user_mobilelogo

Licznik odwiedzin

© 2009-2015 by GPIUTMD

Wszystkie wpisy alfabetycznie

czwartek, 28 lipiec 2016 00:00

Syrop glukozowo-fruktozowy 

 

Dziś temat, do którego przymierzałam się od jakiegoś czasu. Ważny, istotny, smutny, bo znowu obnaża prawdę o rzeczywistości.

Kiedyś pisałam, że cieszący się złą sławą cukier to mały pikuś w porównaniu z czymś co coraz częściej nas truje czyli z syropem glukozowo-fruktozowym.

Przyczyną wprowadzenia tego „wynalazku“ do powszechnego użycia jest oczywiście ograniczenie kosztów – cukier jest droższy, niż uzyskiwany zwykle ze skrobi kukurydzianej (oczywiście GMO, bo innej kukurydzy prawie nie ma) lub pszenicy syrop glukozowo-fruktozowy.

Z chemicznego punktu widzenia syrop glukozowo-fruktozowy jest podobny w składzie do cukru (sacharozy), tzn. zawiera mniej więcej po połowie (+/- 5%) glukozy i fruktozy. Z tej dwójki, wbrew pozorom to ta druga jest większym złem, gdyż wyekstrahowana postać fruktozy prowadzi do niealkoholowego stłuszczenia wątroby (o czym pisałam w tym artykule – trzeba przeczytać!) a mimo to biały proszek fruktozowy nadal można kupić na półkach z tzw. zdrową żywnością! Zupełnie inne działanie ma fruktoza w owocach czy miodzie (choć UWAGA!, z owocami, szczególnie suszonymi nie wolno przesadzać, podobnie z miodem!) a zupełnie inne wyekstrahowana do postaci proszku.

Wracając do syropu glukozowo-fruktozowego. Powstaje on w wyniku hydrolizy węglowodanów. Dlaczego zatem - pomimo teoretycznie podobnej zawartości fruktuzy i glukozy co w cukrze – należy go unikać? Innymi słowy dlaczego syrop ten jest nawet gorszy od cukru?

Otóż:

  • Jest sporo badań potwierdzających, że spożywanie licznych produktów zawierających syrop glukozowo-fruktozowy jest przyczyną powszechnej otyłości już wśród dzieci i nastolatków (bardziej niż cukier),
  • Syrop ten podwyższa poziom złego cholesterolu,
  • Syrop ten powoduje spadek wrażliwości organizmu na hormon – leptynę, odpowiadający za informowanie mózgu o naszej sytości – innymi słowy powoduje brak hamulca mówiącego „dosyć“, 
  • Nie do końca znamy skład chemikaliów używanych w procesie wytwarzania syropu glokozowo-fruktozowym oraz ich wpływu na zdrowie człowieka i już samo to powinno stanowić podstawę do daleko posuniętego sceptycyzmu. Tak, tak – proces od strony technicznej jest pilnie strzeżoną tajemnicą. Wiadomo jednak, że jeszcze jakiś czas temu do wytwarzania tego syropu używano m.in. związków rtęci! (teraz ponoć nie jest już to praktykowane).

Część produktów słodzona jest syropem glukozowym. Jest to o tyle lepszy wybór (choć oczywiście słodzenie w ogóle nie jest wskazane) o tyle, że glukoza – w przeciwieństwie do fruktozy - jest przyswajana w każdej komórce naszego ciała i jest naturalnym elementem rozkładu węglowodanów w procesie trawienia.

Starajcie się wybierać produkty bez cukru zawsze tam gdzie jest to możliwe i nigdy nie sięgajcie po produkty z syropem glukozowo-fruktozowym. I tu ciekawostka – cena nie zawsze jest wyznacznikiem jakości. Przykładowo jakiś czas temu w Lidlu w czasie tzw. tygodnia greckiego były dostępne trzy rodzaje chałwy – wszystkie w tej samej cenie i podobnym opakowaniu. Dwie słodzone syropem glukozowo-fruktozowym (dyskwalifikacja) a jedna miodem i to z terenu UE (a nie z Chin – chiński miód budzi moje obawy). I tylko samo przeczytanie składu już pozwalało na dokonanie lepszego, zdrowszego wyboru, ale mało kto go czytał. Uwaga oznaczenie HFCS jest równoznaczne z syropem glukozowo-fruktozowym (z ang. high fructose corn syrup)

Wracając do syropu – nie udało mi się spotkać lodów sklepowych słodzonych czymś innym (dlatego lodom sklepowym trzeba podziękować całkowicie ze względu na bardzo długi, chemiczny skład). Większość jogurtów również ma ten dodatek. Czytajcie etykiety – a zdziwicie się niepomiernie gdzie go można znaleźć. Pamiętajcie, że to nasze wybory kształtują rynek. Jeśli nie będziemy kupować świństw, przestaną sprzedawać świństwa.

Share on Myspace

Dział: Pod lupą
piątek, 23 październik 2015 00:00

Nowe fajne miejsce w Warszawie ze zdrową żywnością

 

Tydzień temu wybrałam się do nowego sklepu z eko-żywnością na tyłach warszawskiego Intraco pod uroczą nazwą „Nagie z natury”.

Na informację o tym miejscu natknęłam się w Internecie, a że w zeszłym tygodniu byłam w pobliżu wpadłam z rozwianym włosem, żeby to cudo obejrzeć. I przyznam szczerze, że moje ogólne wrażenie jest bardzo dobre. Młoda przesympatyczna para z Barcelony ucieszyła się, że mówię po angielsku, a jeszcze bardziej, że po hiszpańsku, bo oni po polsku dopiero się uczą, co nie przeszkadzało im (przynajmniej tego dnia) normalnie obsługiwać klientów :-). Opowiedzieli mi skąd pomysł, dlaczego Polska, jak funkcjonują, jakie zasady panują w sklepie.

Idea polega na tym, że cały towar znajduje się w opakowaniach zbiorczych. Nabieramy z worka tyle ile potrzebujemy „nagiego z natury” a nie opakowanego w folię produktu. Kupić można ziarna, kasze, suszone owoce, zboża, mąki, jajka, oleje, octy, miód, chleby, mleka roślinne, przyprawy itp. Wszystko z certyfikatem eko. Ceny rzeczywiście są bardzo atrakcyjne jak na żywność eko, wierzcie mi, znam się na tym ;-), więc przy okazji kupiłam to i owo. Sam sklep bardzo ładnie i przyjaźnie urządzony, czuć dobrą energię już od wejścia, czysto, schludnie, ciepłe oświetlenie. Gdy przychodzi się z własnymi torebkami i butelkami – udzielają dodatkowej zniżki. Ale jeśli akurat nie macie nic ze sobą, można dokupić na miejscu butelkę, słoik itp. Jest opcja zostawienia listy tego co potrzeba by odebrać odważone i zapakowane zakupy później.

Krótko mówiąc dla mnie strzał w dziesiątkę i kolejne miejsce w Warszawie, do którego będę wpadać (choć ode mnie to dosyć daleko). Sklep mieści się przy ul. Pokornej 2 i mam nadzieję, że na stałe wpisze się w stołeczną mapę miejsc ze zdrową żywnością. 

 

www.nagieznatury.pl

https://www.facebook.com/NAGIE-Z-NATURY-900110560027903/

 

Share on Myspace

Dział: Krótkie wpisy
czwartek, 23 kwiecień 2015 00:00

Zdrowe warzywka i mięso bleee? 

Zaskakujące wyniki badań Europejskiej Agencji ds. Bezpieczeństwa Żywności

 

Wiem dobrze, że ludzie wcale nie chcą prawdy a jedynie potwierdzenia, że to, w co wierzą jest prawdą.  Zdaję więc sobie sprawę, że zawartość tego tekstu może przekroczyć granice akceptacji rzeczywistości wielu osób, a pierwszą reakcją będzie negacja i próba podważenia wiarygodności badań.

Bo przecież „każdy wie, że dieta warzywna z wykluczeniem, lub znacznym ograniczeniem mięsa jest dla nas lepsza, a w mięsie są antybiotyki, sterydy i inne świństwa.”

Na początek dobra wiadomość. Jest organ, który bada jakość żywności w Europie, również, a może przede wszystkim, pod kątem jej zanieczyszczeń środkami ochrony roślin i metalami ciężkimi. Europejska Agencja ds. Bezpieczeństwa Żywności (EFSA), bo o niej mowa, co roku przeprowadza szerokie badania żywności w krajach europejskich, na podstawie blisko 100,000 próbek pobranych z żywności wytworzonej na terenie EU i państw stowarzyszonych, ale także importowanej.  

Zła wiadomość jest taka, że najgorzej w rankingach jeśli chodzi o zanieczyszczenie tzw. chemią wypadają owoce i warzywa, tuż za nimi plasują się ryby morskie i owoce morza. Dlaczego tak jest? Być może pewnym wytłumaczeniem jest to, że rośliny nie mają układu wydalnicznego i dosłownie zasysają wszystko co w glebie (szkodliwe nawozy) i na zewnątrz (opryski). O zatruciu mórz każdy słyszał, to że ryby większe, znajdujące się na końcu łańcucha pokarmowego kumulują w sobie wszystko to co rybki umiejscowione przed nimi w łańcuchu pokarmowych wchłonęły, też jest dosyć oczywiste.

Mięso, o dziwo, z wyjątkiem drobiu, którego jakość - jaka jest każdy wie, wypada nie najgorzej.

 

Co to oznacza w praktyce?

Na pewno to, że w idealnym świecie, bez pestycydów i wszechobecnej chemii, dieta roślinna z niewielką ilością mięsa i ryb, byłaby optymalna. I to, że w naszym nieidealnym świecie, niestety to z warzywami i owocami wchłaniamy najwięcej „syfu” - trujących dla nas substancji, które mogą prowadzić do chorób cywilizacyjnych, z rakiem na czele. Oznacza to, że kupując warzywa i owoce w supermarketach, najprawdopodobniej wcale nie ofiarowujemy sobie tego co najlepsze.

Druga dobra wiadomość jest tak, że żywność bio jest od 2 do 5 razy mniej zanieczyszczona od warzyw i owoców bez zielonej etykietki. Osobiście po przeczytaniu raportów EFSA cieszę się, że od dłuższego czasu kupowane przeze mnie warzywa i owoce mają w 90% pochodzenie ekologiczne. I chyba tędy droga.

Nie oznacza to jednak oczywiście, że żywność bio jest nieskazitelnie czysta i bezpieczna. W sierpniu ubiegłego roku zwiedzałam jedną z największych upraw winogron w Niemczech. W trakcie oprowadzania nas, przewodnik wskazywał poletka upraw organicznych, które otoczone były przez poletka upraw nieorganicznych. Pamiętam, że wtedy mnie to bardzo zadziwiło, bo przecież w trakcie oprysków wystarczy, że nieco zawieje i winogrona bio też dostaną jakąś dawkę tego czego dostać nie powinny. I tak się rzeczywiście dzieje. Tyle tylko, że jeśli „normalne” winogrona (notabene uważane za owoce najbardziej zanieczyszczone w Europie) są spryskiwane w trakcie sezonu, jak się dowiedziałam, 14 razy (!), to mimo wszystko te bio, nawet jeśli coś im się tzw. rykoszetem dostanie, wygrywają bezapelacyjnie.

Oczywiście, medycyna energetyczna i praca z umysłem potrafią zdziałać cuda i wtedy nawet arszenik można łyżkami zajadać ;-) lub żywić się wyłącznie energią słoneczną ;-) , ale jeśli nie jesteście (jeszcze) w tym biegli, to proponuję poważnie zastanowić się nad przejściem na żywność bio albo od sprawdzonego dostawcy, przynajmniej w zakresie warzyw i owoców.

Adres strony z raportami:

http://www.efsa.europa.eu/en/publications.htm

Share on Myspace
Dział: Pod lupą
wtorek, 17 luty 2015 00:00

"Pay Yourself First"

czyli czy stać Cię na oszczędzanie na dobrej jakości jedzeniu? 

 

Pay yourself first” (zapłać najpierw sobie) jest konceptem używanym w doradztwie inwestycyjnym i emerytalnym i krótko mówiąc polega na tym, aby określony procent miesięcznego dochodu tuż po wypłacie automatycznie odkładać jako inwestycję, a dopiero z tego co zostanie realizować wydatki, takie jak rachunki za gaz prąd, czynsz itp.

Koncept wymusza odwrócenie priorytetów: My (w domyśle: nasza finansowa przyszłość i bezpieczeństwo) jesteśmy najważniejsi i o to musimy zadbać w pierwszym rzędzie, a dopiero z tego co zostaje płacimy innym. Takie działanie oznacza też automatycznie znacznie większą dyscyplinę wydatków. Nawet jeśli ta miesięczna inwestycja to tylko 5 czy 10% naszego dochodu, to to jest to, co płacimy sobie. Gdybyśmy najpierw realizowali wydatki a dopiero potem odkładali to co zostanie, to z dużym prawdopodobieństwem nie zostałoby dla nas już nic.

Koncepcja podoba mi się o tyle, że nakazuje w pierwszej kolejności myśleć o sobie. Przekładając ją na sferę odżywiania i zakupów żywnościowych - to co regularnie kupujesz i jesz jest długofalową inwestycją w Ciebie i Twoje zdrowie. Implikacją tego jest stwierdzenie, że na dobrej jakości jedzeniu nie wolno oszczędzać. Oszczędzić można na ubraniach, prądzie, rozrywce, kolczykach itp., ale nie na tak podstawowej kwestii jak jedzenie. Pay Yourself First czyli zadbaj o siebie!

I tu wielu z Was się oburzy, bo przecież jest tak dużo biednych ludzi, których nie stać na dobrej jakości jedzenie i muszą kupować najtańsze jedzenie. Nigdy nie będą mogli się odżywiać dobrze, bo ich na to nie stać. 

Otóż nie zgadzam się z tym stwierdzeniem i uważam, że z pewnymi wyjątkami, gdzie rzeczywiście z pustego i Salomon nie naleje, w większości rodzin, w których – jak to się mówi – się nie przelewa, priorytety są po prostu ustawione niewłaściwie, co wynika w dużej mierze z braku odpowiedniej wiedzy ale po części również z czegoś co można nazwać radosną, niezmąconą ufnością, że jest się nieśmiertelnym. Nie zgadzam się, ponieważ: 

  • Nawet żywiąc się jedzeniem z supermarketów, które jest najtańsze, można dokonywać lepszych i gorszych wyborów. I tam można dostać przyzwoite produkty w przyzwoitych cenach i uzupełniać je zakupami od lokalnych rolników.
  • Samo wykluczenie niektórych produktów już jest krokiem do przodu, koszyk przeciętnego Polaka opróżniony z Coca Coli, słodzonych napojów, czipsów, słodyczy, białego pieczywa, tanich „pocących się” wędlin, kurczaka, margaryny, białego cukru czy deserków typu Danonki już będzie dużo zdrowszy a portfel odpowiednio cięższy.
  • Ogólnie kupujemy za dużo śmieciowego jedzenia – kupowanie mniejszych ilości lepszej jakości za te same pieniądze jest mądrym rozwiązaniem. Lepszej jakości żywność ma wyższą „gęstość”, co oznacza wyższe uczucie sytości przy spożyciu nawet niewielkiej ilości. Zjedźcie 100 g. pełnoziarnistego pieczywa własnej, domowej roboty a 100 g kupnych czipsów (nie żebym kogoś zachęcała, to taka figura stylistyczna :-)) i porównajcie poziom swojej sytości po zjedzeniu. Tak to już jest, że pokarm bogaty w wartości odżywcze szybciej syci, organizm dostaje to czego potrzebuje, mózg już nie wysyła informacji „jestem głodny, nakarm mnie”, śmieciowego jedzenie można zjeść 10 kg, a ponieważ, oprócz kalorii, niewiele tam jest, organizm ciągle będzie domagał się więcej.
  • Ci, których „nie stać” na zdrowe żywienie mają jednak w domach plazmy, sprzęt nagłaśniający, konsole do gier, stać ich na wyjście do kina z Colą i popcornem, a czasem nawet jeżdżą starymi, bo starymi, ale jednak samochodami, które generalnie są drogie w utrzymaniu. Przeciętna polska „biedna” rodzina kupuje drogie zgrzewki Coli i wszelkie produkty reklamowane w telewizji.
Z jedzeniem jest trochę tak jak z ludźmi. Jest opakowanie, czyli to co zewnętrzne i nieprawdziwe i jest wnętrze, prawdziwa wartość, która często ma się nijak do opakowania. Opakowanie jest fasadą, czasem błyszczącą i lśniącą a czasem szarą i szorstką. To co jest wewnątrz nie ma nic wspólnego z opakowaniem. Jeśli w naszych wyborach kierujemy się tylko opakowaniem, nie zadając sobie trudu sprawdzenia co naprawdę jest wewnątrz - to najprawdopodobniej czeka nas słabe, puste i powierzchowne życie. 

Wszystkim tym, którzy twierdzą, że nie stać ich na zdrowe odżywianie należy zadać pytanie na co w takim razie wydają pieniądze? Bo jeśli nie stać nas na tak podstawową kwestię jak dobrej jakości pożywienie, które powinno być punktem 1 na liście (pay yourself first), to jakim cudem można dojść do punktów nr 2,3 itd.?

A drugie pytanie jakie się nasuwa to „Czy stać Cię na leczenie długofalowych skutków zaniedbań żywieniowych?” To jest bowiem dopiero droga sprawa.

Są to oczywiście pytania retoryczne. Ustawienie priorytetów wydatków wynika z poziomu samoświadomości i długofalowego patrzenia na życie. W dzisiejszych czasach, jedzenie jest ostatnią rzeczą, na której można oszczędzać, jeśli się to wie, wybory są łatwe. Jeśli się nie wie, albo niby wie, ale nie do końca chce zrozumieć, to krótkofalowa satysfakcja z nabycia dużej ilości tanich i niskiej jakości dóbr przeważy nad rozsądkiem.

Pamiętaj: Czego nie wydasz w spożywczym, wydasz dwa razy w aptece!

Share on Myspace
Dział: Ogólne
wtorek, 13 styczeń 2015 00:00

Produkty eko i kooperatywy spożywcze

 

Zasadniczo staram się nie dać zwariować i nie jeżdżę na drugi koniec miasta po ciecierzycę organiczną. Niemniej w sklepie mając do wyboru produkt bio i nie bio, zwykle wybiorę ten pierwszy, zgodnie z zasadą "mniej a lepszej jakości".

Zauważyłam jednak, że temat produktów bio/ organicznych nie jest do końca jasny dla wielu ludzi. Kilkakrotnie spotkałam się ze stwierdzeniem „Ja w to nie wierzę”. Ostatnio padło do z ust mojego męża, który stwierdził, że nie jest do końca przekonany czy to nie kolejny chwyt marketingowy ze strony dużych firm, po to żeby konsumentów jeszcze bardziej wydoić.

 

Regulacje

www.freepik.com. Designed by Freepik To dało mi bodziec do zbadania tematu. Z zapałem rzuciłam się w wir poszukiwań i po 7 godzinach padłam. Dużo informacji, mało konkretów, dalej jest we mnie wiele pytań, na które nie znalazłam odpowiedzi. Zastanawiam się tylko, jeśli tak świadomy konsument jak ja, dodatkowo mocno przyzwyczajony do grzebania w przepisach ma tak dużo problemów z ustaleniem podstawowych kwestii to oznacza, że przeciętny konsument nie ma żadnych szans. 

To co udało mi się jako tako ustalić: Kwestię żywności ekologicznej w Unii Europejskiej regulują przede wszystkim dwa rozporządzenie europejskie* a w Polsce ustawa z dnia 25 czerwca 2009 r. o rolnictwie ekologicznym i liczne akty wykonawcze do niej.

Przeczytałam polską ustawę i niektóre akty wykonawcze do niej i wygląda na to, że:

  1. W Polsce mamy system certyfikacji przez niezależne jednostki certyfikujące, akredytowane przez Polskie Centrum Akredytacji. Na dzień dzisiejszy doliczyłam się na stronie PCA dziesięciu akredytowanych jednostek certyfikujących produkty ekologiczne.
  2. Żeby otrzymać certyfikat trzeba przejść skomplikowaną procedurę od zgłoszenia chęci zamiaru zostania rolnikiem ekologicznym poprzez okres przejściowy (okres tzw. konwersji), dostosowania, w czasie którego jednostki certyfikujące regularnie sprawdzają w formie kontroli czy wszystko jest tak jak powinno aż po samo uzyskanie certyfikatu (zwykle ok. 3 lat później).
 
Kwestia zaufania?

No dobrze. Przy założeniu, że firma uzyskuje certyfikat po dogłębnym sprawdzeniu jej przez wyspecjalizowaną jednostkę, ale następnie świadomie lub nie obniża jakość produkcji, która nie jest zgodna z wymogami ustawowymi? Innymi słowy, czy po udzieleniu certyfikatu, ktoś to jeszcze później sprawdza? 

Teoretycznie tak, w praktyce – trudno powiedzieć.

Polska ustawa mówi o kontrolach ze strony Głównego Inspektora, ale niestety nie podaje żadnych minimalnych częstotliwości takich kontroli. Innymi słowy kontrola jest raczej uprawnieniem niż obowiązkiem, bo cóż to za obowiązek bez określenia kiedy ma być wykonany.

Na stronach jednostek certyfikujących można przeczytać, że nadzór jest prowadzony poprzez niezapowiedziane inspekcje mające na celu sprawdzenie czy wymogi certyfikatu są przestrzegane, ale terminów też nie podają.

Logiczne, że nie podają, bo żeby każdy wytwórca/ producent żywności bio miał być regularnie kontrolowany trzeba byłoby zatrudnić armię kontrolerów, co jest z oczywistych względów niewykonalne. 

www.freepik.com. Designed by FreepikInnymi słowy w zakresie uczciwości producentów bio jesteśmy zdani na zaufanie im i temu, że możliwość utraty certyfikatu i „twarzy” w przypadku wyrywkowej kontroli, która stwierdziłaby nieprawidłowości będzie wystarczającym hamulcem.

 

Znalazłam w Internecie informację, że w Niemczech kontrola wykazuje, że ok. 15% kontrolowanych gospodarstw/ producentów nie przestrzega norm certyfikatu. Wg. raportu naszego polskiego UOKiKu** wśród przeprowadzonych kontroli odsetek ten kształtował się bardzo podobnie.

Nie wiem czy to dużo czy mało, jednak chcę patrzeć na to w ten sposób: Kupując żywność organiczną mam 85% pewność, że jest ona pozbawiona szkodliwych dodatków, kupując żywność w supermarketach mam niemal gwarancję, że one tam są.

Bazarki to wielka niewiadoma, na bazarkach można spotkać i lokalnych rolników stosujących tradycyjne metody uprawy i pośredników, będących którymś z kolei ogniwem łańcuszka dostaw, którzy nie mają pojęcia gdzie i w jakich warunkach żywność, którą sprzedają została wyprodukowana.

Myślę, że te 85% pewności to całkiem sporo.

 
Lepsze wartości odżywcze?

Standardy ekologiczne żywności bio dotyczą wyłącznie parametrów jakościowych procesu wytwarzania żywności a nie odnoszą się wprost do jakości produktu. Innymi słowy certyfikat otrzymuje gospodarstwo, które spełnia wymogi produkcji, a nie wyrób jako taki. Wyrób nie jest badany pod kątem jakościowym, nie ma w związku z tym definicji jakości produktu eko.

Jakie z tego wnioski? Po pierwsze, produkty bio nie muszą być bogatsze w wartości mineralne, niekoniecznie zawierają więcej witamin i składników odżywczych niż żywność produkowana masowo. I wg. moich informacji nie zawierają (badania naukowe w tym zakresie są wzajemnie sprzeczne). Innymi słowy mandarynka wyhodowana ekologicznie nie musi mieć więcej witamin niż mandarynka wyhodowana nieekologicznie.

„Zdrowszość” żywności bio wynika z tego, że nie jest ona tak zanieczyszczona jak żywność standardowa. W procesie produkcji nie używa się bowiem azotanów, pestycydów, hormonów i antybiotyków.

 
Alternatywa?

Produkty organiczne/ bio są bardzo drogie, co skutecznie ogranicza ich dostępność dla niektórych. Pamiętam jak z zachwytem trafiłam do ponoć największego w Polsce marketu bio, który wygląda jak sporej wielkości sklep osiedlowy, z tą różnicą, że wszystko począwszy od chleba, poprzez warzywa i owoce, po mięsa jest eko. Za niewielkie zakupy zapłaciłam masakrycznie dużo i już wiem, że w Polsce, która ciągle jeszcze jest krajem na dorobku i dla absolutnej większości ludzi kluczowe znaczenie przy decyzji zakupowej ma to czy kilogram kurczaka kosztuje 7 zł a nie 40 zł a nie to czy w jego mięsie znajdują się antybiotyki i hormony. Na szczęście są alternatywy dla drogiej żywności bio.

Świadomość tego jak bardzo zatrutą żywność serwują nam naokoło jest coraz powszechniejsza i jak grzyby po deszczu mnożą się oddolne inicjatywy w formie kooperatyw bazujące na zamawianiu produktów spożywczych od sprawdzonych, lokalnych dostawców, prowadzących gospodarstwa w tradycyjny sposób, ale bez certyfikatów bio.

W skrócie działa to tak: zbiera się grupka z danej lokalizacji, zainteresowana nabywaniem zdrowych i ekologicznych produktów (choć niekoniecznie z certyfikatem bio), wybrany koordynator grupy lub „komisja” sprawdza potencjalnych dostawców, jedzie na miejsce, sprawdza w jakich warunkach hodowane są kury, jak nawożone warzywa itd. Jeśli wszystko jest ok jest podpisywana umowa współpracy z dostawcą/ rolnikiem. Od członków grupy zbierane są zamówienia i raz w tygodniu dostawcy (zwykle jest od kilku do kilkunastu dostawców) w jeden konkretny dzień tygodnia dowożą zamówioną żywność w umówione miejsce, gdzie członkowie grupy je sobie odbierają i ewentualnie rozliczają się (o ile nie zrobili tego wcześniej).

Sama jestem od jakiegoś czasu w takiej kooperatywie (LokalnyRolnik.pl) i jestem z tego niezwykle dumna i zadowolona. Pomijając bardzo sympatyczną atmosferę w grupie, mam naprawdę dostęp do produktów wysokiej jakości i lokalnych, bez pośredników. Ceny – jak na bazarze, ciut wyższe niż w marketach.

Nie rezygnuję jednak z zakupów w marketach, szczególnie lubię granaty, na które właśnie jest sezon, a których trudno byłoby mi się wyrzec. Granaty są zresztą w piątce „superfoods” antynowotworowych, zatem jeść je należy. Więc znów wybieram rozwiązanie pośrednie, a nie radykalne, te warzywa i owoce, które są charakterystyczne dla naszej strefy klimatycznej kupuję od rolników lokalnych poprzez kooperatywę, resztę (mniejsze ilości) w sklepach. Co do zasady nie kupuję w marketach jabłek i winogron (a więc i rodzynek), gdyż według wielu źródeł, są to najbardziej zanieczyszczone pestycydami owoce na świecie. Te kupuję tylko eko.

Podsumowanie:

  1. W zależności od zasobności Twojego portfela rozważ zakupy przynajmniej części produktów organicznych lub bezpośrednio od zaprzyjaźnionego rolnika. 
  2. Jeśli mieszkasz w mieście i nie masz dostępu do sprawdzonych rolników, sprawdź czy koło Ciebie nie działa kooperatywa spożywcza, gdzie można zamówić wysokiej jakości żywność od sprawdzonych dostawców bez certyfikatów eko. 
  3. Unikaj nieekologicznych kurczaków (są nafaszerowane hormonami i antybiotykami). 

Rozporządzenie Rady (WE) nr 834/2007 z 28 czerwca 2007 r. w sprawie produkcji ekologicznej i znakowania produktów oraz Rozporządzenie Komisji (WE) nr 889/2008 z 5 września 2008 r. ustanawiające szczegółowe zasady wdrażania Rozporządzenia Rady (WE) nr 834/2007 w sprawie produkcji ekologicznej i znakowania produktów ekologicznych w odniesieniu do produkcji ekologicznej, znakowania i kontroli.

** Raport "Produkty żywnościowe z segmentu luksusowych w świetle kontroli przeprowadzonych przez Inspekcję Handlową" www.uokik.gov.pl/download.php?plik=12638

Share on Myspace
Dział: Ogólne


 

Zdrowie to jedynie kwestia nawyku,

wielu drobnych przyzwyczajeń,

które składają się na całość

a jedyną osobą, która może Cię uzdrowić

jesteś Ty sam.