user_mobilelogo

Licznik odwiedzin

© 2009-2015 by GPIUTMD

Wszystkie wpisy alfabetycznie

wtorek, 19 kwiecień 2016 00:00

Dieta a Rak - ABC

Cz. 5 Emocje

Kolejną potencjalną przyczyną choroby nowotworowej są problemy natury psychicznej. Przy czym zaznaczę jeszcze raz, że dokonany przeze mnie w tym artykule podział, miał rolę wyłącznie porządkową, gdyż wszystkie te przyczyny mogą się ze sobą łączyć, nachodzić na siebie a nawet wypływać jedna z drugiej.

Miesiąc temu brałam udział w dwudniowym specjalistycznym seminarium dotyczącym leczenia chorób nowotworowych wg. TCM, prowadzonym przez prof. Sun Peilina -  wybitnego chińskiego lekarza tradycyjnej medycyny chińskiej. Seminarium skierowane było do doświadczonych praktyków medycyny chińskiej w Polsce i obejmowało również superwizję, czyli obserwowanie procesu diagnozowania i dobierania leczenia dla pacjentów onkologicznych przez profesora. Wykorzystanie TCM w leczeniu chorob nowotworowych może polegać na wspomaganiu leczenia konwencjonalnego, łagodzeniu skutków leczenia konwencjonalnego lub leczeniu niezależnym (bez leczenia konwencjonalnego).

To co mnie niezwykle zaskoczyło to ilość czasu jaka została poświęcona omówieniu wpływu emocji na rozwój i przebieg choroby i tego ile razy było to powtórzone. Niby sprawa jest oczywista, bo dziś już nikt nie zaprzecza, że większość chorób ma swoje podłoże w psychice, ale rozebranie tej wiedzy na czynniki pierwsze nadal zaskakuje. Otóż każda emocja ma swoje odbicie w ciele, a każda zablokowana emocja (tj. taka, której nie pozwoliliśmy odpowiednio wybrzmieć tylko ją ukryliśmy) odkłada się w ciele w postaci blokady (np. napięcia mięśniowego).

Tradycyjnie przyjmuje się, że osoby, które silnie przeżywają emocje, ale ich nie uzewnętrzniają (duszą w sobie, chowają do wnętrza) to typowi kandydaci do wyhodowania sobie raka. Z kolei osoby, które również silnie przeżywają emocje, ale je uzewnętrzniają (wściekają się, krzyczą, zachowują jak furiaci) to kandydaci do tzw. incydentów wieńcowych (zawałów/udarów). To oczywiście znaczne uproszczenie, ale zdecydowanie coś jest na rzeczy. Są podejmowane próby powiązania konkretnych chorób z konkretnymi dolegliwościami. Najbardziej chyba znaną prekursorką tego ruchu jest Louise Hay i jej sztandarowa książka „Możesz uzdrowić swoje życie”, w której łączy konkretne dolegliwości z długotrwale odczuwanymi konkretnymi problemami na tle psychicznym.

W TCM już kilka tysięcy lat temu powiązano pewne choroby z emocjami lub nadmiernymi emocjami (7 niszczących emocji wg. TCM to gniew, strach, niepokój/radość, smutek, żal, nadmierne myślenie, zaskoczenie/przerażenia).

Dwa tysiące lat temu rzymski lekarz Galien napisał, że szczególnie podatni na zapdnięcie na poważną chorobę są ludzie w depresji.

Wracając do superwizji u prof. Peilina – jedna z pacjentek ok. 7 lat przed zachorowaniem miała bardzo trudny okres życiowy, w którym dominującymi emocjami były u niej poczucie bezradności i niemocy na przemian z żalem i poczuciem skrzywdzenia. Ponieważ przyjmuje się, że guz nowotworowy potrzebuje średnio ok. 7 lat aby się uformować z pierwszych komórek nowotworowych – w przypadku tej pacjentki sprawa była dosyć oczywista.

Wielu pacjentów onkologicznych jest w stanie połączyć precyzyjnie pewne bardzo trudne wydarzenia ze swojego życia z momentem zachorowania na chorobę nowotworową.

Wracając do superwizji, niestety wynikało z niej, że pacjentka nie przerobiła pewnych tematów do dziś, nadal jest w niej dużo żalu, urazy do konkrentnej osoby, poczucia bycia skrzywdzoną, ba pielęgnuje te uczucia w sobie regularnie i robi wszystko żeby nie odeszły. Nic dziwnego, że na płaszczyźnie fizycznej rak powraca po każdej kolejnej chemioterapii i obecnie ma trzeci nawrót :-(. „Gdy Ty rozpaczasz, oni tańczą walca”. Twoja złość, frustracja niczego nie zmienia a szkodzi Ci nie tylko na przysłowiową urodę, ale i na zdrowie.

Inny klasyk i lektura obowiązkowa nie tylko dla nowotworowców, ale dla każdego zainteresowanego rozwojem człowieka to „Siła czy Moc” Davida Hawkinsa. W skrócie rzecz ujmując ten światowej sławy psychiatra przez ponad 20 lat pracy prowadził badania nad emocjami i odpowiadającymi im wibracjami o charakterze energetycznym (elektrycznym) w ciele człowieka. Oprócz tego, że składamy się z materii, jesteśmy bankiem energii - każda komórka naszego ciała składa się z atomów, każdy zaś atom składa się z jądra i krążących wokół niego elektronów o określonej wibracji. Przeżywane przez nas emocje wpływają na poziom wibracji atomów, z których jesteśmy zbudowani. W stworzonej przez siebie na podstawie wykonanych pomiarów tysięcy pacjentów skali Hawkin nadał poszczególnym emocjom określone wartości wibracyjne. Punktem krytycznym jest poziom 200 (odwaga), powyżej którego znajdują się emocje korzystne dla zdrowia takie jak neutralność, ochota, akceptacja, rozsądek, miłość, radość, pokój, oświecenie.

Wszystko co znajduje się poniżej 200 (duma, złość, pożądanie, strach, żal, apatia, poczucie winy, wstyd) to emocje niekorzystne, fatalnie wpływające na nasze zdrowie. Wstyd jest najgorszą, najniższą energetycznie emocją. Długotrwałe utrzymywanie wibracji poniżej 200 jest prostą drogą do zachorowania na raka. Im niższa wibracja, tym gorzej. Oczywiście tak jak przy odżywianiu istotne jest jak się zwykle żywisz, a nie to czy od czasu do czasu zdarzy Ci się odstępstwo, podobnie jest tu – życie przynosi różne, czasem bardzo trudne doświadczenia, które wiążą się z negatywnymi emocjami, które powodują, że schodzimy poniżej granicy 200. Problem pojawia się wtedy, gdy emocje te utrzymują się zbyt długo i stają się emocjami dominującymi.

Należy dążyć po pierwsze do tego, żeby emocje nie były nieadekwatnie silne do sytuacji, a po drugie – aby nie utrzymywały się przesadnie długo.

Nadmiernie intensywne emocje są złe, zmieniają mocno biochemię organizmu, wpływając m.in. na obniżenie odporności, powstanie stanów zapalnych. Istnieje cała odrębna dziedzina zwana psychoneuroimmunologią badająca właśnie te zależności. Przykre jest zatem to, że część naszych rodzimych lekarzy kompletnie nie widzi związku między psychiką a rakiem.

Naukowcy z Uniwersytetu Kalifornijskiego w San Francisco (Lydia Temoshok i Andrew Kneier) badali reakcje emocjonalne u pacjentów chorych na raka na serwowane im słabe impulsy elektryczne i prosili pacjentów o opisanie jak się czuli. Z pomiarów wynikało niezbicie, że pacjenci nowotworowi reagowali znacznie silniej i bardziej cierpieli mentalnie niż ci bez chorób nowotworowych. W tej samej sytuacji nienowotworowcy twierdzili np., że przyjemne to nie jest, ale da się wytrzymać, zaś reakcje nowotworowców były znacznie bardziej intensywne emocjonalnie ("potworne", "okropne" itp.). Na tej podstawie sformułowano wniosek, że osoby nadmiernie wrażliwe i reagujące silniej niż przeciętny człowiek na różne trudne zdarzenia mogą mieć większe predyspozycje do zapadnięcia na chorobę nowotworową. Inną ciekawą kwestią, która wyszła w przypadku tego badania była korelacja braku poczucia szczęścia w dzieciństwie z chorobami nowotworowymi – praktycznie żaden z pacjentów nowotworowych nie potwierdził, że miał szczęśliwe dzieciństwo.

Nie oznacza to oczywiście, że mamy pozbyć się emocji. Byłoby to nienaturalne i dziwne. Chodzi o to aby były one adekwatne do sytuacji. Jak kamień wrzucony do wody, który zaburza jej idealną gładkość tworząc kręgi (zdenerwowania) na wodzie. Mały kamień powinien spowodować wytworzenie kilku małych okręgów, które szybko znikną, duży kamień – wytworzy większe okręgi i więcej czasu minie zanim woda znów się uspokoi. I to jest naturalne i zgodne z naturą. Problem pojawia się wtedy, gdy mały kamień wytwarza fale jak na Bałtyku przy 10 stopniach w skali Beauforta a czasem wręcz jak Tsunami. Cholerycy zaleją falą tego, który się akurat napatoczy, nowotworowcy te fale i sztorm ukryją w środku, upchną, zamiotą pod dywan, nie pozwalają „wybrzmieć”. Metaforycznie rzecz ujmując takie schowane, poupychane, wyparte bardzo silne emocje (frustracja, niewyrażony gniew, chowanie urazy, rozpamiętywanie, żal) zaczynają się kumulować aby w którymś momencie zamanifestować się już w fizycznej formie guza. Pisałam kiedyś w tym artykule, że jakość naszego życia zależy od jakości naszego trafienia, rozumianego nie tylko na płaszczyźnie fizycznej, ale i na płaszczyźnie psychicznej. Jeśli na poziomie psychicznym dochodzi do niestrawności, bardzo łatwo o poważną chorobę.

Oczywiście łatwiej powiedzieć niż zrobić. Osoba ulegająca nadmiernym emocjom nie jest w stanie ich kontrolować gdy w nie wpada. Nawet jak będzie wiedzieć na poziomie świadomym, że są one zgubne to gdy się pojawią niewiele będzie w stanie z nimi zrobić. Dlatego niezbędna jest praca według wybranej techniki dla łagodzenia reakcji. Jest to praca długotrwała, żmudna i trudna, ale niezbędna. Doskonałe wyniki przynosi np. medytacja.

Wrcając do TCM, nowotwory, których praprzyczyną są emocje zaczynają się w Wątrobie. Nadmiernie przeżywane emocje zakłócają swobodny przepływ Qi w wątrobie, a w konsekwencji w całym ciele, powodując tzw. zastój Qi w wątrobie, w meridianach a następnie w Śledzionie. To prowadzi do zastoju Krwi (zaburzenie menstruacji, PSM, krwiaki, mięśniaki, guzki) i dysfunkcji Śledziony.

Zastój Qi w Wątrobie jest jedynym wzorcem patologii w medycynie chińskiej, którego samym odżywianiem wyleczyć się nie da. Niemniej korzystne są koper włoski, mięta, śliwki, rzodkiewka, sezam, imbir, czosnej, pieprz (wszystko co porusza Qi). Pomocne są zioła, ale zawsze potrzebna jest praca z emocjami, najlepiej przez ciało (taniec, działania kreatywne, grupy wsparcia gdzie można się wygadać, refleksoterapia, qi gong, tai qi, joga itp.)

 

Mieszanka ziołowa na zastój Qi w wątrobie:

5 g liści mięty piperzowej, 5 g. kwiatu nagietka, 5 g skórki pomarańczowej, 10 g ziela krwawnika, 3 g. lukrecji

 

Tak więc praca domowa przy chorobie nowotworowej to nie tylko detoksykacja, usunięcie stanów zapalnych, odkwaszenie, pozbycie się metali ciężkich, zmiana diety ale również (a kto wie - może nawet przede wszystkim) praca z uporządkowaniem i przejęciem kontroli nad emocjami. Nie każdy nowotwór musi mieć podłoże psychologiczne, jednak zawsze warto się przyjrzeć czy aby na pewno w danym konkretnym przypadku nie ma tu nic do zrobienia.

Share on Myspace

 

środa, 18 listopad 2015 00:00

Dieta a Rak - ABC

Cz. 4 Zakwaszenie organizmu 

 

Kolejnym (po wykryciu i usunięciu stanów zapalnych w organizmie) krokiem w leczeniu i prewencji nowotworów jest odkwaszenie organizmu. Przy czym trudno mówić tu stricte o kolejności kroków, bo w zasadzie dieta antyzapalna będzie również w znacznej mierze dietą odkwaszającą.

Na temat powszechnego zakwaszenia mówi i pisze się ostatnio sporo, ale mimo to, temat nie jest powszechnie zrozumiany. W tym artykule postaram się go nieco przybliżyć, najprościej jak się da i w kontekście choroby nowotworowej, choć trzeba sobie jasno powiedzieć, że nie tylko rak ale i wiele innych chorób cywilizacyjnych może mieć swoje źródło w zakwaszonym organizmie, żeby wspomnieć tu choćby choroby układu krążenia, niewydolność nerek, dnę moczanową czy osteoporozę. Nadkwaśność jest bowiem poważnym zakłóceniem równowago organizmu i organizm próbuje sobie z tym radzić jak może. Działając w trybie detoksykacji i usuwania odpadów, stale przeciążony, nie może realizować swoich zadań na rzecz pozostałych części ciała, więc je zaniedbuje, skupiając się na tym co w tej chwili najważniejsze (niedopuszczenie do śmiertelnego zakwaszenia). W ten sposób dochodzi do rozwoju poważnych stanów chorobowych w różnych częściach ciała.

Równowaga kwasowo-zasadowa

Nasze ciało jest tak zbudowane, że każda jego część ma swoje optymalne pH. I tak żołądek musi być bardzo kwaśny aby prawidłowo funkcjonować, o czym pisałam tu, ale już skóra np. lekko kwaśny odczyn 5,5 pH. Natomiast pozostałe części ciała, w tym krew powinny mieć lekko zasadowy odczyn (7-7,5).

Liczne badania wykazują, że absolutna większość osób, które zachorowały na nowotwór miało za niskie (zbyt kwaśne) pH organizmu. Podobną korelację można zaobserwować przy wielu innych chorobach cywilizacyjnych. Trudno bowiem wskazać choćby jedną reakcję chemiczną w organizmie, na którą nadmierne zakwaszenie nie miałoby negatywnego wpływu.

Trzeba sobie jasno powiedzieć, że problem zakwaszenia organizmu jest powszechnym problemem w państwach wyżej rozwiniętych (nadmiarowych), czyli również i w Polsce.

Alejandro Junger, podobnie jak w hermetycy, uważa, że „jak na górze tak na dole” i „jak wewnątrz tak na zewnątrz”. Organizm każdego człowieka jest mikroczęścią planety; lasy - płucami, rzeki – tętnicami, ludzie – pojedynczymi komórkami. Pogląd też ładnie wpisuje się również w koncepcję holograficznego wszechświata Davida Bohma i Karla Pribrama (każda część całości zawiera w sobie całość).

Nic zatem dziwnego, że dotyka nas problem powszechnego zakwaszenia organizmu, podobnie jak na poziomie planety obserwujemy niekorzystne zjawisko zakwaszenia środowiska czyli postępującego zmniejszania się wartości pH poszczególnych jego elementów, w tym ekosystemów leśnych i wodnych.

Przyczyny zakwaszenia organizmu

I tak, zaczynając od dietetycznych, zakwaszają organizm:

- duże ilości białka zwierzęcego

- pokarmy śluzotwórcze - śluz ma kwaśny odczyn; pokarmami, które spożywane w nadmiarze prowadzą do powstania śluzu są np. banany, daktyle, majonezy, sery pleśniowe i ogólnie wszystko o śluzowatej strukturze

 - nabiał

 - nadmiar zbóż, szczególnie pszenicy

 - alkohol

 - orzechy

 - ryż

 - słodkie ziemniaki

 - niedojrzałe owoce

 - słodycze

Czy to oznacza, że wszystkie powyższe są niezdrowe? Oczywiście nie. Oznacza to tylko, że należy zachować umiar w ich spożyciu i stosować dietę zbilansowaną, tak aby zapewnić odpowiednią ilość pokarmów alkalizujących.

Alkalizująco działają:

- proso (kasza jaglana)

- większość dojrzałych owoców

- większość warzyw

- jęczmień

- gryka

- fasole (zwłaszcza adzuki)

- orzechy brazylijskie (przy czym przy chorobach nowotworowych powinno się spożywać ich minimalną ilość albo wcale nie jeść)

- miód

Czy to oznacza, że powyższe produkty można jeść bez opamiętania? Oczywiście nie. Znowu trzeba zachować umiar i pamiętać, że nawet jeśli nas nie zakwaszą to brak umiaru w ich konsumpcji spowoduje inne skutki (np. zbyt dużo owoców czy miodu mogą prowadzić do niealkoholowego stłuszczenia wątroby, o czym pisałam tu).

Pozadietetycznymi czynnikami zakwaszającymi organizm są stres, brak wystarczającej ilości snu, przyjmowanie stale lekarstw, brak ruchu (niedotlenienie). Wydawałoby się, że oddychanie to najprostsza rzecz pod słońcem. Niestety, żeby tlen dotarł do każdej komórki, musi pokonać około 6 różnych barier, a więc wcale nie jest to taka prosta i oczywista sprawa. Niedotlenienie komórki wprowadzi wprost do raka.

„Nie znam choroby, u podstaw której nie leżałoby niedotlenienie komórek” 

powiedział dr Otto Heinrich  Warburg (1883-1970), niemiecki biochemik, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie medycyny za odkrycie budowy i działania enzymów oddechowych.

Co to oznacza w praktyce? Że ruch fizyczny trzeba połączyć z oddychaniem świeżym powietrzem, a zatem „wyciskanie” w klimatyzowanej siłowni nie spełnia tych wymogów. Lepiej przejść się piechotą do kiosku i pooddychać świadomie przez te 15 minut niż kisić się w klimatyzowanej siłowni. Co więcej, w miastach o dobrej jakości, czyste powietrze z prawidłową proporcją stężenia tlenu jest trudno, warto więc regularnie jeździć tam gdzie jest więcej tlenu, albo przynajmniej chodzić do lasu.

Test zakwaszenia

Jak sprawdzić czy mamy zakwaszony organizm? Domowa metoda polega na kupieniu papierków lakmusowych w sklepie chemicznym (lub online) z przedziału 5,6-8,00 a nie 1-14 gdyż dla naszych potrzeb będą dużo dokładniejsze. Taki papierek lakmusowy kładziemy rano po przebudzeniu na języku lub siusiamy na niego pierwszym, porannym moczem. I patrzymy na kolor, który powie nam jakie jest pH naszych wydzielin. Jeśli jest zbyt niskie – trzeba się tym poważnie zainteresować. Mając już papierek lakmusowy, warto sprawdzić też pH Waszej wody z kranu, gdyż są tu znaczące różnice i duża część wód ma pH kwasowe lub na pograniczu. Alkalizowanie wody czy to jonizatorami czy kropelkami jest zdecydowanie warte rozważenia.

Picie sody, picie wody z cytryną i inne domowe mikstury

O co chodzi z tą cytryną – przecież jest kwaśna a poleca się ją na odkwaszenie organizmu? Wytłumaczenie jest proste: niektóre produkty zawierają kwasy lub zasady (w postaci rozpuszczalnych soli), inne zaś działają kwaso- i zasadotwórczo dopiero w organizmie. Kwaskowata cytryna działa w organizmie zasadotwórczo. Szklanka ciepłej wody z cytryną, ze szczyptą soli himalajskiej rano (po teście pH) jest świetnym i zdrowym początkiem dnia – nawadniamy, mineralizujemy i odkwaszamy w jednym.

Dieta alkaliczna

Jeśli wychodzi nam, że nasz organizm ma zbyt niskie pH - trzeba przejść na dietę alkalizującą. Ponieważ, jak wspominałam powyżej przyczyny zakwaszenia mogą być pozadietetyczne (stres, niedospanie, brak ruchu) – dietę uzupełniamy o odpowiednie zmiany stylu życia w tym zakresie.

Prostą ale niełatwą dietą fantastycznie alkalizującą organizm jest następujący program codzienny:

  1. kasza jaglana, ziemniaki
  2. dowolne warzywa gotowane na parze, za wyjątkiem szpinaku, szczawiu i rabarbaru
  3. olej lniany
  4. kiszonki

Osiem tygodni takiego jedzenia fantastycznie alkalizuje organizm, oczyszczając go z frakcji tłuszczów i białka. Jest to jednak bardzo męcząca i trudna dieta. Przy prewencji, można sobie np. zrobić taki weekend, albo stale jeden dzień w tygodniu.

Opisywane przeze mnie programy oczyszczania (tu) i antypasożytniczy (tu) również prowadzą do zalkalizowania organizmu – efekt ten wystąpi przy okazji, nie trzeba oddzielne przechodzić na specjalną dietę, która ma słowo „alkaliczna” w nazwie.

Zróbcie test i jeśli wyjdzie źle, zacznijcie odkwaszanie organizmu. Prezentowane powyżej metody to tylko niektóre z wielu. Z naszej rodzimej literatury polecam pozycję „Alkaliczny styl życia” Beaty Sokołowskiej, zresztą mojej współkursantki w szkole dietetyki tradycyjnej medycyny chińskiej.

Share on Myspace

poniedziałek, 07 wrzesień 2015 00:00

Sprawdź swój kosmetyk

Jak w łatwy sposób przekonać się czy skład Twojego kosmetyku nie jest szkodliwy – instrukcja krok po kroku

 

Dziś opiszę jak samodzielnie sprawdzić skład kosmetyku, nie będąc chemikiem i mając – oględnie rzecz ujmując – przeciętne pojęcie o łacińskiej terminologii składów chemicznych.

Gdy kilka lat temu odkryłam narzędzie, które dziś opiszę, ¾ mojej łazienki wylądowało w koszu. Ileż to rozczarowań wówczas przeżyłam, w ciągu kilku dni testowania! Ile firm, które uważałam za dobre i porządne na zawsze straciło moje zaufanie. Uważajcie, bo i Wam to grozi. Jednak wiedza i świadomość są warte każdej ceny, nawet a może raczej przede wszystkim utraty zaufania :-).

Narzędzie do samodzielnej analizy składu kosmetyku jest udostępniane przez amerykańską organizację non-profit Environmental Working Group. Ogólnie rzecz biorąc robią kawał dobrej roboty.

Nie wiem czy istnieją inne tego typu narzędzia, ja w każdym bądź razie na nie nie trafiłam i korzystam z tego. Nie jest może idealne (o czym dalej), ale zdecydowanie najlepsze, jakie znam :-).

Każdy wprowadzony do analizy kosmetyk jest rozkładany na czynniki pierwsze, po czym jest wystawiana ocena całościowa, zobrazowana dodatkowo kolorami. 

Zielony (punktacja 0-2) oznacza, że kosmetyk jest bezpieczny, „zielony”. Kosmetyk z punktacją 3-5 w kolorze pomarańczowym, to produkt neutralny (ale np. mnie to nie wystarcza aby taki kosmetyk kupić, kupuję tylko zielone). Punkty 6-9 oznaczone na czerwono oznaczają, że kosmetyk jest najnormalniej w świecie niebezpieczny.  

Punktacja całkowita to oczywiście nie wszystko. System podaje analizę wszystkich składników i może być tak, że przy 30 składnikach 26 jest „zielonych”, ale dwa czy trzy fatalne. Ostatecznie ocena całościowa nie będzie najgorsza (bo jest wypadkową wszystkich), ale dla mnie jakikolwiek składnik, który nie jest sam w sobie oceniony jako bezpieczny dyskwalifikuje cały kosmetyk, nawet jeśli obok niego będzie 25 innych, dobrych.

Inną bardzo ciekawą funkcją jest to, że w podsumowaniu system pokazuje nam podział na tzw. ogólne bezpieczeństwo, zagrożenie rakiem, toksyczność wpływającą na rozwój i płodność, alergie i system odpornościowy.

Tak więc spójrzmy jak to działa:

Wchodzimy na stronę http://www.ewg.org/skindeep

Narzędzie jest w j. angielskim, jeśli ktoś zupełnie sobie nie radzi, warto skorzystać z automatycznego tłumaczenia stron na polski (wtyczka).

Strona wymaga jednorazowej rejestracji, zróbcie to, bo warto. W prawym górnym rogu wciskamy „build your own report”/„zbuduj swój własny raport”

Otwiera nam się okno logowania, wybieramy: „Login/register”/"Logowanie/rejestracja”. Po zarejestrowaniu i potwierdzeniu adresu e-mail możemy korzystać z narzędzia.

Po zalogowaniu pojawia nam się takie okno:

 

 

System sugeruje nam zmianę hasła:

 

Ignorujemy to. Klikamy w „Get started now: Build your own product report”/ "Teraz rozpocznij. Zbuduj swój własny raport o produkcie

Otwiera nam się pierwsze z czterech okien, które wypełniamy.

 

 

 

Pierwsza rubryka „Product name”/ „Nazwa produktu” zawiera rozwijaną listę, ale ponieważ jest to baza amerykańska jest w niej niewielka ilość produktów europejskich i znikoma polskich. Dlatego najczęściej wpisujemy tu po prostu nazwę kosmetyku, np. "Szampon XYZ do włosów jasnych z jarzębiną".

Druga rubryka „Product directions”/ „Sposób użycia” klikamy „directions not available”

Trzecia rubryka „Product categorization”/ "Kategoryzacja produktu" – wystarczy, że wybierzemy jedną z rozwijanej listy. Z tym jest trochę problemu, bo dostępna ilość jest spora i trzeba to wszystko przewinąć. Na szczęście jeśli pomylimy się z kategoryzacji to nic wielkiego się nie stanie.

Czwartą rubrykę „Product package text/claims”/ „Zastrzeżenia na opakowaniu” – możemy pominąć. Podobnie piątą i szóstą rubrykę „Product indications” i „Product warnings”:

Siódma rubryka „INGREDIENTS EXACTLY AS LISTED ON THE LABEL” jest najważniejsza. Tu wklejamy skład naszego kosmetyku. Skład większości kosmetyków (tzw. INCI) można znaleźć na stronie producenta lub w sklepach internetowych, wówczas nasze zadanie sprowadza się do jego skopiowania ze strony i wklejenia do rubryki (copy&paste). Jeśli opisu składu nie znaleźliśmy w sieci, a bardzo chcemy sprawdzić czy kosmetyk jest dobry, czeka nas żmudne, ręczne wpisywanie składników. Trzeba tu mocno uważać, bo w nazwach łacińskich bardzo łatwo o pomyłkę.

Składniki powinny być rozdzielone średnikami, ale jeśli wpiszemy przecinki (,) system automatycznie zamieni je na średniki (;), więc tym na szczęście nie należy się przejmować. Jednak na tym etapie (wpisywania składników) może się zdarzyć trochę „zabawy”. Po pierwsze, system nie czyta znaku „*”, tymczasem znak ten często jest używany w składach organicznych, dla oznaczenia składników z bio-upraw. Takie gwiazdki (*) trzeba z opisu ręcznie usunąć. Po drugie, wszelkie nazwy polskie (notabene występujące bardzo rzadko w składach, tu króluje łacina :-)) – też trzeba usunąć. Trzecim często występującym problemem, szczególnie w sytuacji gdy sami wklepujemy w rubrykę składniki z opakowania; są literówki, których system niestety nie potrafi automatycznie skorygować. Każda literówka powoduje, że system nie rozpozna składnika. Wtedy należy na przeglądarce wcisnąć przycisk „wstecz” i poprawić opis. WAŻNE: jeśli literówek jest więcej, warto zapisać i korygować skład w edytorze tekstu a później go wkleić, bo sam przycisk wstecz może się nie sprawdzić.

Gdy skład już mamy wpisany klikamy „save & continue to step 2"/"zachowaj i przejdź do kroku 2"

Otwiera nam się kolejne okno (dane przykładowe):

To wszystko wygląda na dosyć skomplikowane, ale tak naprawdę ważne jest to co w ramce czyli spis składników. Jeśli wszystko się zgadza i jest porozdzielane średnikami klikamy na „save & continue to step 3”/"zachowaj i przejdź do kroku 3".

Jeśli wszystkie składniki zostały poprawnie dodane i rozpoznane kolejne okno będzie wyglądać mniej więcej tak:

 

Każdy składnik jest wyszczególniony a system prosi nas o podanie procentowej zawartości każdego z nich. Ponieważ te informacje zwykle nie są podane na etykiecie, nie trzeba wypełniać tej rubryki. Proponuję również nie ruszać rubryki środkowej (N/A), odnoszącej się konkretnie do amerykańskich uregulowań. W trzeciej rubryce, jeśli mamy ochotę można zaznaczyć informacje dodatkowe o każdym ze składników, np. że jest pochodzenia organicznego. Jeśli nie jest, nie zaznaczamy.

Jeśli natomiast wystąpiły jakieś błędy na etapie kroku 2 strona może wyglądać tak:

U góry ("Ingredients not found in the database"/"Składniki nie odnalezione w bazie") system wskazuje, jakich składników nie zidentyfikował. Najprawdopodobniej wpisałeś je z literówką. Obok takiego niezidentyfikowanego składnika jest rozwijana lista:

 

 Na liście czasem (bardzo rzadko) znajduje się podpowiedź jaki to mógłby być składnik, ale najczęściej jedyną dostępną opcją jest "none of the above"/"żadne z powyższych". W tej sytuacji nie należy tego wciskać tylko wcisnąć w przegląrce przycisk wstecz do kroku 2 i poprawić literówki, tak jak już pisałam, korzystając z edytora tekstu. Poprawiony o literówki skład wklejamy ponownie i klikamy na "zachowaj i przejdź do kroku 3". Jeśli poprawiliśmy wszystko teraz nie powinno być problemu i rubryka "Ingredients not found in the database" w ogóle nie powinna się pojawić. Gdyby tak się zdarzyło, że mamy pewność, że składnik został wpisany poprawnie, a system nadal go nie identyfikuje, oznacza to, że może to być rzeczywiście składnik spoza bazy, wówczas wybieramy "none of the above"/ "żaden z powyższych". Przy analizie zostanie on pominięty.

Gdy wszystko jest już uzupełnione klikamy na "save&continue to step 4"/"zachowaj i przejdź do kroku 4".

Krok 4 wygląda tak:

i jest podziękowaniem za dodanie produktu. Trzeba kliknąć na "View your product report"/"Zobacz swój raport o produkcie" i dopiero wtedy otwiera nam się finalne okno, które nas interesuje. W przypadku testowym, który sprawdzałam na potrzeby tego artykułu wygląda ono tak:

 

U góry po lewej stronie jest ocena całościowa, w tym przypadku "4" czyli neutralnie. Po prawej u góry podsumowanie produktu pod kątem ogólnego bezpieczeństwa, zagrożenia rakiem, toksyczności wpływającą na rozwój i płodność, alergii i wpływu na system odpornościowy. Jak widać analizowany kosmetyk nie jest kancerogenny, natomiast może alergizować. 

Poniżej jest opis każdego ze składników wraz z oceną, którą możemy sobie prześledzić szczegółowo. I co ważne, więc podkreślę to jeszcze raz, taka analiza pozostaje w naszym profilu i możemy do niej wrócić. Nie zauważyłam żadnych limitów ilościowych, a sama w ten sposób sprawdziłam już ponad 200 kosmetyków. 

Uwagi i problemy:

Jak już pisałam system nie jest idealny i nie wolno wyłączyć myślenia. Oprócz opisanych już powyżej literówek, z którymi sobie nie radzi i które trzeba żmudnie ręcznie poprawiać chcę zwrócić uwagę na jedną kwestię. Otóż moim zdaniem niektóre składniki są bardzo surowo zakwalifikowane. Szczególnie źle system ocenia "frangrance/ parfum" czyli zapachy i nic dziwnego jeśli chodzi o zapachy syntetyczne. Natomiast kosmetyki aromatyzowane naturalnymi olejkami eterycznymi, jakich używam, moim zdaniem powinny być traktowane łagodniej. System jednak ostro je ocenia wskazując, że mogą być mocno alergizujące. Wszystko się zgadza, ale w przypadku niealergika, jak ja, gdzie tak niewielka ilość olejku eterycznego (kilka kropel) na kosmetyk nie czyni nic oprócz przyjemnego zapachu, ta ocena nie znajduje uzasadnienia. Sam fakt aromatyzowania olejkami eterycznymi kosmetyku już skazuje go na wypadnięcie z grupy "zielonych". Dlatego dla moich potrzeb, w ogóle nie wpisuję olejków eterycznych do analizy składu, bo mi fałszuje obraz kosmetyku.

Podobnie uważam, że kwas mlekowy (bądź co bądź naturalna substancja) jest potraktowany lekko niesprawiedliwie pomarańczową czwórką. Wolę jednak taką nadmierną gorliwość w demaskowaniu złych składów, niż naciąganie "w górę" substancji szkodliwych. Warto więc pamiętać, że system podejdzie raczej ostrożnościowo i uzna za niebezpieczny składnik bezpieczny niż odwrotnie. Jak zawsze, myślenia wyłączać nie wolno, jeśli macie jakieś watpliwości co do konkretnego składnika poszukajcie w sieci dodatkowych informacji, żeby mieć wewnętrzną pewność.

Mam nadzieję, że ten wpis pomoże wielu przejrzeć na oczy jeśli chodzi o kosmetyki, których używa się na co dzień, szczególnie te drogeryjno-marketowe, sprawiające wrażenie zdrowych i naturalnych. Pamiętajcie, że to co kładziemy na skórę dostaje się do wnętrza organizmu. Pamiętajcie również, że to my, jako konsumenci decydujemy co będzie sprzedawane a co nie. Jeśli przestaniemy kupować śmieci (tyczy się to nie tylko kosmetyków), przestaną nam oferować śmieci.

Życzę Wam wielu trafnych wyborów kosmetycznych!

Share on Myspace

 

poniedziałek, 17 sierpień 2015 00:00

Odżywianie sensu largo

Odżywianie to nie tylko to co kładziemy na talerz. To także każda substancja, którą wklepujemy w skórę, nakładamy na włosy i wyciskamy na szczoteczkę do zębów. Stara ajurwedyjska zasada głosi, że nie powinno się kłaść na swoje ciało niczego, czego nie dałoby się zjeść. I podpisuję się pod tym rękami i nogami.

Nasza skóra to od 1,5 do 2 m2 powierzchni przez którą oddychamy, wydalamy co zbędne ale i chłoniemy to, co znajduje się na zewnątrz. Ogromna ilość substancji, jak na przykład magnez, jest zdecydowanie lepiej przyswajalna transdermalnie niż przez układ pokarmowy, dlatego przy brakach magnezu, lepiej się wykąpać w wodzie z dodatkiem chlorku magnezu lub siarczanu magnezu (czyli soli Epsom) niż niepotrzebnie łykać tabletki, z których wchłania się zaledwie kilka procent zawartego tam tego pierwiastka.

A z tego prosty wniosek, że przez pory skóry wchłaniamy bardzo dużo, więcej niż nam się wydaje. I błędem jest zakładanie, że to co stosujemy zewnętrznie (kosmetyki) nie dostaje się do wewnątrz organizmu albo dostaje w minimalnej ilości. Prawda jest zgoła inna.

Zauważyłam, że przeważająca ilość osób nadal wierzy w opiekę systemu nad ich zdrowiem. Ta wiara sprowadza się do przekonania, że gdyby coś rzeczywiście było dla naszego zdrowia niekorzystne, byłoby prawnie zakazane.

Nie chcę wchodzić tu w dłuższe i głębsze rozważania filozoficzne na temat tego co rządzi naszym światem i od razu napiszę, że jest to przede wszystkim kasa. Chęć sprzedaży produktów i zysków zasłoniła całkowicie człowieka i jego dobro. I nie, nie jest tak, że jeśli coś jest niekorzystne dla zdrowia ludzkiego to będzie automatycznie niedozwolone, o ile się sprzedaje. Dlatego powszechnie oferuje nam się papierosy, niebezpieczne chemiczne lekarstwa jak landrynki, śmieciowe jedzenie i śmieciowe kosmetyki, pełne chemii, której nie powinno tam być. Do tego dochodzi coraz powszechniejszy a jeszcze mało nagłośniony problem chemii w materiałach, które nas otaczają, od wykładzin, poprzez obicia meblowe na konfekcji kończąc. Państwa ustalają wprawdzie tzw. normy szkodliwych substancji w kosmetykach i produktach spożywczych, ale konia z rzędu temu, kto powie na jakiej innej zasadzie niż „pi razy drzwi” normy te są ustalane i czy uwzględniają w jakikolwiek sposób akumulowanie się trucizn w organizmie człowieka z wielu różnych źródeł współczesnego świata.

Coś się w tym temacie zaczyna dziać oddolnie, ludzie widzą, że nikt nie zadba o ich bezpieczeństwo, o ile sami tego nie zrobią. Przykładem tego trendu są opisywane przeze mnie tu kooperatywy spożywcze (np. Lokalny Rolnik, do którego sama należę) dające dostęp do produktów bez chemii za relatywnie niewielkie pieniądze. W Internecie jest już sporo przyjaznych miejsc poświęconych własnoręcznemu tworzeniu ekologicznych, naturalnych kosmetyków.

Ponieważ sama param się tym od kilku lat, wiem, że jest to zajęcie wdzięczne bardzo, stąd tym wpisem rozpoczynam cykl artykułów w kategorii „Zdrowe kosmetyki” dotyczącej odżywiania ciała dla zdrowia. Naturalne kosmetyki są zdecydowanie najlepsze, ale nie warto popadać w skrajności i rezygnować ze zdobyczy cywilizacji. Nie każdy ma czas, chęć i wytrwałość by samemu robić własne kosmetyki, dlatego warto mieć wiedzę jakie kosmetyki kupne są dobre i nie zrobią nam krzywdy a jakich unikać.

W kolejnym wpisie w tej kategorii praktyczny przewodnik jak sprawdzić czy skład kupnego kosmetyku nie jest szkodliwy – instrukcja krok po kroku. 

Share on Myspace
poniedziałek, 10 sierpień 2015 00:00

Chcesz schudnąć? Przestań liczyć kalorie

Dietetyka polska nigdy nie stała na wysokim poziomie (oczywiście zawsze są pozytywne wyjątki) dlatego nawet mnie specjalnie nie dziwi, gdy wielu „specjalistów od żywienia” prawi mądrości żywcem sprzed 30-40 lat, ignorując całkowicie postęp w wiedzy na temat wpływu odżywiania na zdrowie człowieka i ważne badania w tym zakresie. Jeden z takich przedpotopowych dogmatów odnosi się do kalorii i kaloryczności pożywienia jako głównej kwestii wpływającej na to jak wyglądamy i się czujemy.

Co to jest kaloria?

Kaloria to jednostka ciepła wytwarzana podczas spalania pokarmu. Pierwotna jej definicja odnosiła się do ilości ciepła potrzebnej do podgrzania pod ciśnieniem 1 atmosfery 1 g czystej chemicznie wody o 1 ° C od 14,5 ° C do 15,5° C. W skrócie określenie ilości kalorii w produktach żywnościowych ma wyrażać ilość energii, którą przeciętnie przyswaja ludzki organizm przy spożyciu takiego produktu. Przyjmujemy za dużo energii niż jej wydatkujemy – odkłada się ona w postaci tłuszczyku, przyjmujemy za mało – chudniemy.

W dobie dominacji „mędrca szkiełka i oka” przekonanie, że kaloria to kaloria bez względu na to z jakiego pożywienia ją czerpiemy dominowała i niestety jeszcze powszechnie dominuje. „Bo takie są prawa fizyki”. No ale w międzyczasie już wiemy, że prawa fizyki nie zawsze się sprawdzają (vide fizyka kwantowa), tak więc czas spojrzeć prawdzie w oczy, że teoria kalorii dla nauki o odżywianiu jest całkowicie niewystarczająca i ma liczne luki a ilość wyjątków jest zbyt duża, żeby nadal uważać je za wyjątki.

Kaloria kalorii nierówna

Gdyby sprawa z kaloriami była taka prosta, mężczyzna, który zjada 2000 kcal dziennie powinien być szczuplejszy niż ten który zjada 2500 kcal dziennie, o ile wydatkują tyle samo energii. Tyle w teorii. W praktyce to kompletnie nie działa. Kalorie są bezużyteczne jako wskaźnik tego jaki przyrost wagi spowoduje spożycie danego pokarmu. Bezużyteczny – bo jak zwykle życie jest bardziej skomplikowane. Słabość teorii kalorycznej wykazały liczne przykłady, które wykazały, że związek między kaloriami a tyciem jest delikatnie mówiąc – luźny. Istnieje sporo badań wskazujących, że wysokokaloryczne orzechy wcale nie muszą prowadzić do przyrostu wagi, a wręcz mogą pomóc w odchudzaniu. Wysokokaloryczny alkohol również z tyciem niewiele ma wspólnego a alkoholicy często są wychudzeni, choć w teorii powinni mieć znaczną nadwagę. Niskokaloryczne diety nie powodują chudnięcia takiego jakie wynikałoby z czystych wyliczeń dostarczanych kalorii, a wręcz zbyt niskokaloryczna dieta może prowadzić do zatrzymania chudnięcia. Z kolei ludzie na diecie dr Kwaśniewskiego na golonkach i bez warzyw chudną błyskawicznie.

Indeks glikemiczny

Koncepcja indeksu glikemicznego została rozpowszechniona przez M. Montignaca, który na IG zbudował swoją koncepcję i markę. Indeks glikemiczny to wskaźnik opracowany 35 lat temu, który określa tempo z jakim organizm przyswaja zawartą w węglowodanach glukozę. Im wyższy wskaźnik IG (pow. 50) tym gorzej, bo oznacza to, że glukoza uwalnia się bardzo szybko, co prowadzi do gwałtownego uwalniania insuliny, co nie jest zjawiskiem korzystnym i może prowadzić do cukrzycy. Szybko jesteśmy znowu głodni. Węglowodany o niskim IG (poniżej 50) wolniej uwalniają glukozę do krwi, przypływ energii jest bardziej długotrwały, dłużej zostajemy syci.

NewVal

Obecnie w światowej dietetyce coraz głośniej jest o koncepcji NuVal, która jest metodą oceny pożywienia przede wszystkim z punktu widzenia jej wpływu na stan zdrowia, nie zaś na wagę. Bowiem nie każda szczupła osoba jest automatycznie zdrowa (zależność w drugą stronę raczej nie występuje – osoby otyłe raczej nigdy nie są zdrowe, co najwyżej niezdiagnozowane ;-)). NuVal została opracowana przez dwunastu dietetyków, uważanych za reprezentujących poziom światowy w swojej dziedzinie. Metoda nie odrzuca całkowicie kalorii (prawa fizyki jednak częściowo obowiązują) ale uzupełnia ocenę danego pożywienia o indeks glikemiczny, jego udowodniony wpływ na stan zdrowia oraz poziom odczucia sytości.

Przykładowo niskokaloryczna Cola „0” wg. NewVal wypada tragicznie (1 na 100 punktów). Z kolei wysokokaloryczne banany przynajmniej teoretycznie wypadają całkiem dobrze (91 na 100 p.) Teoretycznie, bo niestety te, które do nas trafiają to nie do końca te owoce z tabelki – wysyłane statkami jako zielone, słońca nie widziały za dużo, smak ich jest bardzo wątpliwy (mdły). Spróbujcie lokalnego banana będąc w strefie tropikalnej lub choćby w rejonie Morza Śródziemnego a tych „polskich” już będziecie unikać – inna jakość pod każdym względem.    

Nie namawiam Was wcale na zgłębianie tajników NewVal (która zresztą wydaje się być kolejnym „produktem” komercyjnym i została już opatentowana); raczej wspominam o tym, żeby pokazać, że najnowsze trendy dietetyczne wyraźnie idą w kierunku holistycznego spojrzenia na odżywianie (co mi dany pokarm daje, jak się po nim czuję a nie ile kalorii ma w tabelce). Proces odżywiania jest bardzo skomplikowaną a do tego wysoce indywidualną sprawą i najlepszą metodą jest obserwacja własnych reakcji (niezastąpiony jest przy tym dzienniczek żywieniowy, do którego wpisujemy co jemy i jak się po tym czujemy – daje to nam największą wiedzę o naszym organizmie). Nawet banan (wysoko oceniany wg. NewVal) nie będzie dobry dla osób z nagromadzonym śluzem.   

Dieta-cud

Nie istnieje? Owszem, owszem istnieje! Ale nie w tym znaczeniu w jakim jest powszechnie używana. Żadna dieta jako ułożony program (reżim) z licznymi ograniczeniami i odliczanymi kaloriami, którego trzymamy się przez jakiś czas aby schudnąć a potem kończymy - nie jest i nigdy nie będzie dietą-cud.

Jedyną dietą-cud i metodą na trwałe pozbycie się nadwagi jest całkowita zmiana nawyków żywieniowych i mądre i uważne dobieranie tego co kładziemy na talerz. Dieta oparta na naturalnym, nieprzetworzonym (nierafinowanym) pożywieniu, bez chemii i pestycydów. Bez liczenia kalorii. Bez odmawiania sobie czekolady czy domowego ciasta w granicach rozsądku. Liczenie kalorii jest nie tylko nienaturalne ale i obdziera cały proces spożywania pokarmu z całej magii i przyjemności sprowadzając psychofizyczność człowieka do pieca, do którego należy wrzucić odpowiednią ilość drewna.

Jeśli więc znów zastanawiacie się nad kolejną fantastyczną dietą, w której je się to i tamto, a tego i tamtego nie – proszę Was, nie idźcie tą drogą, nie oszukujcie sami siebie. To co osiągnięcie będzie krótkotrwałe a ponadto może zaszkodzić Waszemu zdrowiu.

Nie znam osoby, która podjąwszy decyzję o zmianie stylu żywienia na zdrowy, nie zrzuciłaby przy okazji zbędnych kilogramów, o ile takie miała. I dzieje się to zawsze jako efekt uboczny, czyli tak jak w ogóle wszelkie rzeczy w naszym życiu winny się dziać: bezwysiłkowo i naturalnie. Czego Wam nieustająco życzę. 

Share on Myspace
Dział: Ogólne
czwartek, 23 kwiecień 2015 00:00

Zdrowe warzywka i mięso bleee? 

Zaskakujące wyniki badań Europejskiej Agencji ds. Bezpieczeństwa Żywności

 

Wiem dobrze, że ludzie wcale nie chcą prawdy a jedynie potwierdzenia, że to, w co wierzą jest prawdą.  Zdaję więc sobie sprawę, że zawartość tego tekstu może przekroczyć granice akceptacji rzeczywistości wielu osób, a pierwszą reakcją będzie negacja i próba podważenia wiarygodności badań.

Bo przecież „każdy wie, że dieta warzywna z wykluczeniem, lub znacznym ograniczeniem mięsa jest dla nas lepsza, a w mięsie są antybiotyki, sterydy i inne świństwa.”

Na początek dobra wiadomość. Jest organ, który bada jakość żywności w Europie, również, a może przede wszystkim, pod kątem jej zanieczyszczeń środkami ochrony roślin i metalami ciężkimi. Europejska Agencja ds. Bezpieczeństwa Żywności (EFSA), bo o niej mowa, co roku przeprowadza szerokie badania żywności w krajach europejskich, na podstawie blisko 100,000 próbek pobranych z żywności wytworzonej na terenie EU i państw stowarzyszonych, ale także importowanej.  

Zła wiadomość jest taka, że najgorzej w rankingach jeśli chodzi o zanieczyszczenie tzw. chemią wypadają owoce i warzywa, tuż za nimi plasują się ryby morskie i owoce morza. Dlaczego tak jest? Być może pewnym wytłumaczeniem jest to, że rośliny nie mają układu wydalnicznego i dosłownie zasysają wszystko co w glebie (szkodliwe nawozy) i na zewnątrz (opryski). O zatruciu mórz każdy słyszał, to że ryby większe, znajdujące się na końcu łańcucha pokarmowego kumulują w sobie wszystko to co rybki umiejscowione przed nimi w łańcuchu pokarmowych wchłonęły, też jest dosyć oczywiste.

Mięso, o dziwo, z wyjątkiem drobiu, którego jakość - jaka jest każdy wie, wypada nie najgorzej.

 

Co to oznacza w praktyce?

Na pewno to, że w idealnym świecie, bez pestycydów i wszechobecnej chemii, dieta roślinna z niewielką ilością mięsa i ryb, byłaby optymalna. I to, że w naszym nieidealnym świecie, niestety to z warzywami i owocami wchłaniamy najwięcej „syfu” - trujących dla nas substancji, które mogą prowadzić do chorób cywilizacyjnych, z rakiem na czele. Oznacza to, że kupując warzywa i owoce w supermarketach, najprawdopodobniej wcale nie ofiarowujemy sobie tego co najlepsze.

Druga dobra wiadomość jest tak, że żywność bio jest od 2 do 5 razy mniej zanieczyszczona od warzyw i owoców bez zielonej etykietki. Osobiście po przeczytaniu raportów EFSA cieszę się, że od dłuższego czasu kupowane przeze mnie warzywa i owoce mają w 90% pochodzenie ekologiczne. I chyba tędy droga.

Nie oznacza to jednak oczywiście, że żywność bio jest nieskazitelnie czysta i bezpieczna. W sierpniu ubiegłego roku zwiedzałam jedną z największych upraw winogron w Niemczech. W trakcie oprowadzania nas, przewodnik wskazywał poletka upraw organicznych, które otoczone były przez poletka upraw nieorganicznych. Pamiętam, że wtedy mnie to bardzo zadziwiło, bo przecież w trakcie oprysków wystarczy, że nieco zawieje i winogrona bio też dostaną jakąś dawkę tego czego dostać nie powinny. I tak się rzeczywiście dzieje. Tyle tylko, że jeśli „normalne” winogrona (notabene uważane za owoce najbardziej zanieczyszczone w Europie) są spryskiwane w trakcie sezonu, jak się dowiedziałam, 14 razy (!), to mimo wszystko te bio, nawet jeśli coś im się tzw. rykoszetem dostanie, wygrywają bezapelacyjnie.

Oczywiście, medycyna energetyczna i praca z umysłem potrafią zdziałać cuda i wtedy nawet arszenik można łyżkami zajadać ;-) lub żywić się wyłącznie energią słoneczną ;-) , ale jeśli nie jesteście (jeszcze) w tym biegli, to proponuję poważnie zastanowić się nad przejściem na żywność bio albo od sprawdzonego dostawcy, przynajmniej w zakresie warzyw i owoców.

Adres strony z raportami:

http://www.efsa.europa.eu/en/publications.htm

Share on Myspace
Dział: Pod lupą
piątek, 27 marzec 2015 00:00

Dieta a Rak - ABC

Cz. 1 Geny czy styl życia? Czy standardowe leczenie wystarczy?

Szacuje się, że Polsce dziennie ponad 400 osób słyszy diagnozę „rak”. Liczba zachorowań na nowotwory złośliwe w Polsce w ciągu ostatnich trzydziestu lat wrosła ponad dwukrotnie, osiągając w 2010 roku liczbę ponad 140,5 tys diagnoz. Światowa Organizacja Zdrowia przewiduje jednak, że prawdziwe „tsunami” zachorowań na nowotwory dopiero przed nami i co roku ilość chorych na całym świecie będzie wzrastać dramatycznie.

W zasadzie nie ma już żadnych wątpliwości, że znacząca część chorób nowotworowych, a w szczególności rak jelita, prostaty i piersi to choroby o charakterze cywilizacyjnym, tzn. zostały wywołane przez toksyczne czynniki charakterystyczne dla naszej cywilizacji. Choroba nowotworowa, dotychczas dotykająca najczęściej osoby starsze (które przez całe życie zdołały nazbierać wystarczającą ilość kancerogennych substancji w swoich organizmach), coraz częściej jest brutalną rzeczywistością osób młodych i bardzo młodych. Przy dzisiejszych toksycznych czynnikach środowiskowych i ich wzrastającej skali, najczarniejsze scenariusze przewidują, że obecne pokolenie dzieci 8-10-letnich, będzie masowo chorować na nowotwory już po osiągnięciu 20 roku życia!

wstazkiJednak, pomimo tego oczywistego sprzężenia wzrastającej ilości zachorowań z coraz bardziej niezdrowym stylem życia, ze zdziwieniem stwierdzam, że każdy, dokładnie każdy lekarz, dowolnej specjalności, który mnie oglądał w trakcie mojej choroby i nadal ogląda w trakcie badań kontrolnych zawsze i wszędzie pyta, czy w mojej rodzinie były przypadki zachorowań na ten typ raka a dalszych pytań … nie ma. Zakładam, że jest to pytanie standardowe w przypadku młodych pacjentów, do których się zaliczam, jednak jest ono dla mnie kompletnie niezrozumiałe w świetle coraz powszechniej podawanych przez naukowców informacji, że zaledwie 2-3% wszystkich nowotworów ma podłoże genetyczne. Notabene, wśród przedstawicieli mainstreamowej nauki coraz częściej wprost mówi się o tym, że genetyka jest zdecydowanie przeceniana. Na poziomie naprawdę światowym biochemicy i fizycy są  już nawet nie na etapie medycyny molekularnej ale wręcz na etapie kwantowej medycyny energetycznej, u nas ciągle jeszcze wyśmiewanej jako szarlatanizm przez niedouczonych fanatyków „prawdziwej” nauki,  no ale u nas rzeczy dzieją się bardzo wolno i przepływ wiedzy pomiędzy światem nauki a przeciętnym lekarzem medycyny może trwać lata świetlne, jeśli w ogóle się wydarzy. Nie, nie miałam w rodzinie podobnych zachorowań. Natomiast żywiłam się marnie i bezrefleksyjnie, i ogólnie żyłam źle, przede wszystkim w permanentnym stresie. Natomiast nikt, absolutnie nikt do dzisiaj nie zapytał mnie o mój sposób żywienia i styl życia. Przerażające są doniesienia wskazujące na to, że część lekarzy w Polsce wprost mówi pacjentom, którzy o to zapytają, że dieta i styl życia nie mają związku z chorobami nowotworowymi!

Tuż po mojej diagnozie, znajomy kardiochirurg, przyjaciel moich rodziców, wybitny specjalista w swojej dziedzinie, powiedział mi szczerze, że jestem najgorszym typem pacjentki jaki może się zdarzyć i lekarzowi i mnie samej. Za dużo wiem, za dużo rozumiem, za dużo czytam i sprawdzam lekarzy. Lekarze tego nie lubią (i jest to eufemizm dużego kalibru ;-), choć oczywiście jak zawsze, są pozytywne wyjątki), ale takie podejście jest również niedobre dla mnie, bo nie daje mi oparcia, bo trudno mi zaufać i zdać się w pełni na lekarza. Błogosławieni, którzy nie wi(e)dzieli a uwierzyli (lekarzowi :-)).

Dużo wtedy nad tym myślałam i doszłam do wniosku, że jest w tym stwierdzeniu wiele racji. Czytałam kiedyś wywiad z Jerzym Stuhrem, w którym wspominał przełomowy moment swojej choroby, kiedy to zrozumiał, że nie ma kontroli nad własnym życiem. Że musi zaufać lekarzom i odpuścić, że ciągłe sprawdzanie i upewnianie się, do niczego nie prowadzi. I było to dla niego wyzwalające. Myślę, że wielu chorych na dowolną chorobę, której potencjalnie mogą nie przeżyć, wcześniej czy później osiąga taki moment i ten mój też nadszedł. Moment, w którym trzeba sobie jasno powiedzieć, że nie wiadomo jak będzie i ile czasu nam zostało i spokojnie to zaakceptować. Jak pisał Viktor Frankl („Człowiek w poszukiwaniu sensu”- pozycja wybitna), prawdziwa i jedyna wolność to tylko wolność wyboru swojej postawy w każdych, nawet najtrudniejszych okolicznościach. I właśnie tej postawie chciałabym poświęcić chwilę.

równowagaPomiędzy zrozumieniem i zaakceptowaniem faktu, że nie ma się kontroli i wpływu na ostateczny wynik choroby a zdaniem się jedynie na lekarzy i zaordynowaną przez nich terapię jest spora przestrzeń, którą warto a wręcz należy wykorzystać. Na tą przestrzeń składa się to wszystko, co chory może zrobić sam aby wyzdrowieć, wszystko to czego standardowo lekarze nie robią i o czym nie powiedzą, od diety poczynając na wpływie nastawienia psychicznego kończąc. Ciężka, odpowiedzialna i niełatwa praca po stronie chorego.

Ten swoisty taniec pomiędzy z jednej strony „odpuszczeniem” a z drugiej „zaangażowaniem się w proces leczenia”, jest zjawiskiem fascynującym. W jodze znane są pojęcia abhyāsa i vairagya i bardzo pasują one to zobrazowania tych subtelnych zależności. Abhyasa to wysiłek, siła woli, działanie, pełna świadomość naszych czynów. Vairagya to odpuszczenie, akceptacja, emocjonalne odcięcie się od efektu końcowego. Obie tylko pozornie się wykluczają, w rzeczywistości mogą wspaniale współdziałać ze sobą.

Innymi słowy robisz wszystko co do Ciebie należy, najlepiej jak potrafisz, nie myśląc o rezultacie,  rezultat (sukces lub porażka) jest już poza Tobą, nie należy do Ciebie. Ta koncepcja jest zresztą świetną uniwersalną receptą na dobre życie. 

Planuję, że artykuły w tej kategorii (Dieta a rak - ABC), z czasem ułożą się w swoisty poradnik dla osób, którym dane było usłyszeć od lekarza straszne słowo na „r”. Zwracam uwagę, że słowo „dane” ma źródłosłów w słowie „dar” i bynajmniej nie jest to przypadek.

Ten swoisty poradnik będzie dotyczyć tylko pierwszego elementu czyli tego na co mamy wpływ – tego, co możesz zrobić, żeby jak najbardziej pomóc sobie w chorobie nowotworowej, żeby dać sobie największe możliwe szanse wyzdrowienia. Ta zmiana będzie związana głównie z modyfikacją sposobu odżywiania się, ale nie tylko, bo samo przemodelowanie nawyków żywieniowych – choć często konieczne i kluczowe – prawie nigdy nie będzie wystarczające. Piszę na podstawie własnych doświadczeń, jednak każde doświadczenia są inne, tak jak i każda choroba jest inna. Oderwij się od rezultatu i staraj się robić najlepiej wszystko to co możesz, aby sobie pomóc. 

Share on Myspace
wtorek, 17 luty 2015 00:00

"Pay Yourself First"

czyli czy stać Cię na oszczędzanie na dobrej jakości jedzeniu? 

 

Pay yourself first” (zapłać najpierw sobie) jest konceptem używanym w doradztwie inwestycyjnym i emerytalnym i krótko mówiąc polega na tym, aby określony procent miesięcznego dochodu tuż po wypłacie automatycznie odkładać jako inwestycję, a dopiero z tego co zostanie realizować wydatki, takie jak rachunki za gaz prąd, czynsz itp.

Koncept wymusza odwrócenie priorytetów: My (w domyśle: nasza finansowa przyszłość i bezpieczeństwo) jesteśmy najważniejsi i o to musimy zadbać w pierwszym rzędzie, a dopiero z tego co zostaje płacimy innym. Takie działanie oznacza też automatycznie znacznie większą dyscyplinę wydatków. Nawet jeśli ta miesięczna inwestycja to tylko 5 czy 10% naszego dochodu, to to jest to, co płacimy sobie. Gdybyśmy najpierw realizowali wydatki a dopiero potem odkładali to co zostanie, to z dużym prawdopodobieństwem nie zostałoby dla nas już nic.

Koncepcja podoba mi się o tyle, że nakazuje w pierwszej kolejności myśleć o sobie. Przekładając ją na sferę odżywiania i zakupów żywnościowych - to co regularnie kupujesz i jesz jest długofalową inwestycją w Ciebie i Twoje zdrowie. Implikacją tego jest stwierdzenie, że na dobrej jakości jedzeniu nie wolno oszczędzać. Oszczędzić można na ubraniach, prądzie, rozrywce, kolczykach itp., ale nie na tak podstawowej kwestii jak jedzenie. Pay Yourself First czyli zadbaj o siebie!

I tu wielu z Was się oburzy, bo przecież jest tak dużo biednych ludzi, których nie stać na dobrej jakości jedzenie i muszą kupować najtańsze jedzenie. Nigdy nie będą mogli się odżywiać dobrze, bo ich na to nie stać. 

Otóż nie zgadzam się z tym stwierdzeniem i uważam, że z pewnymi wyjątkami, gdzie rzeczywiście z pustego i Salomon nie naleje, w większości rodzin, w których – jak to się mówi – się nie przelewa, priorytety są po prostu ustawione niewłaściwie, co wynika w dużej mierze z braku odpowiedniej wiedzy ale po części również z czegoś co można nazwać radosną, niezmąconą ufnością, że jest się nieśmiertelnym. Nie zgadzam się, ponieważ: 

  • Nawet żywiąc się jedzeniem z supermarketów, które jest najtańsze, można dokonywać lepszych i gorszych wyborów. I tam można dostać przyzwoite produkty w przyzwoitych cenach i uzupełniać je zakupami od lokalnych rolników.
  • Samo wykluczenie niektórych produktów już jest krokiem do przodu, koszyk przeciętnego Polaka opróżniony z Coca Coli, słodzonych napojów, czipsów, słodyczy, białego pieczywa, tanich „pocących się” wędlin, kurczaka, margaryny, białego cukru czy deserków typu Danonki już będzie dużo zdrowszy a portfel odpowiednio cięższy.
  • Ogólnie kupujemy za dużo śmieciowego jedzenia – kupowanie mniejszych ilości lepszej jakości za te same pieniądze jest mądrym rozwiązaniem. Lepszej jakości żywność ma wyższą „gęstość”, co oznacza wyższe uczucie sytości przy spożyciu nawet niewielkiej ilości. Zjedźcie 100 g. pełnoziarnistego pieczywa własnej, domowej roboty a 100 g kupnych czipsów (nie żebym kogoś zachęcała, to taka figura stylistyczna :-)) i porównajcie poziom swojej sytości po zjedzeniu. Tak to już jest, że pokarm bogaty w wartości odżywcze szybciej syci, organizm dostaje to czego potrzebuje, mózg już nie wysyła informacji „jestem głodny, nakarm mnie”, śmieciowego jedzenie można zjeść 10 kg, a ponieważ, oprócz kalorii, niewiele tam jest, organizm ciągle będzie domagał się więcej.
  • Ci, których „nie stać” na zdrowe żywienie mają jednak w domach plazmy, sprzęt nagłaśniający, konsole do gier, stać ich na wyjście do kina z Colą i popcornem, a czasem nawet jeżdżą starymi, bo starymi, ale jednak samochodami, które generalnie są drogie w utrzymaniu. Przeciętna polska „biedna” rodzina kupuje drogie zgrzewki Coli i wszelkie produkty reklamowane w telewizji.
Z jedzeniem jest trochę tak jak z ludźmi. Jest opakowanie, czyli to co zewnętrzne i nieprawdziwe i jest wnętrze, prawdziwa wartość, która często ma się nijak do opakowania. Opakowanie jest fasadą, czasem błyszczącą i lśniącą a czasem szarą i szorstką. To co jest wewnątrz nie ma nic wspólnego z opakowaniem. Jeśli w naszych wyborach kierujemy się tylko opakowaniem, nie zadając sobie trudu sprawdzenia co naprawdę jest wewnątrz - to najprawdopodobniej czeka nas słabe, puste i powierzchowne życie. 

Wszystkim tym, którzy twierdzą, że nie stać ich na zdrowe odżywianie należy zadać pytanie na co w takim razie wydają pieniądze? Bo jeśli nie stać nas na tak podstawową kwestię jak dobrej jakości pożywienie, które powinno być punktem 1 na liście (pay yourself first), to jakim cudem można dojść do punktów nr 2,3 itd.?

A drugie pytanie jakie się nasuwa to „Czy stać Cię na leczenie długofalowych skutków zaniedbań żywieniowych?” To jest bowiem dopiero droga sprawa.

Są to oczywiście pytania retoryczne. Ustawienie priorytetów wydatków wynika z poziomu samoświadomości i długofalowego patrzenia na życie. W dzisiejszych czasach, jedzenie jest ostatnią rzeczą, na której można oszczędzać, jeśli się to wie, wybory są łatwe. Jeśli się nie wie, albo niby wie, ale nie do końca chce zrozumieć, to krótkofalowa satysfakcja z nabycia dużej ilości tanich i niskiej jakości dóbr przeważy nad rozsądkiem.

Pamiętaj: Czego nie wydasz w spożywczym, wydasz dwa razy w aptece!

Share on Myspace
Dział: Ogólne


 

Zdrowie to jedynie kwestia nawyku,

wielu drobnych przyzwyczajeń,

które składają się na całość

a jedyną osobą, która może Cię uzdrowić

jesteś Ty sam.