Zawsze, gdy to tylko możliwe, wybieraj produkty organiczne.
  • Dokładnie i wolno przeżuwaj pożywienie, pamiętaj, że trawienie zaczyna się już w ustach.
  • Bezwzględnie przestrzegaj zasady 12-godzinnego odstępu pomiędzy kolacją dnia poprzedniego a śniadaniem dnia następnego.
  • Przy dużym głodzie pomiędzy posiłkami (szczególnie na początku programu) możesz wypić dodatkowy koktajl, zjeść jabłko, marchewkę lub 5 migdałów.
  • Pamiętaj o codziennym wypróżnieniu i jeśli trzeba sięgnij po herbatkę na zaparcia lub wypij na noc dwie łyżki oleju rycynowego. Jest to niezwykle ważne, aby w czasie kuracji nie doprowadzać do zaparć, bo wówczas uwalniane toksyny mogą się z powrotem wchłonąć.
  • Staraj się pić dużo wody dobrej jakości. Junger zaleca pić tak, aby oddawać mocz co godzinę. Życie, życiem, uważam, że aż tak często nie trzeba (szczególnie gdy typ pracy nam to uniemożliwia), ale zdecydowanie pijmy więcej niż zwykle. Woda ułatwia wypłukiwanie nagromadzonych toksyn z organizmu.
  • Codziennie zjedz jeden ząbek surowego czosnku.
  • Zapisuj wszystko skrupulatnie w dzienniku.

Kwestie pozażywieniowe

Oczyszczenie należy rozumieć szerzej, również na płaszczyźnie psychicznej. Niech to będzie radosny okres tylko dla siebie. Codziennie rób coś co kochasz, wygospodaruj na to czas. Unikaj spotkań i sytuacji, których nie lubisz. Ćwicz codziennie chociaż 10 minut, wybierz się na spacer aby się dotlenić. Program Clean bez codziennego ruchu nie ma sensu, nie osiągniemy zamierzonego efektu detoksykacji.

Zadbaj o odpowiednią ilość snu, staraj się chodzić spać najlepiej ok. 22, jeśli jest to absolutnie niemożliwe to o 23. Jeśli jeszcze nigdy nie medytowałeś, to też dobry moment, żeby spróbować choćby z 10 minut dziennie. Wystarczy, że na 10 minut dziennie zamkniesz oczy i wsłuchasz się w to co do Ciebie dociera, starając się jednocześnie oczyścić umysł z myśli. Nie stresuj się jeśli nie będzie to wychodzić perfekcyjnie, ważne żeby znaleźć tę chwilę na spokój. Równie dobrze medytować możesz na spacerze w lesie czy w parku, skupiając się na przyrodzie.

Możesz zafundować sobie saunę, nawet kilka razy, która dodatkowo pozwoli wypocić Ci toksyny przez skórę. Jeśli możesz, oglądaj dużo dobrych komedii, śmiech sprzyja wszelkim procesom ozdrowieńczym.

odpoczynek

Reakcje organizmu

Warto wiedzieć, że organizm przez długi czas faszerowany przetworzonymi pokarmami i pozbawiony istotnych składników odżywczych może bardzo gwałtownie zareagować na rozpoczęcie procesu usuwania toksyn i pojawienie się zdrowszego jedzenia.

Te objawy mogą wydawać się niekorzystne  a nawet budzić niepokój, dlatego warto wiedzieć że są normalne i przejściowe. Organizm czyści się z toksyn na różne sposoby. To czego możesz się spodziewać (jeśli masz bardzo zaśmiecony organizm) to m.in. wykwity skórne, bóle głowy, stan podgorączkowy, pogorszenie nastroju, uczucie osłabienia, intensywny zapach wydzielin.

Zaakceptuj z góry, że tak może być i pamiętaj, że to dobre znaki, że organizm wszedł w proces samooczyszczania.

Chudnięcie nie jest celem tego programu, ale stanowi częsty skutek uboczny u osób z nadwagą. U osób o wadze normalnej raczej nie wystąpi.

Co potem?

Przejście przez cały lub skrócony program oczyszczania jest powodem do dumy, ale to jeszcze nie koniec pracy. W tym czasie odstawiliśmy bardzo dużą część pokarmów i powrót do nich powinien następować stopniowo.

Uwaga: nie wracamy do pokarmów rafinowanych (biały cukier, biała mąka, popularne oleje z marketów) wcale!

Każdy produkt wprowadzaj pojedynczo i obserwuj prze 2-3 swoją reakcję, przed wprowadzeniem kolejnego. Np. możesz zacząć od wprowadzenia zbóż zawierających gluten (ale nie pszenicy) i zobaczyć czy przez te 2-3 dni nie masz wzdęć, spadków energii i innych niepożądanych reakcji, których nie miałeś w czasie programu Clean. Potem wprowadzasz pszenicę. Jeśli odczuwasz dolegliwości, ponownie ją odstawiasz i obserwujesz czy dolegliwości się cofnęły. I tak dalej, po kolei z każdym produktem. W ten sposób masz unikalną szansę zaobserwować co Ci rzeczywiście służy a co nie i wykryć nietolerancje, o których nigdy nie wiedziałeś. Zapisuj wszystko. Może się okazać, że pokarmy, których nigdy byś o to nie podejrzewał, wcale nie działają na Ciebie dobrze. Ten okres powolnego wprowadzania pokarmów jest fascynujący sam w sobie i może dostarczyć nam ogromnej wiedzy o własnym organizmie.

I jak? Wchodzicie w to?

Poniżej mój dzisiejszy jadłospis (bez napojów):

Pół godziny przed śniadaniem szklanka ciepłej wody z połówką cytryny

Śniadanie: Koktajl z mango z ananasem i mleka kokosowego

Pół mango, mniej więcej tyle samo objętościowo ananasa, ½-1 szklanka mleka kokosowego. Wszystko zmiksować razem w blenderze i wypić.

Obiad: Sałatka z soczewicy

1 szklanka suszonej zielonej soczewicy namoczonej w 3 szklankach wody.

1 szklanka cukinii, pokrojonej w kostkę

1 szklanka ogórka, pokrojonego w kostkę

1/4 szklanka ananasa, pokrojonego w drobną kostkę

¾ szklanki marchewki pokrojonej w kostkę

¼ szklanki cebulki pokrojonej drobno

¼ szklanki oliwy

sok z 1 cytryny

Przyprawy: kminek, kurkuma, starty imbir, 1 ząbek czosnku, sól, liście kolendry lub pietruszki

Namoczoną soczewicę gotować do miękkości (ok. 30 min.). Przygotować dressing z przypraw, oliwy i soku z cytryny. Wymieszać soczewicę z cukinią, ogórkiem, ananasem, marchewką i cebulką. Polać dressingiem, wymieszać i odczekać 5 minut aż smaki się wymieszają.

Kolacja: (ok. 17.30): Zupa z cukinii i bazylii

Uwaga: W programie Clean zupy kremy są niegotowane, z surowych warzyw!. Mnie osobiście nie do końca to pasuje, więc mimo wszystkie przynajmniej podgotowywuję na parze warzywa i dopiero wtedy robię krem. Ale to kwestia gustu.

1 cukinia, pokrojona w kostkę

1 łodyga selera naciowego

1 łyżka czerwonej lub słodkiej cebuli, drobno posiekanej

1 łyżka oliwy z oliwek extra virgin

5 liści bazylii

sól

¼ awokado

4 łyżki wody

dodatkowe liście bazylii (do ozdoby)

1. Zmiksuj wszystkie składniki w blenderze, ustawionym na wysokie obroty.

2. Ozdób danie świeżymi, dokładnie rozdrobnionymi liśćmi bazylii.

Share on Myspace
czwartek, 02 kwiecień 2015 00:00

10 prostych sposobów na bezbolesne przetrwanie Świąt

stolNo cóż, każde święta to chyba najtrudniejszy okres jeśli chodzi o zdrowe odżywianie. Tradycyjnie jadła jest w nadmiarze, potraw specjalnych – niekoniecznie najzdrowszych – mnós’two, czas specjalny, żal katować się dietą, stąd w tym okresie o tzw. „odstępstwa najłatwiej. Obżarstwo jest niemal wpisane w tradycję polskich Świąt J Oczywiście najlepiej mu nie ulegać, ale jeśli nie dacie rady to poniżej kilka podpowiedzi, jak ułatwić sobie przetrwanie tego specyficznego czasu i złagodzić ewentualne skutki szaleństwa.

1. Nie podjadaj pomiędzy posiłkami. Ustal, że jesz śniadanie, obiad i kolację i nic pomiędzy. Nasz układ trawienny naprawdę potrzebuje odpoczynku pomiędzy kolejnymi „wkładami do pieca”. Jeśli podjadasz pomiędzy posiłkami nie dajesz mu szansy na spokojne zrobienie tego, co do niego należy i w ten sposób praktycznie zamawiasz sobie niestrawność.

2. Pamiętaj o dużym odstępie na nocne trawienie. Zjedz ostatni posiłek na 4 godziny przed snem a śniadanie następnego dnia najwcześniej 12 godzin później. Sygnał do rozpoczęcia detoksykacji pojawia się mniej więcej osiem godzin po twoim ostatnim posiłku, a sprawne przeprowadzenie tego procesu wymaga co najmniej czterech godzin. Spróbuj a zobaczysz jak dobrze będziesz się czuć, szczególnie jeśli kolacja nie była zbyt obfita.

3. Nie pij w trakcie posiłków, bezpośrednio przed nimi i bezpośrednio po nich. Napoje rozrzedzają soki trawienne, nie u każdego jest to wielki problem, ale w okresie większego niż zazwyczaj obciążania układu trawiennego, warto na to zwrócić  szczególną uwagę. To pomoże uniknąć nam niestrawności, czyli przykrego uczucia przepełnienia i ciężkości.

4. Pamiętaj o ruchu. Wpisz w swój kalendarz obowiązkowy spacer po obiedzie świątecznym w niedzielę i po śniadaniu w poniedziałek. Deszcz nie powinien być przeszkodą, trzeba się po prostu odpowiednio ubrać. Uwaga: ćwiczenia w domu się nie liczą, chodzi bowiem i o ruch i o dotlenienie organizmu, tak aby pomóc mu uporać się z tym, co mu zafundowaliśmy w postaci niekontrolowanych „wrzutów”.spacer

5. Słodkości jedz raz dziennie, w pierwszej połowie dnia. Jeśli nie chcemy i nie możemy sobie odmówić ciast, tortów i deserów, ograniczmy je do jednego razu dziennie, i niech to nie będzie kolacja. W ten sposób damy sobie jakąś szansę na spalenie tego, no chyba, że akurat marzymy o dodatkowych centymetrach w pasie i w biodrach, wtedy ten punkt możemy całkowicie pominąć J

6. Jedz na małych talerzach. Udowodniono, że pełny talerz niewielkich rozmiarów psychologicznie lepiej zaspokaja nasze uczucie głodu w głowie i w oczach niż taka sama porcja jedzenia podana na dużym talerzu, na którym widzimy puste obszary, niezapełnione jedzeniem J Warto więc mądrze wykorzystać tę sprawdzoną zasadę.

7. Uważaj na połączenia. Pokarmy wysokobiałkowe (mięsa, strączkowate, orzechy i nasiona) spożywaj na początku posiłku, bo to one są najtrudniej strawne i do prawidłowego przetworzenia potrzebują najwięcej soków żołądkowych (skrobia  i inne potrzebują ich znacząco mniej). Białka, tłuszcze i skrobie najlepiej łączyć z zielonymi, nie skrobiowymi warzywami. Owoce i pokarmy słodzone powinny być jadane najlepiej całkowicie osobno, albo – w niewielkich ilościach i z unikaniem owoców fermentujących – na końcu posiłku.

8. Jedz wolno i dokładnie przeżuwaj. Mózg dopiero po ok. 20 minutach od rozpoczęcia posiłku otrzymuje sygnał, że dostarczamy mu jedzenia,  jeśli zjemy w zbyt krótkim czasie zbyt dużo, początkowo w ogóle tego nie odczujemy, ale po ok. 20 minutach możemy się poczuć bardzo źle. Warto też pamiętać, że proces trawienia zaczyna się w ustach, dokładne przeżucie pokarmu znacząco pomoże naszemu żołądkowi a później jelitom, zrobić z nim to co trzeba.  

9. Miej w zanadrzu herbatki trawienne. W sytuacji gdy naszemu żołądkowi lub jelitom jednak nie spodoba się to co im wrzuciliśmy (lub forma, połączenia albo ilość tego), warto sięgnąć po naturalne metody wspomagania trawienia. Najprostsze herbatki na trawienie to napar z rumianku lub napar z kopru włoskiego (działają lepiej niż mięta). Rozbudowana wersja bardzo skutecznej herbatki na trawienie to mieszanka kwawnika, mięty, kminku, kopru włoskiego i korzenia lukrecji w tych samych proporcjach, stosowana w ilości jednej kopiastej łyżeczki na szklankę wrzątku po jedzenie, do 3 razy dziennie.

10. Nie miej wyrzutów sumienia! Jeśli już grzeszysz, nie miej wyrzutów sumienia i nie myśl o tym, jak strasznie niezdrowe lub kaloryczne rzeczy jesz. Zgodnie z najnowszymi odkryciami w zakresie biochemii, to nasze przekonania w największym stopniu kształtują naszą rzeczywistość biochemiczną (czyli stan naszego organizmu). Innymi słowy, jeśli jesteś przekonana/-y, że jakiś pokarm Ci zaszkodzi, najpewniej tak właśnie będzie i odwrotnie. Warto pamiętać o dewizie odżywiania makrobiotycznego, zgodnie z którą nie jest ważne co jemy od czasu do czasu, ale czym się odżywiamy na co dzień.  Dlatego, jeśli już zdecydujesz się jeść nie do końca zdrowo, czerp przynajmniej z tego radość i wróć rozsądnie szybko do prawidłowych nawyków.

Powyższe sposoby są proste, ale nie zawsze łatwe J Życzę Wam Udanych Świąt, mądrości i umiaru! 

Share on Myspace
piątek, 27 marzec 2015 00:00

Dieta a Rak - ABC

Cz. 1 Geny czy styl życia? Czy standardowe leczenie wystarczy?

Szacuje się, że Polsce dziennie ponad 400 osób słyszy diagnozę „rak”. Liczba zachorowań na nowotwory złośliwe w Polsce w ciągu ostatnich trzydziestu lat wrosła ponad dwukrotnie, osiągając w 2010 roku liczbę ponad 140,5 tys diagnoz. Światowa Organizacja Zdrowia przewiduje jednak, że prawdziwe „tsunami” zachorowań na nowotwory dopiero przed nami i co roku ilość chorych na całym świecie będzie wzrastać dramatycznie.

W zasadzie nie ma już żadnych wątpliwości, że znacząca część chorób nowotworowych, a w szczególności rak jelita, prostaty i piersi to choroby o charakterze cywilizacyjnym, tzn. zostały wywołane przez toksyczne czynniki charakterystyczne dla naszej cywilizacji. Choroba nowotworowa, dotychczas dotykająca najczęściej osoby starsze (które przez całe życie zdołały nazbierać wystarczającą ilość kancerogennych substancji w swoich organizmach), coraz częściej jest brutalną rzeczywistością osób młodych i bardzo młodych. Przy dzisiejszych toksycznych czynnikach środowiskowych i ich wzrastającej skali, najczarniejsze scenariusze przewidują, że obecne pokolenie dzieci 8-10-letnich, będzie masowo chorować na nowotwory już po osiągnięciu 20 roku życia!

wstazkiJednak, pomimo tego oczywistego sprzężenia wzrastającej ilości zachorowań z coraz bardziej niezdrowym stylem życia, ze zdziwieniem stwierdzam, że każdy, dokładnie każdy lekarz, dowolnej specjalności, który mnie oglądał w trakcie mojej choroby i nadal ogląda w trakcie badań kontrolnych zawsze i wszędzie pyta, czy w mojej rodzinie były przypadki zachorowań na ten typ raka a dalszych pytań … nie ma. Zakładam, że jest to pytanie standardowe w przypadku młodych pacjentów, do których się zaliczam, jednak jest ono dla mnie kompletnie niezrozumiałe w świetle coraz powszechniej podawanych przez naukowców informacji, że zaledwie 2-3% wszystkich nowotworów ma podłoże genetyczne. Notabene, wśród przedstawicieli mainstreamowej nauki coraz częściej wprost mówi się o tym, że genetyka jest zdecydowanie przeceniana. Na poziomie naprawdę światowym biochemicy i fizycy są  już nawet nie na etapie medycyny molekularnej ale wręcz na etapie kwantowej medycyny energetycznej, u nas ciągle jeszcze wyśmiewanej jako szarlatanizm przez niedouczonych fanatyków „prawdziwej” nauki,  no ale u nas rzeczy dzieją się bardzo wolno i przepływ wiedzy pomiędzy światem nauki a przeciętnym lekarzem medycyny może trwać lata świetlne, jeśli w ogóle się wydarzy. Nie, nie miałam w rodzinie podobnych zachorowań. Natomiast żywiłam się marnie i bezrefleksyjnie, i ogólnie żyłam źle, przede wszystkim w permanentnym stresie. Natomiast nikt, absolutnie nikt do dzisiaj nie zapytał mnie o mój sposób żywienia i styl życia. Przerażające są doniesienia wskazujące na to, że część lekarzy w Polsce wprost mówi pacjentom, którzy o to zapytają, że dieta i styl życia nie mają związku z chorobami nowotworowymi!

Tuż po mojej diagnozie, znajomy kardiochirurg, przyjaciel moich rodziców, wybitny specjalista w swojej dziedzinie, powiedział mi szczerze, że jestem najgorszym typem pacjentki jaki może się zdarzyć i lekarzowi i mnie samej. Za dużo wiem, za dużo rozumiem, za dużo czytam i sprawdzam lekarzy. Lekarze tego nie lubią (i jest to eufemizm dużego kalibru ;-), choć oczywiście jak zawsze, są pozytywne wyjątki), ale takie podejście jest również niedobre dla mnie, bo nie daje mi oparcia, bo trudno mi zaufać i zdać się w pełni na lekarza. Błogosławieni, którzy nie wi(e)dzieli a uwierzyli (lekarzowi :-)).

Dużo wtedy nad tym myślałam i doszłam do wniosku, że jest w tym stwierdzeniu wiele racji. Czytałam kiedyś wywiad z Jerzym Stuhrem, w którym wspominał przełomowy moment swojej choroby, kiedy to zrozumiał, że nie ma kontroli nad własnym życiem. Że musi zaufać lekarzom i odpuścić, że ciągłe sprawdzanie i upewnianie się, do niczego nie prowadzi. I było to dla niego wyzwalające. Myślę, że wielu chorych na dowolną chorobę, której potencjalnie mogą nie przeżyć, wcześniej czy później osiąga taki moment i ten mój też nadszedł. Moment, w którym trzeba sobie jasno powiedzieć, że nie wiadomo jak będzie i ile czasu nam zostało i spokojnie to zaakceptować. Jak pisał Viktor Frankl („Człowiek w poszukiwaniu sensu”- pozycja wybitna), prawdziwa i jedyna wolność to tylko wolność wyboru swojej postawy w każdych, nawet najtrudniejszych okolicznościach. I właśnie tej postawie chciałabym poświęcić chwilę.

równowagaPomiędzy zrozumieniem i zaakceptowaniem faktu, że nie ma się kontroli i wpływu na ostateczny wynik choroby a zdaniem się jedynie na lekarzy i zaordynowaną przez nich terapię jest spora przestrzeń, którą warto a wręcz należy wykorzystać. Na tą przestrzeń składa się to wszystko, co chory może zrobić sam aby wyzdrowieć, wszystko to czego standardowo lekarze nie robią i o czym nie powiedzą, od diety poczynając na wpływie nastawienia psychicznego kończąc. Ciężka, odpowiedzialna i niełatwa praca po stronie chorego.

Ten swoisty taniec pomiędzy z jednej strony „odpuszczeniem” a z drugiej „zaangażowaniem się w proces leczenia”, jest zjawiskiem fascynującym. W jodze znane są pojęcia abhyāsa i vairagya i bardzo pasują one to zobrazowania tych subtelnych zależności. Abhyasa to wysiłek, siła woli, działanie, pełna świadomość naszych czynów. Vairagya to odpuszczenie, akceptacja, emocjonalne odcięcie się od efektu końcowego. Obie tylko pozornie się wykluczają, w rzeczywistości mogą wspaniale współdziałać ze sobą.

Innymi słowy robisz wszystko co do Ciebie należy, najlepiej jak potrafisz, nie myśląc o rezultacie,  rezultat (sukces lub porażka) jest już poza Tobą, nie należy do Ciebie. Ta koncepcja jest zresztą świetną uniwersalną receptą na dobre życie. 

Planuję, że artykuły w tej kategorii (Dieta a rak - ABC), z czasem ułożą się w swoisty poradnik dla osób, którym dane było usłyszeć od lekarza straszne słowo na „r”. Zwracam uwagę, że słowo „dane” ma źródłosłów w słowie „dar” i bynajmniej nie jest to przypadek.

Ten swoisty poradnik będzie dotyczyć tylko pierwszego elementu czyli tego na co mamy wpływ – tego, co możesz zrobić, żeby jak najbardziej pomóc sobie w chorobie nowotworowej, żeby dać sobie największe możliwe szanse wyzdrowienia. Ta zmiana będzie związana głównie z modyfikacją sposobu odżywiania się, ale nie tylko, bo samo przemodelowanie nawyków żywieniowych – choć często konieczne i kluczowe – prawie nigdy nie będzie wystarczające. Piszę na podstawie własnych doświadczeń, jednak każde doświadczenia są inne, tak jak i każda choroba jest inna. Oderwij się od rezultatu i staraj się robić najlepiej wszystko to co możesz, aby sobie pomóc. 

Share on Myspace
poniedziałek, 23 marzec 2015 00:00

Sałatka Waldorfa mojej babci

 

salatka WaldorfaTę sałatkę pamiętam dobrze z dzieciństwa, była jednym z dań popisowych mojej babci. Wersji i odmian sałatki Waldorfa istnieje wiele, ta  jest z ananasem, ale oczywiście ananas można zastąpić innym słodkim dodatkiem, np. rodzynkami, suszoną żurawiną, nawet śliwką suszoną.

Ta surówka zadaje kłam powiedzeniu, że wszystko co najlepsze jest albo niezdrowe, albo nielegalne, albo niemoralne. Jest bardzo zdrowa, całkowicie legalna i wysoce moralna ☺.

Nawet Ci dziwni osobnicy, którzy na co dzień twierdzą, że nie mogą zozumieć jak można zakwalifikować seler do produktów jadalnych, są w stanie tę sałatkę zjeść bez obrzydzenia a nawet z pewnym zadowoleniem.

Uwaga: sałatka ma jedną wadę. Bez względu na to ile jej się zrobi, kończy się strasznie szybko.

Składniki:
Ok. 250 g.  jabłek (u mnie bio) - waga po wydrążeniu
Ok. 250 g. selera (u mnie od lokalnego rolnika)
2-3 łyżki soku z cytryny
8-10 orzechów włoskim świeżo łuskanych
Ok. 150 g. świeżego ananasa (po obraniu i pokrojeniu)
2-3 łyżki jogurtu typu greckiego, jogurtu z nasion lub w wersji "żyje się raz i niekoniecznie zdrowo" - majonezu.
 

salatka WaldorfaJabłka wydrążyć, seler obrać. Wyłuskać orzechy i pokroić lub połamać na mniejsze, ale wyczuwalne kawałki. Ananas pokroić na małe kawałeczki. Jabłka i seler zetrzeć na tarce z grubymi oczkami. Jest to najbardziej pracochłonna część wykonania sałatki, ale jej smak Wam to zrekompensuje. Zamiast tarki można uzyć dobrej jakości rozdrabniacza lub urządzenia wysokoobrotowego (ja używam). W takiej sytuacji rozdrobnić najpierw seler, a potem jabłko na kawałki wielkości odpowiadającej z grubsza kawałkom z tarki z duzymi oczkami. Starte jabłko i seler wymieszać, odstawić do miski, skropić sokiem z cytryny, żeby nie zciemniały. Dodać ananas i orzechy, wymieszać. Na koniec dodać 2-3 łyżeczki jogurtu i dobrze wymieszać.

Niebo w gębie.

Sałatkę zawsze robię na oko i zawsze jest pyszna. U mnie proporcje selera do jabłka to +/- 1:1, ale można je nieco zmodyfikować według upodobań lub stanu. Jeśli nie mam orzechów włoskich, dodaję inne, które akurat są na stanie (np. laskowe, migdały), w ostateczności można dodać nawet pestki słonecznika, też będzie dobrze.

Sałatka jest zdrowa, bardzo odżywcza i przepyszna. U mnie w domu nie jest w stanie przetrwać do kolejnego dnia.

Smacznego i na zdrowie!

salatka Waldorfa

Share on Myspace
poniedziałek, 16 marzec 2015 00:00

Suplementować się czy nie - oto jest pytanie

 

Temat jest trudny i złożony, i to bardzo. Rynek suplementów wszelkiego rodzaju przeżywa prawdziwy boom, jednocześnie gdzieś tam wewnątrz dużo osób czuje, że suplementacja nie jest naturalna i zdrowy człowiek powinien całość witamin i minerałów czerpać z pożywienia. Zwolennicy suplementacji powtarzają jak mantrę, że dzisiejsza gleba jest tak wyjałowiona, że nie jest w stanie dostarczyć nam w warzywach i owocach wystarczającej ilości witamin i minerałów. Przeciwnicy suplementacji twierdzą, że nawet jeśli gleba nie jest tak dobra jak była kiedyś to i tak przy racjonalnym odżywianiu się i zdrowym trybie życia nie ma konieczności uzupełniania czegokolwiek. 

 
Temat trudny, bo ... 

Kwestia, jak już pisałam powyżej, jest bardziej skomplikowana. Przyjrzyjmy się dlaczego.

1.    Duże „minimum” na start

Do zdrowia potrzebujemy codziennie ok. 60 minerałów i 16 witamin (plus 12 rodzajów białka i 2 rodzajów niezbędnych kwasów tłuszczowych). To samo w sobie jest już znaczącą komplikacją. Zapewnienie odpowiedniego poziomu takiej ilości minerałów i witamin jest już wyzwaniem samym w sobie, nie mówiąc o tym jak może być deprymujące smile. Zbadanie poziomu wszystkich tych minerałów i witamin kosztuje majątek, niektórych w ogóle nie da się zbadać w Polsce. To powoduje, że trochę poruszamy się po omacku i zgadujemy co mogłoby nam pomóc.

2.    Normy

Wydaje się nam czasem, że żyjemy w świecie, o którym wiemy bardzo dużo. Nic bardziej mylnego. Tzw. normy poziomów różnych substancji w naszym ciele są niestety często ustalane bez solidnych badań (vide normy cholesterolu). To powoduje, że po pierwsze tzw. „normy” pomiędzy poszczególnymi laboratoriami są różne, a po drugie, że co rusz w świecie naukowym słychać o zawyżonych, albo zaniżonych standardach. Ostatnio coraz częściej mówi się o zaniżonych normach witaminy C. W skrajnej sytuacji może więc być tak, że z Tobą wszystko w porządku, ale ponieważ „normy” są niewłaściwie ustalone, zaczniesz się niepotrzebnie suplementować. Wydaje się również, że różnice osobnicze mogą usprawiedliwiać odchylenia od normy, a nawet znaczące odchylenia u całkowicie zdrowych osób. Mało jeszcze wiemy na ten temat.

3.    Gleba

O ile warzywa i owoce same wytwarzają niektóre witaminy, nie są one jednak w stanie wytworzyć żadnych minerałów. Jeśli chodzi o zawartość minerałów w warzywach i owocach, wyznacza ją gleba i tylko gleba. Innymi słowy „co w ziemi to w warzywach/ owocach”. A więc o ile nie mamy własnego ogródka i sadu, nie wiemy praktycznie nic o wartościach mineralnych tego co spożywamy. W dzisiejszym świecie uprawy intensywnej a nie ekstensywnej (masowego stosowania sztucznych nawozów i środków ochrony roślin, aby zwiększyć plony) doprawdy wielką niewiadomą jest to, co znajduje się w warzywach i owocach spożywanych przez nas, o ile nie pochodzą z upraw organicznych.

4.   Predyspozycje indywidualne.

Dwie osoby żywiące się dokładnie tak samo mogą mieć kompletnie inne wskaźniki witamin i minerałów (np. u jednej występują braki pierwiastków a u drugiej nie). Przyswajalność jest cechą indywidualną i mało jeszcze na ten temat wiemy. Jest to na pewno kwestia wysoce złożona i związana z wieloma czynnikami. Jeśli u kogoś występuje problem z przyswajalnością jakiegoś typu minerału czy witaminy (mimo, iż spożywa go w jedzeniu) to suplementacja niewiele zmieni, a wręcz będą to pieniądze wyrzucone w błoto. W takim przypadku należałoby sięgnąć do przyczyny tzn. zastanowić się co może blokować wchłanianie.

5.    Przyswajalność.

Nawet jeśli wiemy, że brakuje nam jakiejś witaminy czy pierwiastka i decydujemy się na jego suplementację, niestety sama suplementacja nie będzie gwarancją sukcesu, tzn. nie zapewni przyswojenia i utrzymania poziomu danego pierwiastka czy witaminy w organizmie. Tu znów przyczyn może być niezwykle dużo, chociażby to, z czym suplement podajemy (np. dla wchłaniania niektórych witamin potrzebny jest tłuszcz, grejpfrut blokuje wchłanianie niektórych substancji, wapń nie wchłonie się bez wystarczającego poziomu magnezu itp., jest tego naprawdę dużo), w jaki sposób podajemy (niektóre pierwiastki zdecydowanie łatwiej wchłaniają się transdermalnie, czyli przez skórę niż doustnie, jaki jest stan naszego przewodu pokarmowego (np. niedokwaszony żołądek może uniemożliwić wchłonięcie niektórych witamin i minerałów), o jakiej porze dnia podajemy (niektóre pierwiastki, np. magnez wchłaniają się znacznie lepiej rano a prawie wcale wieczorem, inne zaś z kolei - np. chrom – odwrotnie), jaka jest wysokość dawki, jak długo podajemy preparat, jakie leki przyjmujemy i wiele, wiele innych czynników, z których część nadal jest dla nas wielką niewiadomą.

6.    Złożone zależności.

Pierwiastki i minerały stanowią skomplikowany i wzajemnie zależny układ. Są takie pierwiastki, które nie wchłoną się bez obecności innych (tzw. synergiści) np. jod bez selenu czy wapń bez magnezu. Są witaminy, które najlepiej wchłaniają się w połączeniach (np. B12 z B6 i kwasem foliowym). Są też takie, których nadmiar wypycha z organizmu inne pierwiastki (tzw. antagoniści). Przykładowo chlor, fluor i brom są antagonistami jodu, gdy pierwszych trzech będziemy mieli za dużo, odnotujemy niedobór jodu. Tak się tłumaczy powszechnie obecnie występującą niedoczynność tarczycy (fluor w wodzie i pastach do zębów, chlorki w serach i innych produktach żywnościowych). Jeśli się suplementujemy danym pierwiastkiem a jednocześnie cały czas dostarczamy sobie jego antagonistów, skutki nie będą satysfakcjonujące.

7.    Jakość suplementu.

suplements1Wreszcie nie bez znaczenia pozostaje jakość samego suplementu. Najlepsze są suplementy naturalne a nie syntetyczne czyli te, których główny składnik jest pochodzenia naturalnego (organicznego) w 100%. Ważne jest aby czytać skład na etykiecie, bo samo określenie na pudełku „naturalny” może odnosić się do innego składnika, nie tego, o który nam chodzi. Ponadto istotne jest by producent był uznaną firmą, najlepiej jeśli składniki roślinne miały pochodzenie organiczne a suplement nie zawierał zbędnych dodatków chemicznych, ulepszaczy, polepszaczy itp. Innymi słowy sprawdzamy zawsze ile „cukru w cukrze” i wybieramy te wyższe wskaźniki. Ponadto wiele wskazuje na to, że ogólnie lepiej wchłaniane są preparaty w kapsułkach niż w tabletkach.

Innymi słowy, jest trudno, przy czym to co napisałam powyżej jest zaledwie zasygnalizowaniem złożoności tematu i na pewno go nie wyczerpałam. Pewnie można by do tego dorzucić kolejnych 15 stron istotnych informacji. 

 

Czy zatem suplementować się czy nie? I jak robić, żeby było dobrze?
  • Po pierwsze nie traktujmy suplementacji jako automatycznej konieczności. Myślę, że i w dzisiejszych czasach są osoby, które ze względu na swoje predyspozycje, wiek, sposób odżywiania, styl życia, miejsce zamieszkania, itd. nie wymagają żadnej suplementacji.
  • Jeśli nie należymy do tych wybrańców i zdecydujemy się na suplementację, róbmy to z głową. Jestem zdecydowaną przeciwniczką przyjmowania suplementów uniwersalnych (od A do Z), które mają dostarczać nam wszystkiego po trochu. Nie wiemy bowiem czego nam potrzeba i w jakich dawkach oraz w jakim towarzystwie. Takie „wszystkiego po trochu” może nam wręcz zaszkodzić. Sprawa jest wysoce indywidualna i w zasadzie dopiero po wykonaniu badań można decydować się na suplementację konkretnych witamin czy minerałów. Pełne badanie pierwiastkowo-witaminowe będzie kosztować majątek. Raczej należy obserwować swój organizm, włosy, paznokcie, skórę i robić badania pod kątem konkretnych objawów wiązanych z niedoborami danego pierwiastka czy witaminy (np. skurcze-zbadać magnez, cynk – słabe gojenie się ran itd.). Jeśli zaś nic Ci nie dolega ciesz się tym zamiast wydawać pieniądze na badania.

  • suplements4

    Jeśli jednak nie wszystko wygląda dobrze, zrobiłaś/-eś badania i wyszło Ci, że masz niedobory witamin i minerałów, to co powinnaś/-ieneś zrobić w pierwszej kolejności do odpowiednio zmodyfikować dietę. To jest podstawowe, naturalne i zdrowe rozwiązanie. Czasem może się to wiązać z koniecznością sięgnięcia po mięso. Jak pisałam, o ile w kwestii witamin zrobić to można stosunkowo łatwo, to jeśli chodzi o pierwiastki – nie wiemy ile i czy w ogóle jest ich obecnych w danej marchewce, buraku czy pietruszce. Dlatego przy znacznych niedoborach rozsądnym wyjściem będzie sięgnięcie po dobrej jakości suplementy. O ile jest taka możliwość najlepiej wybierać suplementy naturalne z jak najmniejszą ilością substancji pomocniczych (antyzbrylających, zbrylających, barwiących itp.) Zwykle są one znacznie droższe od suplementów syntetycznych. Np. suplement witaminy K2 nk7 będzie wyciągiem z prawdziwego natto, suplement witaminy C – wyciągiem np. z aceroli itp.

  • Złota zasada mówi, że suplement powinno się przyjmować min. 2 m-ce a optymalnie 3 m-ce. Po tym okresie warto zrobić przerwę i spojrzeć na kondycję włosów i skóry a najlepiej znowu wykonać badania i sprawdzić czy poziomy się podwyższyły. Jeśli nie, albo nie znacznie trzeba szukać przyczyn tak słabego wchłaniania (słabej jakości preparat? dysbioza?, antagoniści? inne?) 

 
Częste wzorce do suplementacji 

Tak jak pisałam sprawa jest wysoce indywidualna i każdy przypadek jest inny, ale jeśli miałabym poczynić pewne uogólnienia w oparciu o powtarzają się dosyć często wzorce to:  

Witamina D3. W okresie jesienno-zimowym (XI-IV) w naszej strefie klimatycznej 99% ludzi ma niedobory witaminy D3. Witamina ta jest obecna w pożywieniu w niewielkim (niewystarczającym) stopniu, zaś głównie jest syntetyzowana w skórze pod wpływem promieni słonecznych. Znaczenie tej witaminy, przez wiele lat niedocenianej, jest   kluczowe nie tylko dla prawidłowego rozwoju układu kostnego, ale i dla wielu innych układów takich jak neurologiczny, mięśniowy a nawet hormonalny. Wiele badań wskazuje również na związek niedoborów witaminy D3 z chorobami nowotworowymi, stwardnieniem rozsianym i niektórymi innymi chorobami degeneracyjnymi. Przez wiele lat dostępna wyłącznie na receptę, teraz widzę, że można ją dostać i bez recepty, myślę, że w okresie zimowym w naszej strefie klimatycznej można by ją uzupełniać w kroplach wręcz z automatu. Natomiast osoby, które nie wystawiają się na promienie słońca i stosują filtry słoneczne (co też jest pewną skrajnością związaną z demonizowaniem słońca) powinny suplementować witaminę D3 również w okresie letnim.

Witamina K2. O ile witamina D3 jest gwarantem wchłaniania wapnia, to witamina K2 jest strażnikiem jego właściwego umiejscowienia w organizmie. Bo niestety bywa tak, że po podaniu witaminy D3 wapń się super wchłania, ale wędruje nie do kości lecz do tkanek miękkich, np. tętnic. Innymi słowy można mieć i osteoporozę i zwapnienie tętnic oraz innych organów w tym samym czasie, co jest zwane w środowisku medycznym „paradoksem wapnia”. Tak więc suplementacja witaminą D3 wymaga podania również witaminy K2, w przeciwnym razie możemy sobie zrobić krzywdę, z wyhodowaniem miażdżycy włącznie. O witaminę K2 przeciętnego polskiego lekarza nie ma co pytać, co najwyżej słyszał coś o witaminie K1, która z witaminą K2 niewiele ma wspólnego. Witamina K2 w naturze występuje w niewielkich ilościach z jednym wyjątkiem. Tym wyjątkiem jest natto, japoński przysmak ze sfermentowanej bakteriami bacillus subtilis soi (oczywiście nie modyfikowanej genetycznie). Jeśli ktoś regularnie jada natto, witaminy K2 może nie suplementować J Uroda natto jest taka, że ma nieciekawą konsystencję i nieciekawy zapach, przy czym wyrażam się tu eufemistycznie J. Notabene, bakterie bacillus subtilis dotarły do mnie w tamtym tygodniu wprost z Japonii, więc w tym tygodniu czeka mnie pierwsze podejście do natto, co oczywiście opiszę na blogu. Jeśli ktoś natto robić nie chce pozostają mu dobrej jakości suplementy K2 nk7 z natto.

Witamina C. Witamina C na co dzień powinna być dostarczana w pożywieniu, natomiast w okresie choroby czy osłabienia, zdecydowanie suplementowana. Ma ona bowiem taką właściwość, że bardzo szybko spada do zera, gdy chorujemy. Z tego powodu poziomu witaminy C nie ma sensu badać we krwi, gdyż może się on zmieniać dosłownie z godziny na godzinę. Witamina C w okresach osłabienia i choroby podawana w dużych dawkach (znacznie przekraczających tzw. normy) ma tak spektakularne działanie, że nawet nazwa „witamina” wydaje się nieadekwatna, działa ona wręcz jak cudowny, uniwersalny środek odżywczy, który potrafi wyleczyć choroby uznawane za nieuleczalne. Znane i udokumentowane są np. przypadki wyleczenie z choroby nowotworowej tylko witaminą C (podawaną w megadawkach dożylnie w postaci askorbinianu sodu). Witamina C ma udowodnione działanie chelatacyjne (tzn. potrafi wiązać i usuwać z organizmu metale ciężkie) i genialnie mobilizuje wszystkie siły organizmu. W moim domu witamina C lewoskrętna stoi w postaci proszku (kwasu askorbinowego) w kuchni w kilogramowym pudełku, gdy ktoś choruje. Łyka ją wtedy średnio co godzinę w ilości 2-3 g. Dlaczego w takiej postaci? Bo to co jest do kupienia w aptece pod nazwą witamina C ma niewiele witaminy a sporo szkodliwych dodatków. My spożywamy witaminę C w gramach a nie miligramach, kupując ją w sprawdzonych sklepach chemicznych.

Witamina B12 (oraz B6 i kwas foliowy). To niezwykle ważna witamina, której nie potrzebujemy dużo, ale której niedobór może prowadzić m.in. do demencji, psychozy, zmiany nastrojów, zawałów, zakrzepicy, niedokrwistości oraz wielu schorzeń neurologicznych. Witamina B12 jest obecna w produktach pochodzenia zwierzęcego, natomiast jej niedobory powszechnie występują u wegan i wegetarian. Witamina B12 występuje m.in. w sardynkach łososiu, tuńczyku, dorszu, jagnięcinie, owocach morza, wołowinie, mleku, jogurtach i jajkach. Weganie tych produktów nie jedzą, witaminę B12 powinni zatem niemalże w ciemno suplementować. Z wegetarianami lub jaroszami różnie bywa, tu raczej warto sprawdzić poziom, ale jest to także grupa podwyższonego ryzyka.

Magnez – osoby źle się żywiące, nadużywające kawy i podlegające długotrwałemu stresowi, wiecznie zmęczone powinny zrobić badania magnezu w organizmie. Magnez skuteczniej uzupełnia się transdermalnie niż przez przewód pokarmowy, np. robiąc sobie raz na jakiś czas kąpiel magnezową (w chlorku magnezu – pod warunkiem, że nie mamy niedoboru jodu, bo chlor jest antagonistą jodu lub w soli Epsom, czyli siarczanie magnezu).

Jod i selen – ogromna ilość osób cierpi na niedobór tych pierwiastków, co w konsekwencji może prowadzić do niedoczynności tarczycy (niedobór jodu) i chorób nowotworowych (niedobór selenu). Warto sprawdzić poziomy tych pierwiastków we krwi

Z kolei z ogromną ostrożnością podchodziłabym do suplementacji wapnia i żelaza. Wapnia, z powodu ryzyka miażdżycy jeśli nie suplementujemy witaminy K2. Żelaza – z powodu bardzo poważnych skutków przedawkowania żelaza, z chorobami serca, miażdżycą i nowotworami włącznie. Niedobór żelaza zwykle jest związany z jego niską jego absorpcją, należałoby się zatem raczej temu przyjrzeć niż od razu się suplementować. Przy niedoborach żelaza zdecydowanie szybciej sięgnęłabym po dobrej jakości mięso czerwone (choć mięsa w zasadzie nie jadam) niż po syntetyczne tabletki. 

 
Suplementy-superfoods

suplements5Jest kilka takich suplementów, które osobiście bardziej zaliczam do superfoods i uważam, że mogą być włączone nie tylko doraźnie ale wręcz na stałe do diety. Tymi suplementami są chlorella, spirulina i trawa jęczmienna. Zdecydowanie zasługują one na oddzielne wpisy, w których dokładnie opiszę ich walory i tak się stanie wkrótce. Wszystkie mają działanie wychładzające, tak więc trzeba to odpowiednio uwzględnić w diecie (skompensować pokarmami o termice ciepłej).

Na koniec życzę Wam mądrości i umiaru we wszystkim, nie tylko w stosowaniu suplementów! 

Share on Myspace
niedziela, 08 marzec 2015 00:00

Zadbaj o florę! 

 

jelita

Możesz się świetnie żywić a mimo to mieć problemy gastryczne, niską odporność i słabo przyswajać składniki odżywcze zawarte w pożywieniu. W takim przypadku bardzo prawdopodobne jest, że Twoja flora bakteryjna jelit pozostawia wiele do życzenia.

W dobie powszechnego przepisywania antybiotyków (np. w 2011 roku, 51% pacjentów otrzymało antybiotyki na kaszel i przeziębienie!), szacuje się, że w Polsce tylko ok 3% populacji ma prawidłową florę bakteryjną jelit a reszta, tj. 97 dysbiozę (dysbioza to patologiczna flora bakteryjna przewodu pokarmowego). Antybiotyki, walcząc z określonym rodzajem bakterii, wybijają jednak przy okazji korzystne i niezbędne szczepy mikroorganizmów, zaburzając tym samym silnie florę jelitową. 

Mikroflora jelitowa odgrywa w naszym organizmie rolę fundamentalną.

Wszelkie, ale to wszelkie kuracje i procesy dochodzenia do zdrowia należy zacząć od uporządkowania własnej flory bakteryjnej jelit, w przeciwnym razie pozostałe działania, choćby najsłuszniejsze, będą jak zawracanie kijem rzeki.

Odporność zaczyna się w jelitach. Coraz otwarciej mówi się również o tym, że ogromna większość alergii może mieć swoje pochodzenie w niewłaściwej florze bakteryjnej przewodu pokarmowego (np. kandydozie). Szczególnie widać to u dzieci uczulonych „na wszystko“, które po kuracji ziołowej i całkowitej zmianie diety zaczynają kwitnąć, co więcej są spokojniejsze i mniej drażliwe. 

Najczęstsze objawy dysbiozy to wzdęcia, bóle brzucha, nieprawidłowe wypróżnienia i alergie. Każda dysbioza może być początkiem poważniejszej choroby, dlatego tak ważne jest doprowadzenie własnych jelit do porządku właściwie dobraną dietą.

Czy wiesz, że:
- Każdy człowiek nosi ok. 500.000 genów bakterii jelitowych, ale tylko ok. 300.00 z nich występuje u połowy populacji (wniosek 200.000 genów bakterii jest specyficzne tylko dla nas)

- W zasadzie każde przewlekłe przyjmowanie leków doustnie prowadzi do dysbiozy
- Informacje z układu pokarmowego wpływają na funkcję mózgu (i odwrotnie)

- Kolonizacja jelit odgrywa kluczową rolę w kształtowaniu się systemu immunologicznego i endokrynnego człowieka a to wprost prowadzi do wniosku, że zmiana flory jelitowej może prowadzić do neurochemicznych zmian, które wpływają na zachowanie człowieka a nawet na jego tzw. charakter?
 

Przyczyny dysbiozy

Najczęstszymi przyczynami dysbiozy są: antybiotykoterapia, przyjmowanie niesteroidowych leków przeciwzapalnych, przyjmowanie inhibitorów pompy protonowej, chemioterapia i radioterapia, stres, zła dieta (żywienie się głównie żywnością przetworzoną z dodatkami chemicznymi, mrożonkami, spożywanie żywności rafinowanej), zabiegi chirurgiczne pod narkozą, stany zapalne, brak aktywności fizycznej, nadwaga i otyłość, choroby cywilizacyjne.

Po kuracji antybiotykowej przez 2-3 miesiące nie jedz cukrów prostych, gdyż osłabiona flora bakteryjna sprzyja powstawaniu drożdżycy, a drożdżaki ubóstwiają cukry proste. Innymi słowy, o ile nie chcemy zafundować sobie np. kandydozy bo antybiotykoterapii najlepiej na 2-3 miesiące całkowicie odstawić słodkie.

Jak wyregulować florę bakteryjną jelit?

  • Przejść całkowicie na racjonalne żywienie (spożywanie pokarmów nierafinowanych, odstawienie tłuszczy kiepskiej jakości, unikanie tłuszczu)
  • unikać dodatków chemicznych w żywności
  • unikać stresów
  • wysypiać się
  • stosować probiotyki, prebiotyki, symbiotyki (wiele dostępnych)
  • jeść duże ilości żywności fermentowanej (np. kefir, rejuvelac, kapusta kiszona, ogórki kiszone, natto, miso itp.)

W zaawansowanych stadiach dysbiozy (np. zakażeniach pasożytami) może być konieczna kuracja suplementami przeciwpasożytniczymi (osobiście nigdy bym nie wzięła do ust leku przeciwpasożytniczego, gdyż niby walcząc z dysbiozą sam jest jej przyczyną). W takim przypadku – zaawansowanych stadiów zakażeń pasożytami - warto na co najmniej 6 tygodni całkowicie odstawić węglowodany wysokoglikemiczne (w tym zboża, a nawet kaszę jaglaną :-)), wszelkie cukry, alkohol i mleko. To może być dużym wyzwaniem samo w sobie, ale przynosi rewelacyjne efekty. Sama kiedyś mając kandydozę przeszłam na taką trudną dietę bezcukrową i bezzbożową i to właśnie w tym okresie osiągnęłam własny szczyt sztuki kulinarnej tworząc m.in. pyszne mufinki z białej fasoli bez cukru, zbóż i tłuszczu.

Po kuracji wzrośnie odporność, poprawi się wchłanianie składników odżywczych, być może znikną alergie.

Share on Myspace
piątek, 27 luty 2015 00:00

"Czy Twoja lodówka jest ogrodem czy cmentarzem? 

 

To zdjęcie kilka lat temu krążyło po Internecie, ale przypominam je dzisiaj, bo jest wyjątkowo perswazyjne i lapidarnie oddaje to, co większość z nas gdzieś tam czuje w środku :-).

 

Nikogo nie chcę nawracać na dietę wegetariańską, bo nie ma jednej właściwej diety i każdy sam powinien ustalić co mu służy a co nie. Obserwując wylew kolejnych „fantastycznych“, nowo odkrytych „diet dla wszystkich“ uśmiecham się pod nosem i cieszę się, że dane mi było bliżej poznać zasady dietetyki wg. tradycyjnej medycyny chińskiej, to bowiem system, w którym nic samo w sobie nie jest ani dobre ani złe a wszystko zależy od okoliczności, tj. wrodzonych predyspozycji, budowy ciała, pory roku, stanu zdrowia i wielu, wielu innych czynników.

TCM to system genialny, ale trudny i mocno zindywidualizowany, trochę więc nie przystający do dzisiejszych czasów, w których oczekuje się szybkich, łatwych i uniwersalnych rozwiązań działających na wszystkich tak samo.

To indywidualne podejście TCM do każdego, niezwykle mi odpowiada i gdy ktoś mnie pyta, np. czy imbir jest dobry, odpowiadam, że to zależy dla kogo i w jakiej sytuacji, może być świetny a może być fatalny.

Wracając do mięsa, sama w zasadzie go nie jadam, przyszło to łatwo i samo, w okresie choroby nowotworowej. Czułam, że mięso nie będzie dla mnie dobre i nie sięgałam po nie. Doszłam też racjonalnie do wniosku, że przy tych ilościach toksyn jakimi naszprycowane jest mięso powszechnie dostępne, bezpieczniej będzie go po prostu nie jeść. Teraz czasem gotuję zupy mocy na ekologicznej wołowinie i jadam ryby, ale też nie za często, bo jakość ryb hodowlanych jest tragiczna, zaś w morskich Bóg jeden raczy wiedzieć co jest zawarte (rtęć – to wiemy, ale co jeszcze?!).

Natomiast nie jestem w żaden sposób wojującą jaroszką i jeżeli komuś mięso służy, a wręcz bez niego czuje się źle, nie należy nawracać go na wegetarianizm. Jednak, jak zwykle, liczy się:

umiar, umiar i .... umiar.

Mięsożerców namawiam na ograniczenie ilości spożywanego mięsa i zwrócenie większej uwagi na jego jakość. Idealnie byłoby spożywać mięso ze sprawdzonego, ekologicznego miejsca raz, góra dwa razy w tygodniu.

W okresach choroby i znacznego osłabienia organizmu dobrej jakości mięso jest wręcz wskazane nawet dla wegetarian, mało co tak szybko może nas postawić na nogi. Jeśli mięso „leży" nam zbyt długo na żołądku (jak w moim przypadku) warto wtedy gotować zupy mocy na mięsie, albo na przełamanych kościach (pod warunkiem jego ekologicznego pochodzenia, co będę powtarzać do znudzenia) i spożywać tylko wywar. Ilość energii qi z takiego wywaru, gotowanego minimum 5 godzin jest wręcz magiczna :-).

Bez względu na to czy się jest czy nie jest mięsożercą, podstawę dobrej diety powinny jednak stanowić produkty roślinne, w tym zbożowe, ewentualnie uzupełniane o dobrej jakości jajka czy niewielką ilość nabiału (jeśli nam służy).

Mięso podstawą diety? Pewnie znajdą się i argumenty za tym, natomiast patrząc na zdjęcie mam subiektywne a jednak nieodparte wrażenie, że wrzucanie w siebie, bądź co bądź padliny, daje mniej energii życiowej i nie jest dla nas najlepsze.

W kolejnym wpisie zajmę się jakością warzyw, bo z tym też różnie bywa. Ogólnie wiadomo, łatwo nie jest, ale gdyby było łatwo, byłoby nudno :-).

Share on Myspace
wtorek, 17 luty 2015 00:00

"Pay Yourself First"

czyli czy stać Cię na oszczędzanie na dobrej jakości jedzeniu? 

 

Pay yourself first” (zapłać najpierw sobie) jest konceptem używanym w doradztwie inwestycyjnym i emerytalnym i krótko mówiąc polega na tym, aby określony procent miesięcznego dochodu tuż po wypłacie automatycznie odkładać jako inwestycję, a dopiero z tego co zostanie realizować wydatki, takie jak rachunki za gaz prąd, czynsz itp.

Koncept wymusza odwrócenie priorytetów: My (w domyśle: nasza finansowa przyszłość i bezpieczeństwo) jesteśmy najważniejsi i o to musimy zadbać w pierwszym rzędzie, a dopiero z tego co zostaje płacimy innym. Takie działanie oznacza też automatycznie znacznie większą dyscyplinę wydatków. Nawet jeśli ta miesięczna inwestycja to tylko 5 czy 10% naszego dochodu, to to jest to, co płacimy sobie. Gdybyśmy najpierw realizowali wydatki a dopiero potem odkładali to co zostanie, to z dużym prawdopodobieństwem nie zostałoby dla nas już nic.

Koncepcja podoba mi się o tyle, że nakazuje w pierwszej kolejności myśleć o sobie. Przekładając ją na sferę odżywiania i zakupów żywnościowych - to co regularnie kupujesz i jesz jest długofalową inwestycją w Ciebie i Twoje zdrowie. Implikacją tego jest stwierdzenie, że na dobrej jakości jedzeniu nie wolno oszczędzać. Oszczędzić można na ubraniach, prądzie, rozrywce, kolczykach itp., ale nie na tak podstawowej kwestii jak jedzenie. Pay Yourself First czyli zadbaj o siebie!

I tu wielu z Was się oburzy, bo przecież jest tak dużo biednych ludzi, których nie stać na dobrej jakości jedzenie i muszą kupować najtańsze jedzenie. Nigdy nie będą mogli się odżywiać dobrze, bo ich na to nie stać. 

Otóż nie zgadzam się z tym stwierdzeniem i uważam, że z pewnymi wyjątkami, gdzie rzeczywiście z pustego i Salomon nie naleje, w większości rodzin, w których – jak to się mówi – się nie przelewa, priorytety są po prostu ustawione niewłaściwie, co wynika w dużej mierze z braku odpowiedniej wiedzy ale po części również z czegoś co można nazwać radosną, niezmąconą ufnością, że jest się nieśmiertelnym. Nie zgadzam się, ponieważ: 

  • Nawet żywiąc się jedzeniem z supermarketów, które jest najtańsze, można dokonywać lepszych i gorszych wyborów. I tam można dostać przyzwoite produkty w przyzwoitych cenach i uzupełniać je zakupami od lokalnych rolników.
  • Samo wykluczenie niektórych produktów już jest krokiem do przodu, koszyk przeciętnego Polaka opróżniony z Coca Coli, słodzonych napojów, czipsów, słodyczy, białego pieczywa, tanich „pocących się” wędlin, kurczaka, margaryny, białego cukru czy deserków typu Danonki już będzie dużo zdrowszy a portfel odpowiednio cięższy.
  • Ogólnie kupujemy za dużo śmieciowego jedzenia – kupowanie mniejszych ilości lepszej jakości za te same pieniądze jest mądrym rozwiązaniem. Lepszej jakości żywność ma wyższą „gęstość”, co oznacza wyższe uczucie sytości przy spożyciu nawet niewielkiej ilości. Zjedźcie 100 g. pełnoziarnistego pieczywa własnej, domowej roboty a 100 g kupnych czipsów (nie żebym kogoś zachęcała, to taka figura stylistyczna :-)) i porównajcie poziom swojej sytości po zjedzeniu. Tak to już jest, że pokarm bogaty w wartości odżywcze szybciej syci, organizm dostaje to czego potrzebuje, mózg już nie wysyła informacji „jestem głodny, nakarm mnie”, śmieciowego jedzenie można zjeść 10 kg, a ponieważ, oprócz kalorii, niewiele tam jest, organizm ciągle będzie domagał się więcej.
  • Ci, których „nie stać” na zdrowe żywienie mają jednak w domach plazmy, sprzęt nagłaśniający, konsole do gier, stać ich na wyjście do kina z Colą i popcornem, a czasem nawet jeżdżą starymi, bo starymi, ale jednak samochodami, które generalnie są drogie w utrzymaniu. Przeciętna polska „biedna” rodzina kupuje drogie zgrzewki Coli i wszelkie produkty reklamowane w telewizji.
Z jedzeniem jest trochę tak jak z ludźmi. Jest opakowanie, czyli to co zewnętrzne i nieprawdziwe i jest wnętrze, prawdziwa wartość, która często ma się nijak do opakowania. Opakowanie jest fasadą, czasem błyszczącą i lśniącą a czasem szarą i szorstką. To co jest wewnątrz nie ma nic wspólnego z opakowaniem. Jeśli w naszych wyborach kierujemy się tylko opakowaniem, nie zadając sobie trudu sprawdzenia co naprawdę jest wewnątrz - to najprawdopodobniej czeka nas słabe, puste i powierzchowne życie. 

Wszystkim tym, którzy twierdzą, że nie stać ich na zdrowe odżywianie należy zadać pytanie na co w takim razie wydają pieniądze? Bo jeśli nie stać nas na tak podstawową kwestię jak dobrej jakości pożywienie, które powinno być punktem 1 na liście (pay yourself first), to jakim cudem można dojść do punktów nr 2,3 itd.?

A drugie pytanie jakie się nasuwa to „Czy stać Cię na leczenie długofalowych skutków zaniedbań żywieniowych?” To jest bowiem dopiero droga sprawa.

Są to oczywiście pytania retoryczne. Ustawienie priorytetów wydatków wynika z poziomu samoświadomości i długofalowego patrzenia na życie. W dzisiejszych czasach, jedzenie jest ostatnią rzeczą, na której można oszczędzać, jeśli się to wie, wybory są łatwe. Jeśli się nie wie, albo niby wie, ale nie do końca chce zrozumieć, to krótkofalowa satysfakcja z nabycia dużej ilości tanich i niskiej jakości dóbr przeważy nad rozsądkiem.

Pamiętaj: Czego nie wydasz w spożywczym, wydasz dwa razy w aptece!

Share on Myspace
wtorek, 10 luty 2015 00:00

Kuchenka mikrofalowa - szybko, łatwo i ... bardzo niebezpiecznie

 

Że jest szybko i łatwo, co do tego chyba nikt nie ma wątpliwości. Jednak tak ten świat jest już zbudowany, że „szybko i łatwo” rzadko idą w parze z „dobrze”. O tym, że kuchenka wydziela „jakieś” promieniowanie wie każdy, swojego czasu pisało się sporo o jej niekorzystnym działaniu na pokarm w niej umieszczony, z czasem te głosy jakby ucichły a kuchenki mikrofalowe jak stały tak stoją dumnie w kuchniach większości pań domu. No bo jak inaczej szybko podgrzać czy rozmrozić?

zielona herbata Zażartych zwolenników tych cudów techniki pewnie nie przekonam, ale może tych niezdecydowanych tak. Napiszę krótko, 9 grudnia 1989 r. w piśmie "The Lancet" (dla niezorientowanych jest to najbardziej prestiżowe, branżowe pismo medyczne w tej części naszej galaktyki, artykuły w Lancecie publikują najlepsi tego świata) pojawił się artykuł na temat badań nad wpływem gotowania w kuchenkach mikrofalowych na strukturę cząsteczkową pokarmu i ciała człowieka. Opisane wyniki, wskazują jednoznacznie, że po zjedzeniu pokarmów podgrzanych w mikrofalówce w organizmie mogą występować bardzo niekorzystne zmiany „strukturalne, funkcjonalne oraz immunologiczne”. Kuchenki mikrofalowe przekształcają aminokwas L-prolinę w D-prolinę, czyli toksynę, o udowodnionej szkodliwości dla układu nerwowego, wątroby i nerek.

To co wsadzamy do kuchenki mikrofalowej nie jest tym co wyjmujemy po jej użyciu. Skoro nasze ciało jest w swej naturze elektrochemiczne, każda siła, która zakłóca lub zmienia jego elektrochemię wpłynie degenerująco na naszą fizjologię.

Do tego dorzucę od siebie informację o zdarzeniu w szpitalu w USA w 1991 r., kiedy to pacjentce po operacji miano podać krew. Krew normalnie jest podgrzewana do temperatury ciała, jednak leniwej albo niezbyt rozgarniętej pielęgniarce przyszło do głowy, że podgrzeje ją w mikrofalówce i tak zrobiła. Po transfuzji podgrzanej w ten sposób krwi pacjentka zmarła. Jak bardzo musiała się zmienić struktura krwi po podgrzaniu skoro płyn, który normalnie ratuje i daje siłę, zabił?

Jak zatem rozmrażać i odgrzewać?

Po pierwsze zadać sobie pytanie czy to w ogóle jest konieczne. W zasadzie posiłki powinniśmy przygotowywać na bieżąco, w ilościach takich, żeby zjeść je od razu i nie zostawiać na później. Wg. medycyny chińskiej pokarm zamrożony traci całkowicie swoją energię Qi. Nie mroźmy w miarę możliwości, ale jeśli już nam się to zdarzy, to wyjmijmy mrożonkę dzień wcześniej i zostawmy w lodówce aby sama odtajała.

Podgrzewać można w garnku czy na patelni. Naprawdę bez kuchenki mikrofalowej da się żyć i to lepiej.

Pozbądź się kuchenki mikrofalowej, na pewno wyjdzie Ci to na zdrowie. 

Share on Myspace
sobota, 07 luty 2015 00:00

Rozgrzewająca i pożywna zupa z soczewicy, idealna na zimowe popołudnie 

 

Tę zupę „popełniłam” przypadkowo, ale została już na zawsze w naszym domowym repertuarze. To zupa z tych, które lepiej smakują następnego dnia, kiedy smaki się przenikną i połączą. Ja zawsze gotuję cały duży gar, a i tak znika w ciągu 2 dni smile

Składniki:
Ok. 2,5 l. bulionu warzywnego domowej roboty
Opakowanie soczewicy czerwonej (ok. 400 g.)
Ok. 100-120 g. soczewicy zielonej
3-4 ziemniaki (lub 1 batat w wersji zdrowszej)
2 średniej wielkości cebule
1 puszka pokrojonych pomidorów (lub świeże pomidory obrane ze skóry)
1/3 - 1/2 papryczki chili wydrążonej z pestek lub szczypta chili w proszku
3 łyżeczki soli tybetańskiej lub kamiennej bez konserwantów i antyzbrylaczy
papryka słodka do smaku (ja daję 3 łyżeczki)
2 liście laurowe
3-4 łyżki soku z cytryny
2 cm startego na drobnej tarce imbiru (opcjonalnie)
1 łyżka zdrowego słodu (opcjonalnie)
1 łyżka kurkumy

Oba rodzaje soczewicy zalać wodą na 2-3 godziny, albo choć przepłukać. Wylać wodę (usuwamy w te sposób kwas fitynowy i jego sole, które mają tendencje do wiązania w sole i chelaty magnez, wapń, żelazo, kobalt, cynk, czego w większości przypadków nie chcemy).

Bulion wlewamy do dużego garnka, dodajemy soczewicę czerwoną i zieloną, pomidory, liście laurowe. Doprowadzamy do zagotowania. Jeśli pojawią się szumowiny – usuwamy je (problem zwykle nie występuje przy stosowaniu soczewicy bio). Gotujemy ok. 5 minut. W tym czasie obieramy ziemniaki lub batata i kroimy na małe kawałki. Dodajemy do zupy. Kroimy drobno cebulę i podsmażamy ją na łyżce oliwy z oliwek, aż się zeszkli, ale nie zarumieni. Wrzucamy do garnka. Dodajemy drobno pokrojone chili, kurkumę, paprykę słodką, imbir i słód (słód opcjonalnie, gdyż używamy batata, pomijamy całkowicie). Gotujemy dalej ok. 20 min. Na koniec dodajemy sól, sok z cytryny i resztę oliwy. Gotujemy do miękkości (ok. 10-15 min.). Jeśli zupa jest za gęsta, dodajemy bulionu lub wody.

Świeży imbir i papryczka chili nadają zupie charakter mocno rozgrzewający, gdybyśmy chcieli je zastąpić suszonym imbirem i suszonym chili, trzeba ich dodać odpowiednio mniej, gdyż te przyprawy w formie suszu są ekstremalnie rozgrzewające.

Smacznego!

Share on Myspace
poniedziałek, 02 luty 2015 00:00

Superfoods antynowotworowe.

Pokarmy, które działają jak lekarstwa. 

Mianem „superfoods” określa się te pokarmy, które wykazują wręcz cudowne właściwości zdrowotne i potrafią wyleczyć, nie wykazując przy tym, w przeciwieństwie do leków syntetycznych, istotnych efektów ubocznych.

Choroba nowotworowa jest poważną chorobą całego organizmu a nie jedynie organu, w którym pojawił się guz. Zdrowy organizm potrafi sam zwalczyć komórki nowotworowe i de facto tak się dzieje wielokrotnie w trakcie naszego życia. Gdy tego nie robi oznacza to poważne upośledzenie układu immunologicznego, który (z różnych względów, które niestety zwykle są dla nas niewiadomą) nie potrafi się wystarczająco bronić i ulega namnażającym się komórkom rakowym.

Badania naukowe potwierdzają, że niektóre naturalne rośliny mają wręcz spektakularne działanie antynowotworowe, zbliżone a często przewyższające leki syntetyczne i nie wykazujące niepożądanych działań ubocznych. Poniższe zestawienie jest podsumowaniem tego co wiem na podstawie przeczytanych przeze mnie opracowań naukowych, natomiast podana kolejność nie ma nic wspólnego z intensywnością czy skutecznością ich działania. Bez względu na wybrany sposób leczenia, warto je na stałe włączyć do swojej diety w trakcie choroby nowotworowej, można i warto je też zawsze stosować prewencyjnie.
Zielona herbata


zielona herbata– zawiera liczne polifenole, w tym EGCG – związek przeciwdziałający powstawaniu nowych naczyń krwionośnych zasilających komórki rakowe. EGCG osiada na powierzchni komórek i blokuje receptory, które wysyłają sygnał, pozwalający na przeniknięcie do jej wnętrza sąsiadującym komórkom, w tym rakowym.
EGCG potrafi także blokować receptory, które wysyłają impulsy do tworzenia nowych komórek. Oprócz tego zielona herbata działa jak odtruwacz organizmu, przyśpiesza działanie wątroby, umożliwiając szybsze oczyszczenie się organizmu. Zielona herbata jest zdecydowanie pożywieniem, które warto na stałe włączyć do swojej diety. Ma ona jednak bardzo silne działanie wychładzające, dlatego należy ograniczyć jej spożycie, gdy czujemy zimno lub skompensować stosowaniem pokarmów o naturze termicznej rozgrzewającej.

 
Kurkuma

kurkuma- jeden z najsilniejszych, naturalnych środków przeciwzapalnych. Najczęściej stosowany jako składnik curry odpowiedzialny za zółty kolor mieszanki, natomiast czysta kurkuma to żółty pyłek, który w zasadzie nie ma zapachu a posmak lekko gorzki, męczący dopiero w dużej ilości. Kurkuma zawiera kurkumin ograniczający wzrost wielu rodzajów raka, m.in. okrężnicy, wątroby, żołądka, jajników i białaczki. Oddziałuje też na NF-kappaB, uniemożliwiając ochronę komórek rakowych przed działaniem mechanizmów obronnych organizmu. Warto zrobić sobie mieszankę kurkumy z papryką i pieprzem (papryka i pieprz poprawiają wchłanialność kurkumy dwa tysiące razy!) i dodawać ją w niewielkich ilościach do każdego dania. Dodatkowo podana z tłuszczem, najlepiej z łyżeczką oliwy extra virgin, nierafinowanego oleju rzepakowego lub lnianego zostanie jeszcze lepiej przyswojona. Sama kurkuma, bez tych dodatków nie jest w stanie pokonać bariery jelitowej.

 
Kordyceps (maczużnik chiński) 

– grzyb rosnący w Tybecie i Nepalu, którego cena za kilogram przewyższa cenę złota. Ogólnie dodaje energii i chroni serce, w tradycyjnej medycynie chińskiej stanowi jeden z podstawowych leków stosowanych w leczeniu schorzeń sercowo-naczyniowych. Badania wykazały, że polisacharydy oraz glukany wyizolowane z grzyba w warunkach laboratoryjnych zabijały komórki nowotworowe. Dodatkowo maczużnik chiński nasila działania komórek NK odpowiedzialnych za niszczenie komórek nowotworowych. Jest zdecydowanie preparatem w jaki warto zainwestować przy leczeniu choroby nowotworowej.

 
MGN-3

– zmodyfikowany grzybami shitake ekstrakt z otrębów ryżowych – jest w stanie zwiększyć aktywność komórek NK o 100-500%! Innymi słowy działa jak turbodoładowanie układu immunologicznego. Preparaty MGN-3 są niezwykle skuteczne ale bardzo drogie, pewną alternatywą jest dodawanie do jedzenia samych otrąb ryżowych (mają świetny, orzechowy smak) i shitake.

 
Pozostałe grzyby azjatyckie 

- (ling zhi, shitake, maitake, kawaratake) - stymulują działanie układu immunologicznego, zwiększają aktywność komórek obronnych. Grzyby azjatyckie to nie jedyne, które mają takie spektakularne działanie. Nasze boczniaki czy portobello a nawet zwykła pieczarka również wykazują wykazują bardzo dobre właściwości wzmacniające naturalne mechanizmy obronne.

 

 Imbir
napar z imbiru

– działa przeciwzapalnie i antyoksydacyjnie, zwalcza niektóre komórki rakowe, ogranicza powstawanie nowych naczyń krwionośnych, niezbędnych dla rozwoju raka. Ma działanie silnie rozgrzewające, dlatego warto napar z imbiru stosować na przemian z zieloną herbatą, tak aby ich działanie termiczne się zrównoważyło.

 
Siemię lniane

– len, oprócz tego, że zawiera wzmacniające odporność kawsy omega 3, jest również jednym z lepszych źródeł lignin roślinnych, które są substancjami o udowodnionych właściwościach przeciwnowotworowych, przeciwestrogenowych i przeciwutleniających. Jest szczególnie przydatny przy leczeniu raka piersi i jelita grubego, gdyż komórki tych rodzajów raka mają receptory estrogenu (żywią się estrogenami) a ligniny w siemieniu lnianym mają działanie przeciwestrogenowe. Oczywiście siemię lniane tez dobrze byłoby spożywać z upraw ekologicznych. Siemię lniane ma tę przewagę nad nierafinowanym olejem lnianym tłoczonym na zimno, że można je dłużej przechowywać i jest bardzo tanie. Mielimy je tuż przed spożyciem, nie na zapas, gdyż wtedy się utleni.

 
Trawa pszeniczna

– posiada wyjątkowe działanie odtruwające. Nasyca tlenem komórki, detoksykuje cały organizm, usuwa karcerogeny. Nie jest jednak wskazana dla osób z objawami wychłodzenia i niedoboru, gdyż ma działanie ekstremalnie wychładzające. 

 
Wodorosty morskie

np. nori, kombu, wakame, dulse. Mają działanie wzmacniające i odżywcze, zawierają dużo cennych minerałów. Trudno dostać je w Polsce, a jeśli już gdzieś są dostępne to zwykle są bardzo drogie. Stan mórz jest taki jaki jest a glony mają to do siebie, że wciągają wszystko co się w wodzie znajduje, innymi słowy rtęć w morzu będzie też i w wodorostach. Tak więc szczególną uwagę trzeba zwracać na miejsce pochodzenia i wybierać preparaty bio. Warto dodawać je do wszystkich potraw.

 
Wodorosty słodkowodne 

- przede wszystkim chlorella i spirulina. To dwie superalgi, które na stałe powinny znaleźć się na stałe w menu nowotworowców. Chlorella jest wskazana dla osób z niedoborami, pobudza odporność w leczeniu wszelkich chorób zwyrodnieniowych, nie tylko nowotworowej, oczyszcza organizm z toksyn. Spirulina zawiera dużo fitocyjaniny, barwnik o właściwościach przeciwnowotworowych i również wzmacnia odporność. Obie świetnie się uzupełniają. Podobnie jak przy wodorostach morskich kluczowe jest miejsce pochodzenia. Zdecydowanie chlorella i spirulina z allegro za 30 zł. to nie jest to czym chcemy się karmić. Dobrej jakości preparaty organiczne, w których nie wypełniaczy, substancji przeciwzbrylających i wszystkich „śmieci” jakie alga wchłonęła z zanieczyszczonego akwenu, muszą kosztować i kosztują. Kupujemy organiczne, 100% sprasowanych alg albo nie kupujemy wcale, bo jeszcze sobie zaszkodzimy.

 
Granat

granat– posiada potwierdzone działanie przeciwzapalne i antyoksydacyjne, ogranicza rozwój raka. Zalecane jest picie soku z granata, z tym że nie chodzi to o soki z kartoników, takich lepiej nie pić wcale, bo zdrowotnych właściwości granatu w nich nie ma. Jeśli mamy wyciskarkę można robić samemu sok ze świeżych owoców, albo zjadać całe ziarna, które dodatkowo wspomagają pracę kosmków jelitowych.

 
Zioła rodzime 

- takie jak rozmaryn, tymianek, oregano, bazylia i mięta – sprzyjają apoptozie (śmierci komórki) komórek rakowych i ograniczają ich rozszerzanie.

 
Zioła z Azji i Ameryki Południowej 

- takie jak Vilcacora (koci pazur), La Pacho (Pau d’Arco, Tabevulia), Chaparral (Larrea divaricata), Suma (Pfaffia paniculata), traganek błoniasty (Astragalus membranaceus), Shang lu (szkarłatka jagodowa, Phytolacca acinosa) – większość z nich ma działanie znacznie wzmacniające odporność ale również udowodnione działanie antynowotworowe. Z naszych rodzimych ziół wspaniałe właściwości antynowotworowe ma również korzeń mniszka lekarskiego (taraxacum officinale). Przyjmuje się je w formie naparów.

Najlepiej przyjmować jednocześnie kilka ziół i grzybów, aby uzyskać efekt synergii.

 
Niektóre pospolite warzywa

– wrzucam je wszystkie trochę do jednego worka, ponieważ ilości jakie należałoby ich zjeść aby uzyskać efekt są znaczące. Zanieczyszczenie gleby i powszechnie stosowane sztuczne nawozy nie pozwalają patrzeć na większość warzyw jak na lekarstwo. Dlatego wszystko to co poniżej odnosi się tylko do warzyw uprawianych organicznie, spożywanych najlepiej w postaci skondensowanych soków. I tak: (A) warzywa krzyżowe (brukselka, bok choy, kapusta chińska, brokuły, kalafior) – mają w składzie sulforafan oraz indolo-3-carbinole, silne związki a działaniu antyrakowym. Gotowanie kapusty i brokułów niszczy te substancje. Należy je krótko dusić lub podsmażać na oliwie z oliwek. (B) Czosnek, cebula, por, szalotka i szczypiorek – sprzyjają apoptozie (obumieraniu komórek) raka, piersi, płuc, prostaty i białaczki. Obniżają poziom cukru we krwi. (C) Marchew, bataty, jamy, cukinie, dynia – zawierają witaminę A i likopen, skuteczny z zwalczaniu wzrostu komórek kilku rodzajów raki, m.in. glejaka. Luteina, likopen i fitoen zwiększają przyrost komórek układu immunologicznego. Czynią komórki NK bardziej agresywnymi względem komórek nowotworowych. (D) Psiankowate (pomidory, bakłażany, ziemniaki, papryka) mają udowodnione działanie antynowotworowe a ponadto mają działanie odtruwające. Nie powinny być jednak spożywane przez osoby z niedoborem Qi śledziony-trzustki (E) Jagody (truskawki, maliny, jagody, jeżyny, żurawina) – zawierają kwas elagowy i dużą ilość polifenoli. Pobudzają wydalanie karcerogenów z organizmu i powstrzymują proces tworzenia nowych naczyń włosowatych, niezbędnych do rozwoju guza (F) Buraki – oczyszczają wątrobę i krew. Wzmacniają serce i działają uspakajająco. 

 

Dlaczego w standardowych kuracjach antynowotworowych o roli pożywienia i tych właśnie cudownych pokarmów nie mówi się wcale? Dlaczego onkolog prowadzący w ogóle nie porusza tej kwestii z pacjentem? Mnie to się w dalszym ciągu w głowie nie mieści.

Share on Myspace

sobota, 24 styczeń 2015 00:00

Chleba naszego powszedniego ... raczej unikajmy. O pszenicy słów kilka. 

 

pszenicaTemat pszenicy jest modny, szczególnie od czasu ukazania się na rynku książki Williama Davisa „Dieta bez pszenicy. Jak pozbyć się pszennego brzucha i być zdrowym”.

Wiele osób unika glutenu jak ognia pomimo, iż wcale nie cierpią na celiakię. Celiakia to poważna choroba autoimmunologiczna, nie zaliczana jednak do alergii. Wynika z nieprawidłowej reakcji immunologicznej organizmu na gluten a konsekwencją spożywania produktów zawierających gluten są uszkodzenia, a nawet całkowity zanik kosmków jelitowych, niezbędnych do wchłaniania składników odżywczych z pożywienia. 

W przypadku osób, które na celiakię nie chorują zasadniczo unikanie glutenu nie znajduje większego uzasadnienia, szczególnie jeśli chodzi o żyto, owies czy jęczmień (bo pszenica to inna historia, o czym dalej).

Z drugiej strony pszenica jest niezwykle cenionym pokarmem w TCM, któremu przypisywane są bardzo istotne funkcje odbudowujące.

Wg. medycyny chińskiej pszenica ma smak słodki (czytaj: łagodny) i naturę termiczną chłodną. Oczyszcza gorąco, zsyła w dół yang, odżywia serce, uspokaja Ducha, uzupełnia nerki i gasi pragnienie. Jest jednym z niewielu pokarmów, którym medycyna chińska przypisuje bezpośrednie działanie odżywcze i na ciało i na umysł, choć osoby otyłe nie powinny jej spożywać. Nie jest również wskazana dla osób z nowotworami i guzami.

No to jak w końcu jest? 

Otóż pszenica, o której mowa w medycynie chińskiej to nie ta pszenica, z której wypiekane są najpopularniejsze chleby w naszym rejonie świata.

Wszystko znów sprowadza się do jakości. Pszenica, którą powszechnie dziś się nam serwuje, niewiele ma wspólnego z tą pszenicą, która była podstawą żywienia przez 6 tysięcy lat. Oczywiście i przez te 6 tysięcy lat pszenica zmieniała się genetycznie, bo jest to naturalny proces w samej naturze. Jednak mniej więcej od roku 1929 została poddana takim modyfikacjom genetycznym przez człowieka, że dzisiejszą pszenicę trudno nazwać pszenicą. Jest to produkt hybrydowy, tani, odporny na grzyby i wydajny, ale niewiele mający wspólnego z oryginałem. 

Davis badał sprawę dokładnie i pisze, że krzyżowania jakim poddano pszenicę sprawiają, że są w niej związki wybitnie dla nas niekorzystne takie jak amylopektyna A, gliadyna i zmodyfikowany gluten. Ten ostatni, zdaniem kardiologa, jest odpowiedzialny za tak znaczny wzrost zachorowań na celiakię.

Od siebie dorzucę, że do tego dochodzą jeszcze takie kwestie jak:
  • rafinowanie mąki,

  • sprzedawanie mąki a nie ziaren (zmielona mąka podobnie jak wyłuskane orzechy jełczeje, choć my tego nie widzimy, jełczeje czyli utlenia się - wolne rodniki) – bardzo trudno jest kupić dziś zboża w ziarnach, oj ile trzeba się nachodzić,

  • sztuczne barwienie już rafinowanej mąki, aby była bardziej biała,

  • spulchniacze i ulepszacze dodawane do mąki.

Kiedyś od bardzo szczerej właścicielki piekarni usłyszałam, że oni nawet jakby chcieli nie dodawać spulchniaczy i ulepszaczy do mąki to nie mogą, bo dostają taki gotowy produkt od dostawcy.

Nic dziwnego, że coraz więcej osób źle toleruje pieczywo pszenne, ma po nich wzdęcia i innego rodzaju problemy gastryczne.

Ale część osób takich objawów zewnętrznych nie ma, albo nie wiąże ich z pieczywem („zawsze miałam wzdęcia”) i wcina ogromne ilości chleba na śniadanie, obiad i kolację.

De facto niskiej jakości chleb pszenny jest najpopularniejszym fastfoodem w Polsce a wszechobecne kanapki z najzwyklejszego białego chleba z szynką konserwową i plastrem produktu seropodobnego – istną zmorą żywieniową. 

Jak najłatwiej sprawdzić czy chleb jest dobry? Zostawić go na kilka dni. Dobry chleb powinien zeschnąć się na kamień. Jeśli spleśnieje – ma w sobie niekorzystne chemikalia. 

Co w tej sytuacji robić? 

1. Sięgnąć po prastare odmiany pszenicy takie jak kamut, płaskurka, samopsza czy orkisz. Z tych wszystkich odmian najpopularniejszy i najłatwiejszy do dostania jest orkisz. Kiedyś bardzo drogi, teraz widzę, że tanieje. Kamut i płaskurkę można zamówić w Internecie, w Niemczech można je kupić nawet w drogeriach smile. Z nich piec chleb, robić naleśniki, piec ciasta itp. Wg. TCM i kamut i orkisz mają podobne właściwości co pszenica, z tym, że mają naturę termiczną ogrzewającą. Bardzo dużo osób z nietolerancją pszenicy w ogóle nie ma tego problemu np. z kamutem.

kamut (po lewej) i płaskurka

kamut (po lewej) i płaskurka

2. Jeśli nie mamy czasu czy chęci wypiekać własnego pieczywa, uważnie czytajmy etykiety na wypiekach. Niestety powszechne jest, że chleb nazwany „chlebem orkiszowym” w swym składzie orkisz rzeczywiście ma ale w proporcji np. 40% gdzie reszta to pszenica. To nie o taki chleb chodzi. W marketach w zasadzie bardzo trudno o przyzwoite pieczywo, nawet to na wagę „z metra” nie zawsze ma dobry skład.

3. Znaleźć miejsce gdzie mają dobre wypieki z mąki nierafinowanej i tam się zaopatrywać. Oprócz czytania etykiet, drugim kluczowym wskaźnikiem jest obserwacja swoich reakcji po zjedzeniu danego rodzaju pieczywa. Jeśli skład jest ok, ale my po zjedzeniu takiego wypieku czujemy się źle – nie kupujmy więcej. Ja chleb czasem piekę sama a najczęściej kupuję w swojej kooperatywie – jest to chleb 100% żytni na zakwasie. Z tym, że osobom z wrażliwym układem trawiennym chleby na zakwasie mogą nie podchodzić.

4. Jeśli wybieramy chleby bez pszenicy i mimo to, żaden z nich nam - a raczej naszemu układowi trawiennemu - nie odpowiada a życia bez chleba sobie nie wyobrażamy, proponuję:

- zrobić badania w kierunku celiakii (w Polsce można już kupić test do samodzielnego wykrycia celiakii – koszt ok. 45 zł).

- korzystać z opiekacza – chleb generalnie jest produktem dosyć ciężkostrawnym, podgrzanie go znacząco ułatwia jego trawienie

- skiełkować najpierw ziarno, z którego następnie wypiekamy chleb, naleśniki itd. – to sztuczka wręcz magiczna, okazuje się, że nawet osoby z ogromną nietolerancją na zboża w większości nie mają problemów z ich trawieniem po ich skiełkowaniu. Jest to dosyć pracochłonne, zboże zalewamy wodą, kiełkujemy (2-3 dni) a potem znowu suszymy. Dla tych, którzy nie mają cierpliwości, żeby to samemu robić pozostają tzw. chleby esseńskie wypieczone właśnie ze skiełkowanego ziarna. Drogie jak diabli, ale zdrowe. Pomijając lepszą tolerancję skiełkowanych zbóż, kiełkowanie wg. medycyny chińskiej dodatkowo zwiększa qi pokarmu (czyli energię żywotną, którą my z tego produktu czerpiemy).

Ogólnie bardzo lubię chleb, ale żyjąc w takich czasach w jakich żyjemy stawiam na jakość a nie ilość. Naprawdę jeden wysokiej jakości chleb na tydzień na rodzinę 2+1 powinien wystarczyć całkowicie. 

Pieczywo "prosto z pieca"?

Na koniec nie mogę się powstrzymać, żeby nie skomentować „ciepłego, chrupiącego pieczywa prosto z pieca” w niektórych dyskontach, które - wypiekane na naszych oczach - pachnie tak wspaniale i rzeczywiście jest jeszcze ciepłe gdy go dotkniemy. Otóż sformułowanie „ciepłe, chrupiące pieczywo prosto z pieca” jest tu kluczowe. Z prawnego punktu widzenia wszystko się zgadza i nikt nas nie wprowadza w błąd. Tyle, że nikt też specjalnie się nie chwali, że pieczywo to jest wypiekane z mrożonek, których średni czas zamrożenia wynosi ok. pół roku! Innymi słowy te chrupiące, pachnące bułeczki są imitacją żywności. Wg. medycyny chińskiej produkt zamrożony traci swoje qi. 

Share on Myspace
czwartek, 22 styczeń 2015 00:00

Mleko homogenizowane - powolny zabójca

 

Mleko jako produkt jest już samo w sobie bardzo kontrowersyjne. I zagorzali przeciwnicy i zwolennicy białego płynu mają swoje racje i ostro ich bronią. Nie wnikając w tym miejscu w szczegóły dotyczące tego wieloletniego sporu, któremu być może poświęcę oddzielny wpis, dziś po prostu napiszę:

Nie pijcie mleka homogenizowanego! 

Podobnie niewskazane jest spożywanie innych, homogenizowanych produktów. Przy czym słowo „niewskazane” jest eufemizmem, picie mleka homogenizowanego może mieć tragiczne skutki dla naszego zdrowia.

Otóż mleko jak wiadomo, składa się z węglowodanów, białka i tłuszczu. Tłuszcz z wodą raczej się nie łączy, a przynajmniej ładnie to nie wygląda, więc producenci żywności wpadli na pomysł homogenizacji polegającej w skrócie na tym, że tłuszcz jest rozbijany na mikroskopijne cząsteczki, które powodują, że mieszanina się emulguje, jest jednorodna i bardziej gładka, innymi słowy bardziej atrakcyjna wizualnie dla konsumenta.

W mleku, a konkretnie w cząsteczkach tłuszczu w mleku znajduje się enzym białkowy pod nazwą oksydaza ksantynowa (XO). Jest ona jednym z najmocniejszych enzymów trawiennych jakie w ogóle istnieją i często nazywany jest „krajaczem białek”. W normalnym mleku (nie poddanym procesowi homogenizacji) oksydaza ksantynowa posiada dużą cząsteczkę, która – niestrawiona, jest wydalana z organizmu wraz z kałem.

mleko Proces homogenizacji powoduje, że cząsteczka ta jest rozbita na mikrocząsteczki tak małe, że są w stanie bez wcześniejszego przetrawienia przeniknąć przez ściany żołądka i jelit na zewnątrz. I jeśli tak się stanie, taki „krajacz białek” zostaje rozprowadzony po całym ciele przez układ krwionośny i limfatyczny. Kiedy XO uwolni się ze swojego „opakowania” jakim jest mikrocząsteczka tłuszczu, atakuje ściany naczynia, w którym właśnie się znajduje prowadząc do powstania mikrorany. Innymi słowy następuje stan zapalny naczyń krwionośnych. Wówczas to nasz mądry organizm wpuszcza tam cholesterol dla „załatania” rany. Stąd już prosta droga do miażdżycy, szczególnie gdy mamy mało witaminy K2 i spożywany przez nas wapń osiada tam gdzie mu najwygodniej, czyli w tętnicach a nie w zębach i kościach. Łączy się on z cholesterolem, który pełni tam rolę plastra dla mikroranek a stąd prosta już droga do wyhodowania sobie blaszki miażdżycowej.

Coraz częściej mówi się o tym, że jedną z głównych przyczyn miażdżycy jest nie tyle spożywanie pokarmów z dużą ilością cholesterolu, który sam w sobie wcale nie jest zły a wręcz bardzo potrzebny co właśnie mikrouszkodzenia ścianek naczyń krwionośnych w połączeniu z nieprawidłową gospodarką wapniową.

Mleko homogenizowane jest zabójcze dla naszych tętnic, dlatego osobiście uważam, że jego sprzedaż powinna być zakazana. Tymczasem bardzo dużo takiego mleka można spotkać w naszych sklepach. Opakowania nie krzyczą „uwaga, mleko homogenizowane”, trzeba po prostu uważnie czytać etykietę. W niektórych dyskontach nie ma wcale dobrego mleka, jest albo mleko UHT, które mlekiem jest tylko z nazwy (o tym w innym wpisie) albo mleko homogenizowane. W tej sytuacji po mleko lepiej w ogóle nie sięgać. Ja swoje mleko kupuję w kooperatywie (niepasteryzowane, ale tylko w okresie jesienno-zimowym, latem bym się bała) a w sklepach kupuję mleko pasteryzowane w niskiej temperaturze, oczywiście niehomogenizowane.

Konkluzja: Mleka homogenizowanego nie powinno się pić w ogóle, podobnie jak innych produktów homogenizowanych (np. serków)!

Share on Myspace
wtorek, 13 styczeń 2015 00:00

Produkty eko i kooperatywy spożywcze

 

Zasadniczo staram się nie dać zwariować i nie jeżdżę na drugi koniec miasta po ciecierzycę organiczną. Niemniej w sklepie mając do wyboru produkt bio i nie bio, zwykle wybiorę ten pierwszy, zgodnie z zasadą "mniej a lepszej jakości".

Zauważyłam jednak, że temat produktów bio/ organicznych nie jest do końca jasny dla wielu ludzi. Kilkakrotnie spotkałam się ze stwierdzeniem „Ja w to nie wierzę”. Ostatnio padło do z ust mojego męża, który stwierdził, że nie jest do końca przekonany czy to nie kolejny chwyt marketingowy ze strony dużych firm, po to żeby konsumentów jeszcze bardziej wydoić.

 

Regulacje

www.freepik.com. Designed by Freepik To dało mi bodziec do zbadania tematu. Z zapałem rzuciłam się w wir poszukiwań i po 7 godzinach padłam. Dużo informacji, mało konkretów, dalej jest we mnie wiele pytań, na które nie znalazłam odpowiedzi. Zastanawiam się tylko, jeśli tak świadomy konsument jak ja, dodatkowo mocno przyzwyczajony do grzebania w przepisach ma tak dużo problemów z ustaleniem podstawowych kwestii to oznacza, że przeciętny konsument nie ma żadnych szans. 

To co udało mi się jako tako ustalić: Kwestię żywności ekologicznej w Unii Europejskiej regulują przede wszystkim dwa rozporządzenie europejskie* a w Polsce ustawa z dnia 25 czerwca 2009 r. o rolnictwie ekologicznym i liczne akty wykonawcze do niej.

Przeczytałam polską ustawę i niektóre akty wykonawcze do niej i wygląda na to, że:

  1. W Polsce mamy system certyfikacji przez niezależne jednostki certyfikujące, akredytowane przez Polskie Centrum Akredytacji. Na dzień dzisiejszy doliczyłam się na stronie PCA dziesięciu akredytowanych jednostek certyfikujących produkty ekologiczne.
  2. Żeby otrzymać certyfikat trzeba przejść skomplikowaną procedurę od zgłoszenia chęci zamiaru zostania rolnikiem ekologicznym poprzez okres przejściowy (okres tzw. konwersji), dostosowania, w czasie którego jednostki certyfikujące regularnie sprawdzają w formie kontroli czy wszystko jest tak jak powinno aż po samo uzyskanie certyfikatu (zwykle ok. 3 lat później).
 
Kwestia zaufania?

No dobrze. Przy założeniu, że firma uzyskuje certyfikat po dogłębnym sprawdzeniu jej przez wyspecjalizowaną jednostkę, ale następnie świadomie lub nie obniża jakość produkcji, która nie jest zgodna z wymogami ustawowymi? Innymi słowy, czy po udzieleniu certyfikatu, ktoś to jeszcze później sprawdza? 

Teoretycznie tak, w praktyce – trudno powiedzieć.

Polska ustawa mówi o kontrolach ze strony Głównego Inspektora, ale niestety nie podaje żadnych minimalnych częstotliwości takich kontroli. Innymi słowy kontrola jest raczej uprawnieniem niż obowiązkiem, bo cóż to za obowiązek bez określenia kiedy ma być wykonany.

Na stronach jednostek certyfikujących można przeczytać, że nadzór jest prowadzony poprzez niezapowiedziane inspekcje mające na celu sprawdzenie czy wymogi certyfikatu są przestrzegane, ale terminów też nie podają.

Logiczne, że nie podają, bo żeby każdy wytwórca/ producent żywności bio miał być regularnie kontrolowany trzeba byłoby zatrudnić armię kontrolerów, co jest z oczywistych względów niewykonalne. 

www.freepik.com. Designed by FreepikInnymi słowy w zakresie uczciwości producentów bio jesteśmy zdani na zaufanie im i temu, że możliwość utraty certyfikatu i „twarzy” w przypadku wyrywkowej kontroli, która stwierdziłaby nieprawidłowości będzie wystarczającym hamulcem.

 

Znalazłam w Internecie informację, że w Niemczech kontrola wykazuje, że ok. 15% kontrolowanych gospodarstw/ producentów nie przestrzega norm certyfikatu. Wg. raportu naszego polskiego UOKiKu** wśród przeprowadzonych kontroli odsetek ten kształtował się bardzo podobnie.

Nie wiem czy to dużo czy mało, jednak chcę patrzeć na to w ten sposób: Kupując żywność organiczną mam 85% pewność, że jest ona pozbawiona szkodliwych dodatków, kupując żywność w supermarketach mam niemal gwarancję, że one tam są.

Bazarki to wielka niewiadoma, na bazarkach można spotkać i lokalnych rolników stosujących tradycyjne metody uprawy i pośredników, będących którymś z kolei ogniwem łańcuszka dostaw, którzy nie mają pojęcia gdzie i w jakich warunkach żywność, którą sprzedają została wyprodukowana.

Myślę, że te 85% pewności to całkiem sporo.

 
Lepsze wartości odżywcze?

Standardy ekologiczne żywności bio dotyczą wyłącznie parametrów jakościowych procesu wytwarzania żywności a nie odnoszą się wprost do jakości produktu. Innymi słowy certyfikat otrzymuje gospodarstwo, które spełnia wymogi produkcji, a nie wyrób jako taki. Wyrób nie jest badany pod kątem jakościowym, nie ma w związku z tym definicji jakości produktu eko.

Jakie z tego wnioski? Po pierwsze, produkty bio nie muszą być bogatsze w wartości mineralne, niekoniecznie zawierają więcej witamin i składników odżywczych niż żywność produkowana masowo. I wg. moich informacji nie zawierają (badania naukowe w tym zakresie są wzajemnie sprzeczne). Innymi słowy mandarynka wyhodowana ekologicznie nie musi mieć więcej witamin niż mandarynka wyhodowana nieekologicznie.

„Zdrowszość” żywności bio wynika z tego, że nie jest ona tak zanieczyszczona jak żywność standardowa. W procesie produkcji nie używa się bowiem azotanów, pestycydów, hormonów i antybiotyków.

 
Alternatywa?

Produkty organiczne/ bio są bardzo drogie, co skutecznie ogranicza ich dostępność dla niektórych. Pamiętam jak z zachwytem trafiłam do ponoć największego w Polsce marketu bio, który wygląda jak sporej wielkości sklep osiedlowy, z tą różnicą, że wszystko począwszy od chleba, poprzez warzywa i owoce, po mięsa jest eko. Za niewielkie zakupy zapłaciłam masakrycznie dużo i już wiem, że w Polsce, która ciągle jeszcze jest krajem na dorobku i dla absolutnej większości ludzi kluczowe znaczenie przy decyzji zakupowej ma to czy kilogram kurczaka kosztuje 7 zł a nie 40 zł a nie to czy w jego mięsie znajdują się antybiotyki i hormony. Na szczęście są alternatywy dla drogiej żywności bio.

Świadomość tego jak bardzo zatrutą żywność serwują nam naokoło jest coraz powszechniejsza i jak grzyby po deszczu mnożą się oddolne inicjatywy w formie kooperatyw bazujące na zamawianiu produktów spożywczych od sprawdzonych, lokalnych dostawców, prowadzących gospodarstwa w tradycyjny sposób, ale bez certyfikatów bio.

W skrócie działa to tak: zbiera się grupka z danej lokalizacji, zainteresowana nabywaniem zdrowych i ekologicznych produktów (choć niekoniecznie z certyfikatem bio), wybrany koordynator grupy lub „komisja” sprawdza potencjalnych dostawców, jedzie na miejsce, sprawdza w jakich warunkach hodowane są kury, jak nawożone warzywa itd. Jeśli wszystko jest ok jest podpisywana umowa współpracy z dostawcą/ rolnikiem. Od członków grupy zbierane są zamówienia i raz w tygodniu dostawcy (zwykle jest od kilku do kilkunastu dostawców) w jeden konkretny dzień tygodnia dowożą zamówioną żywność w umówione miejsce, gdzie członkowie grupy je sobie odbierają i ewentualnie rozliczają się (o ile nie zrobili tego wcześniej).

Sama jestem od jakiegoś czasu w takiej kooperatywie (LokalnyRolnik.pl) i jestem z tego niezwykle dumna i zadowolona. Pomijając bardzo sympatyczną atmosferę w grupie, mam naprawdę dostęp do produktów wysokiej jakości i lokalnych, bez pośredników. Ceny – jak na bazarze, ciut wyższe niż w marketach.

Nie rezygnuję jednak z zakupów w marketach, szczególnie lubię granaty, na które właśnie jest sezon, a których trudno byłoby mi się wyrzec. Granaty są zresztą w piątce „superfoods” antynowotworowych, zatem jeść je należy. Więc znów wybieram rozwiązanie pośrednie, a nie radykalne, te warzywa i owoce, które są charakterystyczne dla naszej strefy klimatycznej kupuję od rolników lokalnych poprzez kooperatywę, resztę (mniejsze ilości) w sklepach. Co do zasady nie kupuję w marketach jabłek i winogron (a więc i rodzynek), gdyż według wielu źródeł, są to najbardziej zanieczyszczone pestycydami owoce na świecie. Te kupuję tylko eko.

Podsumowanie:

  1. W zależności od zasobności Twojego portfela rozważ zakupy przynajmniej części produktów organicznych lub bezpośrednio od zaprzyjaźnionego rolnika. 
  2. Jeśli mieszkasz w mieście i nie masz dostępu do sprawdzonych rolników, sprawdź czy koło Ciebie nie działa kooperatywa spożywcza, gdzie można zamówić wysokiej jakości żywność od sprawdzonych dostawców bez certyfikatów eko. 
  3. Unikaj nieekologicznych kurczaków (są nafaszerowane hormonami i antybiotykami). 

Rozporządzenie Rady (WE) nr 834/2007 z 28 czerwca 2007 r. w sprawie produkcji ekologicznej i znakowania produktów oraz Rozporządzenie Komisji (WE) nr 889/2008 z 5 września 2008 r. ustanawiające szczegółowe zasady wdrażania Rozporządzenia Rady (WE) nr 834/2007 w sprawie produkcji ekologicznej i znakowania produktów ekologicznych w odniesieniu do produkcji ekologicznej, znakowania i kontroli.

** Raport "Produkty żywnościowe z segmentu luksusowych w świetle kontroli przeprowadzonych przez Inspekcję Handlową" www.uokik.gov.pl/download.php?plik=12638

Share on Myspace
piątek, 05 grudzień 2014 00:00

Zacznijmy od wody (cz. 3 - jaką wodę pić?)

 

Woda mineralna i woda źródlana w butelkach

Dietetyka chińska zasadniczo wcale nie stawia wody mineralnej nad źródlaną czy odwrotnie, bo znów …. to zależy. Osoby niedoborowe (osłabione, szczupłe, i suche) powinny sięgać po tę pierwszą, która dostarczy im właściwych minerałów. Osoby nadmiarowe (otyłe, z czerwoną twarzą, którym zwykle jest gorąco) oraz osoby w trakcie procesu oczyszczania (wypłukiwanie toksyn z organizmu) wody mineralnej nie potrzebują i spokojnie mogą pić wodę źródlaną.

Niezwykle ważną kwestią jest natomiast to w jakich butelkach kupujemy wodę czy to mineralną czy źródlaną. Moja ciocia, która od 30 lat mieszka w Niemczech twierdzi, że tam mało kto kupuje wodę w butelkach plastikowych ponieważ „każde niemieckie dziecko wie”, że substancja stosowana do zmiękczania plastiku, jest szkodliwa dla zdrowia. 

butelka PETU nas z kolei trudno jest dostać wodę w butelkach szklanych. Patrzę na te stosy plastikowych opakowań z wodą w środku, które stoją nierzadko miesiącami w różnych warunkach, w tym w upale i wierzyć mi się nie chce, że w środku nie zachodzą jakieś reakcje wody z plastikiem. Szczególnie gdy butelki takie stoją na słońcu.

Oczywiście plastik plastikowi nierówny. Zasadniczo, te oznaczane symbolem 2 (HDPE) i 5 (PP) są stosunkowo bezpieczne. Niestety absolutna większa część butelek plastikowych z wodą pitną to butelki PET (ang. polyethylene terephthalate), oznaczone symbolem 1.

Swojego czasu głośno było o badaniach niemieckich naukowców, którzy ustalili, że woda przechowywana w butelkach tego typu zawiera czynniki chemiczne o działaniu zbliżonym do estrogenów, zaburzając gospodarkę hormonalną. Substancja zmiękczająca plastik typu PET to bisfenol A, którą ostatnio naukowcy powiązali z podwyższonych ryzykiem zawału. Dodatkowo w procesie produkcji butelek PET używa się toksycznego trójtlenku antymonu, który w nadmiernym stężeniu ma działanie rakotwórcze.

Ryzyko wzrasta znacząco, gdy butelki z wodą są przechowywane w temperaturze przekraczającej 24 stopnie Celsjusza. To co się działo z butelką zanim trafiła do sklepów i jak i gdzie była przechowywana, jest dla nas – konsumentów, wielką niewiadomą.

Obecnie w zasadzie nie kupuję wody mineralnej w butelkach plastikowych, gdyż nie dostrzegam żadnej ich przewagi nad wodą z kranu. Nie są ani zdrowsze, ani smaczniejsze, ani bezpieczniejsze.

W okresie oczyszczeń, wtedy kiedy woda powinna być najwyższej jakości kupuję wodę w butelkach szklanych. Jest to jednak rozwiązanie drogie, tak więc tylko na ten specjalny okres, na co dzień wodą bazową pozostaje kranówka, która nie jest rozwiązaniem idealnym, ale po wielu analizach z mojej strony – optymalnym.

Gazowana czy niegazowana?

Jakąś wielką przeciwniczką wody gazowanej nie jestem. Szczególnie latem, lepiej gasi ona pragnienie, a dodatkowo dwutlenek węgla zabija bakterie, co w okresie letnim nie jest bez znaczenia. Jeśli CO2 w wodzie Ci nie przeszkadza (nie masz gazów, wzdęć czy innych problemów gastrycznych po jej wypiciu) pij na zdrowie!

 
Woda strukturyzowana

ice Woda strukturyzowana (melt water) to woda, która została zamrożona a następnie wróciła wolno do stanu płynnego. Tombak twierdzi, że woda strukturyzowana z roztopionego lodu jest najbardziej zbliżona do wody w warzywach, owocach i … naszym organizmie.

Latem wody strukturyzowanej nie piję, bo jest z tym zbyt dużo zachodu i nie mieści mi się w zamrażalce. Zimą często korzystam z dobrodziejstw wody strukturyzowanej, ponieważ jest ona łatwa do uzyskania. W czasie mrozu wystawiam na kilka godzin garnek z „odstaną” kranówką na zewnątrz a następnie wsadzam go do środka i pozwalam wodzie stopnieć. Ja wody nie gotuję, ale Tombak zaleca jej wcześniejsze przegotowanie. Taki garnek starcza mi akurat na jeden dzień. Rzeczywiście jest to bardzo dobra woda. Ostatnio widziałam właśnie taką wodę strukturyzowaną pod nazwą „melt water” w szklanej butelce w jednym z hipermarketów. To chyba dla tych wybitnie leniwych.

Podsumowanie:

  1. Rozważ za i przeciw wszystkich opcji i wybierz tę, która będzie optymalna dla Ciebie pod kątem czasochłonności, kosztów, no i oczywiście "zdrowotności". Rozważ picie wody z kranu, jeśli w Twojej okolicy jest ona dobra w myśl zasady "the best things in life are free" ;-)*.
  2. Unikaj wody sprzedawanej w butelkach plastikowych typu PET.
  3. Korzystaj z dobrodziejstw miejsc, w których bywasz. W górach pij ze strumieni górskich, w zdrojach pij wodę zdrojową, tam gdzie jest mróz pij wodę z lodu. 
  4. W okresie przeprowadzania oczyszczeń (całego organizmu, wątroby, jelit itp) zainwestuj w wodę najwyższej jakości, nawet jeśli będziesz musiał/-a za to sporo zapłacić. Od jakości wody, którą pijesz w tym okresie zależy cały proces oczyszczania. Nie powinna być to woda mocno zmineralizowana.
  5. Spróbuj pić wodę strukturyzowaną chociaż zimą, wtedy kiedy najłatwiej ją przygotować i sprawdź czy rzeczywiście będziesz się lepiej czuć. 

* Najlepsze rzeczy w życiu są za darmo

Zacznijmy od wody - cz. 1

Zacznijmy od wody - cz. 2

Share on Myspace
piątek, 28 listopad 2014 00:00

Zacznijmy od wody (cz. 2 - jaką wodę pić?)

 

Jestem jakiś czas po kuracji oczyszczania wątroby metodą Patrica Holforda z Instytutu Odżywiania Optymalnego w Londynie (czemu z dużym prawdopodobieństwem poświęcę oddzielny wpis), a w okresie wszelkich oczyszczeń kwestia wysokiej jakości wody jest wręcz fundamentalna, bo to ona odpowiada za prawidłowe wypłukiwanie z organizmu nagromadzonych i uwalniających się w trakcie kuracji - toksyn. 

Niestety dziś o dobrej jakości wodę jest trudno i naprawdę nie podejmuję się rozstrzygnąć po jaką wodę sięgać, bo jak zwykle … to zależy.

Spójrzmy na dostępne możliwości:

  • deszczówka
  • woda ze strumienia górskiego
  • woda kranowa
  • woda z własnej studni
  • woda oligoceńska
  • woda mineralna lub źródlana w butelkach plastikowych
  • woda mineralna w butelkach szklanych
  • woda źródlana w butelkach plastikowych
  • woda źródlana w butelkach szklanych
  • woda strukturyzowana (melt water)

Ponieważ, jak widać, opcji jest sporo, w tym wpisie omówię krótko pierwsze pięć, a w kolejnym pozostałe. 

Deszczówka

Deszczówkę  wykluczam od razu. Jest to woda, która zasadniczo zawiera zbyt mało minerałów, jest prawie zbliżona do wody destylowanej, a więc do picia nie powinno się jej używać. Ponieważ jest jednak miękka, jest świetna do prania, zmywania itp. Ponadto w dzisiejszym świecie kwaśnych deszczów picie deszczówki, w której może się znajdować siarka i azot może być po prostu bardzo dla nas szkodliwe.

Woda ze strumienia górskiego

girl

Chyba najlepsza woda jaką mogę sobie wyobrazić. Krystalicznie czysta, zimna i żywa. Pod warunkiem, że strumień nie jest skażony. Żyjemy w takim świecie w jakim żyjemy i nic już nie jest pewne. Chciałabym bardzo móc pić wodę ze sprawdzonego strumienia górskiego, niestety w górach bywam średnio raz w roku. Ci, którzy mają takie możliwości nie powinni się zastanawiać.

Kranówka/ filtrowana kranówka

Mieszkam w Warszawie i fakt, że w kranie mam wodę z Wisły przez wiele lat psychologicznie działał na mnie silnie hamująco, tzn. w napojach gorących korzystałam z kranówki po jej przegotowaniu, jednak nie piłam zimnej wody wprost z kranu. Tymczasem jakość wody w Warszawie znacząco się polepszyła dzięki modernizacjom filtrów warszawskich i w chwili obecnej spełnia ona wszystkie normy wody zdatnej do spożycia bez przegotowania. Jej jakość jest kontrolowana dwa razy dziennie. Są badania, które potwierdzają, że jakość wody kranowej w Warszawie jest często lepsza niż tych sprzedawanych w butelkach jako woda mineralna. Poza stolicą bywa jeszcze lepiej. Moi rodzice, którzy mieszkają w Olsztynie kranówkę pili zawsze, bo jest po prostu świetna, lepsza od wód butelkowanych.

girl

Ostatnio widać dosyć intensywną kampanię społeczną namawiającą do picia wody z kranu i zamawiania wody z kranu (za darmo) w restauracjach, tak jak dzieje się to od dawna w Europie Zachodniej. Podoba mi się. Osobiście od jakiegoś czasu piję wodę z kranu, nie jest to jedyna woda, jaką piję, ale w tej chwili moja woda bazowa. Nie jest to może rozwiązanie idealne, ale po rozważeniu za i przeciw optymalne w moim przypadku.

 

Jeszcze ciekawszym rozwiązaniem jest zamontowanie pod zlewem kuchennym porządnego filtra, czyszczącego kranówkę. Nie znam się na filtrach, wiem, że są bardzo różne i wybór nie jest łatwy. Wybierając filtr trzeba pamiętać, że wraz z zanieczyszczeniami może on usunąć z kranówki większość „dobrych” elementów i zbliżyć otrzymywaną w końcowym efekcie wodę do wody destylowanej (niekorzystnej). Dlatego dobrym rozwiązaniem są filtry najpierw oczyszczające a potem mineralizujące oczyszczoną wodę (najlepszą opinią od lat cieszą się filtry odwróconej osmozy, choć są też najdroższe). Myślę, że dobrej jakości filtr jest fajną alternatywą dla tych, którzy jednak kranówki wprost z kranu pić (z różnych względów) nie chcą.

Woda z własnej studni/ woda ze studni oligoceńskiej

Woda z własnej studni to fajne rozwiązanie, pod warunkiem, że się własną studnię ma. Jest to możliwe nawet w Warszawie, oglądałam kilka osiedli z własnym ujęciem wody. Niestety studnia, studni nie równa. Mamy skażone wody gruntowe, zwykłe studnie, w zależności od ich głębokości i miejsca posadowienia mogą dostarczać wody z zanieczyszczeniami chemicznymi lub bakteriologicznymi (częstą przyczyną skażenia studni jest nieszczelne szambo w pobliżu). Wodę ze studni trzeba więc bezwzględnie regularnie kontrolować. 

Ujęcia wody oligoceńskiej, które spotkać można w wielu miejscach w Warszawie i w innych miastach są o tyle lepsze, że woda oligoceńska jest wydobywana z dużo większej głębokości niż zwykłe studnie (ok. 200 m), a więc co do zasady nie powinna być zanieczyszczona wodami opadowymi i ściekami cywilizacyjnymi, a poza tym zawiera wiele składników mineralnych. Taka woda, z tego co sprawdziłam, jest kontrolowana 2 razy w miesiącu. Jednak jednocześnie tworzy świetne środowisko do rozwoju bakterii, w czasie jej niewłaściwego lub zbyt długiego przechowywania. Patrzę często na stałych bywalców ujęć wody oligoceńskiej, głównie starsze osoby, które przychodzą z plastikowymi 5-l butelkami po wodzie źródlanej i do nich wlewają wodę oligoceńską a następnie niosą to do domu, gdzie stoi ona nie wiadomo jak długo w butelkach PET i nie wydaje mi się to wcale a wcale dobrym rozwiązaniem.

W kolejnym wpisie będzie o wodach butelkowanych i wodzie strukturyzowanej.

Zacznijmy od wody - cz. 1

Zacznijmy od wody - cz. 3

Share on Myspace
piątek, 21 listopad 2014 00:00

Zdrowa szarlotka z mąki pełnoziarnistej

 

Składniki:
1,5 szklanki pełnoziarnistej mąki orkiszowej*
0,5 szklanki mąki ryżowej (z pełnoziarnistego ryżu)*
1 żółtko**
1 jajko**
100 g. masła w temperaturze pokojowej dobrej jakości bez ulepszaczy i barwników
4 łyżki cukru nierafinowanego
1 łyżka prawdziwego miodu***
1 łyżka jogurtu typu greckiego
1 łyżeczka kamienia winnego (eko proszek do pieczenia)
1-1,5 kg jabłek bio lub z własnego/ zaprzyjaźnionego sadu****
łyżka cynamonu
cukier nierafinowany do jabłek (opcjonalnie)

*proporcje mąk można oczywiście lekko zmienić, mąka ryżowa dodaje lekkości ciastu. Zastąpienie 0,5 szklanki mąki orkiszowej mąką żytnią spowoduje, że ciasto będzie trochę mniej puszyste. Zamiast orkiszu można użyć inne prastare rodzaje pszenicy, np. płaskurka czy kamut. Osobiście nie kupuję mąki tylko ziarna, które można przechowywać nawet 2 lata i mielę je w urządzeniu wysokoobrotowym na mąkę tuż przed użyciem).

** - ze stempelkiem 0 lub w ostateczności 1

*** - nie należy raczej kupować miodów „spoza UE”, bo ich jakość może być bardzo różna

**** - jabłka są niestety jednym z najbardziej zanieczyszczonych pestycydami owoców na świcie (wg. danych Environmental Working Group znajdują się nawet na pierwszym miejscu)

Jabłka pokroić w kostkę i podsmażyć na patelni z dodatkiem cynamonu, jeśli jabłka są bardzo kwaśne, można dodać cukier nierafinowany (opcjonalnie) lub inny „zdrowy” zastępnik do smaku.

Z wszystkich składników (za wyjątkiem jabłek) ugnieść w misce ciasto. Podzielić na 2/3 i 1/3. 1/3 wstawić do zamrażalki na kilkanaście minut. Resztą ciasta wyłożyć okrągłą formę do ciasta o średnicy 24 cm (natłuścić jeśli nie jest to forma silikonowa). Wyłożyć jabłka, na wierzch zetrzeć na tarce z grubymi oczkami ciasto z zamrażalki.

Piec w nagrzanym piekarniku w temperaturze 180 stopni przez ok. 30-35 min. Smacznego!

 

Share on Myspace
wtorek, 18 listopad 2014 00:00

Zacznijmy od wody (cz. 1 - ile?)

 

girl… jako, że 60-70 % nas to ona. Krótko mówiąc jakość większości Ciebie zależy od jakości wody, którą pijesz smile. A jeśli nie pijesz wody, tylko słodzone napoje gazowane to się nie dziw, że jakość Ciebie nie jest najlepsza.

Woda w naszym organizmie bierze udział w przeróżnych reakcjach biochemicznych, jest niezbędna do rozpuszczania, transportu i wchłaniania pokarmu, usuwania szkodliwych produktów przemiany materii z organizmu, reguluje temperaturę ciała oraz nawilża błony (np. gałki ocznej).

Może jest to oczywiste dla wielu, ale na wszelki wypadek zaznaczę, że napój napojowi nierówny i mówiąc o piciu wody mam na myśli wodę, ewentualnie napary, herbatki owocowe itp. Nie mam na myśli kawy, czarnej herbaty, słodzonych napojów gazowanych i niegazowanych – te wszystkie nie wliczają się do dziennego bilansu napojów, a najlepiej z nich zrezygnować w ogóle (choć filiżanka dobrej jakości kawy niektórym wręcz służy i wcale nie odwadnia). 

Ile pić?

Na temat ilości wody jaką powinniśmy spożywać dziennie narosło wiele mitów. Gdzieś tam pokutuje przekonanie, że dzienna minimalna dawka to 2 l, a im więcej tym lepiej.

To niestety wcale nie tak. Ilość wody jakiej potrzebuje nasz organizm jest wysoce indywidualną sprawą, zależną od naszej konstytucji, wieku, płci, warunków zewnętrznych i diety. Przykładowo mój mąż pije bardzo mało, pewnie z 1/4 tego co ja, ma piękną skórę, daleką od jakiegokolwiek wysuszenia i jest ogólnie okazem zdrowia. Ja natomiast ostatnio zaczęłam zliczać przyjmowane przeze mnie płyny w czasie dnia i wyszło mi na to, że piję za dużo, bo ok. 3 litrów dziennie. Biorąc pod uwagę, że moja dieta jest dietą głównie wegetariańską, wodę spożywam dodatkowo praktycznie z każdym posiłkiem w formie warzyw, więc de facto poziom spożycia wody przekraczał znacząco 3 l. A nadmiar spożywanej wody - o czym mało kto wie - może być niekorzystny, gdyż zmienia gospodarkę wodno-mineralną – płyny ustrojowe silnie się rozcieńczają i spada stężenie kluczowych jonów. Wierzcie lub nie, ale znane są przypadki śmiertelne związane z wypiciem zbyt dużej ilości wody w krótkim czasie.

Teraz (w okresie jesienno/zimowym) piję ok. 1-1,5 l płynów z czego połowa to woda a reszta to świeżo wyciskany sok i ciepłe napary (najczęściej z imbiru i pigwy). W menu zimowym mam jednak praktycznie zawsze obowiązkowo zupę.

Trzeba zatem obserwować własny organizm, a najlepiej robić notatki z tych obserwacji aby móc zdefiniować prawidłowości i poznać rzeczywiste potrzeby naszego ciała. Jeśli nie chce nam się pić i mamy normalną (nie wysuszoną) skórę nie ma konieczności katować się piciem wody na siłę. Pijmy wtedy gdy czujemy pragnienie.

Niemniej każdemu rekomenduję wypicie pierwszej szklanki wody tuż po przebudzeniu, gdyż w trakcie snu człowiek wypaca średnio właśnie tyle (wiem, że trudno w to uwierzyć). Taką szklankę wody w temperaturze pokojowej lub wręcz lekko ciepłej z dodatkiem połówki lub całej cytryny możesz pić w ciemno po obudzeniu się - twój organizm naprawdę jej potrzebuje a cytryna dodatkowo go zalkalizuje (zakwaszenie organizmu jest problemem absolutnej większości ludzi i prowadzi do wielu chorób cywilizacyjnych).

Warto również zaznaczyć, że przy odwodnieniu organizmu (wysuszeniu) picie czystej wody nie zawsze się sprawdzi, taka woda przeleci przez nas dosłownie, nie nawilżając nas wcale od wewnątrz. Wtedy warto sięgnąć po stare sprawdzone kompoty (bez rafinowanego cukru, ewentualnie z dodatkiem dobrej jakości miodu lub cukru nierafinowanego) lub świeżo wyciskane soki z dodatkiem siemienia lnianego, które zdecydowanie bardziej nas nawilżą.

Wiele osób myli głód z pragnieniem, w związku z tym sięga po jedzenie wtedy kiedy chce pić. Brzmi to trochę absurdalne, ale tak naprawdę dzieje się bardzo często. Dlatego, następnym razem gdy poczujesz, że masz ochotę coś przegryźć napij się wody i sprawdź czy Ci nie przejedzie po 15 minutach. 

Oprócz tych ogólnych wytycznych, jest jeszcze jedna dobra metoda ustalenia optymalnego dla nas poziomu płynów. Otóż część dietetyków zaleca obserwowanie własnego moczu, który zasadniczo powinien mieć kolor słomkowy. Kolor zbyt intensywny jest oznaką zbyt małego przyjmowania płynów, kolor zbyt jasny lub brak koloru oznacza, że pijemy za dużo.

Podsumowanie wink:

  1. Wyeliminuj spożycie słodzonych napojów (gazowanych i niegazowanych).
  2. Obserwuj potrzeby własnego organizmu w zakresie ilości przyjmowanych napojów i rób notatki.
  3. Następnym razem gdy powędrujesz do lodówki, zatrzymaj się i wypij szklankę wody. Poczekaj 15 minut i sprawdź czy Ci nie przeszło. 
  4. Sprawdzaj kolor swojego moczu, barwa słomkowa wskazuje na przyjmowanie płynów w optymalnej ilości.
  5. Jeśli czujesz się odwodniona/-y i masz wrażenie, że woda przelatuje przez Ciebie bez efektu nawilżenia wewnętrznego, sięgnij po domowe kompoty i świeżo wyciskane soki warzywne.

W kolejnym wpisie będzie o tym jaką wodę pić, to dopiero trudny temat smile. 

Zacznijmy od wody - cz. 2

Zacznijmy od wody - cz. 3

Share on Myspace


 

Zdrowie to jedynie kwestia nawyku,

wielu drobnych przyzwyczajeń,

które składają się na całość

a jedyną osobą, która może Cię uzdrowić

jesteś Ty sam.