user_mobilelogo

Licznik odwiedzin

© 2009-2015 by GPIUTMD

Wszystkie wpisy alfabetycznie

środa, 10 sierpień 2016 00:00

Zielona herbata - azjatycki napój bogów

 

Moją ulubioną herbaciarnię na Saskiej Kępie z uroczym staroświeckim klimatem i meblami jak u prababci, którą pamiętam od zawsze – zlikwidowali. W jej miejscu otworzyli kolejną kawiarnię – sieciówkę z menu standardowym, zestandaryzowanym i zglobalizowanym. Kawiarnie rosną jak grzyby po deszczu a herbaciarni ubywa. Każda kawiarnia ma w swojej ofercie również herbaty. Najczęściej z torebki. Zamawiam zieloną, Pani przy kasie wyciąga wielgachną szklankę jak do Latte, krzywię się a raczej jest do grymas cierpienia, ale nic nie mówię. Pani jest empatyczna, wychwytuje ślad bólu mentalnego na mojej twarzy „Coś nie tak?“ W szklance nie?“. „Nie“ – kiwam głową – „w filiżance“. „My to tak serwujemy, ale oczywiście może być w filiżance“. Wsypuje fusy luzem do filiżanki i zalewa je wrzątkiem z automatycznej maszyny, para aż bucha z brzucha filiżanki mi przeznaczonej. Bólu mentalnego na mojej twarzy tym razem obsługująca nie widzi, bo jest odwrócona do mnie plecami.

Męczę ten gorzki napój o kolorze żółtym z nutką pomarańczy, z którego wyjąć fusów – bez poparzenia się - się nie da i myślę sobie o tym, jak w dziejach ludzkości zagubiliśmy sztukę kamieniarską.  Pomimo pozornego postępu nie mamy na dzień dzisiejszy takich umiejętności technicznych w zakresie obróbki i budowania z kamienia jak mieli XIV-XV-wieczni kamieniarze, nie wiemy jak robili pewne rzeczy i nie jesteśmy w stanie ich odtworzyć. I pewnie ze sztuką parzenia herbaty będzie podobnie, bo i ponoć w Azji powoli chyli się ona ku upadkowi, gdyż gros Azjatów jest zafascynowana zachodnim stylem życia i raczej sięgną po Colę niż zieloną herbatę (o zgrozo!).

Chociaż żeby nie było, że wszędzie jest tak źle – w mojej ulubionej kawiarni Nero Green na Placu Konstytucji podają zieloną herbatę oddzielnie, w koszyczku, pouczają, żeby odczekać kilka minut przed zaparzeniem i nie parzyć zbyt długo.

Wiele osób zieloną herbatę traktuje w dalszym ciągu jako napitek egzotyczny. Wielokrotnie spotkałam się ze stwierdzeniem, że zielona herbata jest niedobra, bo jest gorzka. Jeśli przyrządzona tak jak we wspomnianej na wstępie kawiarni – rzeczywiście tak będzie. Na gorzkość zielonek herbaty wpływa obecność składników pod nazwą antocyjany. Są one cierpkie, jeśli jest ich za dużo, herbata nie jest dobrej jakości. Herbata zielona do kupienia w dyskontach za 3-4 zł. po prostu nie może być smaczna.   

Właściwości zdrowotne zielonej herbaty

Pod względem składu chemicznego herbata jest bardzo skomplikowana – do dziś zidentyfikowano ponad 500 składników w niej zawartych.

Z nich, najczęściej wymienia się polifenole - organiczne związki o właściwościach przeciwutleniających, z czego w herbacie zielonej najpoważniejszą grupę stanowią katechiny. Dla przypomnienia – procesy utleniania – to procesy wysypu wolnych rodników – przyśpieszony proces starzenia i obniżenie odporności.

Zatem wszystkie składniki przeciwutleniające (tzw. antyoksydanty) są substancjami przeciwstarzeniowymi i przeciwdegeneracyjnymi.

Herbata zielona i popularniejsza w naszym regionie herbata czarna – to ta sama roślina, z tym że herbata zielona jest niefermentowana, zaś czarna – fermentowana. Istnieje jeszcze rodzaj pośredni – półfermentowana herbata ulung.

W herbacie zielonej dobroczynnych polifenoli jest zwykle od 15 do 35% (w zależności od gatunku), tymczasem w herbacie czarnej – już o ponad połowę mniej, gdyż większość tych związków utlenia się w procesie fermentacji.

Nie wnikając za bardzo w chemiczny skład herbaty zielonej, tak aby artykuł ten był lekkostrawny napiszę tylko, że na dzień dzisiejszy potwierdzono następujące działanie zielonej herbaty:

-       Przeciwdziała skutkom napromieniowania i migrenom

-       Wspomaga absorbcję witaminy C

-       Redukuje stężenie lipidów i cukru we krwi

-       Obniża wysokie ciśnienie krwi

-       Uszczelnia włosowate naczynia krwionośne (obecność rutyny)

-       Działa przeciwutleniająco (przeciwstarzeniowo)

l-       Działa sterylizująco i przeciwzapalnie

-       Zmniejsza odporność bakterii na antybiotyki

-       Przeciwdziała rakowi i mutacjom

-       Zawiera duże dawki witamin z grupy B, C, A, E, P, K

-       Ma korzystny wpływ na zęby (ze względu na zawarte w niej pierwiastki śladowe)

-       Poprawia wzrok

-       Wspomaga trawienie

-       Potrafi powstrzymać biegunkę ale również zapobiega zaparciom

-       Łagodzi działanie alkoholu (uzupełnia wit. C i odtruwa wątrobę).

Jak widać dobroczynne działanie zielonej herbaty jest naprawdę imponujące. Nic dziwnego, że wielu praktyków TCM stosuje samą herbatę do leczenia, dobierając odpowiednio gatunek i częstotliwość picia do stanu pacjenta. Należy pamiętać, że z każdym potencjalnie cudownym środkiem można przesadzić, nawet wody można wypić za dużo i doprowadzić się w ten sposób do śmierci. Zawsze należy pamiętać o zasadzie złotego środka.  

Kiedy pić a kiedy nie

Dobór herbaty i dawki jest oczywiście sprawą indywidualną. Niemniej dla względnie zdrowej osoby w okresie letnim – 1-3 filiżanki dobrej jakościowo herbaty zielonej dziennie są jak najbardziej wskazane. Dlaczego w okresie letnim? Ponieważ zielona herbata ma działanie wychładzające (termikę zimną), nawet pita na ciepło (w przeciwieństwie do czarnej - lekko ogrzewającej). Zimą w naszym klimacie herbaty zielonej nie polecam, no chyba, że jesteśmy przegrzani. 

Jak zaparzać

Nie jestem wielką specjalistką od parzenia zielonej herbaty, biorąc pod uwagę, że jest to cała sztuka, którą można zgłębiać wiele lat a nawet całe życie.

Najsłynniejszy specjalista od herbaty - Lu Yu (733-804) napisał 3-tomowe dzieło swojego życia zatytułowane „Księga herbaty“, w której zawarł własną wiedzę w temacie, wynikłą z kilkudziesięciu lat badań nad herbatą.

Niemniej zasady podstawowe są takie, że liście zalewamy wodą o temperaturze 80°C i parzymy ok. 3 minut. Następnie liście usuwamy. Kolor tak przygotowanego napoju będzie bardzo delikatny (w zależności od rodzaju herbaty). Osobiście bardzo lubię herbatę z gatunku sencha, szczególnie parzoną z dodatkiem prażonego ryżu, który nadaje jej charakterystycznego aromatu. Osobom, którym zielona herbata do tej pory kojarzyła się z gorzkim, niesmacznym napojem proponuję kupić odrobinę dobrej jakości senchy i zaparzyć ją we właściwy sposób. Będziecie zdziwieni tym delikatnym smakiem :-).

Kwestia 80°C jest nieco kłopotliwa, zwykle wystarczy wlać wrzątek do filiżanki odczekać kilka minut i dodać liście. Czasem jednak trudno wyczuć ten właściwy moment, na szczęście na rynku są już dostępne czajniki elektryczne, w których można ustawić temperaturę, do jakiej woda ma się zagotować. Sama taki czajnik posiadam i sprawdza się doskonale. Jest to poniekąd profanacja, skoro Lu Yu poświęcił sporo miejsca w swoim dziele na opis typu drewna :-).

Czego nie robić

W TCM obowiązują następujące zakazy:

-       nie pić herbaty z poprzedniego dnia (herbatę pić świeżą, tuż po zaparzeniu) - traci ona bowiem wiele ze swych cennych składników,

-       nie popijać herbatą leków – dotyczy to leków zachodnich, ale i żeń-szenia, korzenia dzwonkowca kosmatego, korzenia powojnika chińskiego i in. – działanie leków może zostać zahamowane.

Wykorzystanie pozakulinarne

Z zielonej herbaty, ze względu na jej liczne drogocenne substancje - robię naturalny tonik do twarzy. Do zaparzonej i ostudzonej dodaję kilka kropli olejku rozmarynowego, który jest naturalnym konserwantem i pozwala używać jej przez kilka dni nawet do tygodnia. Taki tonik ma działanie przeciwstarzeniowe, antynaczynkowe, odżywiające (ze względu na obecność witamin i minerałów). A to wszystko bez szkodliwych dodatków chemicznych.

Czytałam też, że liście zielonej herbaty po namoczeniu i ponownym wysuszeniu można dodawać do poduszek ziołowych. Sen na takiej poduszce to samo zdrowie!

Mam nadzieję, że tych z Was, którzy do zielonej herbaty do tej pory nie byli przekonani zachęciłam do zrobienia kolejnego podejścia, zaś już korzystających z jej dobrodziejstw – utwierdziłam w słuszności obranej drogi :-)

Share on Myspace

Dział: Pod lupą
czwartek, 28 lipiec 2016 00:00

Syrop glukozowo-fruktozowy 

 

Dziś temat, do którego przymierzałam się od jakiegoś czasu. Ważny, istotny, smutny, bo znowu obnaża prawdę o rzeczywistości.

Kiedyś pisałam, że cieszący się złą sławą cukier to mały pikuś w porównaniu z czymś co coraz częściej nas truje czyli z syropem glukozowo-fruktozowym.

Przyczyną wprowadzenia tego „wynalazku“ do powszechnego użycia jest oczywiście ograniczenie kosztów – cukier jest droższy, niż uzyskiwany zwykle ze skrobi kukurydzianej (oczywiście GMO, bo innej kukurydzy prawie nie ma) lub pszenicy syrop glukozowo-fruktozowy.

Z chemicznego punktu widzenia syrop glukozowo-fruktozowy jest podobny w składzie do cukru (sacharozy), tzn. zawiera mniej więcej po połowie (+/- 5%) glukozy i fruktozy. Z tej dwójki, wbrew pozorom to ta druga jest większym złem, gdyż wyekstrahowana postać fruktozy prowadzi do niealkoholowego stłuszczenia wątroby (o czym pisałam w tym artykule – trzeba przeczytać!) a mimo to biały proszek fruktozowy nadal można kupić na półkach z tzw. zdrową żywnością! Zupełnie inne działanie ma fruktoza w owocach czy miodzie (choć UWAGA!, z owocami, szczególnie suszonymi nie wolno przesadzać, podobnie z miodem!) a zupełnie inne wyekstrahowana do postaci proszku.

Wracając do syropu glukozowo-fruktozowego. Powstaje on w wyniku hydrolizy węglowodanów. Dlaczego zatem - pomimo teoretycznie podobnej zawartości fruktuzy i glukozy co w cukrze – należy go unikać? Innymi słowy dlaczego syrop ten jest nawet gorszy od cukru?

Otóż:

  • Jest sporo badań potwierdzających, że spożywanie licznych produktów zawierających syrop glukozowo-fruktozowy jest przyczyną powszechnej otyłości już wśród dzieci i nastolatków (bardziej niż cukier),
  • Syrop ten podwyższa poziom złego cholesterolu,
  • Syrop ten powoduje spadek wrażliwości organizmu na hormon – leptynę, odpowiadający za informowanie mózgu o naszej sytości – innymi słowy powoduje brak hamulca mówiącego „dosyć“, 
  • Nie do końca znamy skład chemikaliów używanych w procesie wytwarzania syropu glokozowo-fruktozowym oraz ich wpływu na zdrowie człowieka i już samo to powinno stanowić podstawę do daleko posuniętego sceptycyzmu. Tak, tak – proces od strony technicznej jest pilnie strzeżoną tajemnicą. Wiadomo jednak, że jeszcze jakiś czas temu do wytwarzania tego syropu używano m.in. związków rtęci! (teraz ponoć nie jest już to praktykowane).

Część produktów słodzona jest syropem glukozowym. Jest to o tyle lepszy wybór (choć oczywiście słodzenie w ogóle nie jest wskazane) o tyle, że glukoza – w przeciwieństwie do fruktozy - jest przyswajana w każdej komórce naszego ciała i jest naturalnym elementem rozkładu węglowodanów w procesie trawienia.

Starajcie się wybierać produkty bez cukru zawsze tam gdzie jest to możliwe i nigdy nie sięgajcie po produkty z syropem glukozowo-fruktozowym. I tu ciekawostka – cena nie zawsze jest wyznacznikiem jakości. Przykładowo jakiś czas temu w Lidlu w czasie tzw. tygodnia greckiego były dostępne trzy rodzaje chałwy – wszystkie w tej samej cenie i podobnym opakowaniu. Dwie słodzone syropem glukozowo-fruktozowym (dyskwalifikacja) a jedna miodem i to z terenu UE (a nie z Chin – chiński miód budzi moje obawy). I tylko samo przeczytanie składu już pozwalało na dokonanie lepszego, zdrowszego wyboru, ale mało kto go czytał. Uwaga oznaczenie HFCS jest równoznaczne z syropem glukozowo-fruktozowym (z ang. high fructose corn syrup)

Wracając do syropu – nie udało mi się spotkać lodów sklepowych słodzonych czymś innym (dlatego lodom sklepowym trzeba podziękować całkowicie ze względu na bardzo długi, chemiczny skład). Większość jogurtów również ma ten dodatek. Czytajcie etykiety – a zdziwicie się niepomiernie gdzie go można znaleźć. Pamiętajcie, że to nasze wybory kształtują rynek. Jeśli nie będziemy kupować świństw, przestaną sprzedawać świństwa.

Share on Myspace

Dział: Pod lupą
czwartek, 17 marzec 2016 00:00

Kasza gryczana - fakty i mity 

Od kilku dni zastanawiam się o czym by tu napisać, a tu przedwczoraj jedna z czytelniczek zadała pytanie jak to jest z ta kaszą gryczaną, czy jest zakwaszająca czy zasadotwórcza, bo słyszała, że zakwaszająca a ja piszę, że nie, więc rzutem na taśmę postanowiłam wziąć na widelec właśnie grykę, jako że zacna to roślina niezwykle.

 

Gryka - właściwości ogólne

Gryka w TCM ma naturę termiczną neutralną a smak słodki (łagodny). Ma działanie oczyszczające i wzmacniające jelita. Zawiera rutynę, która wzmacnia naczynia włosowate i krwionośne. Obniża ciśnienie krwi, może być również stosowana zewnętrznie w postaci okładów na zapalenia skóry, wypryski i oparzenia  w formie papki zmieszanej z octem. A więc samo zdrowie :-)

Kasza gryczana - palona i niepalona

Część osób kaszę gryczaną kojarzy tylko jako ciemną, brązową kaszę o charakterystycznym i wyraźnym smaku. Tymczasem – jak pisał już Mickiewicz – naturalnie jest gryka „jak śnieg biała”.

Od niedawna biała kasza gryczana (niepalona) jest powszechnie dostępna w sklepach. Ma całkiem inny smak niż kasza brązowa. Kasza brązowa jest po prostu uprażoną kaszą gryczaną, zjangizowaną i jednym z nielicznych pokarmów zasadowych (wśród kasz – obok kaszy jaglanej chyba jedyną). Co nie oznacza oczywiście, że wszystkie inne kasze należy odstawić a jedynie, że powinniśmy mądrze balansować ilość pokarmów zasado- i kwasotwórczych. Palona kasza jaglana ma więcej energii yang, nie jest więc wskazana dla osób nadmiarowych i z objawami gorąca (np. z gorączką, wysokim ciśnieniem krwi czy czerwoną twarzą).

Wracając do kaszy białej, nieuprażonej, jest ona stałym gościem w moim domu z wielu powodów. Ma neutralny smak, który łatwo doprawić na ostro lub na słodko. Łatwo z niej zrobić mąkę w urządzeniu wysokoobrotowym (jest miękka). A poza tym z białej kaszy gryczanej wychodzą fajne bezglutenowe naleśniki/placuszki do których nie potrzeba ani jajek ani nic innego. Tylko biała kasza gryczana i woda. Poniżej podaję dwa alternatywne przepisy, z tego pierwszego częściej korzystam, ale drugi jest lepszy dla osób ze zwykłym mikserem.

Naleśniki tylko z gryki 

Wersja A

Białą kaszę gryczaną zemleć na proszek. Dodawać zimnej wody i mieszać do momentu otrzymania dosyć gęstego ciasta, zbliżonego do naleśnikowego (nigdy nie mierzę ile, zawsze na oko). Doprawić wg. uznania (sól, kminek, czarnuszka, albo na słodko - odrobina miodu, stewii). Smażyć na patelni z minimalną ilością tłuszczu jak naleśniki (wychodzą trochę grubsze, można też je zrobić całkiem grube, wtedy są podobne do pity i fajnie smakują z pastami/dipami).

Wersja B

Białą kaszę gryczaną zalać wodą i zostawić na noc. Rano odlać wodę, dodać świeżej wody i zmiksować (wody dodać tyle, żeby konsystencja przypominała gęste ciasto naleśnikowe). Przyprawić wg. uznania na słono lub słodko, smażyć dosyć grube placuszki.

W każdej z wersji do placuszków można dodać warzywne dodatki – marchewkę, cebulkę, ziarna słonecznika itp. 

Smutna ciekawostka

Sama w sobie gryka jest jedną z roślin, które fatalnie znoszą tzw. chemię, tzn. obumiera ona, gdy w trakcie jej uprawy stosuje się środki chemiczne. I to byłaby świetna wiadomość, gdyby nie fakt, że polscy rolnicy stosują coś, co powoduje, że włos się jeży. Otóż jakiś czas temu jeden z czytelników bloga w komentarzu do artykułu o olejach napisał, że słyszał, że polscy rolnicy tuż przed zbiorem opryskują rzepak randapem (roundup) aby szybciej obsychał. Wydało mi się to niemożliwie, wręcz absurdalne, ale takich informacji nie można ignorować. Nie jestem zwolenniczką spiskowej teorii dziejów, ale poszperałam, poszukałam, poprosiłam mamę o potwierdzenie tej informacji u swoich lokalnych rolników. W efekcie okazuje się, że jest to najczystsza prawda i rzeczywiście do tzw. desykacji roślin czyli ich obsuszania tuż przed zbiorem w celu uzyskania niższej wilgotności, niższych strat nasion z powodu ich osypywania się i zmniejszenia nakładów na oszuszanie w Polsce powszechnie stosuje się randap! A jest to trucizna jakiej mało, fatalnie wpływająca na układ rozrodczy, krwionośny i immunologiczny, powodująca udowodnione negatywne działanie na węzły chłonne (guzy) i wady rozwojowe u ludzi.

niektórych krajach unijnych randap jest już całkowicie zakazany. Nasi jednak rodzimi rolnicy czy to z niewiedzy czy bezstroski stosują go masowo do spryskiwania roślin, które my potem jemy. Wystarczy wygooglować sobie tę informację i poczytać na różnych forach rolniczych jak powszechna jest to praktyka. I niestety dotyczy to nie tylko rzepaku (przestałam używać oleju rzepakowego) ale i właśnie gryki a nawet prosa (kasza jaglana). Cóż więc z tego, że gryki w czasie uprawy nie można podsypywać „chemią”, skoro tuż przed zbiorem się ją spryskuje randapem :-(.

W efekcie od dawna nie kupuję już ani kaszy jaglanej ani gryczanej innej niż bio.  

 

Share on Myspace

Dział: Pod lupą
czwartek, 05 listopad 2015 00:00

Jak zacząć zdrowiej żywić się od jutra?

 

Mija rok od czasu kiedy zaczęłam pisać ten blog, dziś więc wpis trochę nietypowy i nieplanowany.

Wczoraj bowiem dostałam maila od mojej szwagierki, w którym pisze ona mniej więcej tak (po przetłumaczeniu na polski):

„Kochana, to całe zdrowe odżywianie jest bardzo skomplikowane. Kupiłam książki, które mi poleciłaś, ale ich lektura idzie mi bardzo wolno, nie mam czasu i lata miną zanim je przeczytam. Czy mogłabyś po prostu napisać mi co jeść a czego nie?

Hmmm, pytanie zasadne ale odpowiedź na nie wcale nie łatwa. No bo czy da się tak w kilku zdaniach odpowiedzieć? Pierwsza moja myśl to „nie da się”, „to byłoby zbyt duże uproszczenie, odżywianie to kwestia indywidualna”, ale po chwili zastanowienia pomyślałam sobie, że przecież samo wyeliminowanie pewnych nawyków będzie już ogromnym krokiem do przodu. Tak, da się z dnia na dzień zacząć odżywiać znacząco lepiej. Dlatego z mojej odpowiedzi do siostry mojego męża z bardzo konkretnymi, praktycznymi poradami po jej przetłumaczeniu na polski i dostosowaniu do warunków polskich „ukręciłam” dzisiejszy wpis. Nie wyjaśniam w nim szczegółowo dlaczego i jak, nie wnikam w szczegóły – jest prosty, bo taki ma być.

 

Jak w kilku krokach już od jutra zacząć się żywić lepiej

  1. Przestać pić Colę, Fantę i wszelkie inne kolorowe napoje gazowane. Pijemy wodę, soki warzywne, czasem (ale nie często) sok owocowy, napary i herbatki.

  2. Przestać kupować i używać oleje rafinowane (np. słonecznikowy) – oleje na półkach sklepowych w zwykłych sklepach to oleje rafinowane, poddane takim procesom chemicznym, w które trudno uwierzyć. Wyjątkiem jest oliwa z oliwek extra virgin, która jest tłoczona na zimno (nierafinowana). Jeśli już coś smażymy (co samo w sobie nie jest dobrą metodą obróbki termicznej, ale czasem można) to na maśle klarowanym (ghee) lub na oleju kokosowym nierafinowanym.

  3.  Po przeczytaniu etykiety odkładać z powrotem na półkę wszystko co ma w składzie syrop glukozowo-fruktozowy (jogurty, dżemy) i glutaminian sodu (GMS)

  4. Wybierać produkty bez barwników, konserwantów i sztucznych dodatków (np. ser bez chlorku wapnia) – nie jest to łatwe, ale trzeba się starać. Jeśli chodzi o wędliny najlepiej piec je w domu, w zasadzie nie da się dostać wędlin bez azotynów, jeśli już więc taką kupujemy to niech nie zawiera już innych świństw.

  5.  Nie kupować warzyw i owoców z supermarketów. Czytałam kiedyś, że warzywa i owoce w supermarketach są poddawane promieniowaniu, które ma opóźnić proces ich psucia się a do naświetleń (szczególnie jeśli nie wiemy jakie promieniowanie jest stosowane) należy podchodzić z daleko posuniętą ostrożnością. Nie znalazłam żadnego oficjalnego potwierdzenia tej informacji, ale obawiam się, że to niestety może być prawda. Wystarczy kupić sałatę z marketu i sałatę „od chłopa” i porównać jak szybko jedna i druga więdnie, nie jest naturalne, że sałata może leżeć w lodówce 2 tygodnie i nic się z nią nie dzieje.

  6. Drób kupować tylko ze sprawdzonych miejsc, mając pewność, że nie był szprycowany hormonami.

  7. Kupować wyłącznie mąkę pełnoziarnistą, makaron pełnoziarnisty, ryż pełnoziarnisty itp.

  8. Ograniczyć do minimum użycie cukru. Jeśli użycie jest konieczne niech to będzie cukier nierafinowany (to nie to samo co brązowy) lub surowy miód. Niektóre zastępniki cukru, reklamowane jako zdrowsze są od niego dużo gorsze – np. syrop z agawy czy syrop z kukurydzy, bo zawierają bardzo dużo fruktozy, która jest fatalna dla wątroby.

  9. Wystrzegać się ryb hodowlanych. Są one masowo karmione mączką rybną, czyli zmielonymi na pył resztkami ryb. Pomijając etyczny aspekt tego procederu (karmi się ryby szczątkami ryb) nie jest to ich naturalny pokarm i ryby tak karmione, często i gęsto już rodzą się z nowotworami! Jest to prawdziwa plaga, my oczywiście o tym nie wiemy i spożywamy „zdrowe rybki”.

  10. Nie używać soli rafinowanej (ważonej), najlepszą solą jest różowa sól himalajska.

  11. Nie kupować mleka UHT, które nie ma żadnych wartości odżywczych. Absolutnie nie kupować mleka i przetworów mlecznych homogenizowanych – uszkadzają układ wieńcowy. Jeśli już mleko - to najlepiej eko, niepasteryzowane od rolnika albo pasteryzowane w niskiej temperaturze.

  12. Unikać pszenicy, która została tak zmodyfikowana genetycznie, że jest trudno trawiona przez dużą część ludzi (którzy przypisują swoją nietolerancję glutenowi, gdy tymczasem źle znoszą tylko pszenicę a gluten z innych zbóż im nie szkodzi). Pszenicę warto zastąpić orkiszem, który nie był modyfikowany. Uwaga: etykieta „Chleb orkiszowy” często oznacza dodatek orkiszu i nadal pszenicę w środku, dlatego trzeba się upewnić co do składu. Chleb najlepiej wypiekać samemu ewentualnie zlokalizować piekarnię, gdzie nie stosują dodatków i spulchniaczy i zaopatrywać się w chleb razowy, ewentualnie pytlowy. Najlepszym chlebem jest chleb żytni, razowy na zakwasie, ale osoby ze słabym trawieniem mogą mieć z nim problem; żytni pytlowy powinien być dla nich ok.

  13. Ograniczyć produkty z soi. Są one często przedstawiane jako zdrowe, ale badania nie są tu wcale jednoznaczne. Soja zawiera fitoestrogeny działające podobnie do żeńskich estrogenów, zaś nadmiar estrogenów jest łączony z hormonozależnymi rodzajami raka (piersi, macicy). Dlatego przed menopauzą z soją ostrożnie. Ponadto w 99% soja jest GMO. Natomiast wskazane i polecane są produkty z soi fermentowanej takie jak miso, sos sojowy bez pszenicy, natto, tempeh, tofu itp.

  14. Wykluczyć orzeszki ziemne (wcale nie są zdrowe ze względu na szkodliwy kwas arachidowy, a poza tym są potężnym źródłem pasożytów).

 

Samo przestrzeganie tych zasad będzie znaczącym krokiem w przód w zdrowym odżywianiu i szybko odczujecie różnicę w poziomie energii i samopoczuciu. To jak? Zaczynacie od jutra :-)?

Share on Myspace

Dział: Ogólne
piątek, 30 październik 2015 00:00

Fruktoza - czyli jak łatwo i szybko zniszczyć sobie wątrobę

 

Stary dobry cukier, o którym pisałam ostatnio składa się z dwóch cukrów prostych – glukozy i fruktozy, mniej więcej w równych proporcjach.

O ile z glukozą nasz organizm sobie radzi, a wręcz – w rozsądnych ilościach - jest ona potrzebna każdej komórce w naszym organizmie (z niej czerpiemy energię) o tyle fruktoza jest dla naszego organizmu bardzo niekorzystna.

Mało znana prawda

Otóż fruktoza metabolizowana jest tylko i wyłącznie w wątrobie! Metabolizowanie fruktozy przebiega dokładnie tak samo jak metabolizowanie alkoholu, z tą jedną różnicą, że fruktoza nie wywołuje efektu działania “na głowę” – wszystko inne przebiega dokładnie tak samo.

Jeśli w organizmie znajduje się nadmiar fruktozy odkłada się on w postaci tkanki tłuszczowej wokół organów wewnętrznych, co sprzyja znacząco chorobom serca. Co ciekawe nawet osoby szczupłe mogą mieć stłuszczone narządy wewnętrzne i nawet o tym nie wiedzieć.  

Wątroba alkoholika wygląda podobnie jak wątroba osoby używającej “zdrowego” fruktozowego proszku.

Innymi słowy: Chcesz mieć otłuszczoną wątrobę – jedz fruktozę!

Dlaczego więc zwykły biały cukier jest lepszy niż fruktoza w białym proszku? Bo zawiera jej o 50% mniej. Czysta arytmetyka. Ale jak się je dużo cukru, to efekt stłuszczenia wątroby i innych organów wewnętrznych też osiągniemy, bo też przecież spożywamy fruktozę.

Dlatego też reklamowany jako “zdrowy” syrop z agawy, który zawiera więcej fruktozy (70-100%) niż jakikolwiek inny “zdrowy” słodzik na rynku – jest fatalnym produktem i należy go unikać jak ognia! Do tego często jest on po prostu syntetyzowany w laboratorium z mocno zagęszczonego syropu fruktozowego.

Dlatego jeśli na etykiecie ze składem produktu czytamy “fruktoza”, “syrop fruktozowy”, “syrop glukozowo-fruktozowy” produkt taki należy go grzecznie odłożyć z powrotem na półkę.

Na marginesie dodam, że liczne badania wykazały, że fruktoza zwiększa łaknienie, ale już glukoza nie ma takiego działania. Fruktoza podnosi także poziom trójglicerydów we krwi i znacząco zwiększa ryzyko stanów zapalnych w organizmie.

Fruktoza w owocach

Zaraz, zaraz – krzykniecie. Przecież fruktoza jest podstawowym składnikiem owoców. Tak, ale wszystko znowu sprowadza się do ilości i koncentracji.

Owoce mają korzystne działanie zdrowotne, stężenie fruktozy jest w nich naturalne a w połączeniu z witaminami i błonnikiem osiągamy efekt nieco korzystniejszego działania. Ma to m.in. związek ze zmniejszaniem przez błonnik wchłaniania węglowodanów z przewodu pokarmowego (obniżenie poziomu insuliny). Fruktoza oderwana od błonnika (poza owocami) jest po prostu trucizną.

Ale – pisałam o tym już wcześniej – z owocami również nie należy przesadzać. Przyjmuje się, że bezpieczna dawka fruktozy (taka, która nie prowadzi do otłuszczenia wątroby) to łącznie 25 g dziennie. Dawka ta odpowiada 2 bananom czy 3-4 daktylom, czyli nie jest to wcale dużo!

W wykresie poniżej przedstawiam proporcje fruktozy na 100g danego owocu. Są to oczywiście dane uśrednione, owoc owocowi słodyczą nierówny. Oczywiście nie chodzi o ścisłe kalkulacje - wszak zabiłoby nam to całą radość jedzenia – lecz o zachowanie umiaru.

50 g cukru już wyczerpuje nam dzienną normę fruktozy, przy czym osobiście uważam, że dawkę tę należałoby zredukować, bo fruktozę zapewne spożywamy też w innych produktach, nie wiedząc o tym nawet.

Miód to również w 53% fruktoza, ale jego pozostałe walory zdrowotne uzasadniają przyjęcie, że 1-2 łyżeczki dobrej jakości surowego miodu (nie mówię tu o miodach z supermarketu) jest do przyjęcia, ale zamiast niż dodatkowo do owoców.

Pamiętajcie zatem: Fruktozy (w formie syropów i kryształków) należy unikać jak ognia, owoce jeść w niewielkich ilościach, a suszone owoce w jeszcze mniejszych.

 

Share on Myspace

Dział: Pod lupą
wtorek, 20 październik 2015 00:00

Cukier

Niedawno było o soli, dziś czas na przyjrzenie się kolejnemu białemu proszkowi. Czy taki cukier straszny jak go malują?

Słodka pokusa

Czy wiecie, że cukier w postaci w jakiej go znamy – czyli ekstrahowanego proszku – to względnie nowy wynalazek? Pierwsze fabryki cukru powstały mniej więcej na początku XIX a do powszechnego użycia cukier wszedł dopiero na początku XX w. (wcześniej był rarytasem, na który niewielu mogło sobie pozwolić).

Obecnie do wszystkich kuchni na świecie trafia 45 milionów ton cukru rocznie.

W moim domu rodzinnym cukru się w ogóle nie używało. Kilogramowa paczka cukru starczała średnio na 2 lata, gościom do herbaty i zawsze trzeba było jej szukać :-).

Wszechobecny cukier

Cukier jest tani jak barszcz (może dlatego, że też z buraków ;-) dlatego jest najpowszechniej stosowanym konserwantem i polepszaczem smaku. A ponieważ ludzie smak słodki lubią, cukier jest masowo dodawany wszędzie.

Pamiętam kilka lat temu gdy miałyśmy z córką kandydozę i przeszłyśmy na dietę bez cukru i mąki jak trudno było znaleźć w sklepie produkt bez cukru. Wędlina? Prawie niewykonalne. Śledzie? Również. Cukier jest wszędzie, nawet w produktach, które słodkie z natury nie są. Fanom Coli polecam wyszukanie i obejrzenie sobie na Youtube filmików pokazujących proces gotowania tego napoju. Po odparowaniu płynu, zostaje cukier (syrop). Można się zdziwić.

Rodzicom, którzy dzieciom podają wody smakowe i soczki (tak, tak, soczki) polecam doczytać co tak naprawdę fundują swoim pociechom. Soki owocowe to też produkt skondensowany z ogromną ilością cukru. Przewaga tego cukru jest taka, że ma pochodzenie naturalne, nie jest chemicznie ekstrahowany do białych kryształów, ale jednak to cukier. Przy czym te soczki butelce czy kartoniku (nie świeżo wyciskane) naprawdę nie zawierają naturalnych witamin. Dlatego soki owocowe wcale nie są takie zdrowe jak się powszechnie sądzi. Natomiast bardzo zdrowe są świeżo wyciskane soki warzywne! Owoce raczej powinno spożywać się w naturalnej postaci i to wcale nie tak dużo, jakby się mogło wydawać.

Jednak uwaga! Cukier zostaje coraz częściej wypierany przez syrop glukozowo-fruktozowy. To jest dopiero tragedia i świństwo jakich mało. Pamiętajcie, z dwojga złego cukier znacznie lepszy niż ww. syrop, co nie znaczy, że wskazany. 

Cukrowi narkomani

Wracając do wszechobecnego cukru. Jaki jest efekt tak powszechnego dodawania go do wszystkiego? Zastraszający wzrost zachorowań na cukrzycę typu II, otyłość, uzależnienie od cukru przybierające formy klasycznego uzależnienia (ze zmianą osobowości włącznie) i wiele, wiele innych.

W efekcie bardzo duża część ludzi ma tak spaczony smak, że ich ocena słodkości jest całkowicie zachwiana. Ostatnio moja mama, która słodyczy nie jada prawie w ogóle, na proszonym przyjęciu, po namowach gospodarza i szczerych zapewnieniach, iż ciasto jest bardzo mało słodkie a wręcz „wyjątkowo mało słodkie” skosztowała tego ciasta z grzeczności i dyskretnie wypluła, bo nie była w stanie przełknąć tego ulepka!

Biały, brązowy, trzcinowy – czyli kolejne nieporozumienia

O „białej śmierci” mówi się sporo, dlatego duża część osób po prostu ochoczo sięga po cukry inne niż biały z przekonaniem, że cukier brązowy i cukier trzcinowy są zdrowsze i że wystarczy cukier biały zastąpić powyższymi, aby odżywiać się dobrze :-).

Trzeba jasno powiedzieć, że nic bardziej mylnego.

Otóż:

Tzw. biały cukier jest produktem rafinacji buraka lub trzciny cukrowej. Końcowy efekt w postaci cukru rafinowanego czy to z buraka czy z trzciny cukrowej jest taki sam – jest to w ok. 99,7 % sacharoza. Biały cukier z trzciny cukrowej nie jest więc w żaden sposób lepszy od „naszego“ buraczanego cukru. Ponieważ jednak jest często droższy, przeciętny konsument automatycznie uznaje go za lepszy jakościowo i zdrowszy. Wyrzucanie pieniędzy w błoto.

Podobnie rzecz ma się z tzw. cukrem brązowym. Cukier brązowy to najczęściej biały rafinowany cukier z dodatkiem melasy, która nadaje mu charakterystyczny śniady odcień. Samemu bardzo łatwo zrobić cukier brązowy dodając łyżkę melasy do szklanki cukru. Nic zdrowego.

Cukier nierafinowany

Cukier, który rzeczywiście jest lepszy to CUKIER NIERAFINOWANY (surowy). Przewaga cukru nierafinowanego na rafinowanym jest taka, że cukier nierafinowany oprócz sacharozy zawiera również śladowe ilości żelaza, wapnia, magnezu, potasu i innych pierwiastków (nie łudźmy się jednak, że są to ilości, które w znaczący sposób poprawią nasze zdrowie) i nieco wolniej wzrasta po nim stężenia glukozy we krwi (ale i tak szybko). 

Tak więc rzeczywiście cukier nierafinowany jest zdrowszy od białego i jeśli chcecie używać cukru „zdrowszego“ to właśnie tego szukajcie. Oczywiście cukier nierafinowany może być i cukrem z trzciny cukrowej i cukrem brązowym, ale kluczowym słowem jest tu „nierafinowany“. Niezrozumiałe jest dla mnie dlaczego ten cukier jest kilkukrotnie droższy niż cukier biały, gdyż proces jego produkcji jest krótszy i wymaga mniej odczynników chemicznych.

Chcę jednak jasno podkreślić to, że nawet jeśli cukier nierafinowany jest zdrowszy od białego, to wcale nie oznacza, że jest zdrowy.

Przy okazji olejów pisałam już o tym, że produkty ekstrahowane zawierają taką kondensację składników, która sama w naturze nie występuje. Błędem jest zatem zakładanie, że wystarczy cukier biały zastąpić nierafinowanym. Cukier w żywieniu po prostu trzeba ograniczyć do minimum. Wyjątkiem są osoby wyczynowo uprawiające sport, ale one o tym wiedzą same, więc nie będę się na ten temat rozpisywać.

Odstaw cukier a będą dziać się cuda

 

Jestem wielką zwolenniczką niestosowania cukru w ogóle. Wiem, że mogę zostać posądzona o radykalizm, ale zapewniam Was, że życie bez cukru jest po prostu lepsze i przyjemniejsze.

 

Co się dzieje, gdy odstawimy cukier:

Odczucia są podobne do odstawienia dowolnej innej używki: najpierw irytacja, poddenerwowanie, wściekłość i głód, potem spokój i dobre samopoczucie.

Bez cukru:

  • znacząco poprawia się nastrój, koncentracja, pamięć;
  • poprawia się sen;
  • wzrasta odporność;
  • poprawia się stan skóry (znikają wykwity i szorstkość);
  • zaczymy znacznie wyraziściej odczuwać smaki. Czujemy naturalną słodycz w naturalnych produktach, np. słodycz gotowanego ryżu, pomidora, ogórka. Surowa marchewka wydaje się być tak słodka, że jest prawie nie do zniesienia ;-)
  • chudniemy;
  • można wyleczyć albo ograniczyć pasożyty w układzie pokarmowym;
  • poprawia się stan zębów – wielu dentystów twierdzi, że procesu próchnicy nie da się cofnąć, tzn. że jeśli ząb już się zaczął psuć to sam się nie naprawi. Ostatnie badania pokazują, że nie jest to prawda. Nasz samouzdrawiający się organizm i z próchnicą jest w stanie sobie poradzić sam. Doświadczyłam tego osobiście po całkowitym odstawieniu cukru – cofnęły mi się tzw. plamki próchnicowe.

PAMIĘTAJCIE: Najbardziej zapalną znaną substancją jest właśnie cukier. We wszelkich stanach zapalnych (czy to reumatoidalne zapalenie stawów czy początek grypy czy coś innego) cukier  działa zaogniająco! W czasie choroby nowotworowej cukier należy odstawić całkowcie, bo żywią się nim komórki rakowe. 

Namawiam Was na stopniowe ograniczanie cukru, aż do całkowitej z niego rezygnacji. Dobrym początkiem jest dieta antypasożytnicza, o której pisałam tu – po jej przeprowadzeniu na pewno nie będzie Was ciągnęło do cukru.

Jeszcze jedna ważna uwaga. Po antybiotykoterapii przez 2-3 m-ce należy odstawić cukier całkowicie, w przeciwnym wypadku, połączenie wybitych „dobrych“ bakterie plus cukier to w zasadzie gwarancja drożdżycy.

Zdrowe zastępniki

W związku z coraz większą świadomością  dotyczącą szkodliwości cukru, ostatnio modne zrobiły się różne jego zastępniki.  Niektóre z nich rzeczywiście są lepsze niż cukier, ale powtarzam - celem powinno być wyłączenie nadmiaru smaku słodkiego z pożywienia. Większość z nas ma odczuwanie słodkiego wypaczone. W Azji, słodycze są zaledwie lekko słodkie, bardzo mi się to podoba, słodycz jest subtelna i dyskretna, po zjedzeniu nie chce się jej więcej. Moim prywatnym zdaniem, słodkie powinno się jeść nie częściej niż raz w tygodniu, np. w niedzielę i powinien to być deser minimalnie słodki (np. pieczone jabłka z rodzynkami i orzechami, pudding kokosowy z tapioki z łyżeczką miodu i musem z owoców).

Przy zdrowej florze bakteryjnej jelit, w zasadzie nie powinniśmy mieć specjalnie ochoty na słodkie. Przeogromna chęć na słodycze przejawiająca się np. wsiadaniem o 22.00 w samochód, żeby pojechać na stację benzynową po batonik czy chałwę, jest przejawem poważnych zaburzeń w organizmie (najprawdopodobniej jest to drożdżyca). Pamiętajcie, że trudny do odparcia apetyt na słodkie to najczęściej głos patogenu a nie Wasz głos wewnętrzny!

Ze zdrowych zastępników osobiście stosuję stewię w liściach (niestety nie wszyscy lubią tę słodycz, do wypieków raczej słabo się nadaje), dobrej jakości miód w niewielkiej ilości, ekologiczne owoce suszone (rodzynki, daktyle, figi), czasem ksylitol (niby naturalny, ale forma białego proszku jednak nie do końca mnie przekonuje) i brązowy cukier (używa go głównie mój mąż, czasem ja do ciast w ilości ¼ tego co w przepisie). Bardzo zdrowym słodem jest również słód ryżowy i jęczmienny, są subtelnie słodkie i bardzo drogie.

Słodycze a dzieci

Trochę inaczej jest z dziećmi. Dzieci bardzo lubią smak słodki, nawet te żywione prawidłowo. Osobiście uważam, że lepiej zrobić dziecku od czasu do czasu zdrowy, domowy, leciutko słodki deser (np. budyń, kisiel, ciasteczka owsiane, kaszę jaglaną z suszonymi owocami, pieczone owoce, batonik z suszonych owoców i orzechów, galaretkę na soku itp.) niż całkowicie zakazać słodyczy. To ostatnie grozi bowiem tym, że dziecko będzie podjadać paskudne sklepowe słodycze, gdy tylko nadarzy się ku temu okazja (np. rodziców nie będzie w pobliżu) albo wcinać czekoladę w nocy pod kołdrą. Tak bowiem działa efekt zakazanego owocu. Umiarkowana ilość lekko słodkich, dobrej jakości, domowych słodyczy co jakiś czas pozwoli dziecku nauczyć się dobrych nawyków jeśli chodzi o poziom odczuwanej słodyczy i częstotliwość deserów. 

W ciężkich przypadkach

Osoby uzależenione od cukru, mogą mieć potworną trudność w odstawieniu cukru (jak to z każdym zerwaneim z nałogiem bywa). Dlatego na zakończenie, dla takich osob - ciekawostka. Istnieje naturalna roślina pod nazwą gurmar (gymnema sylvestre), która czasowo wyłącza odczuwanie smaku słodkiego. Przeżucie kilku liści z rana może skutecznie pomóc w walce z apetytem na słodkie.

 

Share on Myspace

Dział: Pod lupą
środa, 02 wrzesień 2015 00:00

Olejek z oregano - tajna broń na okres jesienny

 

Oj pokochałam ten olejek miłością wielką i trwałą. Zalet ma ilość przeogromną, wad – jak dla mnie żadnych (choć przyznam, że zdania na ten temat są podzielone, o czym dalej), cenę przystępną a działanie spektakularne.

Właściwości:
  • jest naturalnym antyoksydantem, co oznacza, że neutralizuje nadmiar krążących w naszym ciele wolnych rodników (a w skrócie hamuje procesy starzenia i rakowacenia)
  • jest naturalnym antybiotykiem bez skutków ubocznych,
  • ma działanie przeciwbólowe
  • w sytuacji stanów zapalnych dziąseł (np. po leczeniu kanałowym) może w znacznym stopniu pozwolić utrzymywać stan zapalny pod względną kontrolą, szczególnie jak dodatkowo będziemy żuć 3-4 goździki dziennie
  • zwalcza dużą ilość bakterii (np. escherichia coli), grzybów (np. candida) i innych pasożytów
  • w bardzo wyraźny sposób wzmacnia odporność i jego stosowanie w okresie jesienno-zimowym znacząco obniża ryzyko jesienno-zimowego przeziębienia czy choroby
  • jak wszystkie gorzkie substancje poprawia i wspomaga trawienie
Stosowanie:

Wewnętrzne

O olejku oregano pisałam przy okazji prezentacji kuracji oczyszczającej z pasożytów tu. Ale powtórzę to jeszcze raz. Olejek, pomimo tego, że jest rozcieńczany w oliwie i ma stężenie „zaledwie” 20% jest niezwykle silny i ostry w smaku. Dlatego trzeba nauczyć się go używać. Ja używam go nieco inaczej niż podaje producent na opakowaniu, gdyż aplikuję go sobie załączonym zakraplaczem bezpośrednio na język w ilości 5 kropel 2-3 razy dziennie, po czym obficie popijam wodą. Ważne jest aby była to tylna a nie przednia część języka, gdyż z tyłu mniej odczuwamy jego ostry smak. Przyzwyczaiłam się do tego posmaku a nawet go polubiłam, ale wiem, że dla niektórych jest nie do zniesienia, wtedy należy – tak jak sugerują producenci – rozpuszczać go w łyżce oliwy. Olejek najlepiej przyjmować na pusty żołądek, 20 minut przed posiłkami

Zewnętrznie

Olejek z oregano może być stosowany zamiast aptecznych maści zewnętrznie na grzybice i inne zmiany skórne (zawsze wcześniej wykonujemy test na nadgarstku i sprawdzamy jak reaguje nasza skóra). Podobne działanie ma olejek lawendowy, goździkowy i z drzewa herbacianego.

Inhalacje

Gdy mamy katar albo czujemy, że coś nam siedzi w gardle, płucach lub zatokach warto spróbować inhalacji z olejku z oregano. W tym celu na 2 l wrzątku dajemy 15-30 kropli gotowego preparatu z oliwą o stężeniu 20% lub 3-6 kropli czystego (100%) olejku i wdychamy taką mieszankę przez kilka minut 2-3 razy dziennie.

Dostępność na rynku:

Na rynku dostępnych jest kilka preparatów i wydaje mi się, że wszystkie są porównywalne jakościowo. Substancja, o której tu piszę to olejek z dzikiego oregano (origanum vulgare) czyli lebiodki pospolitej. Większość dostępnych preparatów ma wmontowany zakraplacz oraz stężenie 20%.

Niektórzy mnie pytają czy jedzenie samego oregano, np. dodawanie go do potraw nie wystarczy. Oregano jest bardzo zdrowe i jasne, że jego używanie może być bardzo korzystne. Trzeba tu jednak wyraźnie powiedzieć, że każdy olejek eteryczny jest wysoce skoncentrowaną substancją, zawierającą nieporównywalnie więcej korzystnych dla nas fenoli, seskwiterpen, katechiny, flawonoidów itd. niż naturalna forma rośliny, z której zostały pozyskane.

Jeśli jeszcze nie znacie olejku oregano zachęcam Was gorąco do jego wypróbowania i okresowego stosowania!

Share on Myspace

Dział: Pod lupą
piątek, 24 lipiec 2015 00:00

Dieta a Rak - ABC

Cz. 3 Stany zapalne w organizmie - ukryci zabójcy

 

W poprzedniej części tego cyklu pokusiłam się o sformułowanie katalogu otwartego częstych przyczyn nowotworów, i wśród nich znalazły się również przewlekłe stany zapalne organizmu.

Ostre stany zapalne występują często przy infekcji. Oznaczają, że do organizmu wniknął patogen i organizm się broni i „działa”. Kończy się choroba, kończy się stan zapalny.

Z kolei przewlekłe stany zapalne jak sama nazwa wskazuje są stanami trwałymi. Jako takie sprzyjają wystąpieniu nie tylko raka, ale bardzo wielu chorób cywilizacyjnych, w tym z autoagresji. Posługując się znowu moją ulubioną metaforą, przewlekły stan zapalny jest jak trwały konflikt zbrojny na terytorium państwa, które non-stop od wielu miesięcy a nawet lat wymaga podwyższonej aktywności wojska. Gdy nasi obrońcy znajdują się, powiedzmy na granicy południowej i są non-stop zajęci, niezwykle łatwo jest innemu wrogowi przedostać się przez inną granicę i zaatakować. Po prostu trudno jest prowadzić walkę na zbyt wielu frontach jednocześnie, mając do dyspozycji konkretną ilość, osłabionego już wojska. Dlatego bezwzględnie należy dążyć do wyeliminowania przewlekłych stanów zapalnych organizmu. Tak aby nasza wewnętrzna armia na co dzień miała wolne i była zwarta i gotowa na właściwe i sprawne zareagowanie w sytuacji powstania komórek nowotworowych w naszym organizmie.

 

Czym jest stan zapalny?

Najkrócej mówiąc, stan zapalny to reakcja organizmu na wniknięcie patogenu i uszkodzenie tkanki. Po pojawieniu się stanu zapalnego leukocyty próbują zniszczyć patogeny i usunąć z organizmu zniszczone komórki.

Jeśli stan zapalny jest długotrwały – oznacza to, że coś przeszkadza naszym białym krwinkom pokonać intruzów, nie są wystarczająco silne i skuteczne. Trzymają wprawdzie intruza pod pewną kontrolą, ale nie są w stanie go całkowicie i ostatecznie wyeliminować z organizmu.

Owo „coś“ to najczęściej to co wrzucamy na talerz oraz nasz styl życia – czynniki „karmiące” wroga.

 

 

Jak rozpoznać stan zapalny? 

Objawy łatworozpoznawalne

Stan zapalny często po prostu czuć (boli ząb, stawy itp.) lub widać (obrzęk, zaczerwienienie, ropa).  Uczucie gorąca oraz zaczerwienienie spowodowane są rozszerzaniem się naczyń krwionośnych i spowolnieniem krążenia krwi, obrzęk jest spowodowany wysiękiem osocza a ból - uciskiem na włókna nerwowe.

W czasie gdy zachorowałam na raka, od mniej więcej 5 lat pobolewał mnie ząb po leczeniu kanałowym. Raz było lepiej, raz gorzej, dentyści sobie z tym nie radzili zupełnie, wydałam majątek na dwukrotne leczenie kanałowe, ale niewiele to dało. Teraz wiem, że przez ponad 5 lat pozwalałam na coraz większe osłabianie własnego układu immunologicznego. Kiedy zdecydowałam się wreszcie na wyrwanie zęba – literalnie odżyłam. Włosy przestały mi wypadać i nabrały blasku, skóra wypromieniała, wróciła do mnie energia. Oczywiście daleka jestem od twierdzenia, że mój przewlekły stan zapalny zęba był bezpośrednią przyczyną zachorowania na raka, natomiast na pewno się do niego przyczynił.  

Polecam zresztą zapoznanie się z badaniami dr Westona Price’a i publikacjami dr Hala A. Hugginsa nt. wpływu leczenia kanałowego na powstawanie chorób zwyrodnieniowych, w tym nowotworów. Polscy onkolodzy i stomatolodzy raczej nie mają o tym pojęcia. Zdanie, które często słyszę gdy próbuję zejść na te tematy, brzmi: „leczenie kanałowe jest standardową, bezpieczną metodą”. Wcale mnie nie przekonuje. Stomatologia jest bowiem akurat takim działem medycyny, w którym standardów, które potem okazały się dramatycznymi pomyłkami było całkiem sporo, żeby choćby wspomnieć wypełnienia amalgamatowe czy dodawanie „cudownego” fluoru do wszystkiego co się da. Po tym co przeszłam i przeczytałam do leczenia kanałowego podchodzę z ogromną rezerwą i sobie takiej atrakcji już nie zafunduję, wolę rwać od razu, a najlepiej oczywiście nie doprowadzać do kolejnych stanów zapalnych.

Zapalenia „bezobjawowe” (tzw. ciche stany zapalne)

Czasem jednak stanu zapalnego nie widać od razu, a jest. Przykładem są nadżerki we wczesnym stadium (stan zapalny już jest, ale jeszcze go nie czujemy), stany zapalne tętnic, prowadzące wprost do miażdżycy i związanych z tym zawałów i udarów oraz zakażenia pasożytami, grzybami, wirusami czy bakteriami. Jeśli więc podejrzewamy, że mamy ukryty stan zapalny, albo chcemy sprawdzić czy wszystko w porządku warto wykonać następujące badania z krwi:

  • białko fazy ostrej CRP (cena ok. 15 zł),
  • poziom homocysteiny (cena ok. 60 zł)

CRP białko fazy ostrej pokazuje wprost czy mamy w organizmie ukryte stany zapalne. Homocysteina jest dobrym wyznacznikiem tego co dzieje się z tętnicami i układem wieńcowym i prognostykiem incydentów wieńcowych, nieporównywalnie lepszym niż poziom cholesterolu, który w zasadzie nie jest żadnym wyznacznikiem tego czy będziemy mieć zawał/udar czy nie* Zasadniczo polskie poziomy normy homocysteiny są zawyżone. Poziom pow. 8-9 jest sygnałem, że coś się może zacząć w tętnicach dziać i warto się tym zainteresować. Najskuteczniejszym sposobem obniżenia poziomu homocysteiny (i ochrony tętnic) jest suplementacja witaminą B12, B6 i kwasem foliowym.

Oba badania są niestety płatne, onkolog raczej tych badań nie zleci, bo nie są w standardzie (choć zdecydowanie powinny), ale wiedza, którą otrzymamy po ich wykonaniu jest warta każdej ceny.  

 

Dieta przeciwzapalna

Substancje sprzyjające stanom zapalnym

Najbardziej zapalną substancją jest cukier. Wykluczenie cukru (i rafinowanego i nierafinowanego) oraz wszelkich słodzików-zastępników (miód, słody, suszone owoce itp.) oraz ograniczenie spożycia owoców do minimum jest pierwszym krokiem ku zakończeniu stanu zapalnego. W zasadzie jedynym dopuszczalnym słodzikiem może być stewia w liściach lub suszona (ale nie w formie proszku). Wiem, jest to bardzo trudne do zrobienia, ale opłaci się stokrotnie.

Częstą przyczyną powstawania stanów zapalnych są też nietolerancje pokarmowe, których wykrycie prowadzi wprost do wyleczenia. Przykładowo nietolerancja glutenu czy laktozy, za każdym razem gdy sięgniemy po te produkty, będzie nasilać stan zapalny. Całkowite ich wykluczenie może oznaczać pierwszy krok na drodze do wyleczenia stanów zapalnych. Żeby jednak wiedzieć, na co mamy nietolerancję, trzeba albo zrobić odpowiednie testy, albo bardzo wnikliwie obserwować reakcje swojego organizmu po spożyciu „podejrzanych” produktów.

Oczywiście wykluczamy całkowicie żywność przetworzoną, która pełna jest i cukru i innych świństw.

Z punktu widzenia Tradycyjnej Medycyny Chińskiej stan zapalny jest stanem gorąca z wilgocią i toksynami zatem wykluczyć należy pokarmy:

  • przygotowane gorącymi metodami obróbki termicznej – tj. grillowane, smażone i pieczone),
  • kiełbasy, wędliny, mięso (zwłaszcza baranina i wieprzowina),
  • słodkie wina i likiery,
  • tłuste sery, sery pleśniowe, sery żółte,
  • orzechy i nasiona oleiste,
  • oleje rafinowane (czyli te powszechnie dostępne) – dopuszczalna jest oliwa dobrej jakości, nierafinowany olej lniany oraz olej kokosowy w niewielkich ilościach,
  • majonez,
  • pikantne przyprawy: pieprz, tabasco, curry, cayenne,
  • ostre dodatki: chrzan, musztarda

 

Pokarmy antyzapalne

Jedną z najsilniejszych, znanych substancji antyzapalnych jest kurkumina, zawarta w przyprawie kurkumie i curry (kurkuma jest składnikiem curry). Kurkumina jest również uważana za jedną z najskuteczniejszych substancji antynowotworowych, co się składa w całość – działa przeciwzapalnie a więc antynowotworowo.

Warto wiedzieć, że kurkumina nie jest łatwo wchłaniana i nie wystarczy po prostu jej dodać do potrawy. Wchłania się najlepiej z dodatkiem pieprzu czy ostrej papryki oraz tłuszczu (oliwy/oleju kokosowego).

Przy sporych stanach zapalnych (i chorobach nowotworowych), wiedząc o dosyć słabej wchłanialności kurkumy, warto zainwestować w dobrej jakości (zawierający min. 95% kurkuminoidów) suplement z kurkuminą i przyjmować ją 3-4 dziennie w dawce np. 3 g na raz. Takie dawki trudno będzie przyjąć naturalnie w potrawach, ponieważ kurkuma ma dosyć mocny, gorzki smak – szczypta lub dwie nie będą wyczuwalne, ale dawki w gramach mogą być trudne do przełknięcia.

Przeciwzapalnie działają również wszelkie warzywa (zwłaszcza kapusta, kalafior, brokuły, seler, buraki) prażona kasza jaglana, fasole (zwłaszcza azuki i mung), avocado, zielona herbata, tofu zamiast mięsa, herbata ze znamion kukurydzy, czosnek i cebula.  Warto pamiętać, aby warzywa oczyścić z pasożytów (namaczać przez 15 min. w roztworze wody i dobrej jakości octu jabłkowego – 1 łyżka na 4 l).

Udowodnione działanie przciwzapalne mają tokotrienole (składnik witaminy E). Dobre suplementy z tokotrienolami są sosyć drogie, ale jeśli badania wykażą znaczny stan zapalny, to może warto po nie sięgnąć. Naturalnie tokotrientole występują w największej ilości w nasionach krzewu achiote (arnota właściwa - Bixa orellana L.) oraz w oleju palmowym. 

Antyzapalny styl życia

Sama zmiana diety może nie wystarczyć, jeśli nie zadbamy o odpowiednią jakość życia. A na tą składa się dbanie o odpowiednią ilość regularnego snu, dotlenienie (spacery w lesie), umiarkowany, ale regularny ruch fizyczny, najlepiej na świeżym powietrzu, ograniczenie stresu i praktyki wyciszające (medytacja, joga, itp.)

 

 

* wśród osób, które doświadczyły zawału/udaru tyle samo miało wysoki co niski cholesterol, co w konsekwencji oznacza, że korelacja „poziom cholesterolu-ryzyko zawału/udaru” nie istnieje. 

 

 

 

 

Share on Myspace

wtorek, 07 kwiecień 2015 00:00

Oczyść się na wiosnę!

Gotowy program oczyszczania wg. A. Jungera

detox

Nie ma lepszego momentu na przeprowadzenie programu oczyszczania organizmu niż wiosna. Wszystko budzi się do życia z wigorem i my – jako część wszystkiego - też chcemy poczuć się po zimie pięknie, lekko i pełni nowej energii.

Program oczyszczania warto przeprowadzać minimum raz w roku, nawet jeśli żywimy się dobrze. Jeśli żywimy się tak sobie, warto go zrobić minimum dwa razy - i na wiosnę i wczesną jesienią.

Dlaczego oczyszczanie jest niezbędne

Organizm ludzki ma naturalną właściwość samouzdrawiania się. Jest to wręcz magiczne kiedy spojrzymy przykładowo na proces gojenia się rany. Jeśli ten naturalny proces leczenia nie przebiega, albo przebiega w bardzo zwolnionym tempie, oznacza to, że coś przeszkadza naszemu organizmowi wykorzystać tę swoją naturalną magiczną cechę. Tym co przeszkadza są toksyny. W dzisiejszym, niezdrowym świecie, na co dzień fundujemy sobie świadomie i nieświadomie takie ilości toksyn, że ich neutralizacja przez nasz organizm wymaga zmiany zasad gospodarowania energią – ciało nie dając sobie rady z nadmiarem toksyn magazynuje je „tymczasowo” w tkankach (np. w tłuszczu) czekając na moment kiedy będzie mogło na spokojnie wydalić je z organizmu. Ten moment nie nadchodzi, a toksyny się kumulują. Stąd większość ludzi jest zatruta, chociaż jakoś tam funkcjonuje. Główną ideą wiosennego oczyszczenia jest odcięcie lub przynajmniej mocne ograniczanie dostarczanych nowych toksyn, tak aby organizm mógł pozbyć się skumulowanych w ciele toksyn bez żadnych przeszkód i ograniczeń czyli zrobić to, do czego został stworzony – oczyścić się sam.

Dlaczego Clean

Programów oczyszczających jest całe mnóstwo – lepszych i gorszych. Od skrajnych głodówek (absolutnie nie dla osób z niedoborami), do delikatnych programów sprowadzających się do dodatkowego wypicia szklanki kefiru czy wody z cytryną, które pewnie nie zaszkodzą, ale też jakoś spektakularnie nam nie pomogą.

Wybór jest trudny, więc podpowiadam jak umiem, bo przetarłam wiele szlaków w tej kwestii.

Osobiście uważam, że najlepszym programem oczyszczającym organizm z jakim się spotkałam jest program „Clean” Alejandro Jungera. Nie oznacza to oczywiście, że nie ma innych dobrych programów, oznacza to tylko, że mnie osobiście niezwykle odpowiada mądrość i kompleksowość podejścia do tematu tego autora.

Oczyszczanie wg. tego programu wiąże się z pobudzeniem układu detoksykacji do bardziej intensywnej i efektywnej pracy. Jemy, nie głodzimy się, bo bezpieczny proces usuwania toksyn wymaga dostarczenia organizmowi odpowiednich składników odżywczych. Program ten zakłada ponadto wspieranie procesów prowadzących do eliminacji zaburzeń funkcjonowania jelit, może być np. świetnym startem do leczenia poważnych drożdżyc.

Tych z Was, którzy  poważnie myślą o rozpoczęciu tego programu, zachęcam do zakupu książki A. Jungera pt. „Clean” ze względu na dokładny (blisko 300 str.) opis programu, szczegółowe wyjaśnienie biochemiczne procesu detoksykacji oraz gotowe przepisy na posiłki. Jeśli nie planujecie zakupu książki, nie zrażajcie się, można samodzielnie komponować posiłki wg. zasad, które postaram się przedstawić poniżej.

Program zasadniczo trwa 21 dni, ale jeśli z jakiś względów taki okres będzie dla Was za długi – 14 lub nawet 7 dni też da znaczącą poprawę zdrowia. Odżywianie i oczyszczanie nie są procesami zerojedynkowymi – albo wszystko albo nic. Jeśli uda Ci się wytrzymać choćby tydzień to i tak dużo dla siebie zrobisz (choć przyznaję, że po 3 tygodniach lata się pod sufitem z nadmiaru energii i warto przez program przebrnąć choćby po to J)

Ja ten program zaczynam po raz kolejny właśnie dziś, stąd ten wpis J

Wykluczenia

Następujące okoliczności są przeciwwskazaniem do stosowania programu Clean:

  • ciąża lub okres karmienia piersią
  • cukrzyca typu 1
  • zaawansowana choroba nowotworowa z szybką utratą wagi
  • przyjmowanie leków, których stężenie we krwi musi pozostawać na stałym poziomie (szczególnie antyzakrzepowe, antyarytmiczne i przeciwdrgawkowe)
  • choroba, z powodu której wszelkie zmiany równowagi chemicznej w organizmie mogą stanowić dla ciebie zagrożenie.

Jak się przygotować

Nastawienie psychiczne – jest wszystkim. Jeśli masz głęboką, niezmąconą chęć oczyszczenia własnego organizmu, i myślisz „chcę” a nie „muszę” – uda Ci się. Jeśli wiesz, że powinieneś/powinnaś, ale wcale nie masz na to ochoty – najprawdopodobniej Ci nie wyjdzie, więc szkoda w ogóle próbować.

Przygotowanie logistyczne – należy zorganizować sobie życie na ten okres, dokładnie zaplanować posiłki na min. 2 dni do przodu, kupić niezbędne produkty, zaopatrzyć się w dobrej jakości wodę (najlepiej nie w plastikowych butelkach), odpowiednio „rozluźnić” kalendarz tak żeby mieć czas na przygotowanie posiłków, relaks, spacery i sen. Program oczyszczania nie może być kolejnym wyzwaniem i źródłem stresu w Twoim zalatanym życiu, ma to być czas nagrody dla Ciebie, skupienia się na sobie i dawania sobie tego co najlepsze. Jeśli uważasz, że aktualny tryb życia Ci na to nie pozwala, wybierz wersję tygodniową, albo odłóż oczyszczanie na później, wtedy kiedy będziesz w stanie rzeczywiście z niego skorzystać

Odcięcie toksyn – na tyle na ile możesz odstaw toksyny w pożywieniu, kosmetykach, chemii domowej. Odstaw palenie (na zawsze), nie poddawaj się w tym okresie prześwietleniom. Toksyny rozumiem szeroko – unikaj więc również „toksycznych” ludzi, nie oglądaj nic nie wnoszących „śmieciowych” programów, szczególnie o polityce.

Prowadzenie dziennika - przygotuj zeszyt, w którym będziesz zapisywać wszystko co jesz i pijesz, a także własne samopoczucie, reakcje organizmu, pozom energii, wypróżnienia, wygląd skóry, zapach ciała, ewentualne bóle itp.

Porównanie - zrób sobie zdjęcie przed rozpoczęciem programu i porównaj ze zdjęciem po jego zakończeniu (kolor skóry, cienie i worki pod oczami, napięcie skóry, błysk w oku ;-))

Ściągawka - powieś sobie na lodówce listę pokarmów wskazanych i zabronionych („Czego nie jeść” i „co jeść” poniżej)

Okres przygotowawczy - przejdź przez okres przygotowawczy czyli  tzw. dietę eliminacyjną. Jeśli na co dzień żywisz się dobrze w zasadzie z marszu możesz rozpocząć detoksykację, w przeciwnym razie zafunduj sobie okres przygotowawczy od kilku do nawet 2 tygodni w formie tzw. diety eliminacyjnej. W tym okresie znacząco ogranicz spożywanie kofeiny, odstaw alkohol, pij więcej wody niż zwykle i jedz trzy normalne (niekoniecznie płynne) posiłki dziennie, złożone wyłącznie z produktów dozwolonych (cześć „co jeść” poniżej).

 

Czego nie jeść

Sam program bazuje na wykluczeniu z pożywienia na 21 dni pokarmów, które są częstymi alergenami lub zawierają substancje, które mogą utrudniać detoksykację.

W ten sposób odciążamy wątrobę, dając organizmowi odpoczynek porównywalny z 3-tygodniowym błogim odpoczynkiem na Karaibach po wielu latach ostrego zasuwania w korporacji bez urlopu ;-)

Uwaga: to, że wykluczamy niektóre pokarmy (np., grejpfrut, bakłażany i pomidory, zboża, truskawki, miód itp.) nie oznacza, że te produkty są niezdrowe (niektóre są bardzo zdrowe) a jedynie, że ze względu na pewne związki w nich występujące rezygnujemy z nich na ten czas. Piszę o tym, bo dla niektórych ludzi ta część założeń jest niezrozumiała. Po programie stopniowo wrócisz do nich.

I tak, wykluczamy:

  1. Napoje i produkty gotowe czy przetworzone, które zawierają sztuczne dodatki, konserwanty i inne substancje chemiczne
  2. Węglowodany proste, zawarte w cukrach i zbożach, w szczególności tych rafinowanych (na przykład białej mące czy białym ryżu),
  3. Kukurydzę, pomidory, ziemniaki, bakłażan, paprykę
  4. Masło, margarynę, wszelkie tłuszcze o stałej konsystencji, tłuszcze przetworzone, dressingi sałatkowe, majonez, tłuszcze do smarowania
  5. Alkohol, kawę, napoje z zawartością kofeiny, słodkie napoje gazowane, napoje smakowe
  6. Cukier spożywczy, cukry białe i brązowe, miód, syrop klonowy, syrop kukurydziany, fruktoza, mieszanka fruktozy i glukozy
  7. Czekoladę, keczup, gotowe mieszanki przypraw, gotowe sosy i inne podobne dodatki
  8. Pomarańcze, sok pomarańczowy, grapefruity, truskawki, winogrona, banany
  9. Nabiał i jaja, mleko, sery, twaróg, śmietana, jogurt, masło, lody, śmietanki w proszku
  10. Pszenicę, jęczmień, orkisz, kamut, żyto, kuskus, owies (wszystkie zboża z glutenem)
  11. Surowa ryba, wieprzowina, wołowina, cielęcina, kiełbasa, wędliny, mięso w puszkach, parówki, skorupiaki
  12. Produkty sojowe (sos sojowy, oliwa sojowa w produktach przetworzonych, tempeh, tofu, mleko sojowe, jogurty sojowe)
  13. Orzeszki ziemne, masło orzechowe, pistacje, orzechy makadamii

"Nie wolno jeść nic!” – zakrzyknie pewnie część z Was. Nieprawda.

Co jeść

W czasie programu możemy bowiem jeść:

  1. Warzywa: najlepiej świeże, surowe, duszone, sauté lub w postaci soków, pieczone
  2. wyciskany na zimno olej z oliwy, lnu, sezamu, migdałów, słonecznika, rzepaku, dyni, orzechów włoskich
  3. filtrowaną bądź butelkowaną wodę (unikajmy plastikowych butelek), zieloną herbatę, herbatki ziołowe (herbatki nie mogą być jedynym płynem, przynajmniej połowę musi stanowić woda)
  4. syrop z brązowego ryżu, syrop z agawy, stewię
  5. ocet, wszystkie przyprawy: sól chimalajska/kamienna, pieprz, bazylia, mączka chleba świętojańskiego, cynamon, kminek, koper, czosnek, imbir, musztarda, oregano, pietruszka, rozmaryn, kurkuma, tymianek
  6. owoce w całości, niesłodzone, mrożone lub w soku własnym, rozcieńczone soki naturalne
  7. ryż, mleka roślinne -  mleko migdałowe, ryżowe, kokosowe lub jaglane, brązowy ryż, kaszę jaglaną, komosę ryżowa, szarłat (amarantus), grykę
  8. ryby zimnowodne, dziczyznę, chudą jagnięcinę, kaczkę, kurczaka, indyka (tak pisze A. Junger, ja bym mimo wszystko namawiała na wykluczenie, albo znaczne ograniczenie mięsa w tym okresie)
  9. groch, soczewicę, rośliny strączkowe
  10. nasiona sezamu, pestki dyni czy słonecznika; orzechy laskowe, orzechy pekan, migdały, orzechy nerkowca, orzechy włoskie

Program oczyszczania – podstawowe zasady

  • W czasie detoksykacji spożywasz 3 posiłki dziennie – dwa płynne (najlepiej koktajl-smoothie rano i zupa krem na kolację) i jeden stały (obiad) komponowane wyłącznie z produktów dozwolonych. Przykładowe posiłki są dostępne w książce „Clean, ale można je samodzielnie komponować z dozwolonych produktów. Mój dzisiejszy jadłospis (dzień 1) podaję na dole.
  • Zawsze, gdy to tylko możliwe, wybieraj produkty organiczne.
  • Dokładnie i wolno przeżuwaj pożywienie, pamiętaj, że trawienie zaczyna się już w ustach.
  • Bezwzględnie przestrzegaj zasady 12-godzinnego odstępu pomiędzy kolacją dnia poprzedniego a śniadaniem dnia następnego.
  • Przy dużym głodzie pomiędzy posiłkami (szczególnie na początku programu) możesz wypić dodatkowy koktajl, zjeść jabłko, marchewkę lub 5 migdałów.
  • Pamiętaj o codziennym wypróżnieniu i jeśli trzeba sięgnij po herbatkę na zaparcia lub wypij na noc dwie łyżki oleju rycynowego. Jest to niezwykle ważne, aby w czasie kuracji nie doprowadzać do zaparć, bo wówczas uwalniane toksyny mogą się z powrotem wchłonąć.
  • Staraj się pić dużo wody dobrej jakości. Junger zaleca pić tak, aby oddawać mocz co godzinę. Życie, życiem, uważam, że aż tak często nie trzeba (szczególnie gdy typ pracy nam to uniemożliwia), ale zdecydowanie pijmy więcej niż zwykle. Woda ułatwia wypłukiwanie nagromadzonych toksyn z organizmu.
  • Codziennie zjedz jeden ząbek surowego czosnku.
  • Zapisuj wszystko skrupulatnie w dzienniku.

Kwestie pozażywieniowe

Oczyszczenie należy rozumieć szerzej, również na płaszczyźnie psychicznej. Niech to będzie radosny okres tylko dla siebie. Codziennie rób coś co kochasz, wygospodaruj na to czas. Unikaj spotkań i sytuacji, których nie lubisz. Ćwicz codziennie chociaż 10 minut, wybierz się na spacer aby się dotlenić. Program Clean bez codziennego ruchu nie ma sensu, nie osiągniemy zamierzonego efektu detoksykacji.

Zadbaj o odpowiednią ilość snu, staraj się chodzić spać najlepiej ok. 22, jeśli jest to absolutnie niemożliwe to o 23. Jeśli jeszcze nigdy nie medytowałeś, to też dobry moment, żeby spróbować choćby z 10 minut dziennie. Wystarczy, że na 10 minut dziennie zamkniesz oczy i wsłuchasz się w to co do Ciebie dociera, starając się jednocześnie oczyścić umysł z myśli. Nie stresuj się jeśli nie będzie to wychodzić perfekcyjnie, ważne żeby znaleźć tę chwilę na spokój. Równie dobrze medytować możesz na spacerze w lesie czy w parku, skupiając się na przyrodzie.

Możesz zafundować sobie saunę, nawet kilka razy, która dodatkowo pozwoli wypocić Ci toksyny przez skórę. Jeśli możesz, oglądaj dużo dobrych komedii, śmiech sprzyja wszelkim procesom ozdrowieńczym.

odpoczynek

Reakcje organizmu

Warto wiedzieć, że organizm przez długi czas faszerowany przetworzonymi pokarmami i pozbawiony istotnych składników odżywczych może bardzo gwałtownie zareagować na rozpoczęcie procesu usuwania toksyn i pojawienie się zdrowszego jedzenia.

Te objawy mogą wydawać się niekorzystne  a nawet budzić niepokój, dlatego warto wiedzieć że są normalne i przejściowe. Organizm czyści się z toksyn na różne sposoby. To czego możesz się spodziewać (jeśli masz bardzo zaśmiecony organizm) to m.in. wykwity skórne, bóle głowy, stan podgorączkowy, pogorszenie nastroju, uczucie osłabienia, intensywny zapach wydzielin.

Zaakceptuj z góry, że tak może być i pamiętaj, że to dobre znaki, że organizm wszedł w proces samooczyszczania.

Chudnięcie nie jest celem tego programu, ale stanowi częsty skutek uboczny u osób z nadwagą. U osób o wadze normalnej raczej nie wystąpi.

Co potem?

Przejście przez cały lub skrócony program oczyszczania jest powodem do dumy, ale to jeszcze nie koniec pracy. W tym czasie odstawiliśmy bardzo dużą część pokarmów i powrót do nich powinien następować stopniowo.

Uwaga: nie wracamy do pokarmów rafinowanych (biały cukier, biała mąka, popularne oleje z marketów) wcale!

Każdy produkt wprowadzaj pojedynczo i obserwuj prze 2-3 swoją reakcję, przed wprowadzeniem kolejnego. Np. możesz zacząć od wprowadzenia zbóż zawierających gluten (ale nie pszenicy) i zobaczyć czy przez te 2-3 dni nie masz wzdęć, spadków energii i innych niepożądanych reakcji, których nie miałeś w czasie programu Clean. Potem wprowadzasz pszenicę. Jeśli odczuwasz dolegliwości, ponownie ją odstawiasz i obserwujesz czy dolegliwości się cofnęły. I tak dalej, po kolei z każdym produktem. W ten sposób masz unikalną szansę zaobserwować co Ci rzeczywiście służy a co nie i wykryć nietolerancje, o których nigdy nie wiedziałeś. Zapisuj wszystko. Może się okazać, że pokarmy, których nigdy byś o to nie podejrzewał, wcale nie działają na Ciebie dobrze. Ten okres powolnego wprowadzania pokarmów jest fascynujący sam w sobie i może dostarczyć nam ogromnej wiedzy o własnym organizmie.

I jak? Wchodzicie w to?

Poniżej mój dzisiejszy jadłospis (bez napojów):

Pół godziny przed śniadaniem szklanka ciepłej wody z połówką cytryny

Śniadanie: Koktajl z mango z ananasem i mleka kokosowego

Pół mango, mniej więcej tyle samo objętościowo ananasa, ½-1 szklanka mleka kokosowego. Wszystko zmiksować razem w blenderze i wypić.

Obiad: Sałatka z soczewicy

1 szklanka suszonej zielonej soczewicy namoczonej w 3 szklankach wody.

1 szklanka cukinii, pokrojonej w kostkę

1 szklanka ogórka, pokrojonego w kostkę

1/4 szklanka ananasa, pokrojonego w drobną kostkę

¾ szklanki marchewki pokrojonej w kostkę

¼ szklanki cebulki pokrojonej drobno

¼ szklanki oliwy

sok z 1 cytryny

Przyprawy: kminek, kurkuma, starty imbir, 1 ząbek czosnku, sól, liście kolendry lub pietruszki

Namoczoną soczewicę gotować do miękkości (ok. 30 min.). Przygotować dressing z przypraw, oliwy i soku z cytryny. Wymieszać soczewicę z cukinią, ogórkiem, ananasem, marchewką i cebulką. Polać dressingiem, wymieszać i odczekać 5 minut aż smaki się wymieszają.

Kolacja: (ok. 17.30): Zupa z cukinii i bazylii

Uwaga: W programie Clean zupy kremy są niegotowane, z surowych warzyw!. Mnie osobiście nie do końca to pasuje, więc mimo wszystkie przynajmniej podgotowywuję na parze warzywa i dopiero wtedy robię krem. Ale to kwestia gustu.

1 cukinia, pokrojona w kostkę

1 łodyga selera naciowego

1 łyżka czerwonej lub słodkiej cebuli, drobno posiekanej

1 łyżka oliwy z oliwek extra virgin

5 liści bazylii

sól

¼ awokado

4 łyżki wody

dodatkowe liście bazylii (do ozdoby)

1. Zmiksuj wszystkie składniki w blenderze, ustawionym na wysokie obroty.

2. Ozdób danie świeżymi, dokładnie rozdrobnionymi liśćmi bazylii.

Share on Myspace
Dział: Kuracje
poniedziałek, 02 luty 2015 00:00

Superfoods antynowotworowe.

Pokarmy, które działają jak lekarstwa. 

Mianem „superfoods” określa się te pokarmy, które wykazują wręcz cudowne właściwości zdrowotne i potrafią wyleczyć, nie wykazując przy tym, w przeciwieństwie do leków syntetycznych, istotnych efektów ubocznych.

Choroba nowotworowa jest poważną chorobą całego organizmu a nie jedynie organu, w którym pojawił się guz. Zdrowy organizm potrafi sam zwalczyć komórki nowotworowe i de facto tak się dzieje wielokrotnie w trakcie naszego życia. Gdy tego nie robi oznacza to poważne upośledzenie układu immunologicznego, który (z różnych względów, które niestety zwykle są dla nas niewiadomą) nie potrafi się wystarczająco bronić i ulega namnażającym się komórkom rakowym.

Badania naukowe potwierdzają, że niektóre naturalne rośliny mają wręcz spektakularne działanie antynowotworowe, zbliżone a często przewyższające leki syntetyczne i nie wykazujące niepożądanych działań ubocznych. Poniższe zestawienie jest podsumowaniem tego co wiem na podstawie przeczytanych przeze mnie opracowań naukowych, natomiast podana kolejność nie ma nic wspólnego z intensywnością czy skutecznością ich działania. Bez względu na wybrany sposób leczenia, warto je na stałe włączyć do swojej diety w trakcie choroby nowotworowej, można i warto je też zawsze stosować prewencyjnie.
Zielona herbata


zielona herbata– zawiera liczne polifenole, w tym EGCG – związek przeciwdziałający powstawaniu nowych naczyń krwionośnych zasilających komórki rakowe. EGCG osiada na powierzchni komórek i blokuje receptory, które wysyłają sygnał, pozwalający na przeniknięcie do jej wnętrza sąsiadującym komórkom, w tym rakowym.
EGCG potrafi także blokować receptory, które wysyłają impulsy do tworzenia nowych komórek. Oprócz tego zielona herbata działa jak odtruwacz organizmu, przyśpiesza działanie wątroby, umożliwiając szybsze oczyszczenie się organizmu. Zielona herbata jest zdecydowanie pożywieniem, które warto na stałe włączyć do swojej diety. Ma ona jednak bardzo silne działanie wychładzające, dlatego należy ograniczyć jej spożycie, gdy czujemy zimno lub skompensować stosowaniem pokarmów o naturze termicznej rozgrzewającej.

 
Kurkuma

kurkuma- jeden z najsilniejszych, naturalnych środków przeciwzapalnych. Najczęściej stosowany jako składnik curry odpowiedzialny za zółty kolor mieszanki, natomiast czysta kurkuma to żółty pyłek, który w zasadzie nie ma zapachu a posmak lekko gorzki, męczący dopiero w dużej ilości. Kurkuma zawiera kurkumin ograniczający wzrost wielu rodzajów raka, m.in. okrężnicy, wątroby, żołądka, jajników i białaczki. Oddziałuje też na NF-kappaB, uniemożliwiając ochronę komórek rakowych przed działaniem mechanizmów obronnych organizmu. Warto zrobić sobie mieszankę kurkumy z papryką i pieprzem (papryka i pieprz poprawiają wchłanialność kurkumy dwa tysiące razy!) i dodawać ją w niewielkich ilościach do każdego dania. Dodatkowo podana z tłuszczem, najlepiej z łyżeczką oliwy extra virgin, nierafinowanego oleju rzepakowego lub lnianego zostanie jeszcze lepiej przyswojona. Sama kurkuma, bez tych dodatków nie jest w stanie pokonać bariery jelitowej.

 
Kordyceps (maczużnik chiński) 

– grzyb rosnący w Tybecie i Nepalu, którego cena za kilogram przewyższa cenę złota. Ogólnie dodaje energii i chroni serce, w tradycyjnej medycynie chińskiej stanowi jeden z podstawowych leków stosowanych w leczeniu schorzeń sercowo-naczyniowych. Badania wykazały, że polisacharydy oraz glukany wyizolowane z grzyba w warunkach laboratoryjnych zabijały komórki nowotworowe. Dodatkowo maczużnik chiński nasila działania komórek NK odpowiedzialnych za niszczenie komórek nowotworowych. Jest zdecydowanie preparatem w jaki warto zainwestować przy leczeniu choroby nowotworowej.

 
MGN-3

– zmodyfikowany grzybami shitake ekstrakt z otrębów ryżowych – jest w stanie zwiększyć aktywność komórek NK o 100-500%! Innymi słowy działa jak turbodoładowanie układu immunologicznego. Preparaty MGN-3 są niezwykle skuteczne ale bardzo drogie, pewną alternatywą jest dodawanie do jedzenia samych otrąb ryżowych (mają świetny, orzechowy smak) i shitake.

 
Pozostałe grzyby azjatyckie 

- (ling zhi, shitake, maitake, kawaratake) - stymulują działanie układu immunologicznego, zwiększają aktywność komórek obronnych. Grzyby azjatyckie to nie jedyne, które mają takie spektakularne działanie. Nasze boczniaki czy portobello a nawet zwykła pieczarka również wykazują wykazują bardzo dobre właściwości wzmacniające naturalne mechanizmy obronne.

 

 Imbir
napar z imbiru

– działa przeciwzapalnie i antyoksydacyjnie, zwalcza niektóre komórki rakowe, ogranicza powstawanie nowych naczyń krwionośnych, niezbędnych dla rozwoju raka. Ma działanie silnie rozgrzewające, dlatego warto napar z imbiru stosować na przemian z zieloną herbatą, tak aby ich działanie termiczne się zrównoważyło.

 
Siemię lniane

– len, oprócz tego, że zawiera wzmacniające odporność kawsy omega 3, jest również jednym z lepszych źródeł lignin roślinnych, które są substancjami o udowodnionych właściwościach przeciwnowotworowych, przeciwestrogenowych i przeciwutleniających. Jest szczególnie przydatny przy leczeniu raka piersi i jelita grubego, gdyż komórki tych rodzajów raka mają receptory estrogenu (żywią się estrogenami) a ligniny w siemieniu lnianym mają działanie przeciwestrogenowe. Oczywiście siemię lniane tez dobrze byłoby spożywać z upraw ekologicznych. Siemię lniane ma tę przewagę nad nierafinowanym olejem lnianym tłoczonym na zimno, że można je dłużej przechowywać i jest bardzo tanie. Mielimy je tuż przed spożyciem, nie na zapas, gdyż wtedy się utleni.

 
Trawa pszeniczna

– posiada wyjątkowe działanie odtruwające. Nasyca tlenem komórki, detoksykuje cały organizm, usuwa karcerogeny. Nie jest jednak wskazana dla osób z objawami wychłodzenia i niedoboru, gdyż ma działanie ekstremalnie wychładzające. 

 
Wodorosty morskie

np. nori, kombu, wakame, dulse. Mają działanie wzmacniające i odżywcze, zawierają dużo cennych minerałów. Trudno dostać je w Polsce, a jeśli już gdzieś są dostępne to zwykle są bardzo drogie. Stan mórz jest taki jaki jest a glony mają to do siebie, że wciągają wszystko co się w wodzie znajduje, innymi słowy rtęć w morzu będzie też i w wodorostach. Tak więc szczególną uwagę trzeba zwracać na miejsce pochodzenia i wybierać preparaty bio. Warto dodawać je do wszystkich potraw.

 
Wodorosty słodkowodne 

- przede wszystkim chlorella i spirulina. To dwie superalgi, które na stałe powinny znaleźć się na stałe w menu nowotworowców. Chlorella jest wskazana dla osób z niedoborami, pobudza odporność w leczeniu wszelkich chorób zwyrodnieniowych, nie tylko nowotworowej, oczyszcza organizm z toksyn. Spirulina zawiera dużo fitocyjaniny, barwnik o właściwościach przeciwnowotworowych i również wzmacnia odporność. Obie świetnie się uzupełniają. Podobnie jak przy wodorostach morskich kluczowe jest miejsce pochodzenia. Zdecydowanie chlorella i spirulina z allegro za 30 zł. to nie jest to czym chcemy się karmić. Dobrej jakości preparaty organiczne, w których nie wypełniaczy, substancji przeciwzbrylających i wszystkich „śmieci” jakie alga wchłonęła z zanieczyszczonego akwenu, muszą kosztować i kosztują. Kupujemy organiczne, 100% sprasowanych alg albo nie kupujemy wcale, bo jeszcze sobie zaszkodzimy.

 
Granat

granat– posiada potwierdzone działanie przeciwzapalne i antyoksydacyjne, ogranicza rozwój raka. Zalecane jest picie soku z granata, z tym że nie chodzi to o soki z kartoników, takich lepiej nie pić wcale, bo zdrowotnych właściwości granatu w nich nie ma. Jeśli mamy wyciskarkę można robić samemu sok ze świeżych owoców, albo zjadać całe ziarna, które dodatkowo wspomagają pracę kosmków jelitowych.

 
Zioła rodzime 

- takie jak rozmaryn, tymianek, oregano, bazylia i mięta – sprzyjają apoptozie (śmierci komórki) komórek rakowych i ograniczają ich rozszerzanie.

 
Zioła z Azji i Ameryki Południowej 

- takie jak Vilcacora (koci pazur), La Pacho (Pau d’Arco, Tabevulia), Chaparral (Larrea divaricata), Suma (Pfaffia paniculata), traganek błoniasty (Astragalus membranaceus), Shang lu (szkarłatka jagodowa, Phytolacca acinosa) – większość z nich ma działanie znacznie wzmacniające odporność ale również udowodnione działanie antynowotworowe. Z naszych rodzimych ziół wspaniałe właściwości antynowotworowe ma również korzeń mniszka lekarskiego (taraxacum officinale). Przyjmuje się je w formie naparów.

Najlepiej przyjmować jednocześnie kilka ziół i grzybów, aby uzyskać efekt synergii.

 
Niektóre pospolite warzywa

– wrzucam je wszystkie trochę do jednego worka, ponieważ ilości jakie należałoby ich zjeść aby uzyskać efekt są znaczące. Zanieczyszczenie gleby i powszechnie stosowane sztuczne nawozy nie pozwalają patrzeć na większość warzyw jak na lekarstwo. Dlatego wszystko to co poniżej odnosi się tylko do warzyw uprawianych organicznie, spożywanych najlepiej w postaci skondensowanych soków. I tak: (A) warzywa krzyżowe (brukselka, bok choy, kapusta chińska, brokuły, kalafior) – mają w składzie sulforafan oraz indolo-3-carbinole, silne związki a działaniu antyrakowym. Gotowanie kapusty i brokułów niszczy te substancje. Należy je krótko dusić lub podsmażać na oliwie z oliwek. (B) Czosnek, cebula, por, szalotka i szczypiorek – sprzyjają apoptozie (obumieraniu komórek) raka, piersi, płuc, prostaty i białaczki. Obniżają poziom cukru we krwi. (C) Marchew, bataty, jamy, cukinie, dynia – zawierają witaminę A i likopen, skuteczny z zwalczaniu wzrostu komórek kilku rodzajów raki, m.in. glejaka. Luteina, likopen i fitoen zwiększają przyrost komórek układu immunologicznego. Czynią komórki NK bardziej agresywnymi względem komórek nowotworowych. (D) Psiankowate (pomidory, bakłażany, ziemniaki, papryka) mają udowodnione działanie antynowotworowe a ponadto mają działanie odtruwające. Nie powinny być jednak spożywane przez osoby z niedoborem Qi śledziony-trzustki (E) Jagody (truskawki, maliny, jagody, jeżyny, żurawina) – zawierają kwas elagowy i dużą ilość polifenoli. Pobudzają wydalanie karcerogenów z organizmu i powstrzymują proces tworzenia nowych naczyń włosowatych, niezbędnych do rozwoju guza (F) Buraki – oczyszczają wątrobę i krew. Wzmacniają serce i działają uspakajająco. 

 

Dlaczego w standardowych kuracjach antynowotworowych o roli pożywienia i tych właśnie cudownych pokarmów nie mówi się wcale? Dlaczego onkolog prowadzący w ogóle nie porusza tej kwestii z pacjentem? Mnie to się w dalszym ciągu w głowie nie mieści.

Share on Myspace

czwartek, 22 styczeń 2015 00:00

Mleko homogenizowane - powolny zabójca

 

Mleko jako produkt jest już samo w sobie bardzo kontrowersyjne. I zagorzali przeciwnicy i zwolennicy białego płynu mają swoje racje i ostro ich bronią. Nie wnikając w tym miejscu w szczegóły dotyczące tego wieloletniego sporu, któremu być może poświęcę oddzielny wpis, dziś po prostu napiszę:

Nie pijcie mleka homogenizowanego! 

Podobnie niewskazane jest spożywanie innych, homogenizowanych produktów. Przy czym słowo „niewskazane” jest eufemizmem, picie mleka homogenizowanego może mieć tragiczne skutki dla naszego zdrowia.

Otóż mleko jak wiadomo, składa się z węglowodanów, białka i tłuszczu. Tłuszcz z wodą raczej się nie łączy, a przynajmniej ładnie to nie wygląda, więc producenci żywności wpadli na pomysł homogenizacji polegającej w skrócie na tym, że tłuszcz jest rozbijany na mikroskopijne cząsteczki, które powodują, że mieszanina się emulguje, jest jednorodna i bardziej gładka, innymi słowy bardziej atrakcyjna wizualnie dla konsumenta.

W mleku, a konkretnie w cząsteczkach tłuszczu w mleku znajduje się enzym białkowy pod nazwą oksydaza ksantynowa (XO). Jest ona jednym z najmocniejszych enzymów trawiennych jakie w ogóle istnieją i często nazywany jest „krajaczem białek”. W normalnym mleku (nie poddanym procesowi homogenizacji) oksydaza ksantynowa posiada dużą cząsteczkę, która – niestrawiona, jest wydalana z organizmu wraz z kałem.

mleko Proces homogenizacji powoduje, że cząsteczka ta jest rozbita na mikrocząsteczki tak małe, że są w stanie bez wcześniejszego przetrawienia przeniknąć przez ściany żołądka i jelit na zewnątrz. I jeśli tak się stanie, taki „krajacz białek” zostaje rozprowadzony po całym ciele przez układ krwionośny i limfatyczny. Kiedy XO uwolni się ze swojego „opakowania” jakim jest mikrocząsteczka tłuszczu, atakuje ściany naczynia, w którym właśnie się znajduje prowadząc do powstania mikrorany. Innymi słowy następuje stan zapalny naczyń krwionośnych. Wówczas to nasz mądry organizm wpuszcza tam cholesterol dla „załatania” rany. Stąd już prosta droga do miażdżycy, szczególnie gdy mamy mało witaminy K2 i spożywany przez nas wapń osiada tam gdzie mu najwygodniej, czyli w tętnicach a nie w zębach i kościach. Łączy się on z cholesterolem, który pełni tam rolę plastra dla mikroranek a stąd prosta już droga do wyhodowania sobie blaszki miażdżycowej.

Coraz częściej mówi się o tym, że jedną z głównych przyczyn miażdżycy jest nie tyle spożywanie pokarmów z dużą ilością cholesterolu, który sam w sobie wcale nie jest zły a wręcz bardzo potrzebny co właśnie mikrouszkodzenia ścianek naczyń krwionośnych w połączeniu z nieprawidłową gospodarką wapniową.

Mleko homogenizowane jest zabójcze dla naszych tętnic, dlatego osobiście uważam, że jego sprzedaż powinna być zakazana. Tymczasem bardzo dużo takiego mleka można spotkać w naszych sklepach. Opakowania nie krzyczą „uwaga, mleko homogenizowane”, trzeba po prostu uważnie czytać etykietę. W niektórych dyskontach nie ma wcale dobrego mleka, jest albo mleko UHT, które mlekiem jest tylko z nazwy (o tym w innym wpisie) albo mleko homogenizowane. W tej sytuacji po mleko lepiej w ogóle nie sięgać. Ja swoje mleko kupuję w kooperatywie (niepasteryzowane, ale tylko w okresie jesienno-zimowym, latem bym się bała) a w sklepach kupuję mleko pasteryzowane w niskiej temperaturze, oczywiście niehomogenizowane.

Konkluzja: Mleka homogenizowanego nie powinno się pić w ogóle, podobnie jak innych produktów homogenizowanych (np. serków)!

Share on Myspace
Dział: Pod lupą


 

Zdrowie to jedynie kwestia nawyku,

wielu drobnych przyzwyczajeń,

które składają się na całość

a jedyną osobą, która może Cię uzdrowić

jesteś Ty sam.