user_mobilelogo

Licznik odwiedzin

© 2009-2015 by GPIUTMD

Wszystkie wpisy alfabetycznie

poniedziałek, 11 styczeń 2016 00:00

O ślepej wierze, modach żywieniowych i intuicji w żywieniu  

Mody i "rewelacje" w żywieniu

Ostatnio światem „wstrząsnęła” wiadomość ogłoszona przez WHO, iż czerwone mięso jest rakotwórcze. Jak zawsze gdy pojawia się tego typu rewelacja, część osób z pewnością bezrefleksyjnie odstawi czerwone mięso, bo przecież Światowa Organizacja Zdrowia wie co mówi, a tym bardziej głosi.

 

W dzisiejszym świecie jedno słowo rzucone w eter potrafi spowodować całą lawinę nowych mód w świecie dietetyki. Tak byłoprzykładowo z glutenem czy mlekiem krowim. Nie twierdzę, że gluten czy mleko krowie są jakoś specjalnie zdrowe, ale niektórym ludziom kompletnie nie szkodzą (inną sprawą jest jakość mleka i jakość pszenicy). Ba, dobrej jakości mleko od „ekologicznej” krowy może być w niektórych przypadkach wskazane, zaś gluten z dobrej jakości owsa czy orkiszu całkiem ok. Tymczasem swoista „moda” na całkowite wykluczanie niektórych pokarmów i zastępowanie ich innymi „zdrowszymi” odpowiednikami rozchodzi się w niesamowitym tempie i osoby na diecie bezglutenowej, wcale nie cierpiące na celiakię to już cała wielka marketingowa grupa docelowa.

Czemu to służy? Nie chcę być posądzona o wyznawanie teorii spiskowych, ale wystarczy porównać ceny produktów zwykłych i bezglutenowych, żeby do wniosków dojść samemu.

W wielu warszawskich kawiarniach pojawiła się możliwość zamówienia do kawy mleka innego niż krowie. Tyle, że za taką dodatkową ekstrawagancję trzeba zapłacić całe 2 zł :-). I zwykle jest to mleko sojowe, które wcale nie musi być dla wszystkich korzystne. Należy bowiem pamiętać, że soja zawiera fitoestrogeny, substancje naturalne zbliżone do estrogenów. Przy zbyt wysokim poziomie estrogenów oraz w chorobach nowotworowych hormonozależnych (wiele odmian raka piersi czy jajników, które „żywią się” hormonami) produkty sojowe są niewskazane a wręcz zabronione. Tymczasem moda na soję to kolejna „prawda” rzucana nam co rusz w formie „tak jest i koniec”. Przymierzam się do opisania w jednym z artykułów jak są prowadzone badania naukowe dotyczące wpływu poszczególnych pokarmów na człowieka. Artykuł taki uważam za konieczny, bo akurat jeśli chodzi o odżywianie to sprawa jest niezwykle skomplikowana a badania naukowe … no cóż, nie chcę wyprzedzać.

 

Kwestia niezwykle indywidualna

Takie ślepe wierzenie modom jest szczególnie charakterystyczne dla neofitów, tzn. osób, które właśnie zaczynają przygodę ze zdrowym odżywianiem, tu coś przeczytają, tam coś usłyszą, ale już nawracają innych, choć nie mają jeszcze całościowej wizji zagadnienia i niezbędnego dystansu. I w konsekwencji przechodzą na dietę bezglutenową popijając bezglutenowy chlebek Colą i polewając „zdrową” sałatkę z sałaty lodowej z hipermarketu z tuńczykiem z puszki i kukurydzą z puszki olejem słonecznikowym :-(.

Tymczasem kluczem do dobrego odżywiania jest nawet bardziej niż posiadanie podstawowej wiedzy o odżywianiu, ciągłe obserwowanie własnego organizmu i zachowanie umiaru we wszystkim. To co dobre dla jednego, nie musi być dobre dla drugiego. Są osoby, które mają tak sprawny układ trawienny, że nawet gluten pszenny ich jakoś specjalnie nie rusza. Osoby z wewnętrzną suchością mogą czerpać ogromne korzyści z niewielkiej ilości mleka dobrej jakości, które według TCM ma działanie nawilżające. Zaś czerwone mięso ze zwierząt ekologicznych, od którego zaczęłam ten artykuł, w niewielkich ilościach jest bardzo wskazane w okresach osłabienia i wycieńczenia. Nic tak nie stawia na nogi jak mięso, albo przynajmniej zupy mocy na mięsie. Przy czym zaznaczyć trzeba, że ilości mięsa jakie są zalecane według TCM w okresach osłabienia są znacznie mniejsze niż nasz swojski schabowy na talerzu. Czasami chińskie potrawy mięsne są mocno oszukane, mięso jest drobno pokrojone i zmieszane z czymś, niby jest, ale raptem jest to 10 dag.  

 

Szkodliwość nadmiarów

Wszystko może być rakotwórcze jeśli jest spożywane w nadmiarze. Stary, dobry cynamon jest przedmiotem niezwykłego zainteresowania urzędników unijnych, gdyż ktoś z nich przeczytał gdzieś zapewne, że w cynamon w nadmiarze może być szkodliwy. I mądre głowy będą obradować (i niestety decydować) na temat ograniczenia spożycia cynamonu, nieistotne przy tym, że aby negatywne skutki cynamonu wystąpiły należałoby go zjadać w ilościach ok. kilograma tygodniowo, jest szkodliwy - to trzeba zakazać. Ta sama Unia już takie świństwo jak aspartam uznaje ze dozwolony produkt spożywczy (szok).

Istotą jest zachowanie umiaru. Oczywiście, że czerwone mięso spożywane w nadmiernych ilościach może doprowadzić do raka, chociażby przez zakwaszanie organizmu, które jest jedną z powszechniejszych przyczyn występowania chorób degeneracyjnych, o czym bliżej pisałam tu, czy poprzez szkodliwe substancje, którymi są szprycowane zwierzęta.

Oczywiście, że mleko, szczególnie to nieorganiczne, pełne hormonów i antybiotyków pite regularnie może mieć działanie niekorzystne, podobnie jak zjadanie kilograma cynamonu tygodniowo :-).

Dlaczego jednak WHO czy Unia Europejska nie ogłasza jak bardzo szkodliwe są roślinne oleje rafinowane? Co się dzieje w trakcie smażenia na oleju rafinowanym, szczególnie wielonienasyconym? Olej pod wpływem temperatury, niezwykle szybko się utlenia i w procesie tym powstają lawinowo tzw. wolne rodniki. W odpowiedniej ilości są one nam niezbędne, w nadmiarze stają się odpowiedzialne za stany zapalne, przedwczesne starzenie się i obniżenie odporności. Smażenie na smalcu (tłuszcz nasycony, który nie utlenia się) w porównaniu ze smażeniem na rafinowanym oleju słonecznikowym to jak jednokrotne zaciągnięcie się papierosem w porównaniu z całodziennym wdychaniem oparów z rury wydechowej samochodu, z twarzą tuż przy niej :-). A jednak o tym się nie mówi.

Dlaczego wreszcie nikt nie wspomina, że cukier jest potencjalnie rakotwórczy? Jako jedna z najbardziej zapalnych substancji jakie istnieją cukier w nadmiarze wywołuje stany zapalne (w tym ukryte stany zapalne), te zaś mogą prowadzić do raka, o czym pisałam tu.

Dlatego do wszelkich takich „rewelacji” na temat tego co jest bezwzględnie niezdrowe czy też w drugą stronę – bezwzględnie zdrowe, należy podchodzić z dużą rezerwą, szczególnie, że ogromna część tych „badań” jest finansowana przez koncerny.

 

Obserwacja i umiar


Swoim pacjentom polecam zawsze prowadzenie dzienniczka żywnościowego przez minimum 2 tygodnie, w którym będą zapisywać nie tylko to co jedzą i piją i o której, ale również jak się po tym czują, czy po zjedzeniu danego pokarmu czy ich kombinacji a także kolejności spada im energia, czy odczuwają wzdęcia, dolegliwości, rozdrażnienie itp.

I często są zaskoczeni rezultatami. Jednym z najczęściej diagnozowanych przeze mnie błędów jest jedzenie produktów białkowych na koniec posiłku, które to produkty są najciężej strawne i wymagają największej ilości kwasu solnego. Zwykła zamiana kolejności – najpierw produkty białkowe, później węglowodany – już może być miłą odmianą dla naszego układu trawiennego. Dopiero takie świadome spisanie reakcji własnego organizmu pozwala wykryć nietolerancje i złe połączenia. A na co dzień nikt na to nie zwraca uwagi.

Sama u siebie zauważyłam przykładowo, że najlepiej się czuję, gdy nie jem kolacji, albo jest to coś bardzo leciutkiego ok. godz. 17.00. Idę spać lekko głodna, co super przyjemne nie jest, przyzwyczaiłam się już do tego odczucia, a raczej je zaakceptowałam, natomiast fizycznie czuję się wtedy najlepiej i mam najwięcej energii. Życie, życiem i czasem, ze względów społecznych, albo gdy sobie pofolguję zdarza mi się jeść wieczorem duże posiłki. Tak było w czasie Świąt, które spędziłam w Hiszpanii, gdzie niestety normą jest jedzenie kolacji o 21 a nawet o 22. O ile samo jedzenie o takich porach sprawia mi niewątpliwie doraźną przyjemność, bo nie idę głodna spać, o tyle to jak się później czuję niekoniecznie jest miłym wspomnieniem.

Czy zatem rezygnacja z kolacji będzie dobra dla każdego? Oczywiście nie, są osoby, którym jedzenie wieczorem może niekonieczne służy, ale dla których jest, powiedzmy, neutralne.

 

Świadoma uważność 

Mindfulness czyli świadoma uważność tak jak we wszystkich innych dziedzinach życia tak i w żywieniu sprawdza się perfekcyjnie jako metoda postępowania. Trzeba świadomie dobierać pokarmy, obserwować swoje reakcje i wyciągać wnioski.  Dla jednego odstawienie czerwonego mięsa będzie ogromnym krokiem naprzód i przyniesie szereg pozytywnych zmian biochemicznych w organizmie, dla drugiego (szczególnie dla mięsożernych z natury osób z grupą krwi 0) może być wręcz szkodliwe – stracą energię i radość życia. Przy dobrym kontakcie z własnym ciałem jesteśmy w stanie wyłapać subtelne sygnały nam podsuwane czego w danym momencie potrzebujemy, nazywa się to krótko mówiąc intuicją w jedzeniu. Przykładowo ja mięsa zasadniczo nie jadam i nie mam na nie większego apetytu, nie służy mi. Są jednak takie okresy w moim życiu, kiedy do mięsa mnie ciągnie. Nie bagatelizuję tego głosu wewnętrznej intuicji, bo wychodzę z założenia, że ciało samo mówi mi czego mu potrzeba i sięgam po niewielkie ilości mięsa organicznego, do czasu aż ten apetyt mi przejdzie.

Badanie i zapisywanie własnych reakcji oraz wsłuchiwanie się w potrzeby organizmu jest kluczem do sukcesu. Uwaga, pociąg do słodyczy najczęściej nie jest głosem naszej wewnętrznej intuicji lecz głosem patogenu (np. sygnałem drożdżycy). Ten jeden głos warto zignorować :-) i zastanowić się nad przeprowadzeniem kuracji antypasożytniczej (np. tej, o której pisałam tu) i wyregulowaniu stanu jelit. Przy dobrej, zrównoważonej diecie i właściwym stanie flory bakteryjnej jelit, napady wilczego apetytu na słodkie nie występują. 

Share on Myspace

Dział: Ogólne
środa, 18 listopad 2015 00:00

Dieta a Rak - ABC

Cz. 4 Zakwaszenie organizmu 

 

Kolejnym (po wykryciu i usunięciu stanów zapalnych w organizmie) krokiem w leczeniu i prewencji nowotworów jest odkwaszenie organizmu. Przy czym trudno mówić tu stricte o kolejności kroków, bo w zasadzie dieta antyzapalna będzie również w znacznej mierze dietą odkwaszającą.

Na temat powszechnego zakwaszenia mówi i pisze się ostatnio sporo, ale mimo to, temat nie jest powszechnie zrozumiany. W tym artykule postaram się go nieco przybliżyć, najprościej jak się da i w kontekście choroby nowotworowej, choć trzeba sobie jasno powiedzieć, że nie tylko rak ale i wiele innych chorób cywilizacyjnych może mieć swoje źródło w zakwaszonym organizmie, żeby wspomnieć tu choćby choroby układu krążenia, niewydolność nerek, dnę moczanową czy osteoporozę. Nadkwaśność jest bowiem poważnym zakłóceniem równowago organizmu i organizm próbuje sobie z tym radzić jak może. Działając w trybie detoksykacji i usuwania odpadów, stale przeciążony, nie może realizować swoich zadań na rzecz pozostałych części ciała, więc je zaniedbuje, skupiając się na tym co w tej chwili najważniejsze (niedopuszczenie do śmiertelnego zakwaszenia). W ten sposób dochodzi do rozwoju poważnych stanów chorobowych w różnych częściach ciała.

Równowaga kwasowo-zasadowa

Nasze ciało jest tak zbudowane, że każda jego część ma swoje optymalne pH. I tak żołądek musi być bardzo kwaśny aby prawidłowo funkcjonować, o czym pisałam tu, ale już skóra np. lekko kwaśny odczyn 5,5 pH. Natomiast pozostałe części ciała, w tym krew powinny mieć lekko zasadowy odczyn (7-7,5).

Liczne badania wykazują, że absolutna większość osób, które zachorowały na nowotwór miało za niskie (zbyt kwaśne) pH organizmu. Podobną korelację można zaobserwować przy wielu innych chorobach cywilizacyjnych. Trudno bowiem wskazać choćby jedną reakcję chemiczną w organizmie, na którą nadmierne zakwaszenie nie miałoby negatywnego wpływu.

Trzeba sobie jasno powiedzieć, że problem zakwaszenia organizmu jest powszechnym problemem w państwach wyżej rozwiniętych (nadmiarowych), czyli również i w Polsce.

Alejandro Junger, podobnie jak w hermetycy, uważa, że „jak na górze tak na dole” i „jak wewnątrz tak na zewnątrz”. Organizm każdego człowieka jest mikroczęścią planety; lasy - płucami, rzeki – tętnicami, ludzie – pojedynczymi komórkami. Pogląd też ładnie wpisuje się również w koncepcję holograficznego wszechświata Davida Bohma i Karla Pribrama (każda część całości zawiera w sobie całość).

Nic zatem dziwnego, że dotyka nas problem powszechnego zakwaszenia organizmu, podobnie jak na poziomie planety obserwujemy niekorzystne zjawisko zakwaszenia środowiska czyli postępującego zmniejszania się wartości pH poszczególnych jego elementów, w tym ekosystemów leśnych i wodnych.

Przyczyny zakwaszenia organizmu

I tak, zaczynając od dietetycznych, zakwaszają organizm:

- duże ilości białka zwierzęcego

- pokarmy śluzotwórcze - śluz ma kwaśny odczyn; pokarmami, które spożywane w nadmiarze prowadzą do powstania śluzu są np. banany, daktyle, majonezy, sery pleśniowe i ogólnie wszystko o śluzowatej strukturze

 - nabiał

 - nadmiar zbóż, szczególnie pszenicy

 - alkohol

 - orzechy

 - ryż

 - słodkie ziemniaki

 - niedojrzałe owoce

 - słodycze

Czy to oznacza, że wszystkie powyższe są niezdrowe? Oczywiście nie. Oznacza to tylko, że należy zachować umiar w ich spożyciu i stosować dietę zbilansowaną, tak aby zapewnić odpowiednią ilość pokarmów alkalizujących.

Alkalizująco działają:

- proso (kasza jaglana)

- większość dojrzałych owoców

- większość warzyw

- jęczmień

- gryka

- fasole (zwłaszcza adzuki)

- orzechy brazylijskie (przy czym przy chorobach nowotworowych powinno się spożywać ich minimalną ilość albo wcale nie jeść)

- miód

Czy to oznacza, że powyższe produkty można jeść bez opamiętania? Oczywiście nie. Znowu trzeba zachować umiar i pamiętać, że nawet jeśli nas nie zakwaszą to brak umiaru w ich konsumpcji spowoduje inne skutki (np. zbyt dużo owoców czy miodu mogą prowadzić do niealkoholowego stłuszczenia wątroby, o czym pisałam tu).

Pozadietetycznymi czynnikami zakwaszającymi organizm są stres, brak wystarczającej ilości snu, przyjmowanie stale lekarstw, brak ruchu (niedotlenienie). Wydawałoby się, że oddychanie to najprostsza rzecz pod słońcem. Niestety, żeby tlen dotarł do każdej komórki, musi pokonać około 6 różnych barier, a więc wcale nie jest to taka prosta i oczywista sprawa. Niedotlenienie komórki wprowadzi wprost do raka.

„Nie znam choroby, u podstaw której nie leżałoby niedotlenienie komórek” 

powiedział dr Otto Heinrich  Warburg (1883-1970), niemiecki biochemik, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie medycyny za odkrycie budowy i działania enzymów oddechowych.

Co to oznacza w praktyce? Że ruch fizyczny trzeba połączyć z oddychaniem świeżym powietrzem, a zatem „wyciskanie” w klimatyzowanej siłowni nie spełnia tych wymogów. Lepiej przejść się piechotą do kiosku i pooddychać świadomie przez te 15 minut niż kisić się w klimatyzowanej siłowni. Co więcej, w miastach o dobrej jakości, czyste powietrze z prawidłową proporcją stężenia tlenu jest trudno, warto więc regularnie jeździć tam gdzie jest więcej tlenu, albo przynajmniej chodzić do lasu.

Test zakwaszenia

Jak sprawdzić czy mamy zakwaszony organizm? Domowa metoda polega na kupieniu papierków lakmusowych w sklepie chemicznym (lub online) z przedziału 5,6-8,00 a nie 1-14 gdyż dla naszych potrzeb będą dużo dokładniejsze. Taki papierek lakmusowy kładziemy rano po przebudzeniu na języku lub siusiamy na niego pierwszym, porannym moczem. I patrzymy na kolor, który powie nam jakie jest pH naszych wydzielin. Jeśli jest zbyt niskie – trzeba się tym poważnie zainteresować. Mając już papierek lakmusowy, warto sprawdzić też pH Waszej wody z kranu, gdyż są tu znaczące różnice i duża część wód ma pH kwasowe lub na pograniczu. Alkalizowanie wody czy to jonizatorami czy kropelkami jest zdecydowanie warte rozważenia.

Picie sody, picie wody z cytryną i inne domowe mikstury

O co chodzi z tą cytryną – przecież jest kwaśna a poleca się ją na odkwaszenie organizmu? Wytłumaczenie jest proste: niektóre produkty zawierają kwasy lub zasady (w postaci rozpuszczalnych soli), inne zaś działają kwaso- i zasadotwórczo dopiero w organizmie. Kwaskowata cytryna działa w organizmie zasadotwórczo. Szklanka ciepłej wody z cytryną, ze szczyptą soli himalajskiej rano (po teście pH) jest świetnym i zdrowym początkiem dnia – nawadniamy, mineralizujemy i odkwaszamy w jednym.

Dieta alkaliczna

Jeśli wychodzi nam, że nasz organizm ma zbyt niskie pH - trzeba przejść na dietę alkalizującą. Ponieważ, jak wspominałam powyżej przyczyny zakwaszenia mogą być pozadietetyczne (stres, niedospanie, brak ruchu) – dietę uzupełniamy o odpowiednie zmiany stylu życia w tym zakresie.

Prostą ale niełatwą dietą fantastycznie alkalizującą organizm jest następujący program codzienny:

  1. kasza jaglana, ziemniaki
  2. dowolne warzywa gotowane na parze, za wyjątkiem szpinaku, szczawiu i rabarbaru
  3. olej lniany
  4. kiszonki

Osiem tygodni takiego jedzenia fantastycznie alkalizuje organizm, oczyszczając go z frakcji tłuszczów i białka. Jest to jednak bardzo męcząca i trudna dieta. Przy prewencji, można sobie np. zrobić taki weekend, albo stale jeden dzień w tygodniu.

Opisywane przeze mnie programy oczyszczania (tu) i antypasożytniczy (tu) również prowadzą do zalkalizowania organizmu – efekt ten wystąpi przy okazji, nie trzeba oddzielne przechodzić na specjalną dietę, która ma słowo „alkaliczna” w nazwie.

Zróbcie test i jeśli wyjdzie źle, zacznijcie odkwaszanie organizmu. Prezentowane powyżej metody to tylko niektóre z wielu. Z naszej rodzimej literatury polecam pozycję „Alkaliczny styl życia” Beaty Sokołowskiej, zresztą mojej współkursantki w szkole dietetyki tradycyjnej medycyny chińskiej.

Share on Myspace

czwartek, 05 listopad 2015 00:00

Jak zacząć zdrowiej żywić się od jutra?

 

Mija rok od czasu kiedy zaczęłam pisać ten blog, dziś więc wpis trochę nietypowy i nieplanowany.

Wczoraj bowiem dostałam maila od mojej szwagierki, w którym pisze ona mniej więcej tak (po przetłumaczeniu na polski):

„Kochana, to całe zdrowe odżywianie jest bardzo skomplikowane. Kupiłam książki, które mi poleciłaś, ale ich lektura idzie mi bardzo wolno, nie mam czasu i lata miną zanim je przeczytam. Czy mogłabyś po prostu napisać mi co jeść a czego nie?

Hmmm, pytanie zasadne ale odpowiedź na nie wcale nie łatwa. No bo czy da się tak w kilku zdaniach odpowiedzieć? Pierwsza moja myśl to „nie da się”, „to byłoby zbyt duże uproszczenie, odżywianie to kwestia indywidualna”, ale po chwili zastanowienia pomyślałam sobie, że przecież samo wyeliminowanie pewnych nawyków będzie już ogromnym krokiem do przodu. Tak, da się z dnia na dzień zacząć odżywiać znacząco lepiej. Dlatego z mojej odpowiedzi do siostry mojego męża z bardzo konkretnymi, praktycznymi poradami po jej przetłumaczeniu na polski i dostosowaniu do warunków polskich „ukręciłam” dzisiejszy wpis. Nie wyjaśniam w nim szczegółowo dlaczego i jak, nie wnikam w szczegóły – jest prosty, bo taki ma być.

 

Jak w kilku krokach już od jutra zacząć się żywić lepiej

  1. Przestać pić Colę, Fantę i wszelkie inne kolorowe napoje gazowane. Pijemy wodę, soki warzywne, czasem (ale nie często) sok owocowy, napary i herbatki.

  2. Przestać kupować i używać oleje rafinowane (np. słonecznikowy) – oleje na półkach sklepowych w zwykłych sklepach to oleje rafinowane, poddane takim procesom chemicznym, w które trudno uwierzyć. Wyjątkiem jest oliwa z oliwek extra virgin, która jest tłoczona na zimno (nierafinowana). Jeśli już coś smażymy (co samo w sobie nie jest dobrą metodą obróbki termicznej, ale czasem można) to na maśle klarowanym (ghee) lub na oleju kokosowym nierafinowanym.

  3.  Po przeczytaniu etykiety odkładać z powrotem na półkę wszystko co ma w składzie syrop glukozowo-fruktozowy (jogurty, dżemy) i glutaminian sodu (GMS)

  4. Wybierać produkty bez barwników, konserwantów i sztucznych dodatków (np. ser bez chlorku wapnia) – nie jest to łatwe, ale trzeba się starać. Jeśli chodzi o wędliny najlepiej piec je w domu, w zasadzie nie da się dostać wędlin bez azotynów, jeśli już więc taką kupujemy to niech nie zawiera już innych świństw.

  5.  Nie kupować warzyw i owoców z supermarketów. Czytałam kiedyś, że warzywa i owoce w supermarketach są poddawane promieniowaniu, które ma opóźnić proces ich psucia się a do naświetleń (szczególnie jeśli nie wiemy jakie promieniowanie jest stosowane) należy podchodzić z daleko posuniętą ostrożnością. Nie znalazłam żadnego oficjalnego potwierdzenia tej informacji, ale obawiam się, że to niestety może być prawda. Wystarczy kupić sałatę z marketu i sałatę „od chłopa” i porównać jak szybko jedna i druga więdnie, nie jest naturalne, że sałata może leżeć w lodówce 2 tygodnie i nic się z nią nie dzieje.

  6. Drób kupować tylko ze sprawdzonych miejsc, mając pewność, że nie był szprycowany hormonami.

  7. Kupować wyłącznie mąkę pełnoziarnistą, makaron pełnoziarnisty, ryż pełnoziarnisty itp.

  8. Ograniczyć do minimum użycie cukru. Jeśli użycie jest konieczne niech to będzie cukier nierafinowany (to nie to samo co brązowy) lub surowy miód. Niektóre zastępniki cukru, reklamowane jako zdrowsze są od niego dużo gorsze – np. syrop z agawy czy syrop z kukurydzy, bo zawierają bardzo dużo fruktozy, która jest fatalna dla wątroby.

  9. Wystrzegać się ryb hodowlanych. Są one masowo karmione mączką rybną, czyli zmielonymi na pył resztkami ryb. Pomijając etyczny aspekt tego procederu (karmi się ryby szczątkami ryb) nie jest to ich naturalny pokarm i ryby tak karmione, często i gęsto już rodzą się z nowotworami! Jest to prawdziwa plaga, my oczywiście o tym nie wiemy i spożywamy „zdrowe rybki”.

  10. Nie używać soli rafinowanej (ważonej), najlepszą solą jest różowa sól himalajska.

  11. Nie kupować mleka UHT, które nie ma żadnych wartości odżywczych. Absolutnie nie kupować mleka i przetworów mlecznych homogenizowanych – uszkadzają układ wieńcowy. Jeśli już mleko - to najlepiej eko, niepasteryzowane od rolnika albo pasteryzowane w niskiej temperaturze.

  12. Unikać pszenicy, która została tak zmodyfikowana genetycznie, że jest trudno trawiona przez dużą część ludzi (którzy przypisują swoją nietolerancję glutenowi, gdy tymczasem źle znoszą tylko pszenicę a gluten z innych zbóż im nie szkodzi). Pszenicę warto zastąpić orkiszem, który nie był modyfikowany. Uwaga: etykieta „Chleb orkiszowy” często oznacza dodatek orkiszu i nadal pszenicę w środku, dlatego trzeba się upewnić co do składu. Chleb najlepiej wypiekać samemu ewentualnie zlokalizować piekarnię, gdzie nie stosują dodatków i spulchniaczy i zaopatrywać się w chleb razowy, ewentualnie pytlowy. Najlepszym chlebem jest chleb żytni, razowy na zakwasie, ale osoby ze słabym trawieniem mogą mieć z nim problem; żytni pytlowy powinien być dla nich ok.

  13. Ograniczyć produkty z soi. Są one często przedstawiane jako zdrowe, ale badania nie są tu wcale jednoznaczne. Soja zawiera fitoestrogeny działające podobnie do żeńskich estrogenów, zaś nadmiar estrogenów jest łączony z hormonozależnymi rodzajami raka (piersi, macicy). Dlatego przed menopauzą z soją ostrożnie. Ponadto w 99% soja jest GMO. Natomiast wskazane i polecane są produkty z soi fermentowanej takie jak miso, sos sojowy bez pszenicy, natto, tempeh, tofu itp.

  14. Wykluczyć orzeszki ziemne (wcale nie są zdrowe ze względu na szkodliwy kwas arachidowy, a poza tym są potężnym źródłem pasożytów).

 

Samo przestrzeganie tych zasad będzie znaczącym krokiem w przód w zdrowym odżywianiu i szybko odczujecie różnicę w poziomie energii i samopoczuciu. To jak? Zaczynacie od jutra :-)?

Share on Myspace

Dział: Ogólne
poniedziałek, 28 wrzesień 2015 00:00

Zakwaszony żołądek – fundamentalna zasada dobrego zdrowia

Żołądek jako przyczyna wielu chorób, których nigdy z żołądkiem byś nie powiązał

 

W tym artykule opisywałam przypadek obniżonej wchłanialności składników odżywczych ze względu na zakażenie pasożytnicze. Drugą niezwykle częstą przyczyną złego wchłaniania jest niedokwaszony żołądek. Ta sprawa jest fundamentalna dla zdrowia, a piszę o niej dziś nie bez przyczyny.

Kilka dni temu bowiem doradzałam komuś z nadczynnością tarczycy wykonanie testu zakwaszenia żołądka. W przełożeniu na TCM nadczynność tarczycy najczęściej jest związana z niedoborem yin.  Niedobór yin to niedobór substancji, więc „na nasze” braki w organizmie. Jeśli osoba dobrze się odżywia i dba o to, co kładzie na talerz – a tak było w tym przypadku – podejrzenie pada na wchłanianie.

 

pH żołądka

Idealne pH naszego żołądka to 1-2,5. Kwas solny w żołądku ma za zadanie rozpuścić i strawić wszystko to co się tam dostanie. Na skutek wrodzonych predyspozycji (rzadko) i złej diety (najczęściej) poziom pH w żołądku rośnie i może przekraczać wskazane wyżej optymalne wielkości. I co się dzieje wtedy? Katastrofa. Ale o tym w szczegółach dalej.

Z węglowodanami i tłuszczami żołądek jeszcze  dać sobie radę, gdyż są one mówiąc w dużym uproszczeniu - stosunkowo lekkostrawne.

 

Trawienie białek

Problem zaczyna się przy białkach. Są one trudne do strawienia i wymagają dobrej pracy żołądka, tzn. dobrego jego zakwaszenia. A przecież białko to nie tylko mięso, ale i strączkowe, warzywa, zboża czy przetwory mleczne. Białka to najważniejsze elementy budulcowe wszystkich organizmów żywych. Są to wielkocząsteczkowe związki organiczne, w znacznej części zbudowane z aminokwasów. W uproszczeniu i dla lepszego zobrazowania – białka są często przedstawiane jako sznur korali, zaś aminokwasy jako poszczególne koraliki o różnej wielkości, kształtach i kolorach.

W procesie trawienia białka muszą być porozdzielane na pojedyncze aminokwasy, a dzieje się tak tylko pod wpływem kwasu solnego, pepsyny i innych substancji znajdujących się w odpowiednio zakwaszonym żołądku. Znamy 20 aminokwasów biogennych (czyli tych, z których zbudowane sa organizmy żywe). Spośród tych 20, 8 jest uważanych za aminokwasy niezbędne dla organizmu człowieka. Są to tzw. aminokwasy egzogenne, które muszą być człowiekowi dostarczone z pożywieniem, bo nasz organizm nie potrafi ich wytworzyć.*

 

Niestrawione białka a choroby

Te niezbędne dla naszego zdrowia aminokwasy wytworzą się tylko w dobrze zakwaszonym żołądku. Niedokwaszony żołądek oznacza, że nie będziemy mogli ich uzyskać czyli de facto poważne braki zagrażające naszemu zdrowiu. To z aminokwasów bowiem nasz organizm tworzy enzymy, hormony i inne substancje, co prowadzi nas wprost do konkluzji, że brak przyswajania pewnych aminokwasów ze względu na zbyt duże ph żołądka może prowadzić do problemów np. z hormonami

Taka np. insulina jest zbudowana z 21 aminokwasów w jednym łańcuchu i 30 w drugim!. Myślicie, że brak tylko jednego z tych aminokwasów będzie oznaczać, że insulina będzie słabsza czy też wolniej działać? Nie. Brak chociażby jednego aminokwasu będzie oznaczać, że insuliny po prostu nie będzie! 

Stąd prosty wniosek, że wszelkie choroby o podłożu hormonalnym mogą mieć początek w niedokwaszeniu żołądka i nieprzyswajaniu białek. Czy każda choroba związana z hormonami ma takie podłoże? Oczywiście, nie. Pewnie bywają i inne przyczyny.

Ale jest to zbyt ważny i istotny trop, żeby go zignorować. Tylko, że o zbadaniu poziomu zakwaszenia żołądka jako możliwej przyczynie choroby żaden, albo prawie żaden lekarz pacjentowi nie powie. Standardowe leczenie jest jak zwykle objawowe, albo przyjmuje się sztucznie hormony, albo – np. w przypadku nadczynności tarczycy – wypala, wycina, naświetla. Każde z tych działań jest drastyczne i nienaturalne oraz powoduje, że do końca życia jesteśmy uzależnieni od przemysłu farmaceutycznego (brrr.)

Nikt się nie pochyli nad zbadaniem przyczyn choroby. Rola świadomego pacjenta, cierpiącego na dowolną chorobę o charakterze przewlekłym to iście detektywistyczna praca, polegająca na szukaniu na własną rękę możliwych przyczyn choroby i ich usunięciu. W tej detektywistycznej pracy zbadanie swojego pH żołądka to jeden z pierwszych kroków, szczególnie, że jest to procedura stosunkowo łatwa (o czym dalej).

 

To jednak nie koniec

Wyobraźcie sobie kubeł z kwasem solnym i kawałek mięsa, który do niego wrzucacie. Co się dzieje? Mięso jest trawione, rozpada się i znika. Dodajcie teraz o proszku zasadowego do kwasu solnego i ponownie wrzućcie mięso. Albo nie dzieje się nic, albo mięso nie rozkłada się do końca. Niestrawione białko dostaje się do dwunastnicy i do jelita cienkiego i tam zaczyna gnić. Proces gnilny w jelitach to pożywka dla pasożytów wszelakiego rodzaju i kolejne poważne konsekwencje zdrowotne, takie jak spadek odporności, alergie a nawet nowotwory.

Co więcej, nie do końca strawione białko dostaje się w procesie wchłaniania do krwioobiegu a organizm traktuje je jako intruza, z którym trzeba walczyć. I nasz układ immunologiczny z takimi niestrawionymi białkami walczy, czego efektem może być alergia, egzema, astma, reumatoidalne zapalenie stawów i mnóstwo innych tzw. chorób degeneracyjnych. Jak widzicie lista potencjalnych chorób związanych z niedokwaszonym żołądkiem się powiększa.

Nieprawdopodobnie wielka ilość chorób autoimmunologicznych ale i innych tzw. cywilizacyjnych ma swoje podłoże w niedokwaszonym żołądku!

De facto każda choroba może mieć początek w niedokwaszonym żołądku!

Spektrum chorób wynikających z niedokwaszonego żołądka jest ogromne, od depresji (brak wydzielania serotoniny ze względu na niewchłanianie odpowiednich aminokwasów), poprzez bezsenność (brak wytwarzania melatoniny ze względu na niewchłanianie odpowiednich aminokwasów), anemię (brak wchłaniania żelaza) na zawale serca kończąc (wysoki poziom homocysteiny, wiązanej bezpośrednio z zawałami – o tym pisałam tu, na skutek braku przyswajania witaminy B12, B6 i kwasu foliowego w związku z niewytworzeniem odpowiednim aminokwasów). Notabene, ciekawa jestem, ile osób, które przeszło na dietę bezglutenową (mimo, iż nie chorują na celiakię), twierdząc, że bez glutenu lepiej się czują, ma po prostu niedokwaszony żołądek (gluten to przecież ciężkostrawne białko, które niestrawione może wywoływać objawy alergii).

 

Neutralizowanie kwasów żołądkowych czyli paranoja w czystej postaci

Większość ludzi choć raz w życiu miała zgagę nawet jeśli nie cierpi na chorobę refluksową. Zgaga to nieprzyjemne pieczenie w przełyku, wrażenie cofania się treści pokarmowej z żołądka w górę. I tak jest w rzeczywistości. Ze względu na fatalną dietę większości ludzi, problem zgagi jest dziś powszechny.

Co się wtedy standardowo robi? Zobojętnia kwasy żołądkowe zasadowymi proszkami i specyfikami typu Rennie. I pieczenia nie czuć.

Jest to działanie dokładnie odwrotne od tego jakie powinniśmy wykonać i skandalem jest to, że w reklamach za zgagę wini się „nadkwasotę”. Nic bardziej mylnego.Ale po kolei.

Pomiędzy żołądkiem a przełykiem znajduje się zawór (zdjęcie obok). Zawór ma z jednej strony przepuścić treść z przełyku do żołądka, z drugiej zaś – chronić przełyk przed wydostaniem się czegokolwiek z powrotem do przełyku. Zgaga (choroba refluksowa) polega na tym, że ów zwieracz się luzuje i soki z żołądka chlapią w górę na przełyk. A ponieważ przełyk nie jest przystosowany do spotkania z kwasem solnym – odczuwamy to jako pieczenie (wypalanie). I uwaga: im bardziej zakwaszony żołądek, tym mocniej zaciska się zwieracz. Im pH wyższe tym zwieracz bardziej się poluzowuje. Co to oznacza? Proszek zasadowy wpuszczony do żołądka jeszcze bardziej poluzowuje zwieracz i z żołądka na przełyk chlapie coraz bardziej tyle, że treścią o wyższym pH, której nie czujemy. Znów więc działamy tylko na przyczynę, pogłębiając problem. Przy zgadze, bardzo często wystarczy zakwasić żołądek aby się jej pozbyć, bo zwieracz mocniej się ściśnie. Popularne środki „przeciw zgadze” mogą nam doszczętnie zrujnować zdrowie, doprowadzając do pH w żołądku bliskiemu 5  czy nawet 7, a to już bardzo poważna sprawa.  

 

Jak sprawdzić poziom zakwaszenia żołądka

Profesjonalne sprawdzenie poziomu zakwaszenia może być wykonane u gastrologa. W warunkach domowych wystarczy procedura podana poniżej, która ma blisko 96% dokładność.

Bierzemy pół łyżeczki sody oczyszczonej i lejemy na nią odrobinę octu jabłkowego domowego lub kupnego wysokiej jakości. Powinna się intensywnie pienić, jeśli piany nie ma oznacza to, że soda jest stara i straciła swoje właściwości; trzeba ją wyrzucić i kupić nową.

Następnie w 150 ml. wody rozpuszczamy łyżeczkę aktywnej sody oczyszczonej (w przypadku dzieci – pół łyżeczki) - nie tej zmieszanej z octem tylko świeżej, bierzemy stoper do ręki i pijemy tę mieszankę na czczo. Po wypiciu włączamy stoper i sprawdzamy kiedy nam się odbije (beknie). Soda w połączeniu z kwasem solnym wytwarza dwutlenek węgla, stąd odbicie. Jeśli stężenie kwasu solnego będzie niewystarczające odbicie nastąpi późno lub wcale.

Czasy „odbicia”

  • do 40 sekund po wypiciu: nadkwasota (im bliżej 40 sekund tym mniejsza)
  • 40- 90 sekund po wypiciu: dobre zakwaszenie
  • 90-180 sekund po wypiciu: słabe zakwaszenie (im bliżej 180 sekund tym gorzej)
  • powyżej 180 sekund lub wcale – bardzo źle

 

Jak zakwasić żołądek

Jeśli zakwaszenie naszego żołądka jest słabe należy stosować następujące zasady:

  • 15 min. przed posiłkiem wypić łyżkę octu jabłkowego rozpuszczonego w niewielkiej ilości wody
  • za wyjątkiem powyższego „zakwasacza“ nie pić 30 min. przed posiłkiem i 1,5 h. po posiłku, aby nie rozcieńczać dodatkowo kwasów i enzymów (rzadko jadam w restauracjach i na mieście, ale gdy już to się zdarzy za każdym razem kelnerki są zdziwione, że nie zamawiam napojów ani przed jedzeniem, ani po – doprawdy nie wiem dlaczego w lokalach gastronomicznych standardowo oczekuje się, że tuż przed jedzeniem rozwodnisz sobie soki żołądkowe :-))
  • żuć jedzenie do papki (wg. TCM każdy kęs powinno się przeżuć min. 20 razy) 
  • jeść powoli, nie śpiesząc się, przy stole, na siedząco, broń Boże czytając, przeglądając komórkę czy patrząc w telewizor,
  • dodawać szczyptę soli himalajskiej do wody, którą pijemy (bliżej pisałam o tym tu)
  • stosować gorzkie zioła na trawienie

Jeśli problem z zakwaszeniem jest poważny (odbicie pow. 180 sekund), warto rozważyć zakup preparatu pod nazwą betaina hcl. Jest to kwas solny i pepsyna w kapsułce, które przyjmuje się w trakcie posiłku. Sposób dawkowania warto ustalić z kimś kompetentnym, ale raczej są to spore dawki (nawet 5-6 kapsułek do posiłku, w zależności od producenta). Z czasem, gdy pH naszego żołądka się ustabilizuje – dawki będzie można coraz bardziej obniżać. 

Po zakwaszeniu żołądka w wielu przypadkach jak ręką odjął znikają objawy bardzo poważnych chorób. W moim przekonaniu w leczeniu każdej choroby przewlekłej (nowotwory nie są tu wyjątkiem) zbadanie pH żołądka i ewentualne jego obniżenie są jedną z pierwszych rzeczy jakie należy sprawdzić. Zróbcie ten test koniecznie, a wyniki mogą Was zaskoczyć.

* Do aminokwasów niezbędnych zaliczamy: lizynę, metioninę, treoninę, leucynę, izoleucynę, walinę, tryptofan i fenyloalaninę.

Share on Myspace

wtorek, 07 lipiec 2015 00:00

Co jeść gdy skwar się leje z nieba

Zrobiłam sobie tydzień przerwy od bloga, bo odpoczywałam po kolejnym dużym egzaminie tym razem dyplomowym z dietetyki wg. Tradycyjnej Medycyny Chińskiej, który w zasadzie zdałam nadspodziewanie dobrze, pomimo moich obaw, bo materia – choć fascynująca – jest niezwykle złożona. Przez najbliższe pół roku będę zdobywać praktykę diagnostyczną a potem ... zobaczymy :-)   

Tymczasem za oknem spiekota straszna i choć miało być o czymś innym znowu będzie o upałach i o tym, jak się wspomóc w ich trakcie od strony żywieniowej. Tym razem mniej o napojach a bardziej o pokarmach stałych, bo co tu jeść jak z nieba leje się skwar i najchętniej by się nie jadło tylko zamknęło w lodówce?

Wg. TCM pokarmy mają swoją termikę, to znaczy działają termicznie neutralnie, ogrzewająco lub ochładzająco. Te działające ogrzewająco lub ochładzająco dzielą się na działające lekko i ekstremalnie. Znajomość tych zasad pozwala perfekcyjnie dopasować spożywane produkty do pory roku, aury i stanu naszego wewnętrznego rozgrzania. Jeśli więc nie jesteście wyziębieni ;-) a wręcz oziębienia potrzebujecie Waszej uwadze polecam:

Produkty działające mocno schładzająco:

  •        w zasadzie większość warzyw i owoców, a w szczególności pomidor, sałata, rzodkiew, arbuz, pomarańcze (inne cytrusy również),     gruszki, kiwi, rabarbar,
  •        kraby, kawior, raki
  •        sól
  •        wodorosty (algi)
  •        fasolka mung

Z tego zestawu pierwsza część jest dosyć oczywista, natomiast nie wszyscy znają fantastyczne właściwości fasolki mung jako rewelacyjnego produktu ochładzającego. Fasolkę gotujemy, studzimy i jemy np. w sałatce. Chińczycy piją również napój z fasolki mung oraz oczywiście congee z tą fasolką. Ponoć nic nie chłodzi lepiej. Rzućcie więc w kąt lody i sorbety, które źle działają na gardło i delektujcie się fasolką mung :-D

Przykładowa sałatka: ugotować fasolkę mung z dodatkiem pokrojonych w paski wodorostów do miękkości, dodać drobno pokrojony pomidor, uprażony sezam, ziarna granatu, posypać lubczykiem, dosolić do smaku, polać łyżką oliwy z oliwek extra virgin.

Warto również wybierać chłodniejsze rodzaje kasz, np. jęczmienną. Ciepłe lato to też wymarzony wręcz okres do wzmocnienia się za pomocą chlorelli, spiruliny czy zielonego proszku z młodego jęczmienia. Wszystkie te produkty mają wybitne działanie prozdrowotne, wzmacniające i detoksykujące, ale również bardzo mocno wychładzające, dlatego zimą trzeba je stosować bardzo ostrożnie, natomiast latem możemy mieć 2 w 1 – i zdrowie i ochłodzenie :-)

Latem, gdy tracimy dużo płynów pocąc się bardzo wskazany jest smak kwaśny, który przytrzymuje płyny wewnątrz, a więc i ogranicza pocenie. To wyjaśnia dlaczego tak wiele osób właśnie w upały ma ochotę na kwaszone ogórasy i lemoniadę. Warto przy tym pamiętać, że smak kwaśny ma swoje wersje gorące, neutralne i chłodne. Gorące raczej wykluczmy, tzn. np. ocet.

Czego unikać

Jeśli dla kogoś życie bez mięsa traci cały swój sens, na ten okres sugeruję przynajmniej je ograniczyć i wybierać gatunki chłodniejsze, tj. kaczkę lub neutralne – wieprzowinę czy gęś oraz zrezygnować z najbardziej rozgrzewających metod obróbki termicznej, tj. grillowania i pieczenia. Kaczka na parze lub gotowana nie rozgrzeje nas tak bardzo jak mogłaby to uczynić grillowana baranina :-).

Z innych ogrzewających substancji warto wykluczyć ostre przyprawy i imbir. Mają działanie rozpraszające (tj. wznoszące i wyrzucające na zewnątrz) a nam chodzi o to, żeby przytrzymać płyny wewnątrz organizmu. A więc w upały jedzmy nieostro i lekko kwaśno i koniecznie pamiętajmy o odpowiedniej ilości płynów.

O tym co pić w upały pisałam tutaj.

 

Trzymajcie się jakoś, na piątek zapowiadają ochłodzenie!

Share on Myspace
Dział: Ogólne
czwartek, 23 kwiecień 2015 00:00

Zdrowe warzywka i mięso bleee? 

Zaskakujące wyniki badań Europejskiej Agencji ds. Bezpieczeństwa Żywności

 

Wiem dobrze, że ludzie wcale nie chcą prawdy a jedynie potwierdzenia, że to, w co wierzą jest prawdą.  Zdaję więc sobie sprawę, że zawartość tego tekstu może przekroczyć granice akceptacji rzeczywistości wielu osób, a pierwszą reakcją będzie negacja i próba podważenia wiarygodności badań.

Bo przecież „każdy wie, że dieta warzywna z wykluczeniem, lub znacznym ograniczeniem mięsa jest dla nas lepsza, a w mięsie są antybiotyki, sterydy i inne świństwa.”

Na początek dobra wiadomość. Jest organ, który bada jakość żywności w Europie, również, a może przede wszystkim, pod kątem jej zanieczyszczeń środkami ochrony roślin i metalami ciężkimi. Europejska Agencja ds. Bezpieczeństwa Żywności (EFSA), bo o niej mowa, co roku przeprowadza szerokie badania żywności w krajach europejskich, na podstawie blisko 100,000 próbek pobranych z żywności wytworzonej na terenie EU i państw stowarzyszonych, ale także importowanej.  

Zła wiadomość jest taka, że najgorzej w rankingach jeśli chodzi o zanieczyszczenie tzw. chemią wypadają owoce i warzywa, tuż za nimi plasują się ryby morskie i owoce morza. Dlaczego tak jest? Być może pewnym wytłumaczeniem jest to, że rośliny nie mają układu wydalnicznego i dosłownie zasysają wszystko co w glebie (szkodliwe nawozy) i na zewnątrz (opryski). O zatruciu mórz każdy słyszał, to że ryby większe, znajdujące się na końcu łańcucha pokarmowego kumulują w sobie wszystko to co rybki umiejscowione przed nimi w łańcuchu pokarmowych wchłonęły, też jest dosyć oczywiste.

Mięso, o dziwo, z wyjątkiem drobiu, którego jakość - jaka jest każdy wie, wypada nie najgorzej.

 

Co to oznacza w praktyce?

Na pewno to, że w idealnym świecie, bez pestycydów i wszechobecnej chemii, dieta roślinna z niewielką ilością mięsa i ryb, byłaby optymalna. I to, że w naszym nieidealnym świecie, niestety to z warzywami i owocami wchłaniamy najwięcej „syfu” - trujących dla nas substancji, które mogą prowadzić do chorób cywilizacyjnych, z rakiem na czele. Oznacza to, że kupując warzywa i owoce w supermarketach, najprawdopodobniej wcale nie ofiarowujemy sobie tego co najlepsze.

Druga dobra wiadomość jest tak, że żywność bio jest od 2 do 5 razy mniej zanieczyszczona od warzyw i owoców bez zielonej etykietki. Osobiście po przeczytaniu raportów EFSA cieszę się, że od dłuższego czasu kupowane przeze mnie warzywa i owoce mają w 90% pochodzenie ekologiczne. I chyba tędy droga.

Nie oznacza to jednak oczywiście, że żywność bio jest nieskazitelnie czysta i bezpieczna. W sierpniu ubiegłego roku zwiedzałam jedną z największych upraw winogron w Niemczech. W trakcie oprowadzania nas, przewodnik wskazywał poletka upraw organicznych, które otoczone były przez poletka upraw nieorganicznych. Pamiętam, że wtedy mnie to bardzo zadziwiło, bo przecież w trakcie oprysków wystarczy, że nieco zawieje i winogrona bio też dostaną jakąś dawkę tego czego dostać nie powinny. I tak się rzeczywiście dzieje. Tyle tylko, że jeśli „normalne” winogrona (notabene uważane za owoce najbardziej zanieczyszczone w Europie) są spryskiwane w trakcie sezonu, jak się dowiedziałam, 14 razy (!), to mimo wszystko te bio, nawet jeśli coś im się tzw. rykoszetem dostanie, wygrywają bezapelacyjnie.

Oczywiście, medycyna energetyczna i praca z umysłem potrafią zdziałać cuda i wtedy nawet arszenik można łyżkami zajadać ;-) lub żywić się wyłącznie energią słoneczną ;-) , ale jeśli nie jesteście (jeszcze) w tym biegli, to proponuję poważnie zastanowić się nad przejściem na żywność bio albo od sprawdzonego dostawcy, przynajmniej w zakresie warzyw i owoców.

Adres strony z raportami:

http://www.efsa.europa.eu/en/publications.htm

Share on Myspace
Dział: Pod lupą
piątek, 27 luty 2015 00:00

"Czy Twoja lodówka jest ogrodem czy cmentarzem? 

 

To zdjęcie kilka lat temu krążyło po Internecie, ale przypominam je dzisiaj, bo jest wyjątkowo perswazyjne i lapidarnie oddaje to, co większość z nas gdzieś tam czuje w środku :-).

 

Nikogo nie chcę nawracać na dietę wegetariańską, bo nie ma jednej właściwej diety i każdy sam powinien ustalić co mu służy a co nie. Obserwując wylew kolejnych „fantastycznych“, nowo odkrytych „diet dla wszystkich“ uśmiecham się pod nosem i cieszę się, że dane mi było bliżej poznać zasady dietetyki wg. tradycyjnej medycyny chińskiej, to bowiem system, w którym nic samo w sobie nie jest ani dobre ani złe a wszystko zależy od okoliczności, tj. wrodzonych predyspozycji, budowy ciała, pory roku, stanu zdrowia i wielu, wielu innych czynników.

TCM to system genialny, ale trudny i mocno zindywidualizowany, trochę więc nie przystający do dzisiejszych czasów, w których oczekuje się szybkich, łatwych i uniwersalnych rozwiązań działających na wszystkich tak samo.

To indywidualne podejście TCM do każdego, niezwykle mi odpowiada i gdy ktoś mnie pyta, np. czy imbir jest dobry, odpowiadam, że to zależy dla kogo i w jakiej sytuacji, może być świetny a może być fatalny.

Wracając do mięsa, sama w zasadzie go nie jadam, przyszło to łatwo i samo, w okresie choroby nowotworowej. Czułam, że mięso nie będzie dla mnie dobre i nie sięgałam po nie. Doszłam też racjonalnie do wniosku, że przy tych ilościach toksyn jakimi naszprycowane jest mięso powszechnie dostępne, bezpieczniej będzie go po prostu nie jeść. Teraz czasem gotuję zupy mocy na ekologicznej wołowinie i jadam ryby, ale też nie za często, bo jakość ryb hodowlanych jest tragiczna, zaś w morskich Bóg jeden raczy wiedzieć co jest zawarte (rtęć – to wiemy, ale co jeszcze?!).

Natomiast nie jestem w żaden sposób wojującą jaroszką i jeżeli komuś mięso służy, a wręcz bez niego czuje się źle, nie należy nawracać go na wegetarianizm. Jednak, jak zwykle, liczy się:

umiar, umiar i .... umiar.

Mięsożerców namawiam na ograniczenie ilości spożywanego mięsa i zwrócenie większej uwagi na jego jakość. Idealnie byłoby spożywać mięso ze sprawdzonego, ekologicznego miejsca raz, góra dwa razy w tygodniu.

W okresach choroby i znacznego osłabienia organizmu dobrej jakości mięso jest wręcz wskazane nawet dla wegetarian, mało co tak szybko może nas postawić na nogi. Jeśli mięso „leży" nam zbyt długo na żołądku (jak w moim przypadku) warto wtedy gotować zupy mocy na mięsie, albo na przełamanych kościach (pod warunkiem jego ekologicznego pochodzenia, co będę powtarzać do znudzenia) i spożywać tylko wywar. Ilość energii qi z takiego wywaru, gotowanego minimum 5 godzin jest wręcz magiczna :-).

Bez względu na to czy się jest czy nie jest mięsożercą, podstawę dobrej diety powinny jednak stanowić produkty roślinne, w tym zbożowe, ewentualnie uzupełniane o dobrej jakości jajka czy niewielką ilość nabiału (jeśli nam służy).

Mięso podstawą diety? Pewnie znajdą się i argumenty za tym, natomiast patrząc na zdjęcie mam subiektywne a jednak nieodparte wrażenie, że wrzucanie w siebie, bądź co bądź padliny, daje mniej energii życiowej i nie jest dla nas najlepsze.

W kolejnym wpisie zajmę się jakością warzyw, bo z tym też różnie bywa. Ogólnie wiadomo, łatwo nie jest, ale gdyby było łatwo, byłoby nudno :-).

Share on Myspace
Dział: Ogólne


 

Zdrowie to jedynie kwestia nawyku,

wielu drobnych przyzwyczajeń,

które składają się na całość

a jedyną osobą, która może Cię uzdrowić

jesteś Ty sam.