user_mobilelogo

Licznik odwiedzin

© 2009-2015 by GPIUTMD

Wszystkie wpisy alfabetycznie

czwartek, 28 lipiec 2016 00:00

Syrop glukozowo-fruktozowy 

 

Dziś temat, do którego przymierzałam się od jakiegoś czasu. Ważny, istotny, smutny, bo znowu obnaża prawdę o rzeczywistości.

Kiedyś pisałam, że cieszący się złą sławą cukier to mały pikuś w porównaniu z czymś co coraz częściej nas truje czyli z syropem glukozowo-fruktozowym.

Przyczyną wprowadzenia tego „wynalazku“ do powszechnego użycia jest oczywiście ograniczenie kosztów – cukier jest droższy, niż uzyskiwany zwykle ze skrobi kukurydzianej (oczywiście GMO, bo innej kukurydzy prawie nie ma) lub pszenicy syrop glukozowo-fruktozowy.

Z chemicznego punktu widzenia syrop glukozowo-fruktozowy jest podobny w składzie do cukru (sacharozy), tzn. zawiera mniej więcej po połowie (+/- 5%) glukozy i fruktozy. Z tej dwójki, wbrew pozorom to ta druga jest większym złem, gdyż wyekstrahowana postać fruktozy prowadzi do niealkoholowego stłuszczenia wątroby (o czym pisałam w tym artykule – trzeba przeczytać!) a mimo to biały proszek fruktozowy nadal można kupić na półkach z tzw. zdrową żywnością! Zupełnie inne działanie ma fruktoza w owocach czy miodzie (choć UWAGA!, z owocami, szczególnie suszonymi nie wolno przesadzać, podobnie z miodem!) a zupełnie inne wyekstrahowana do postaci proszku.

Wracając do syropu glukozowo-fruktozowego. Powstaje on w wyniku hydrolizy węglowodanów. Dlaczego zatem - pomimo teoretycznie podobnej zawartości fruktuzy i glukozy co w cukrze – należy go unikać? Innymi słowy dlaczego syrop ten jest nawet gorszy od cukru?

Otóż:

  • Jest sporo badań potwierdzających, że spożywanie licznych produktów zawierających syrop glukozowo-fruktozowy jest przyczyną powszechnej otyłości już wśród dzieci i nastolatków (bardziej niż cukier),
  • Syrop ten podwyższa poziom złego cholesterolu,
  • Syrop ten powoduje spadek wrażliwości organizmu na hormon – leptynę, odpowiadający za informowanie mózgu o naszej sytości – innymi słowy powoduje brak hamulca mówiącego „dosyć“, 
  • Nie do końca znamy skład chemikaliów używanych w procesie wytwarzania syropu glokozowo-fruktozowym oraz ich wpływu na zdrowie człowieka i już samo to powinno stanowić podstawę do daleko posuniętego sceptycyzmu. Tak, tak – proces od strony technicznej jest pilnie strzeżoną tajemnicą. Wiadomo jednak, że jeszcze jakiś czas temu do wytwarzania tego syropu używano m.in. związków rtęci! (teraz ponoć nie jest już to praktykowane).

Część produktów słodzona jest syropem glukozowym. Jest to o tyle lepszy wybór (choć oczywiście słodzenie w ogóle nie jest wskazane) o tyle, że glukoza – w przeciwieństwie do fruktozy - jest przyswajana w każdej komórce naszego ciała i jest naturalnym elementem rozkładu węglowodanów w procesie trawienia.

Starajcie się wybierać produkty bez cukru zawsze tam gdzie jest to możliwe i nigdy nie sięgajcie po produkty z syropem glukozowo-fruktozowym. I tu ciekawostka – cena nie zawsze jest wyznacznikiem jakości. Przykładowo jakiś czas temu w Lidlu w czasie tzw. tygodnia greckiego były dostępne trzy rodzaje chałwy – wszystkie w tej samej cenie i podobnym opakowaniu. Dwie słodzone syropem glukozowo-fruktozowym (dyskwalifikacja) a jedna miodem i to z terenu UE (a nie z Chin – chiński miód budzi moje obawy). I tylko samo przeczytanie składu już pozwalało na dokonanie lepszego, zdrowszego wyboru, ale mało kto go czytał. Uwaga oznaczenie HFCS jest równoznaczne z syropem glukozowo-fruktozowym (z ang. high fructose corn syrup)

Wracając do syropu – nie udało mi się spotkać lodów sklepowych słodzonych czymś innym (dlatego lodom sklepowym trzeba podziękować całkowicie ze względu na bardzo długi, chemiczny skład). Większość jogurtów również ma ten dodatek. Czytajcie etykiety – a zdziwicie się niepomiernie gdzie go można znaleźć. Pamiętajcie, że to nasze wybory kształtują rynek. Jeśli nie będziemy kupować świństw, przestaną sprzedawać świństwa.

Share on Myspace

Dział: Pod lupą
czwartek, 05 listopad 2015 00:00

Jak zacząć zdrowiej żywić się od jutra?

 

Mija rok od czasu kiedy zaczęłam pisać ten blog, dziś więc wpis trochę nietypowy i nieplanowany.

Wczoraj bowiem dostałam maila od mojej szwagierki, w którym pisze ona mniej więcej tak (po przetłumaczeniu na polski):

„Kochana, to całe zdrowe odżywianie jest bardzo skomplikowane. Kupiłam książki, które mi poleciłaś, ale ich lektura idzie mi bardzo wolno, nie mam czasu i lata miną zanim je przeczytam. Czy mogłabyś po prostu napisać mi co jeść a czego nie?

Hmmm, pytanie zasadne ale odpowiedź na nie wcale nie łatwa. No bo czy da się tak w kilku zdaniach odpowiedzieć? Pierwsza moja myśl to „nie da się”, „to byłoby zbyt duże uproszczenie, odżywianie to kwestia indywidualna”, ale po chwili zastanowienia pomyślałam sobie, że przecież samo wyeliminowanie pewnych nawyków będzie już ogromnym krokiem do przodu. Tak, da się z dnia na dzień zacząć odżywiać znacząco lepiej. Dlatego z mojej odpowiedzi do siostry mojego męża z bardzo konkretnymi, praktycznymi poradami po jej przetłumaczeniu na polski i dostosowaniu do warunków polskich „ukręciłam” dzisiejszy wpis. Nie wyjaśniam w nim szczegółowo dlaczego i jak, nie wnikam w szczegóły – jest prosty, bo taki ma być.

 

Jak w kilku krokach już od jutra zacząć się żywić lepiej

  1. Przestać pić Colę, Fantę i wszelkie inne kolorowe napoje gazowane. Pijemy wodę, soki warzywne, czasem (ale nie często) sok owocowy, napary i herbatki.

  2. Przestać kupować i używać oleje rafinowane (np. słonecznikowy) – oleje na półkach sklepowych w zwykłych sklepach to oleje rafinowane, poddane takim procesom chemicznym, w które trudno uwierzyć. Wyjątkiem jest oliwa z oliwek extra virgin, która jest tłoczona na zimno (nierafinowana). Jeśli już coś smażymy (co samo w sobie nie jest dobrą metodą obróbki termicznej, ale czasem można) to na maśle klarowanym (ghee) lub na oleju kokosowym nierafinowanym.

  3.  Po przeczytaniu etykiety odkładać z powrotem na półkę wszystko co ma w składzie syrop glukozowo-fruktozowy (jogurty, dżemy) i glutaminian sodu (GMS)

  4. Wybierać produkty bez barwników, konserwantów i sztucznych dodatków (np. ser bez chlorku wapnia) – nie jest to łatwe, ale trzeba się starać. Jeśli chodzi o wędliny najlepiej piec je w domu, w zasadzie nie da się dostać wędlin bez azotynów, jeśli już więc taką kupujemy to niech nie zawiera już innych świństw.

  5.  Nie kupować warzyw i owoców z supermarketów. Czytałam kiedyś, że warzywa i owoce w supermarketach są poddawane promieniowaniu, które ma opóźnić proces ich psucia się a do naświetleń (szczególnie jeśli nie wiemy jakie promieniowanie jest stosowane) należy podchodzić z daleko posuniętą ostrożnością. Nie znalazłam żadnego oficjalnego potwierdzenia tej informacji, ale obawiam się, że to niestety może być prawda. Wystarczy kupić sałatę z marketu i sałatę „od chłopa” i porównać jak szybko jedna i druga więdnie, nie jest naturalne, że sałata może leżeć w lodówce 2 tygodnie i nic się z nią nie dzieje.

  6. Drób kupować tylko ze sprawdzonych miejsc, mając pewność, że nie był szprycowany hormonami.

  7. Kupować wyłącznie mąkę pełnoziarnistą, makaron pełnoziarnisty, ryż pełnoziarnisty itp.

  8. Ograniczyć do minimum użycie cukru. Jeśli użycie jest konieczne niech to będzie cukier nierafinowany (to nie to samo co brązowy) lub surowy miód. Niektóre zastępniki cukru, reklamowane jako zdrowsze są od niego dużo gorsze – np. syrop z agawy czy syrop z kukurydzy, bo zawierają bardzo dużo fruktozy, która jest fatalna dla wątroby.

  9. Wystrzegać się ryb hodowlanych. Są one masowo karmione mączką rybną, czyli zmielonymi na pył resztkami ryb. Pomijając etyczny aspekt tego procederu (karmi się ryby szczątkami ryb) nie jest to ich naturalny pokarm i ryby tak karmione, często i gęsto już rodzą się z nowotworami! Jest to prawdziwa plaga, my oczywiście o tym nie wiemy i spożywamy „zdrowe rybki”.

  10. Nie używać soli rafinowanej (ważonej), najlepszą solą jest różowa sól himalajska.

  11. Nie kupować mleka UHT, które nie ma żadnych wartości odżywczych. Absolutnie nie kupować mleka i przetworów mlecznych homogenizowanych – uszkadzają układ wieńcowy. Jeśli już mleko - to najlepiej eko, niepasteryzowane od rolnika albo pasteryzowane w niskiej temperaturze.

  12. Unikać pszenicy, która została tak zmodyfikowana genetycznie, że jest trudno trawiona przez dużą część ludzi (którzy przypisują swoją nietolerancję glutenowi, gdy tymczasem źle znoszą tylko pszenicę a gluten z innych zbóż im nie szkodzi). Pszenicę warto zastąpić orkiszem, który nie był modyfikowany. Uwaga: etykieta „Chleb orkiszowy” często oznacza dodatek orkiszu i nadal pszenicę w środku, dlatego trzeba się upewnić co do składu. Chleb najlepiej wypiekać samemu ewentualnie zlokalizować piekarnię, gdzie nie stosują dodatków i spulchniaczy i zaopatrywać się w chleb razowy, ewentualnie pytlowy. Najlepszym chlebem jest chleb żytni, razowy na zakwasie, ale osoby ze słabym trawieniem mogą mieć z nim problem; żytni pytlowy powinien być dla nich ok.

  13. Ograniczyć produkty z soi. Są one często przedstawiane jako zdrowe, ale badania nie są tu wcale jednoznaczne. Soja zawiera fitoestrogeny działające podobnie do żeńskich estrogenów, zaś nadmiar estrogenów jest łączony z hormonozależnymi rodzajami raka (piersi, macicy). Dlatego przed menopauzą z soją ostrożnie. Ponadto w 99% soja jest GMO. Natomiast wskazane i polecane są produkty z soi fermentowanej takie jak miso, sos sojowy bez pszenicy, natto, tempeh, tofu itp.

  14. Wykluczyć orzeszki ziemne (wcale nie są zdrowe ze względu na szkodliwy kwas arachidowy, a poza tym są potężnym źródłem pasożytów).

 

Samo przestrzeganie tych zasad będzie znaczącym krokiem w przód w zdrowym odżywianiu i szybko odczujecie różnicę w poziomie energii i samopoczuciu. To jak? Zaczynacie od jutra :-)?

Share on Myspace

Dział: Ogólne
piątek, 30 październik 2015 00:00

Fruktoza - czyli jak łatwo i szybko zniszczyć sobie wątrobę

 

Stary dobry cukier, o którym pisałam ostatnio składa się z dwóch cukrów prostych – glukozy i fruktozy, mniej więcej w równych proporcjach.

O ile z glukozą nasz organizm sobie radzi, a wręcz – w rozsądnych ilościach - jest ona potrzebna każdej komórce w naszym organizmie (z niej czerpiemy energię) o tyle fruktoza jest dla naszego organizmu bardzo niekorzystna.

Mało znana prawda

Otóż fruktoza metabolizowana jest tylko i wyłącznie w wątrobie! Metabolizowanie fruktozy przebiega dokładnie tak samo jak metabolizowanie alkoholu, z tą jedną różnicą, że fruktoza nie wywołuje efektu działania “na głowę” – wszystko inne przebiega dokładnie tak samo.

Jeśli w organizmie znajduje się nadmiar fruktozy odkłada się on w postaci tkanki tłuszczowej wokół organów wewnętrznych, co sprzyja znacząco chorobom serca. Co ciekawe nawet osoby szczupłe mogą mieć stłuszczone narządy wewnętrzne i nawet o tym nie wiedzieć.  

Wątroba alkoholika wygląda podobnie jak wątroba osoby używającej “zdrowego” fruktozowego proszku.

Innymi słowy: Chcesz mieć otłuszczoną wątrobę – jedz fruktozę!

Dlaczego więc zwykły biały cukier jest lepszy niż fruktoza w białym proszku? Bo zawiera jej o 50% mniej. Czysta arytmetyka. Ale jak się je dużo cukru, to efekt stłuszczenia wątroby i innych organów wewnętrznych też osiągniemy, bo też przecież spożywamy fruktozę.

Dlatego też reklamowany jako “zdrowy” syrop z agawy, który zawiera więcej fruktozy (70-100%) niż jakikolwiek inny “zdrowy” słodzik na rynku – jest fatalnym produktem i należy go unikać jak ognia! Do tego często jest on po prostu syntetyzowany w laboratorium z mocno zagęszczonego syropu fruktozowego.

Dlatego jeśli na etykiecie ze składem produktu czytamy “fruktoza”, “syrop fruktozowy”, “syrop glukozowo-fruktozowy” produkt taki należy go grzecznie odłożyć z powrotem na półkę.

Na marginesie dodam, że liczne badania wykazały, że fruktoza zwiększa łaknienie, ale już glukoza nie ma takiego działania. Fruktoza podnosi także poziom trójglicerydów we krwi i znacząco zwiększa ryzyko stanów zapalnych w organizmie.

Fruktoza w owocach

Zaraz, zaraz – krzykniecie. Przecież fruktoza jest podstawowym składnikiem owoców. Tak, ale wszystko znowu sprowadza się do ilości i koncentracji.

Owoce mają korzystne działanie zdrowotne, stężenie fruktozy jest w nich naturalne a w połączeniu z witaminami i błonnikiem osiągamy efekt nieco korzystniejszego działania. Ma to m.in. związek ze zmniejszaniem przez błonnik wchłaniania węglowodanów z przewodu pokarmowego (obniżenie poziomu insuliny). Fruktoza oderwana od błonnika (poza owocami) jest po prostu trucizną.

Ale – pisałam o tym już wcześniej – z owocami również nie należy przesadzać. Przyjmuje się, że bezpieczna dawka fruktozy (taka, która nie prowadzi do otłuszczenia wątroby) to łącznie 25 g dziennie. Dawka ta odpowiada 2 bananom czy 3-4 daktylom, czyli nie jest to wcale dużo!

W wykresie poniżej przedstawiam proporcje fruktozy na 100g danego owocu. Są to oczywiście dane uśrednione, owoc owocowi słodyczą nierówny. Oczywiście nie chodzi o ścisłe kalkulacje - wszak zabiłoby nam to całą radość jedzenia – lecz o zachowanie umiaru.

50 g cukru już wyczerpuje nam dzienną normę fruktozy, przy czym osobiście uważam, że dawkę tę należałoby zredukować, bo fruktozę zapewne spożywamy też w innych produktach, nie wiedząc o tym nawet.

Miód to również w 53% fruktoza, ale jego pozostałe walory zdrowotne uzasadniają przyjęcie, że 1-2 łyżeczki dobrej jakości surowego miodu (nie mówię tu o miodach z supermarketu) jest do przyjęcia, ale zamiast niż dodatkowo do owoców.

Pamiętajcie zatem: Fruktozy (w formie syropów i kryształków) należy unikać jak ognia, owoce jeść w niewielkich ilościach, a suszone owoce w jeszcze mniejszych.

 

Share on Myspace

Dział: Pod lupą
niedziela, 04 październik 2015 00:00

Natto - japońska rewelacja antyzawałowa i wzmacniająca kości

relacja z samodzielnego wykonania

 

Cudowna witamina K2

O witaminie K2 mało który lekarz słyszał, tymczasem jest to jedna z kluczowych witamin dla zdrowia człowieka. Niewiele ma wspólnego z witaminą K, odpowiedzialną za krzepliwość krwi. K2 jest związana ze zdrowymi kośćmi i sprawną wieńcówką, czyli z prewencją osteoporozy i miażdżycy.

O K2 pisałam w tym artykule, ale przypomnę pokrótce o co chodzi. Otóż wchłanianie wapnia jest dosyć skomplikowaną sprawą. Mianowicie, wapń wydaje się być pierwiastkiem dosyć leniwym, a oznacza to, że usadawia się tam gdzie mu najwygodniej i najszybciej czyli niekoniecznie w kościach czy zębach. Stąd może być tak, że u jednej osoby wystąpi i zwapnienie narządów (osiadanie nadmiaru wapnia w tkankach miękkich) i typ II osteoporozy (m.in. z braku wapnia w kościach). To zjawisko jest wbrew pozorom bardzo częste i nosi nazwę „paradoksu wapnia”.

Zatem jeśli ktoś suplementuje się wapniem albo je dużo produktów z wapniem a do tego suplementuje się witaminą D lub dużo przebywa na słońcu (witamina D zwiększa wchłanianie wapnia) to zamiast wzmocnić kości może sobie wyhodować miażdżycę!

Wapń jest bowiem istotnym (twardym) składnikiem blaszki miażdżycowej.

Złe i skandaliczne są zalecenia większości dietetyków aby jeść więcej wapnia o ile wraz z taką wskazówką nie zaleci się suplementacji witaminą K2. Bowiem to właśnie K2 i tylko K2 ma tę właściwość, że kieruje wapń do kości i zębów (poprzez uaktywnienie osteokalcyny), ale także ma zdolność odprowadzenia już „osiadłego” wapnia czyli bezoperacyjnego leczenia miażdżycy (bliżej zainteresowanym polecam prace i artykuły dr Williama Davisa, który tak właśnie leczył swoich pacjentów). Moim zdaniem z dwojga złego lepiej w ogóle unikać produktów z wapniem niż jeść je bez witaminy K2. No chyba, że zawał komuś nie straszny.

K2 należy traktować jako element niezbędnej prewencji. W pewnym wieku prewencja antymiażdżycowa jest konieczna, a ten wiek jest dużo niższy niż się powszechnie wydaje, bo przy dzisiejszej diecie i stylu życia całkiem sporo 30-latków ma już zaawansowane zmiany miażdżycowe. Dlatego suplementację witaminą K2 trzeba zacząć dosyć wcześnie i najlepiej stosować ją stale lub okresowo (standardowo z witaminą D).

Jak to często bywa – nigdy nie jest tak, że jedna substancja jest dobra na to, innna tylko na tamto. I tak w przypadku witaminy K2 oprócz oczywistych korzyści antymiażdżycowych i wzmocnienia kości, wiele wskazuje na to, że działa ona również hamująco na niektóre nowotwory, np. płuc (japońskie badania), prostaty, krwi i wątroby. Jest niezwykle pomocna w leczeniu stwardnienia rozsianego, chorobie Alzheimera, reumatoidalnym zapaleniu stawów a nawet cukrzycy.

 

Dawki

Standardowa dawka dzienna K2-MK7 to 100 mikrogramów. Przy suplementacji witaminą D warto ją podwoić, a nawet potroić. Witaminę K2-MK7, tak jak witaminę D należy przyjmować z tłuszczami. 

 

Natto

Natto to japońska potrawa ze sfermentowanej soi, największe i najistotniejsze naturalne źródło witaminy K2-MK7. O K2-MK4 – drugiej formie witaminy K2 nie piszę celowo, bo ma krótki półokres rozpadu, co oznacza, że trzeba by przyjmować ją wielokrotnie w czasie dnia aby zachować odpowiednio wysoki poziom. Być może dlatego w Japonii choroby wieńcowe są zjawiskiem marginalnym.

Zaraz, zaraz. Jak jest możliwe, że K2-MK7 w naturze w istotnych ilościach występuję tylko w K2? – to było moje pierwsze pytanie gdy usłyszałam o K2. Bo czy matka-natura mogła się tak ograniczyć, do jednego w zasadzie produktu? I przyznam szczerze, że przez wiele miesięcy nie znałam na nie odpowiedzi. Aż tu nagle przeczytałam, że owady i robaki zawierają znaczące ilości K2. Bingo! To jest brakujące ogniwo! Obecnie, przynajmniej w naszej kulturze, mało kto robaki i owady traktuje jako pożywienie, ale przecież nie zawsze tak było. To było nasze naturalne źródło witaminy K2, z którego - w naszej części świata - dobrowolnie zrezygnowaliśmy (Azjaci nadal ze smakiem zajadają się owadami i robakami :-)).

Na marginesie dodam, że natto jest również cennym surowcem kosmetycznym. Kosmetyki – głównie w postaci serum do twarzy – w Azji kosztują krocie. Takie serum przeciwzmarszczkowe można wykonać samemu, dodając do porcji natto oczyszczonej wody oraz filtrując.

 

Eksperyment

Poniżej krótka relacja z mojego drugiego podejścia do natto. Pierwsze podejście już było, ale nie wyszło do końca (o czym za chwilę). Tak to z eksperymentami bywa, że rzadko wychodzą za pierwszym razem.

Korzystałam z instrukcji przygotowania natto z blogu badzweganinem.blox.pl, z tego artykułu. Wykonałam wszystko krok po kroku.

Do wyhodowania natto potrzebna jest soja (bio, każda inna jest genetycznie modyfikowana) oraz zarodniki bakterii B. subtilis. Z tym ostatnim jest najtrudniej, ja swój starter sprowadziłam z Japonii przez ebay.

Do utrzymania stałej temperatury soi 40 stopni razem skorzystałam z jogurtownicy, do której wstawiłam talerz z soją zaszczepioną bakteriami B. subtilis i podgrzewałam przez 24 h. Jest to zdecydowanie lepsze, wygodniejsze i oszczędniejsze rozwiązanie niż wybrany przy pierwszym podejściu piekarnik. Nie dość, że rachunek za prąd po 24-godzinnym podgrzewaniu soi w piekarniku był zauważalnie wyższy, to soja – pomimo przykrycia - bardzo mocno się wysuszyła, przez co była mało „śluzowata” i nie do końca miałam przekonanie czy witamina K2 w ogóle się w niej wytworzyła.

Tym razem – za pomocą jogurtownicy - wyszło. Wokół soi pojawiły się charakterystyczne, klejące niteczki – efekt fermentacji.

Eksperyment uważam za udany. Satysfakcja jest. Witamina K2 mg7 w lodówce na 10 dni dla całej rodziny również.

 

Jak stosować 

Konsystencję (vide zdjęcie pod tytułem) i zapach natto ma nieciekawe. Jednak staje się całkowicie akceptowalne a nawet smaczne jako wkładka do zupy. Na talerz nakładamy solidną łyżkę natto z górką i zalewamy zupą o temperaturze do 50 stopni (żeby nie zabić witamin, w tym cennej K2).

Jeśli nie jesteście aż tak ambitni, polecam Wam serdecznie suplementy K2-mk7 z natto :-) 

 

Podsumowując

Z samodzielnym wyrobem natto jest jednak sporo zachodu a dodatkowo jest to energetycznie kosztowne. Proces u mnie trwał łącznie – 43,5 godziny (18 h - namaczanie, 1,5 h - gotowanie na parze, 24 h - fermentacja). Nic dziwnego, że porządne suplementy K2-MK7 produkowane z natto (a nie syntetyczne) są drogie (w granicach 100 zł za 60 kapsułek wegańskich po 120 mg każda). Ponieważ zostało mi jeszcze trochę startera, pewnie jeszcze kiedyś go wykorzystam, bo mi szkoda wyrzucić, ale na co dzień zostaję jednak przy suplemencie. Jasne, że naturalne zawsze lepsze, ale w tym przypadku to jednak zbyt skomplikowane i uciążliwe.

Share on Myspace

Dział: Pod lupą
poniedziałek, 28 wrzesień 2015 00:00

Zakwaszony żołądek – fundamentalna zasada dobrego zdrowia

Żołądek jako przyczyna wielu chorób, których nigdy z żołądkiem byś nie powiązał

 

W tym artykule opisywałam przypadek obniżonej wchłanialności składników odżywczych ze względu na zakażenie pasożytnicze. Drugą niezwykle częstą przyczyną złego wchłaniania jest niedokwaszony żołądek. Ta sprawa jest fundamentalna dla zdrowia, a piszę o niej dziś nie bez przyczyny.

Kilka dni temu bowiem doradzałam komuś z nadczynnością tarczycy wykonanie testu zakwaszenia żołądka. W przełożeniu na TCM nadczynność tarczycy najczęściej jest związana z niedoborem yin.  Niedobór yin to niedobór substancji, więc „na nasze” braki w organizmie. Jeśli osoba dobrze się odżywia i dba o to, co kładzie na talerz – a tak było w tym przypadku – podejrzenie pada na wchłanianie.

 

pH żołądka

Idealne pH naszego żołądka to 1-2,5. Kwas solny w żołądku ma za zadanie rozpuścić i strawić wszystko to co się tam dostanie. Na skutek wrodzonych predyspozycji (rzadko) i złej diety (najczęściej) poziom pH w żołądku rośnie i może przekraczać wskazane wyżej optymalne wielkości. I co się dzieje wtedy? Katastrofa. Ale o tym w szczegółach dalej.

Z węglowodanami i tłuszczami żołądek jeszcze  dać sobie radę, gdyż są one mówiąc w dużym uproszczeniu - stosunkowo lekkostrawne.

 

Trawienie białek

Problem zaczyna się przy białkach. Są one trudne do strawienia i wymagają dobrej pracy żołądka, tzn. dobrego jego zakwaszenia. A przecież białko to nie tylko mięso, ale i strączkowe, warzywa, zboża czy przetwory mleczne. Białka to najważniejsze elementy budulcowe wszystkich organizmów żywych. Są to wielkocząsteczkowe związki organiczne, w znacznej części zbudowane z aminokwasów. W uproszczeniu i dla lepszego zobrazowania – białka są często przedstawiane jako sznur korali, zaś aminokwasy jako poszczególne koraliki o różnej wielkości, kształtach i kolorach.

W procesie trawienia białka muszą być porozdzielane na pojedyncze aminokwasy, a dzieje się tak tylko pod wpływem kwasu solnego, pepsyny i innych substancji znajdujących się w odpowiednio zakwaszonym żołądku. Znamy 20 aminokwasów biogennych (czyli tych, z których zbudowane sa organizmy żywe). Spośród tych 20, 8 jest uważanych za aminokwasy niezbędne dla organizmu człowieka. Są to tzw. aminokwasy egzogenne, które muszą być człowiekowi dostarczone z pożywieniem, bo nasz organizm nie potrafi ich wytworzyć.*

 

Niestrawione białka a choroby

Te niezbędne dla naszego zdrowia aminokwasy wytworzą się tylko w dobrze zakwaszonym żołądku. Niedokwaszony żołądek oznacza, że nie będziemy mogli ich uzyskać czyli de facto poważne braki zagrażające naszemu zdrowiu. To z aminokwasów bowiem nasz organizm tworzy enzymy, hormony i inne substancje, co prowadzi nas wprost do konkluzji, że brak przyswajania pewnych aminokwasów ze względu na zbyt duże ph żołądka może prowadzić do problemów np. z hormonami

Taka np. insulina jest zbudowana z 21 aminokwasów w jednym łańcuchu i 30 w drugim!. Myślicie, że brak tylko jednego z tych aminokwasów będzie oznaczać, że insulina będzie słabsza czy też wolniej działać? Nie. Brak chociażby jednego aminokwasu będzie oznaczać, że insuliny po prostu nie będzie! 

Stąd prosty wniosek, że wszelkie choroby o podłożu hormonalnym mogą mieć początek w niedokwaszeniu żołądka i nieprzyswajaniu białek. Czy każda choroba związana z hormonami ma takie podłoże? Oczywiście, nie. Pewnie bywają i inne przyczyny.

Ale jest to zbyt ważny i istotny trop, żeby go zignorować. Tylko, że o zbadaniu poziomu zakwaszenia żołądka jako możliwej przyczynie choroby żaden, albo prawie żaden lekarz pacjentowi nie powie. Standardowe leczenie jest jak zwykle objawowe, albo przyjmuje się sztucznie hormony, albo – np. w przypadku nadczynności tarczycy – wypala, wycina, naświetla. Każde z tych działań jest drastyczne i nienaturalne oraz powoduje, że do końca życia jesteśmy uzależnieni od przemysłu farmaceutycznego (brrr.)

Nikt się nie pochyli nad zbadaniem przyczyn choroby. Rola świadomego pacjenta, cierpiącego na dowolną chorobę o charakterze przewlekłym to iście detektywistyczna praca, polegająca na szukaniu na własną rękę możliwych przyczyn choroby i ich usunięciu. W tej detektywistycznej pracy zbadanie swojego pH żołądka to jeden z pierwszych kroków, szczególnie, że jest to procedura stosunkowo łatwa (o czym dalej).

 

To jednak nie koniec

Wyobraźcie sobie kubeł z kwasem solnym i kawałek mięsa, który do niego wrzucacie. Co się dzieje? Mięso jest trawione, rozpada się i znika. Dodajcie teraz o proszku zasadowego do kwasu solnego i ponownie wrzućcie mięso. Albo nie dzieje się nic, albo mięso nie rozkłada się do końca. Niestrawione białko dostaje się do dwunastnicy i do jelita cienkiego i tam zaczyna gnić. Proces gnilny w jelitach to pożywka dla pasożytów wszelakiego rodzaju i kolejne poważne konsekwencje zdrowotne, takie jak spadek odporności, alergie a nawet nowotwory.

Co więcej, nie do końca strawione białko dostaje się w procesie wchłaniania do krwioobiegu a organizm traktuje je jako intruza, z którym trzeba walczyć. I nasz układ immunologiczny z takimi niestrawionymi białkami walczy, czego efektem może być alergia, egzema, astma, reumatoidalne zapalenie stawów i mnóstwo innych tzw. chorób degeneracyjnych. Jak widzicie lista potencjalnych chorób związanych z niedokwaszonym żołądkiem się powiększa.

Nieprawdopodobnie wielka ilość chorób autoimmunologicznych ale i innych tzw. cywilizacyjnych ma swoje podłoże w niedokwaszonym żołądku!

De facto każda choroba może mieć początek w niedokwaszonym żołądku!

Spektrum chorób wynikających z niedokwaszonego żołądka jest ogromne, od depresji (brak wydzielania serotoniny ze względu na niewchłanianie odpowiednich aminokwasów), poprzez bezsenność (brak wytwarzania melatoniny ze względu na niewchłanianie odpowiednich aminokwasów), anemię (brak wchłaniania żelaza) na zawale serca kończąc (wysoki poziom homocysteiny, wiązanej bezpośrednio z zawałami – o tym pisałam tu, na skutek braku przyswajania witaminy B12, B6 i kwasu foliowego w związku z niewytworzeniem odpowiednim aminokwasów). Notabene, ciekawa jestem, ile osób, które przeszło na dietę bezglutenową (mimo, iż nie chorują na celiakię), twierdząc, że bez glutenu lepiej się czują, ma po prostu niedokwaszony żołądek (gluten to przecież ciężkostrawne białko, które niestrawione może wywoływać objawy alergii).

 

Neutralizowanie kwasów żołądkowych czyli paranoja w czystej postaci

Większość ludzi choć raz w życiu miała zgagę nawet jeśli nie cierpi na chorobę refluksową. Zgaga to nieprzyjemne pieczenie w przełyku, wrażenie cofania się treści pokarmowej z żołądka w górę. I tak jest w rzeczywistości. Ze względu na fatalną dietę większości ludzi, problem zgagi jest dziś powszechny.

Co się wtedy standardowo robi? Zobojętnia kwasy żołądkowe zasadowymi proszkami i specyfikami typu Rennie. I pieczenia nie czuć.

Jest to działanie dokładnie odwrotne od tego jakie powinniśmy wykonać i skandalem jest to, że w reklamach za zgagę wini się „nadkwasotę”. Nic bardziej mylnego.Ale po kolei.

Pomiędzy żołądkiem a przełykiem znajduje się zawór (zdjęcie obok). Zawór ma z jednej strony przepuścić treść z przełyku do żołądka, z drugiej zaś – chronić przełyk przed wydostaniem się czegokolwiek z powrotem do przełyku. Zgaga (choroba refluksowa) polega na tym, że ów zwieracz się luzuje i soki z żołądka chlapią w górę na przełyk. A ponieważ przełyk nie jest przystosowany do spotkania z kwasem solnym – odczuwamy to jako pieczenie (wypalanie). I uwaga: im bardziej zakwaszony żołądek, tym mocniej zaciska się zwieracz. Im pH wyższe tym zwieracz bardziej się poluzowuje. Co to oznacza? Proszek zasadowy wpuszczony do żołądka jeszcze bardziej poluzowuje zwieracz i z żołądka na przełyk chlapie coraz bardziej tyle, że treścią o wyższym pH, której nie czujemy. Znów więc działamy tylko na przyczynę, pogłębiając problem. Przy zgadze, bardzo często wystarczy zakwasić żołądek aby się jej pozbyć, bo zwieracz mocniej się ściśnie. Popularne środki „przeciw zgadze” mogą nam doszczętnie zrujnować zdrowie, doprowadzając do pH w żołądku bliskiemu 5  czy nawet 7, a to już bardzo poważna sprawa.  

 

Jak sprawdzić poziom zakwaszenia żołądka

Profesjonalne sprawdzenie poziomu zakwaszenia może być wykonane u gastrologa. W warunkach domowych wystarczy procedura podana poniżej, która ma blisko 96% dokładność.

Bierzemy pół łyżeczki sody oczyszczonej i lejemy na nią odrobinę octu jabłkowego domowego lub kupnego wysokiej jakości. Powinna się intensywnie pienić, jeśli piany nie ma oznacza to, że soda jest stara i straciła swoje właściwości; trzeba ją wyrzucić i kupić nową.

Następnie w 150 ml. wody rozpuszczamy łyżeczkę aktywnej sody oczyszczonej (w przypadku dzieci – pół łyżeczki) - nie tej zmieszanej z octem tylko świeżej, bierzemy stoper do ręki i pijemy tę mieszankę na czczo. Po wypiciu włączamy stoper i sprawdzamy kiedy nam się odbije (beknie). Soda w połączeniu z kwasem solnym wytwarza dwutlenek węgla, stąd odbicie. Jeśli stężenie kwasu solnego będzie niewystarczające odbicie nastąpi późno lub wcale.

Czasy „odbicia”

  • do 40 sekund po wypiciu: nadkwasota (im bliżej 40 sekund tym mniejsza)
  • 40- 90 sekund po wypiciu: dobre zakwaszenie
  • 90-180 sekund po wypiciu: słabe zakwaszenie (im bliżej 180 sekund tym gorzej)
  • powyżej 180 sekund lub wcale – bardzo źle

 

Jak zakwasić żołądek

Jeśli zakwaszenie naszego żołądka jest słabe należy stosować następujące zasady:

  • 15 min. przed posiłkiem wypić łyżkę octu jabłkowego rozpuszczonego w niewielkiej ilości wody
  • za wyjątkiem powyższego „zakwasacza“ nie pić 30 min. przed posiłkiem i 1,5 h. po posiłku, aby nie rozcieńczać dodatkowo kwasów i enzymów (rzadko jadam w restauracjach i na mieście, ale gdy już to się zdarzy za każdym razem kelnerki są zdziwione, że nie zamawiam napojów ani przed jedzeniem, ani po – doprawdy nie wiem dlaczego w lokalach gastronomicznych standardowo oczekuje się, że tuż przed jedzeniem rozwodnisz sobie soki żołądkowe :-))
  • żuć jedzenie do papki (wg. TCM każdy kęs powinno się przeżuć min. 20 razy) 
  • jeść powoli, nie śpiesząc się, przy stole, na siedząco, broń Boże czytając, przeglądając komórkę czy patrząc w telewizor,
  • dodawać szczyptę soli himalajskiej do wody, którą pijemy (bliżej pisałam o tym tu)
  • stosować gorzkie zioła na trawienie

Jeśli problem z zakwaszeniem jest poważny (odbicie pow. 180 sekund), warto rozważyć zakup preparatu pod nazwą betaina hcl. Jest to kwas solny i pepsyna w kapsułce, które przyjmuje się w trakcie posiłku. Sposób dawkowania warto ustalić z kimś kompetentnym, ale raczej są to spore dawki (nawet 5-6 kapsułek do posiłku, w zależności od producenta). Z czasem, gdy pH naszego żołądka się ustabilizuje – dawki będzie można coraz bardziej obniżać. 

Po zakwaszeniu żołądka w wielu przypadkach jak ręką odjął znikają objawy bardzo poważnych chorób. W moim przekonaniu w leczeniu każdej choroby przewlekłej (nowotwory nie są tu wyjątkiem) zbadanie pH żołądka i ewentualne jego obniżenie są jedną z pierwszych rzeczy jakie należy sprawdzić. Zróbcie ten test koniecznie, a wyniki mogą Was zaskoczyć.

* Do aminokwasów niezbędnych zaliczamy: lizynę, metioninę, treoninę, leucynę, izoleucynę, walinę, tryptofan i fenyloalaninę.

Share on Myspace

środa, 20 maj 2015 00:00

Kuchnia olejem płynąca czyli nabici w (niejedną) butelkę

  

Lobby producentów tłuszczów roślinnych udało się zaszczepić w tzw. społeczeństwie przekonanie, że oleje roślinne są dużo lepsze niż tłuszcze zwierzęce i można nimi bezkarnie polewać to co na talerzu, bo są zdrowe. Na sklepach zwykłych super- i hipermarketów półki uginają się pod różnego rodzaju olejami, które kuszą i opakowaniami i opisem ich fantastycznych właściwości zdrowotnych. Statystyki zaś podają, że po zdemonizowaniu tłuszczów zwierzęcych jako odpowiedzialnych za choroby cywilizacyjne (cholesterol, miażdżyca itp.) co notabene jest jedynie półprawdą, wartość spożywanych olejów roślinnych wzrosła znacząco i stanowią one już prawie 70% wszystkich spożywanych tłuszczy.

I nie ma się z czego cieszyć, bo przy jakości tego co nam producenci oferują na regałach sklepowych, smalec to samo zdrowie. Prawda jest bowiem jak zwykle o wiele bardziej skomplikowana.

 

Oleje w diecie

Po pierwsze trzeba mieć świadomość, że olej jest substancją skondensowaną, naturalnie nie występującą w tej postaci, tak więc polewanie i moczenie w oleju takich ilości pożywienia jak zdarza się nam czynić, nie jest czymś naturalnym i zdrowym (wyjątkiem jest może oliwa extra virgin, której nadmiarowe stosowanie w badaniach w zasadzie nie wykazało negatywnych efektów zdrowotnych). I tradycyjna medycyna chińska i makrobiotyka nakazują tłuszcze stosować bardzo oszczędnie i raczej w naturalnej postaci (w orzechach, pestkach i ziarnach – świeżo łuskanych).

Po drugie – i tu dochodzę do sedna tego wpisu – jest gigantyczna, ale to gigantyczna różnica między olejami rafinowanymi a nierafinowanymi, o której mało kto wie.

 

Oleje rafinowane 

99,9% olejów sprzedawanych w sklepach to oleje rafinowane. Rafinacja olejów odbywa się poprzez ekstrahowanie w wysokiej temperaturze za pomocą rozpuszczalników, którymi najczęściej są silnie działające środki chemiczne (np. heksan – produkt rafinacji ropy naftowej). Wśród tych olejów rafinowanych są oczywiście te „najlepsze” i najdroższe, tj. olej lniany, z pestek dyni, sezamowy itd.

Oleje są poddawane odbarwieniu i obróbce chemicznej usuwającej zapach, tak aby były „neutralne” i nadawały się do długotrwałego przechowywania na półkach. W międzyczasie przyzwyczailiśmy się do mdłego smaku, braku zapachu i klarownej, żółtej konsystencji olejów.

Część olejów jest rafinowana poprzez tłoczenie w prasach (bez ekstrakcji chemikaliami) – ich przewaga polega na tym, że nie zawierają pozostałości odczynników chemicznych, chociaż również przechodzą przez procesy produkcji od poddania wysokiej temperaturze na ługowaniu kończąc (ługowanie to proces transportu masy z fazy stałej do fazy ciekłej, polegający na wypłukiwaniu danej substancji z fazy stałej za pomocą rozpuszczalnika).

Oleje rafinowane (i te tłoczone w prasach i uzyskiwane za pomocą rozpuszczalników chemicznych) są pozbawione istotnych składników odżywczych. Proces rafinacji pozbawia je m.in. lecytyny, chlorofilu, witaminy E, beta-karotenu, wapnia, magnezu, żelaza, miedzi i fosforu. Ponadto temperatury ekstrakcji często przekraczają 240 st. Dla przypomnienia od temperatury mniej więcej 160 st. wytwarzają się kwasy tłuszczowe trans (te które zawarte są w margarynach i które zwiększają ryzyko chorób serca, cukrzycy i nowotworów). Tak więc olej rafinowany od margaryny dużo lepszy nie jest, choć niewiele osób ma tego świadomość.

 

Utlenianie i wolne rodniki

Przyjęto pewną systematykę podziału olejów na: jednonienasycone, wielonienasycone i nasycone. Systematyka ta bazuje na przeważającym typie wiązań w cząsteczce - w tłuszczach nienasyconych (jednonienasyconych i wielonienasyconych) brak atomu wodoru powoduje wiązanie podwójne pomiędzy atomami węgla. Wiązania podwójne są niestabilne i bardzo łatwo „przyczepia” się do nich atom tlenu, czyli cząsteczka utlenia się (jełczeje). Tłuszcze jednonienasycone mają jedno takie wiązanie podwójne (niestabilne), wielonienasycone, choć niezbędne do życia – mają ich wiele.

Kiedy więc atom tlenu „wepchnie” się w wiązanie podwójne oznacza to rozpoczęcie procesu utleniania czyli jełczenia. Dzieje się tak pod wpływem światła, ciepła i czasu a konsekwencją jest to, że nienasycone kwasy tłuszczowe zamieniają się w łańcuchy wolnych rodników. Wolne rodniki normalnie są nam potrzebne do życia jednak w nadmiarze (tak jak w tym przypadku) prowadzą wprost do przyśpieszenia procesu starzenia się (zmarszczki, plamy starcze, obniżona odporność) i powstania nowotworów (zakłócanie działanie komórkowego DNA).

Dlatego osoby chore na nowotwory powinny całkowicie wykluczyć ze swojej diety ekstrahowane oleje i tłuszcze a także bardzo poważnie ograniczyć pokarmy zawierające tłuszcz (np. orzechy brazylijskie, które bardzo szybko jełczeją a w zasadzie są nie do dostania w łupinkach). 

Oleje wielonienasycone utleniają się najszybciej, dlatego na nie należy uważać najbardziej. Do tych olejów należy m.in. olej lniany, dlatego rafinowany olej lniany jaki można spotkać w sklepach, zachwalany jako zdrowy to potencjalny magazyn szkodliwych wolnych rodników. Uwaga: są sprawdzone metody leczenia nowotworów olejem lnianym najwyższej jakości. Olej taki musi być nierafinowany, tłoczony w niskiej temperaturze, chroniony przed światłem i ciepłem i nie może być zbyt długo przechowywany od momentu wytłoczenia. Na potrzeby prewencji lepiej się sprawdzi siemię lnianie w postaci „glutka” pite regularnie. 

Jednonienasycone oleje (oliwa, olej sezamowy, rzepakowy) utleniają się znacznie mniej, przy czym oczywiście w dalszym ciągu należy sięgać po oleje nierafinowane.

Jeśli jeszcze dodać do tego, że część ludzi nadal smaży na tanich olejach rafinowanych, katastrofa gwarantowanatzn. mamy 4 w 1 (wolne rodniki i proces starzenia/ powstawania nowotworów, brak podstawowych składników odżywczych, oleje trans wywołujące choroby cywilizacyjne, oraz rakotwórczy akrylamid wytwarzający się przy smażeniu na olejach nienasyconych pow. 180 st.) 

Z przerażeniem patrzę na wysyp artykułów pseudonaukowych na temat dobroczynnych skutków olejów roślinnych, całkowicie pomijających kwestię potwornych zagrożeń w świetle dostępnych badań naukowych.

Stąd smalec i tłuszcze zwierzęce nasycone (podatne na wysokie temperatury) przy ww. niebezpieczeństwach to mały pikuś, i ich umiarkowane spożycie nie powinno w zasadzie szkodzić.  

Biały cukier ma już czarny PR (w dużej części słusznie, choć przewiduję, że zatęsknimy za białym cukrem, gdy wszędzie będzie już tylko syrop glukozowo-fruktozowy). Natomiast biały cukier przy olejach rafinowanych i ich tragicznych skutkach dla naszego zdrowia to jak ulewa przy tornado.  

I jeśli miałabym wskazać jeden tylko pokarm, który należałoby całkowicie wyeliminować z diety to byłyby to oleje rafinowane.

 

Oleje nierafinowane

Z kolei oleje nierafinowane są wyciskane tylko mechanicznie (w prasach) w niskiej temperaturze (poniżej 70 st., choć ideałem byłoby ich wyciskanie do 38 st). Czasem są one przecedzone, aby usunąć pozostałości roślinne. Mają smak, zapach i kolor, mogą być mętne. Ten naturalny zapach i smak wielu drażni, oto co zrobiła z nas cywilizacja :-). Notabene, kosmetyki naturalne robione na nierafinowanych olejach, np. kremy też będą miały kolor i zapach inny niż te kupne z syntetycznymi zapachami, trzeba to prostu z godnością zaakceptować.

Podobnie jak nierafinowane pożywienie (zboża, cukier) nierafinowane oleje zawierają cenne substancje, których nie ma już w olejach rafinowanych a posługując się terminologią TCM – mają qi (energia, siła życiowa, witalność), której olejom rafinowanym brak.

Uwaga! Na etykiecie napis „tłoczone w prasie” nie oznacza, że olej jest nierafinowany. Jak pisałam powyżej część olejów rafinowanych może być tłoczona w prasie. Jak poznać, że olej jest nierafinowany? Bardzo prosto. Ma napis „nierafinowany” lub "tłoczony na zimno" na etykiecie, brak takiego napisu oznacza, że olej pomimo pięknej, ciemnej buteleczki i mnóstwa informacji na  o jego właściwościach zdrowotnych zdrowia nam nie doda, a może wręcz przeciwnie. Oznaczenia „ekologiczny”, „zdrowotny”, „nieoczyszczony” nie oznaczają, że olej jest nierafinowany. Dotyczy to też tak popularnego oleju lnianego w hipermarketach, który sporo kosztuje ale który jest rafinowany (sama się nabrałam, a potem wylałam)!

Jest kilku dobrych producentów polskich nierafinowanych olejów. To zwykle małe, rodzinne olejarnie. Z własnych doświadczeń wiem, że warto kupować malutkie opakowania (max. 250 ml), bo te oleje mają bardzo krótki okres przydatności do spożycia. Szczególnie dotyczy to oleju lnianego, który niezwykle szybko się utlenia i który powinien być zużyty w ciągu max. 2 m-cy, a najlepiej w ciągu miesiąca. Oleje trzymamy w lodówce ze względu na brak dostępu światła i temperaturę. Część olejów jednonienasyconych ma tendencję do scalania się w lodówce, nie stanowi to żadnego problemu.

Wszystko co napisałam powyżej dotyczy stosowania olejów jako dodatki (do sałatki, kaszy itp.). Smażenie (na czym smażyć) to odrębna sprawa, której poświęcę jeden z kolejnych wpisów, ale ogólnie do smażenia nie powinno się stosować w ogóle tłuszczy wielonienasyconych. 

Podsumowanie:

  1. Nie przesadzać z ilością kupowanch olejów i ich stosowaniem,
  2. Kupować tylko oleje roślinne nierafinowane w specjalistycznych sklepach/ kooperatywach a jeśli nie mamy na to czasu/ chęci - oliwę extra virgin dobrej jakości w "zwykłych" sklepach,
  3. Stosować je z dużym umiarem (max. 1-2 łyżki dziennie), chyba, że stosujemy je terapeutycznie - wtedy można odpowiednio więcej 
  4. Oleje przechowywać krótko w małych, ciemnych, szklanych buteleczkach w lodówce. 
Share on Myspace
Dział: Pod lupą
poniedziałek, 16 marzec 2015 00:00

Suplementować się czy nie - oto jest pytanie

 

Temat jest trudny i złożony, i to bardzo. Rynek suplementów wszelkiego rodzaju przeżywa prawdziwy boom, jednocześnie gdzieś tam wewnątrz dużo osób czuje, że suplementacja nie jest naturalna i zdrowy człowiek powinien całość witamin i minerałów czerpać z pożywienia. Zwolennicy suplementacji powtarzają jak mantrę, że dzisiejsza gleba jest tak wyjałowiona, że nie jest w stanie dostarczyć nam w warzywach i owocach wystarczającej ilości witamin i minerałów. Przeciwnicy suplementacji twierdzą, że nawet jeśli gleba nie jest tak dobra jak była kiedyś to i tak przy racjonalnym odżywianiu się i zdrowym trybie życia nie ma konieczności uzupełniania czegokolwiek. 

 
Temat trudny, bo ... 

Kwestia, jak już pisałam powyżej, jest bardziej skomplikowana. Przyjrzyjmy się dlaczego.

1.    Duże „minimum” na start

Do zdrowia potrzebujemy codziennie ok. 60 minerałów i 16 witamin (plus 12 rodzajów białka i 2 rodzajów niezbędnych kwasów tłuszczowych). To samo w sobie jest już znaczącą komplikacją. Zapewnienie odpowiedniego poziomu takiej ilości minerałów i witamin jest już wyzwaniem samym w sobie, nie mówiąc o tym jak może być deprymujące smile. Zbadanie poziomu wszystkich tych minerałów i witamin kosztuje majątek, niektórych w ogóle nie da się zbadać w Polsce. To powoduje, że trochę poruszamy się po omacku i zgadujemy co mogłoby nam pomóc.

2.    Normy

Wydaje się nam czasem, że żyjemy w świecie, o którym wiemy bardzo dużo. Nic bardziej mylnego. Tzw. normy poziomów różnych substancji w naszym ciele są niestety często ustalane bez solidnych badań (vide normy cholesterolu). To powoduje, że po pierwsze tzw. „normy” pomiędzy poszczególnymi laboratoriami są różne, a po drugie, że co rusz w świecie naukowym słychać o zawyżonych, albo zaniżonych standardach. Ostatnio coraz częściej mówi się o zaniżonych normach witaminy C. W skrajnej sytuacji może więc być tak, że z Tobą wszystko w porządku, ale ponieważ „normy” są niewłaściwie ustalone, zaczniesz się niepotrzebnie suplementować. Wydaje się również, że różnice osobnicze mogą usprawiedliwiać odchylenia od normy, a nawet znaczące odchylenia u całkowicie zdrowych osób. Mało jeszcze wiemy na ten temat.

3.    Gleba

O ile warzywa i owoce same wytwarzają niektóre witaminy, nie są one jednak w stanie wytworzyć żadnych minerałów. Jeśli chodzi o zawartość minerałów w warzywach i owocach, wyznacza ją gleba i tylko gleba. Innymi słowy „co w ziemi to w warzywach/ owocach”. A więc o ile nie mamy własnego ogródka i sadu, nie wiemy praktycznie nic o wartościach mineralnych tego co spożywamy. W dzisiejszym świecie uprawy intensywnej a nie ekstensywnej (masowego stosowania sztucznych nawozów i środków ochrony roślin, aby zwiększyć plony) doprawdy wielką niewiadomą jest to, co znajduje się w warzywach i owocach spożywanych przez nas, o ile nie pochodzą z upraw organicznych.

4.   Predyspozycje indywidualne.

Dwie osoby żywiące się dokładnie tak samo mogą mieć kompletnie inne wskaźniki witamin i minerałów (np. u jednej występują braki pierwiastków a u drugiej nie). Przyswajalność jest cechą indywidualną i mało jeszcze na ten temat wiemy. Jest to na pewno kwestia wysoce złożona i związana z wieloma czynnikami. Jeśli u kogoś występuje problem z przyswajalnością jakiegoś typu minerału czy witaminy (mimo, iż spożywa go w jedzeniu) to suplementacja niewiele zmieni, a wręcz będą to pieniądze wyrzucone w błoto. W takim przypadku należałoby sięgnąć do przyczyny tzn. zastanowić się co może blokować wchłanianie.

5.    Przyswajalność.

Nawet jeśli wiemy, że brakuje nam jakiejś witaminy czy pierwiastka i decydujemy się na jego suplementację, niestety sama suplementacja nie będzie gwarancją sukcesu, tzn. nie zapewni przyswojenia i utrzymania poziomu danego pierwiastka czy witaminy w organizmie. Tu znów przyczyn może być niezwykle dużo, chociażby to, z czym suplement podajemy (np. dla wchłaniania niektórych witamin potrzebny jest tłuszcz, grejpfrut blokuje wchłanianie niektórych substancji, wapń nie wchłonie się bez wystarczającego poziomu magnezu itp., jest tego naprawdę dużo), w jaki sposób podajemy (niektóre pierwiastki zdecydowanie łatwiej wchłaniają się transdermalnie, czyli przez skórę niż doustnie, jaki jest stan naszego przewodu pokarmowego (np. niedokwaszony żołądek może uniemożliwić wchłonięcie niektórych witamin i minerałów), o jakiej porze dnia podajemy (niektóre pierwiastki, np. magnez wchłaniają się znacznie lepiej rano a prawie wcale wieczorem, inne zaś z kolei - np. chrom – odwrotnie), jaka jest wysokość dawki, jak długo podajemy preparat, jakie leki przyjmujemy i wiele, wiele innych czynników, z których część nadal jest dla nas wielką niewiadomą.

6.    Złożone zależności.

Pierwiastki i minerały stanowią skomplikowany i wzajemnie zależny układ. Są takie pierwiastki, które nie wchłoną się bez obecności innych (tzw. synergiści) np. jod bez selenu czy wapń bez magnezu. Są witaminy, które najlepiej wchłaniają się w połączeniach (np. B12 z B6 i kwasem foliowym). Są też takie, których nadmiar wypycha z organizmu inne pierwiastki (tzw. antagoniści). Przykładowo chlor, fluor i brom są antagonistami jodu, gdy pierwszych trzech będziemy mieli za dużo, odnotujemy niedobór jodu. Tak się tłumaczy powszechnie obecnie występującą niedoczynność tarczycy (fluor w wodzie i pastach do zębów, chlorki w serach i innych produktach żywnościowych). Jeśli się suplementujemy danym pierwiastkiem a jednocześnie cały czas dostarczamy sobie jego antagonistów, skutki nie będą satysfakcjonujące.

7.    Jakość suplementu.

suplements1Wreszcie nie bez znaczenia pozostaje jakość samego suplementu. Najlepsze są suplementy naturalne a nie syntetyczne czyli te, których główny składnik jest pochodzenia naturalnego (organicznego) w 100%. Ważne jest aby czytać skład na etykiecie, bo samo określenie na pudełku „naturalny” może odnosić się do innego składnika, nie tego, o który nam chodzi. Ponadto istotne jest by producent był uznaną firmą, najlepiej jeśli składniki roślinne miały pochodzenie organiczne a suplement nie zawierał zbędnych dodatków chemicznych, ulepszaczy, polepszaczy itp. Innymi słowy sprawdzamy zawsze ile „cukru w cukrze” i wybieramy te wyższe wskaźniki. Ponadto wiele wskazuje na to, że ogólnie lepiej wchłaniane są preparaty w kapsułkach niż w tabletkach.

Innymi słowy, jest trudno, przy czym to co napisałam powyżej jest zaledwie zasygnalizowaniem złożoności tematu i na pewno go nie wyczerpałam. Pewnie można by do tego dorzucić kolejnych 15 stron istotnych informacji. 

 

Czy zatem suplementować się czy nie? I jak robić, żeby było dobrze?
  • Po pierwsze nie traktujmy suplementacji jako automatycznej konieczności. Myślę, że i w dzisiejszych czasach są osoby, które ze względu na swoje predyspozycje, wiek, sposób odżywiania, styl życia, miejsce zamieszkania, itd. nie wymagają żadnej suplementacji.
  • Jeśli nie należymy do tych wybrańców i zdecydujemy się na suplementację, róbmy to z głową. Jestem zdecydowaną przeciwniczką przyjmowania suplementów uniwersalnych (od A do Z), które mają dostarczać nam wszystkiego po trochu. Nie wiemy bowiem czego nam potrzeba i w jakich dawkach oraz w jakim towarzystwie. Takie „wszystkiego po trochu” może nam wręcz zaszkodzić. Sprawa jest wysoce indywidualna i w zasadzie dopiero po wykonaniu badań można decydować się na suplementację konkretnych witamin czy minerałów. Pełne badanie pierwiastkowo-witaminowe będzie kosztować majątek. Raczej należy obserwować swój organizm, włosy, paznokcie, skórę i robić badania pod kątem konkretnych objawów wiązanych z niedoborami danego pierwiastka czy witaminy (np. skurcze-zbadać magnez, cynk – słabe gojenie się ran itd.). Jeśli zaś nic Ci nie dolega ciesz się tym zamiast wydawać pieniądze na badania.

  • suplements4

    Jeśli jednak nie wszystko wygląda dobrze, zrobiłaś/-eś badania i wyszło Ci, że masz niedobory witamin i minerałów, to co powinnaś/-ieneś zrobić w pierwszej kolejności do odpowiednio zmodyfikować dietę. To jest podstawowe, naturalne i zdrowe rozwiązanie. Czasem może się to wiązać z koniecznością sięgnięcia po mięso. Jak pisałam, o ile w kwestii witamin zrobić to można stosunkowo łatwo, to jeśli chodzi o pierwiastki – nie wiemy ile i czy w ogóle jest ich obecnych w danej marchewce, buraku czy pietruszce. Dlatego przy znacznych niedoborach rozsądnym wyjściem będzie sięgnięcie po dobrej jakości suplementy. O ile jest taka możliwość najlepiej wybierać suplementy naturalne z jak najmniejszą ilością substancji pomocniczych (antyzbrylających, zbrylających, barwiących itp.) Zwykle są one znacznie droższe od suplementów syntetycznych. Np. suplement witaminy K2 nk7 będzie wyciągiem z prawdziwego natto, suplement witaminy C – wyciągiem np. z aceroli itp.

  • Złota zasada mówi, że suplement powinno się przyjmować min. 2 m-ce a optymalnie 3 m-ce. Po tym okresie warto zrobić przerwę i spojrzeć na kondycję włosów i skóry a najlepiej znowu wykonać badania i sprawdzić czy poziomy się podwyższyły. Jeśli nie, albo nie znacznie trzeba szukać przyczyn tak słabego wchłaniania (słabej jakości preparat? dysbioza?, antagoniści? inne?) 

 
Częste wzorce do suplementacji 

Tak jak pisałam sprawa jest wysoce indywidualna i każdy przypadek jest inny, ale jeśli miałabym poczynić pewne uogólnienia w oparciu o powtarzają się dosyć często wzorce to:  

Witamina D3. W okresie jesienno-zimowym (XI-IV) w naszej strefie klimatycznej 99% ludzi ma niedobory witaminy D3. Witamina ta jest obecna w pożywieniu w niewielkim (niewystarczającym) stopniu, zaś głównie jest syntetyzowana w skórze pod wpływem promieni słonecznych. Znaczenie tej witaminy, przez wiele lat niedocenianej, jest   kluczowe nie tylko dla prawidłowego rozwoju układu kostnego, ale i dla wielu innych układów takich jak neurologiczny, mięśniowy a nawet hormonalny. Wiele badań wskazuje również na związek niedoborów witaminy D3 z chorobami nowotworowymi, stwardnieniem rozsianym i niektórymi innymi chorobami degeneracyjnymi. Przez wiele lat dostępna wyłącznie na receptę, teraz widzę, że można ją dostać i bez recepty, myślę, że w okresie zimowym w naszej strefie klimatycznej można by ją uzupełniać w kroplach wręcz z automatu. Natomiast osoby, które nie wystawiają się na promienie słońca i stosują filtry słoneczne (co też jest pewną skrajnością związaną z demonizowaniem słońca) powinny suplementować witaminę D3 również w okresie letnim.

Witamina K2. O ile witamina D3 jest gwarantem wchłaniania wapnia, to witamina K2 jest strażnikiem jego właściwego umiejscowienia w organizmie. Bo niestety bywa tak, że po podaniu witaminy D3 wapń się super wchłania, ale wędruje nie do kości lecz do tkanek miękkich, np. tętnic. Innymi słowy można mieć i osteoporozę i zwapnienie tętnic oraz innych organów w tym samym czasie, co jest zwane w środowisku medycznym „paradoksem wapnia”. Tak więc suplementacja witaminą D3 wymaga podania również witaminy K2, w przeciwnym razie możemy sobie zrobić krzywdę, z wyhodowaniem miażdżycy włącznie. O witaminę K2 przeciętnego polskiego lekarza nie ma co pytać, co najwyżej słyszał coś o witaminie K1, która z witaminą K2 niewiele ma wspólnego. Witamina K2 w naturze występuje w niewielkich ilościach z jednym wyjątkiem. Tym wyjątkiem jest natto, japoński przysmak ze sfermentowanej bakteriami bacillus subtilis soi (oczywiście nie modyfikowanej genetycznie). Jeśli ktoś regularnie jada natto, witaminy K2 może nie suplementować J Uroda natto jest taka, że ma nieciekawą konsystencję i nieciekawy zapach, przy czym wyrażam się tu eufemistycznie J. Notabene, bakterie bacillus subtilis dotarły do mnie w tamtym tygodniu wprost z Japonii, więc w tym tygodniu czeka mnie pierwsze podejście do natto, co oczywiście opiszę na blogu. Jeśli ktoś natto robić nie chce pozostają mu dobrej jakości suplementy K2 nk7 z natto.

Witamina C. Witamina C na co dzień powinna być dostarczana w pożywieniu, natomiast w okresie choroby czy osłabienia, zdecydowanie suplementowana. Ma ona bowiem taką właściwość, że bardzo szybko spada do zera, gdy chorujemy. Z tego powodu poziomu witaminy C nie ma sensu badać we krwi, gdyż może się on zmieniać dosłownie z godziny na godzinę. Witamina C w okresach osłabienia i choroby podawana w dużych dawkach (znacznie przekraczających tzw. normy) ma tak spektakularne działanie, że nawet nazwa „witamina” wydaje się nieadekwatna, działa ona wręcz jak cudowny, uniwersalny środek odżywczy, który potrafi wyleczyć choroby uznawane za nieuleczalne. Znane i udokumentowane są np. przypadki wyleczenie z choroby nowotworowej tylko witaminą C (podawaną w megadawkach dożylnie w postaci askorbinianu sodu). Witamina C ma udowodnione działanie chelatacyjne (tzn. potrafi wiązać i usuwać z organizmu metale ciężkie) i genialnie mobilizuje wszystkie siły organizmu. W moim domu witamina C lewoskrętna stoi w postaci proszku (kwasu askorbinowego) w kuchni w kilogramowym pudełku, gdy ktoś choruje. Łyka ją wtedy średnio co godzinę w ilości 2-3 g. Dlaczego w takiej postaci? Bo to co jest do kupienia w aptece pod nazwą witamina C ma niewiele witaminy a sporo szkodliwych dodatków. My spożywamy witaminę C w gramach a nie miligramach, kupując ją w sprawdzonych sklepach chemicznych.

Witamina B12 (oraz B6 i kwas foliowy). To niezwykle ważna witamina, której nie potrzebujemy dużo, ale której niedobór może prowadzić m.in. do demencji, psychozy, zmiany nastrojów, zawałów, zakrzepicy, niedokrwistości oraz wielu schorzeń neurologicznych. Witamina B12 jest obecna w produktach pochodzenia zwierzęcego, natomiast jej niedobory powszechnie występują u wegan i wegetarian. Witamina B12 występuje m.in. w sardynkach łososiu, tuńczyku, dorszu, jagnięcinie, owocach morza, wołowinie, mleku, jogurtach i jajkach. Weganie tych produktów nie jedzą, witaminę B12 powinni zatem niemalże w ciemno suplementować. Z wegetarianami lub jaroszami różnie bywa, tu raczej warto sprawdzić poziom, ale jest to także grupa podwyższonego ryzyka.

Magnez – osoby źle się żywiące, nadużywające kawy i podlegające długotrwałemu stresowi, wiecznie zmęczone powinny zrobić badania magnezu w organizmie. Magnez skuteczniej uzupełnia się transdermalnie niż przez przewód pokarmowy, np. robiąc sobie raz na jakiś czas kąpiel magnezową (w chlorku magnezu – pod warunkiem, że nie mamy niedoboru jodu, bo chlor jest antagonistą jodu lub w soli Epsom, czyli siarczanie magnezu).

Jod i selen – ogromna ilość osób cierpi na niedobór tych pierwiastków, co w konsekwencji może prowadzić do niedoczynności tarczycy (niedobór jodu) i chorób nowotworowych (niedobór selenu). Warto sprawdzić poziomy tych pierwiastków we krwi

Z kolei z ogromną ostrożnością podchodziłabym do suplementacji wapnia i żelaza. Wapnia, z powodu ryzyka miażdżycy jeśli nie suplementujemy witaminy K2. Żelaza – z powodu bardzo poważnych skutków przedawkowania żelaza, z chorobami serca, miażdżycą i nowotworami włącznie. Niedobór żelaza zwykle jest związany z jego niską jego absorpcją, należałoby się zatem raczej temu przyjrzeć niż od razu się suplementować. Przy niedoborach żelaza zdecydowanie szybciej sięgnęłabym po dobrej jakości mięso czerwone (choć mięsa w zasadzie nie jadam) niż po syntetyczne tabletki. 

 
Suplementy-superfoods

suplements5Jest kilka takich suplementów, które osobiście bardziej zaliczam do superfoods i uważam, że mogą być włączone nie tylko doraźnie ale wręcz na stałe do diety. Tymi suplementami są chlorella, spirulina i trawa jęczmienna. Zdecydowanie zasługują one na oddzielne wpisy, w których dokładnie opiszę ich walory i tak się stanie wkrótce. Wszystkie mają działanie wychładzające, tak więc trzeba to odpowiednio uwzględnić w diecie (skompensować pokarmami o termice ciepłej).

Na koniec życzę Wam mądrości i umiaru we wszystkim, nie tylko w stosowaniu suplementów! 

Share on Myspace
Dział: Ogólne
czwartek, 22 styczeń 2015 00:00

Mleko homogenizowane - powolny zabójca

 

Mleko jako produkt jest już samo w sobie bardzo kontrowersyjne. I zagorzali przeciwnicy i zwolennicy białego płynu mają swoje racje i ostro ich bronią. Nie wnikając w tym miejscu w szczegóły dotyczące tego wieloletniego sporu, któremu być może poświęcę oddzielny wpis, dziś po prostu napiszę:

Nie pijcie mleka homogenizowanego! 

Podobnie niewskazane jest spożywanie innych, homogenizowanych produktów. Przy czym słowo „niewskazane” jest eufemizmem, picie mleka homogenizowanego może mieć tragiczne skutki dla naszego zdrowia.

Otóż mleko jak wiadomo, składa się z węglowodanów, białka i tłuszczu. Tłuszcz z wodą raczej się nie łączy, a przynajmniej ładnie to nie wygląda, więc producenci żywności wpadli na pomysł homogenizacji polegającej w skrócie na tym, że tłuszcz jest rozbijany na mikroskopijne cząsteczki, które powodują, że mieszanina się emulguje, jest jednorodna i bardziej gładka, innymi słowy bardziej atrakcyjna wizualnie dla konsumenta.

W mleku, a konkretnie w cząsteczkach tłuszczu w mleku znajduje się enzym białkowy pod nazwą oksydaza ksantynowa (XO). Jest ona jednym z najmocniejszych enzymów trawiennych jakie w ogóle istnieją i często nazywany jest „krajaczem białek”. W normalnym mleku (nie poddanym procesowi homogenizacji) oksydaza ksantynowa posiada dużą cząsteczkę, która – niestrawiona, jest wydalana z organizmu wraz z kałem.

mleko Proces homogenizacji powoduje, że cząsteczka ta jest rozbita na mikrocząsteczki tak małe, że są w stanie bez wcześniejszego przetrawienia przeniknąć przez ściany żołądka i jelit na zewnątrz. I jeśli tak się stanie, taki „krajacz białek” zostaje rozprowadzony po całym ciele przez układ krwionośny i limfatyczny. Kiedy XO uwolni się ze swojego „opakowania” jakim jest mikrocząsteczka tłuszczu, atakuje ściany naczynia, w którym właśnie się znajduje prowadząc do powstania mikrorany. Innymi słowy następuje stan zapalny naczyń krwionośnych. Wówczas to nasz mądry organizm wpuszcza tam cholesterol dla „załatania” rany. Stąd już prosta droga do miażdżycy, szczególnie gdy mamy mało witaminy K2 i spożywany przez nas wapń osiada tam gdzie mu najwygodniej, czyli w tętnicach a nie w zębach i kościach. Łączy się on z cholesterolem, który pełni tam rolę plastra dla mikroranek a stąd prosta już droga do wyhodowania sobie blaszki miażdżycowej.

Coraz częściej mówi się o tym, że jedną z głównych przyczyn miażdżycy jest nie tyle spożywanie pokarmów z dużą ilością cholesterolu, który sam w sobie wcale nie jest zły a wręcz bardzo potrzebny co właśnie mikrouszkodzenia ścianek naczyń krwionośnych w połączeniu z nieprawidłową gospodarką wapniową.

Mleko homogenizowane jest zabójcze dla naszych tętnic, dlatego osobiście uważam, że jego sprzedaż powinna być zakazana. Tymczasem bardzo dużo takiego mleka można spotkać w naszych sklepach. Opakowania nie krzyczą „uwaga, mleko homogenizowane”, trzeba po prostu uważnie czytać etykietę. W niektórych dyskontach nie ma wcale dobrego mleka, jest albo mleko UHT, które mlekiem jest tylko z nazwy (o tym w innym wpisie) albo mleko homogenizowane. W tej sytuacji po mleko lepiej w ogóle nie sięgać. Ja swoje mleko kupuję w kooperatywie (niepasteryzowane, ale tylko w okresie jesienno-zimowym, latem bym się bała) a w sklepach kupuję mleko pasteryzowane w niskiej temperaturze, oczywiście niehomogenizowane.

Konkluzja: Mleka homogenizowanego nie powinno się pić w ogóle, podobnie jak innych produktów homogenizowanych (np. serków)!

Share on Myspace
Dział: Pod lupą


 

Zdrowie to jedynie kwestia nawyku,

wielu drobnych przyzwyczajeń,

które składają się na całość

a jedyną osobą, która może Cię uzdrowić

jesteś Ty sam.