user_mobilelogo

Licznik odwiedzin

© 2009-2015 by GPIUTMD

Wszystkie wpisy alfabetycznie

czwartek, 28 lipiec 2016 00:00

Syrop glukozowo-fruktozowy 

 

Dziś temat, do którego przymierzałam się od jakiegoś czasu. Ważny, istotny, smutny, bo znowu obnaża prawdę o rzeczywistości.

Kiedyś pisałam, że cieszący się złą sławą cukier to mały pikuś w porównaniu z czymś co coraz częściej nas truje czyli z syropem glukozowo-fruktozowym.

Przyczyną wprowadzenia tego „wynalazku“ do powszechnego użycia jest oczywiście ograniczenie kosztów – cukier jest droższy, niż uzyskiwany zwykle ze skrobi kukurydzianej (oczywiście GMO, bo innej kukurydzy prawie nie ma) lub pszenicy syrop glukozowo-fruktozowy.

Z chemicznego punktu widzenia syrop glukozowo-fruktozowy jest podobny w składzie do cukru (sacharozy), tzn. zawiera mniej więcej po połowie (+/- 5%) glukozy i fruktozy. Z tej dwójki, wbrew pozorom to ta druga jest większym złem, gdyż wyekstrahowana postać fruktozy prowadzi do niealkoholowego stłuszczenia wątroby (o czym pisałam w tym artykule – trzeba przeczytać!) a mimo to biały proszek fruktozowy nadal można kupić na półkach z tzw. zdrową żywnością! Zupełnie inne działanie ma fruktoza w owocach czy miodzie (choć UWAGA!, z owocami, szczególnie suszonymi nie wolno przesadzać, podobnie z miodem!) a zupełnie inne wyekstrahowana do postaci proszku.

Wracając do syropu glukozowo-fruktozowego. Powstaje on w wyniku hydrolizy węglowodanów. Dlaczego zatem - pomimo teoretycznie podobnej zawartości fruktuzy i glukozy co w cukrze – należy go unikać? Innymi słowy dlaczego syrop ten jest nawet gorszy od cukru?

Otóż:

  • Jest sporo badań potwierdzających, że spożywanie licznych produktów zawierających syrop glukozowo-fruktozowy jest przyczyną powszechnej otyłości już wśród dzieci i nastolatków (bardziej niż cukier),
  • Syrop ten podwyższa poziom złego cholesterolu,
  • Syrop ten powoduje spadek wrażliwości organizmu na hormon – leptynę, odpowiadający za informowanie mózgu o naszej sytości – innymi słowy powoduje brak hamulca mówiącego „dosyć“, 
  • Nie do końca znamy skład chemikaliów używanych w procesie wytwarzania syropu glokozowo-fruktozowym oraz ich wpływu na zdrowie człowieka i już samo to powinno stanowić podstawę do daleko posuniętego sceptycyzmu. Tak, tak – proces od strony technicznej jest pilnie strzeżoną tajemnicą. Wiadomo jednak, że jeszcze jakiś czas temu do wytwarzania tego syropu używano m.in. związków rtęci! (teraz ponoć nie jest już to praktykowane).

Część produktów słodzona jest syropem glukozowym. Jest to o tyle lepszy wybór (choć oczywiście słodzenie w ogóle nie jest wskazane) o tyle, że glukoza – w przeciwieństwie do fruktozy - jest przyswajana w każdej komórce naszego ciała i jest naturalnym elementem rozkładu węglowodanów w procesie trawienia.

Starajcie się wybierać produkty bez cukru zawsze tam gdzie jest to możliwe i nigdy nie sięgajcie po produkty z syropem glukozowo-fruktozowym. I tu ciekawostka – cena nie zawsze jest wyznacznikiem jakości. Przykładowo jakiś czas temu w Lidlu w czasie tzw. tygodnia greckiego były dostępne trzy rodzaje chałwy – wszystkie w tej samej cenie i podobnym opakowaniu. Dwie słodzone syropem glukozowo-fruktozowym (dyskwalifikacja) a jedna miodem i to z terenu UE (a nie z Chin – chiński miód budzi moje obawy). I tylko samo przeczytanie składu już pozwalało na dokonanie lepszego, zdrowszego wyboru, ale mało kto go czytał. Uwaga oznaczenie HFCS jest równoznaczne z syropem glukozowo-fruktozowym (z ang. high fructose corn syrup)

Wracając do syropu – nie udało mi się spotkać lodów sklepowych słodzonych czymś innym (dlatego lodom sklepowym trzeba podziękować całkowicie ze względu na bardzo długi, chemiczny skład). Większość jogurtów również ma ten dodatek. Czytajcie etykiety – a zdziwicie się niepomiernie gdzie go można znaleźć. Pamiętajcie, że to nasze wybory kształtują rynek. Jeśli nie będziemy kupować świństw, przestaną sprzedawać świństwa.

Share on Myspace

Dział: Pod lupą
czwartek, 05 listopad 2015 00:00

Jak zacząć zdrowiej żywić się od jutra?

 

Mija rok od czasu kiedy zaczęłam pisać ten blog, dziś więc wpis trochę nietypowy i nieplanowany.

Wczoraj bowiem dostałam maila od mojej szwagierki, w którym pisze ona mniej więcej tak (po przetłumaczeniu na polski):

„Kochana, to całe zdrowe odżywianie jest bardzo skomplikowane. Kupiłam książki, które mi poleciłaś, ale ich lektura idzie mi bardzo wolno, nie mam czasu i lata miną zanim je przeczytam. Czy mogłabyś po prostu napisać mi co jeść a czego nie?

Hmmm, pytanie zasadne ale odpowiedź na nie wcale nie łatwa. No bo czy da się tak w kilku zdaniach odpowiedzieć? Pierwsza moja myśl to „nie da się”, „to byłoby zbyt duże uproszczenie, odżywianie to kwestia indywidualna”, ale po chwili zastanowienia pomyślałam sobie, że przecież samo wyeliminowanie pewnych nawyków będzie już ogromnym krokiem do przodu. Tak, da się z dnia na dzień zacząć odżywiać znacząco lepiej. Dlatego z mojej odpowiedzi do siostry mojego męża z bardzo konkretnymi, praktycznymi poradami po jej przetłumaczeniu na polski i dostosowaniu do warunków polskich „ukręciłam” dzisiejszy wpis. Nie wyjaśniam w nim szczegółowo dlaczego i jak, nie wnikam w szczegóły – jest prosty, bo taki ma być.

 

Jak w kilku krokach już od jutra zacząć się żywić lepiej

  1. Przestać pić Colę, Fantę i wszelkie inne kolorowe napoje gazowane. Pijemy wodę, soki warzywne, czasem (ale nie często) sok owocowy, napary i herbatki.

  2. Przestać kupować i używać oleje rafinowane (np. słonecznikowy) – oleje na półkach sklepowych w zwykłych sklepach to oleje rafinowane, poddane takim procesom chemicznym, w które trudno uwierzyć. Wyjątkiem jest oliwa z oliwek extra virgin, która jest tłoczona na zimno (nierafinowana). Jeśli już coś smażymy (co samo w sobie nie jest dobrą metodą obróbki termicznej, ale czasem można) to na maśle klarowanym (ghee) lub na oleju kokosowym nierafinowanym.

  3.  Po przeczytaniu etykiety odkładać z powrotem na półkę wszystko co ma w składzie syrop glukozowo-fruktozowy (jogurty, dżemy) i glutaminian sodu (GMS)

  4. Wybierać produkty bez barwników, konserwantów i sztucznych dodatków (np. ser bez chlorku wapnia) – nie jest to łatwe, ale trzeba się starać. Jeśli chodzi o wędliny najlepiej piec je w domu, w zasadzie nie da się dostać wędlin bez azotynów, jeśli już więc taką kupujemy to niech nie zawiera już innych świństw.

  5.  Nie kupować warzyw i owoców z supermarketów. Czytałam kiedyś, że warzywa i owoce w supermarketach są poddawane promieniowaniu, które ma opóźnić proces ich psucia się a do naświetleń (szczególnie jeśli nie wiemy jakie promieniowanie jest stosowane) należy podchodzić z daleko posuniętą ostrożnością. Nie znalazłam żadnego oficjalnego potwierdzenia tej informacji, ale obawiam się, że to niestety może być prawda. Wystarczy kupić sałatę z marketu i sałatę „od chłopa” i porównać jak szybko jedna i druga więdnie, nie jest naturalne, że sałata może leżeć w lodówce 2 tygodnie i nic się z nią nie dzieje.

  6. Drób kupować tylko ze sprawdzonych miejsc, mając pewność, że nie był szprycowany hormonami.

  7. Kupować wyłącznie mąkę pełnoziarnistą, makaron pełnoziarnisty, ryż pełnoziarnisty itp.

  8. Ograniczyć do minimum użycie cukru. Jeśli użycie jest konieczne niech to będzie cukier nierafinowany (to nie to samo co brązowy) lub surowy miód. Niektóre zastępniki cukru, reklamowane jako zdrowsze są od niego dużo gorsze – np. syrop z agawy czy syrop z kukurydzy, bo zawierają bardzo dużo fruktozy, która jest fatalna dla wątroby.

  9. Wystrzegać się ryb hodowlanych. Są one masowo karmione mączką rybną, czyli zmielonymi na pył resztkami ryb. Pomijając etyczny aspekt tego procederu (karmi się ryby szczątkami ryb) nie jest to ich naturalny pokarm i ryby tak karmione, często i gęsto już rodzą się z nowotworami! Jest to prawdziwa plaga, my oczywiście o tym nie wiemy i spożywamy „zdrowe rybki”.

  10. Nie używać soli rafinowanej (ważonej), najlepszą solą jest różowa sól himalajska.

  11. Nie kupować mleka UHT, które nie ma żadnych wartości odżywczych. Absolutnie nie kupować mleka i przetworów mlecznych homogenizowanych – uszkadzają układ wieńcowy. Jeśli już mleko - to najlepiej eko, niepasteryzowane od rolnika albo pasteryzowane w niskiej temperaturze.

  12. Unikać pszenicy, która została tak zmodyfikowana genetycznie, że jest trudno trawiona przez dużą część ludzi (którzy przypisują swoją nietolerancję glutenowi, gdy tymczasem źle znoszą tylko pszenicę a gluten z innych zbóż im nie szkodzi). Pszenicę warto zastąpić orkiszem, który nie był modyfikowany. Uwaga: etykieta „Chleb orkiszowy” często oznacza dodatek orkiszu i nadal pszenicę w środku, dlatego trzeba się upewnić co do składu. Chleb najlepiej wypiekać samemu ewentualnie zlokalizować piekarnię, gdzie nie stosują dodatków i spulchniaczy i zaopatrywać się w chleb razowy, ewentualnie pytlowy. Najlepszym chlebem jest chleb żytni, razowy na zakwasie, ale osoby ze słabym trawieniem mogą mieć z nim problem; żytni pytlowy powinien być dla nich ok.

  13. Ograniczyć produkty z soi. Są one często przedstawiane jako zdrowe, ale badania nie są tu wcale jednoznaczne. Soja zawiera fitoestrogeny działające podobnie do żeńskich estrogenów, zaś nadmiar estrogenów jest łączony z hormonozależnymi rodzajami raka (piersi, macicy). Dlatego przed menopauzą z soją ostrożnie. Ponadto w 99% soja jest GMO. Natomiast wskazane i polecane są produkty z soi fermentowanej takie jak miso, sos sojowy bez pszenicy, natto, tempeh, tofu itp.

  14. Wykluczyć orzeszki ziemne (wcale nie są zdrowe ze względu na szkodliwy kwas arachidowy, a poza tym są potężnym źródłem pasożytów).

 

Samo przestrzeganie tych zasad będzie znaczącym krokiem w przód w zdrowym odżywianiu i szybko odczujecie różnicę w poziomie energii i samopoczuciu. To jak? Zaczynacie od jutra :-)?

Share on Myspace

Dział: Ogólne
piątek, 30 październik 2015 00:00

Fruktoza - czyli jak łatwo i szybko zniszczyć sobie wątrobę

 

Stary dobry cukier, o którym pisałam ostatnio składa się z dwóch cukrów prostych – glukozy i fruktozy, mniej więcej w równych proporcjach.

O ile z glukozą nasz organizm sobie radzi, a wręcz – w rozsądnych ilościach - jest ona potrzebna każdej komórce w naszym organizmie (z niej czerpiemy energię) o tyle fruktoza jest dla naszego organizmu bardzo niekorzystna.

Mało znana prawda

Otóż fruktoza metabolizowana jest tylko i wyłącznie w wątrobie! Metabolizowanie fruktozy przebiega dokładnie tak samo jak metabolizowanie alkoholu, z tą jedną różnicą, że fruktoza nie wywołuje efektu działania “na głowę” – wszystko inne przebiega dokładnie tak samo.

Jeśli w organizmie znajduje się nadmiar fruktozy odkłada się on w postaci tkanki tłuszczowej wokół organów wewnętrznych, co sprzyja znacząco chorobom serca. Co ciekawe nawet osoby szczupłe mogą mieć stłuszczone narządy wewnętrzne i nawet o tym nie wiedzieć.  

Wątroba alkoholika wygląda podobnie jak wątroba osoby używającej “zdrowego” fruktozowego proszku.

Innymi słowy: Chcesz mieć otłuszczoną wątrobę – jedz fruktozę!

Dlaczego więc zwykły biały cukier jest lepszy niż fruktoza w białym proszku? Bo zawiera jej o 50% mniej. Czysta arytmetyka. Ale jak się je dużo cukru, to efekt stłuszczenia wątroby i innych organów wewnętrznych też osiągniemy, bo też przecież spożywamy fruktozę.

Dlatego też reklamowany jako “zdrowy” syrop z agawy, który zawiera więcej fruktozy (70-100%) niż jakikolwiek inny “zdrowy” słodzik na rynku – jest fatalnym produktem i należy go unikać jak ognia! Do tego często jest on po prostu syntetyzowany w laboratorium z mocno zagęszczonego syropu fruktozowego.

Dlatego jeśli na etykiecie ze składem produktu czytamy “fruktoza”, “syrop fruktozowy”, “syrop glukozowo-fruktozowy” produkt taki należy go grzecznie odłożyć z powrotem na półkę.

Na marginesie dodam, że liczne badania wykazały, że fruktoza zwiększa łaknienie, ale już glukoza nie ma takiego działania. Fruktoza podnosi także poziom trójglicerydów we krwi i znacząco zwiększa ryzyko stanów zapalnych w organizmie.

Fruktoza w owocach

Zaraz, zaraz – krzykniecie. Przecież fruktoza jest podstawowym składnikiem owoców. Tak, ale wszystko znowu sprowadza się do ilości i koncentracji.

Owoce mają korzystne działanie zdrowotne, stężenie fruktozy jest w nich naturalne a w połączeniu z witaminami i błonnikiem osiągamy efekt nieco korzystniejszego działania. Ma to m.in. związek ze zmniejszaniem przez błonnik wchłaniania węglowodanów z przewodu pokarmowego (obniżenie poziomu insuliny). Fruktoza oderwana od błonnika (poza owocami) jest po prostu trucizną.

Ale – pisałam o tym już wcześniej – z owocami również nie należy przesadzać. Przyjmuje się, że bezpieczna dawka fruktozy (taka, która nie prowadzi do otłuszczenia wątroby) to łącznie 25 g dziennie. Dawka ta odpowiada 2 bananom czy 3-4 daktylom, czyli nie jest to wcale dużo!

W wykresie poniżej przedstawiam proporcje fruktozy na 100g danego owocu. Są to oczywiście dane uśrednione, owoc owocowi słodyczą nierówny. Oczywiście nie chodzi o ścisłe kalkulacje - wszak zabiłoby nam to całą radość jedzenia – lecz o zachowanie umiaru.

50 g cukru już wyczerpuje nam dzienną normę fruktozy, przy czym osobiście uważam, że dawkę tę należałoby zredukować, bo fruktozę zapewne spożywamy też w innych produktach, nie wiedząc o tym nawet.

Miód to również w 53% fruktoza, ale jego pozostałe walory zdrowotne uzasadniają przyjęcie, że 1-2 łyżeczki dobrej jakości surowego miodu (nie mówię tu o miodach z supermarketu) jest do przyjęcia, ale zamiast niż dodatkowo do owoców.

Pamiętajcie zatem: Fruktozy (w formie syropów i kryształków) należy unikać jak ognia, owoce jeść w niewielkich ilościach, a suszone owoce w jeszcze mniejszych.

 

Share on Myspace

Dział: Pod lupą
wtorek, 20 październik 2015 00:00

Cukier

Niedawno było o soli, dziś czas na przyjrzenie się kolejnemu białemu proszkowi. Czy taki cukier straszny jak go malują?

Słodka pokusa

Czy wiecie, że cukier w postaci w jakiej go znamy – czyli ekstrahowanego proszku – to względnie nowy wynalazek? Pierwsze fabryki cukru powstały mniej więcej na początku XIX a do powszechnego użycia cukier wszedł dopiero na początku XX w. (wcześniej był rarytasem, na który niewielu mogło sobie pozwolić).

Obecnie do wszystkich kuchni na świecie trafia 45 milionów ton cukru rocznie.

W moim domu rodzinnym cukru się w ogóle nie używało. Kilogramowa paczka cukru starczała średnio na 2 lata, gościom do herbaty i zawsze trzeba było jej szukać :-).

Wszechobecny cukier

Cukier jest tani jak barszcz (może dlatego, że też z buraków ;-) dlatego jest najpowszechniej stosowanym konserwantem i polepszaczem smaku. A ponieważ ludzie smak słodki lubią, cukier jest masowo dodawany wszędzie.

Pamiętam kilka lat temu gdy miałyśmy z córką kandydozę i przeszłyśmy na dietę bez cukru i mąki jak trudno było znaleźć w sklepie produkt bez cukru. Wędlina? Prawie niewykonalne. Śledzie? Również. Cukier jest wszędzie, nawet w produktach, które słodkie z natury nie są. Fanom Coli polecam wyszukanie i obejrzenie sobie na Youtube filmików pokazujących proces gotowania tego napoju. Po odparowaniu płynu, zostaje cukier (syrop). Można się zdziwić.

Rodzicom, którzy dzieciom podają wody smakowe i soczki (tak, tak, soczki) polecam doczytać co tak naprawdę fundują swoim pociechom. Soki owocowe to też produkt skondensowany z ogromną ilością cukru. Przewaga tego cukru jest taka, że ma pochodzenie naturalne, nie jest chemicznie ekstrahowany do białych kryształów, ale jednak to cukier. Przy czym te soczki butelce czy kartoniku (nie świeżo wyciskane) naprawdę nie zawierają naturalnych witamin. Dlatego soki owocowe wcale nie są takie zdrowe jak się powszechnie sądzi. Natomiast bardzo zdrowe są świeżo wyciskane soki warzywne! Owoce raczej powinno spożywać się w naturalnej postaci i to wcale nie tak dużo, jakby się mogło wydawać.

Jednak uwaga! Cukier zostaje coraz częściej wypierany przez syrop glukozowo-fruktozowy. To jest dopiero tragedia i świństwo jakich mało. Pamiętajcie, z dwojga złego cukier znacznie lepszy niż ww. syrop, co nie znaczy, że wskazany. 

Cukrowi narkomani

Wracając do wszechobecnego cukru. Jaki jest efekt tak powszechnego dodawania go do wszystkiego? Zastraszający wzrost zachorowań na cukrzycę typu II, otyłość, uzależnienie od cukru przybierające formy klasycznego uzależnienia (ze zmianą osobowości włącznie) i wiele, wiele innych.

W efekcie bardzo duża część ludzi ma tak spaczony smak, że ich ocena słodkości jest całkowicie zachwiana. Ostatnio moja mama, która słodyczy nie jada prawie w ogóle, na proszonym przyjęciu, po namowach gospodarza i szczerych zapewnieniach, iż ciasto jest bardzo mało słodkie a wręcz „wyjątkowo mało słodkie” skosztowała tego ciasta z grzeczności i dyskretnie wypluła, bo nie była w stanie przełknąć tego ulepka!

Biały, brązowy, trzcinowy – czyli kolejne nieporozumienia

O „białej śmierci” mówi się sporo, dlatego duża część osób po prostu ochoczo sięga po cukry inne niż biały z przekonaniem, że cukier brązowy i cukier trzcinowy są zdrowsze i że wystarczy cukier biały zastąpić powyższymi, aby odżywiać się dobrze :-).

Trzeba jasno powiedzieć, że nic bardziej mylnego.

Otóż:

Tzw. biały cukier jest produktem rafinacji buraka lub trzciny cukrowej. Końcowy efekt w postaci cukru rafinowanego czy to z buraka czy z trzciny cukrowej jest taki sam – jest to w ok. 99,7 % sacharoza. Biały cukier z trzciny cukrowej nie jest więc w żaden sposób lepszy od „naszego“ buraczanego cukru. Ponieważ jednak jest często droższy, przeciętny konsument automatycznie uznaje go za lepszy jakościowo i zdrowszy. Wyrzucanie pieniędzy w błoto.

Podobnie rzecz ma się z tzw. cukrem brązowym. Cukier brązowy to najczęściej biały rafinowany cukier z dodatkiem melasy, która nadaje mu charakterystyczny śniady odcień. Samemu bardzo łatwo zrobić cukier brązowy dodając łyżkę melasy do szklanki cukru. Nic zdrowego.

Cukier nierafinowany

Cukier, który rzeczywiście jest lepszy to CUKIER NIERAFINOWANY (surowy). Przewaga cukru nierafinowanego na rafinowanym jest taka, że cukier nierafinowany oprócz sacharozy zawiera również śladowe ilości żelaza, wapnia, magnezu, potasu i innych pierwiastków (nie łudźmy się jednak, że są to ilości, które w znaczący sposób poprawią nasze zdrowie) i nieco wolniej wzrasta po nim stężenia glukozy we krwi (ale i tak szybko). 

Tak więc rzeczywiście cukier nierafinowany jest zdrowszy od białego i jeśli chcecie używać cukru „zdrowszego“ to właśnie tego szukajcie. Oczywiście cukier nierafinowany może być i cukrem z trzciny cukrowej i cukrem brązowym, ale kluczowym słowem jest tu „nierafinowany“. Niezrozumiałe jest dla mnie dlaczego ten cukier jest kilkukrotnie droższy niż cukier biały, gdyż proces jego produkcji jest krótszy i wymaga mniej odczynników chemicznych.

Chcę jednak jasno podkreślić to, że nawet jeśli cukier nierafinowany jest zdrowszy od białego, to wcale nie oznacza, że jest zdrowy.

Przy okazji olejów pisałam już o tym, że produkty ekstrahowane zawierają taką kondensację składników, która sama w naturze nie występuje. Błędem jest zatem zakładanie, że wystarczy cukier biały zastąpić nierafinowanym. Cukier w żywieniu po prostu trzeba ograniczyć do minimum. Wyjątkiem są osoby wyczynowo uprawiające sport, ale one o tym wiedzą same, więc nie będę się na ten temat rozpisywać.

Odstaw cukier a będą dziać się cuda

 

Jestem wielką zwolenniczką niestosowania cukru w ogóle. Wiem, że mogę zostać posądzona o radykalizm, ale zapewniam Was, że życie bez cukru jest po prostu lepsze i przyjemniejsze.

 

Co się dzieje, gdy odstawimy cukier:

Odczucia są podobne do odstawienia dowolnej innej używki: najpierw irytacja, poddenerwowanie, wściekłość i głód, potem spokój i dobre samopoczucie.

Bez cukru:

  • znacząco poprawia się nastrój, koncentracja, pamięć;
  • poprawia się sen;
  • wzrasta odporność;
  • poprawia się stan skóry (znikają wykwity i szorstkość);
  • zaczymy znacznie wyraziściej odczuwać smaki. Czujemy naturalną słodycz w naturalnych produktach, np. słodycz gotowanego ryżu, pomidora, ogórka. Surowa marchewka wydaje się być tak słodka, że jest prawie nie do zniesienia ;-)
  • chudniemy;
  • można wyleczyć albo ograniczyć pasożyty w układzie pokarmowym;
  • poprawia się stan zębów – wielu dentystów twierdzi, że procesu próchnicy nie da się cofnąć, tzn. że jeśli ząb już się zaczął psuć to sam się nie naprawi. Ostatnie badania pokazują, że nie jest to prawda. Nasz samouzdrawiający się organizm i z próchnicą jest w stanie sobie poradzić sam. Doświadczyłam tego osobiście po całkowitym odstawieniu cukru – cofnęły mi się tzw. plamki próchnicowe.

PAMIĘTAJCIE: Najbardziej zapalną znaną substancją jest właśnie cukier. We wszelkich stanach zapalnych (czy to reumatoidalne zapalenie stawów czy początek grypy czy coś innego) cukier  działa zaogniająco! W czasie choroby nowotworowej cukier należy odstawić całkowcie, bo żywią się nim komórki rakowe. 

Namawiam Was na stopniowe ograniczanie cukru, aż do całkowitej z niego rezygnacji. Dobrym początkiem jest dieta antypasożytnicza, o której pisałam tu – po jej przeprowadzeniu na pewno nie będzie Was ciągnęło do cukru.

Jeszcze jedna ważna uwaga. Po antybiotykoterapii przez 2-3 m-ce należy odstawić cukier całkowicie, w przeciwnym wypadku, połączenie wybitych „dobrych“ bakterie plus cukier to w zasadzie gwarancja drożdżycy.

Zdrowe zastępniki

W związku z coraz większą świadomością  dotyczącą szkodliwości cukru, ostatnio modne zrobiły się różne jego zastępniki.  Niektóre z nich rzeczywiście są lepsze niż cukier, ale powtarzam - celem powinno być wyłączenie nadmiaru smaku słodkiego z pożywienia. Większość z nas ma odczuwanie słodkiego wypaczone. W Azji, słodycze są zaledwie lekko słodkie, bardzo mi się to podoba, słodycz jest subtelna i dyskretna, po zjedzeniu nie chce się jej więcej. Moim prywatnym zdaniem, słodkie powinno się jeść nie częściej niż raz w tygodniu, np. w niedzielę i powinien to być deser minimalnie słodki (np. pieczone jabłka z rodzynkami i orzechami, pudding kokosowy z tapioki z łyżeczką miodu i musem z owoców).

Przy zdrowej florze bakteryjnej jelit, w zasadzie nie powinniśmy mieć specjalnie ochoty na słodkie. Przeogromna chęć na słodycze przejawiająca się np. wsiadaniem o 22.00 w samochód, żeby pojechać na stację benzynową po batonik czy chałwę, jest przejawem poważnych zaburzeń w organizmie (najprawdopodobniej jest to drożdżyca). Pamiętajcie, że trudny do odparcia apetyt na słodkie to najczęściej głos patogenu a nie Wasz głos wewnętrzny!

Ze zdrowych zastępników osobiście stosuję stewię w liściach (niestety nie wszyscy lubią tę słodycz, do wypieków raczej słabo się nadaje), dobrej jakości miód w niewielkiej ilości, ekologiczne owoce suszone (rodzynki, daktyle, figi), czasem ksylitol (niby naturalny, ale forma białego proszku jednak nie do końca mnie przekonuje) i brązowy cukier (używa go głównie mój mąż, czasem ja do ciast w ilości ¼ tego co w przepisie). Bardzo zdrowym słodem jest również słód ryżowy i jęczmienny, są subtelnie słodkie i bardzo drogie.

Słodycze a dzieci

Trochę inaczej jest z dziećmi. Dzieci bardzo lubią smak słodki, nawet te żywione prawidłowo. Osobiście uważam, że lepiej zrobić dziecku od czasu do czasu zdrowy, domowy, leciutko słodki deser (np. budyń, kisiel, ciasteczka owsiane, kaszę jaglaną z suszonymi owocami, pieczone owoce, batonik z suszonych owoców i orzechów, galaretkę na soku itp.) niż całkowicie zakazać słodyczy. To ostatnie grozi bowiem tym, że dziecko będzie podjadać paskudne sklepowe słodycze, gdy tylko nadarzy się ku temu okazja (np. rodziców nie będzie w pobliżu) albo wcinać czekoladę w nocy pod kołdrą. Tak bowiem działa efekt zakazanego owocu. Umiarkowana ilość lekko słodkich, dobrej jakości, domowych słodyczy co jakiś czas pozwoli dziecku nauczyć się dobrych nawyków jeśli chodzi o poziom odczuwanej słodyczy i częstotliwość deserów. 

W ciężkich przypadkach

Osoby uzależenione od cukru, mogą mieć potworną trudność w odstawieniu cukru (jak to z każdym zerwaneim z nałogiem bywa). Dlatego na zakończenie, dla takich osob - ciekawostka. Istnieje naturalna roślina pod nazwą gurmar (gymnema sylvestre), która czasowo wyłącza odczuwanie smaku słodkiego. Przeżucie kilku liści z rana może skutecznie pomóc w walce z apetytem na słodkie.

 

Share on Myspace

Dział: Pod lupą
piątek, 24 lipiec 2015 00:00

Dieta a Rak - ABC

Cz. 3 Stany zapalne w organizmie - ukryci zabójcy

 

W poprzedniej części tego cyklu pokusiłam się o sformułowanie katalogu otwartego częstych przyczyn nowotworów, i wśród nich znalazły się również przewlekłe stany zapalne organizmu.

Ostre stany zapalne występują często przy infekcji. Oznaczają, że do organizmu wniknął patogen i organizm się broni i „działa”. Kończy się choroba, kończy się stan zapalny.

Z kolei przewlekłe stany zapalne jak sama nazwa wskazuje są stanami trwałymi. Jako takie sprzyjają wystąpieniu nie tylko raka, ale bardzo wielu chorób cywilizacyjnych, w tym z autoagresji. Posługując się znowu moją ulubioną metaforą, przewlekły stan zapalny jest jak trwały konflikt zbrojny na terytorium państwa, które non-stop od wielu miesięcy a nawet lat wymaga podwyższonej aktywności wojska. Gdy nasi obrońcy znajdują się, powiedzmy na granicy południowej i są non-stop zajęci, niezwykle łatwo jest innemu wrogowi przedostać się przez inną granicę i zaatakować. Po prostu trudno jest prowadzić walkę na zbyt wielu frontach jednocześnie, mając do dyspozycji konkretną ilość, osłabionego już wojska. Dlatego bezwzględnie należy dążyć do wyeliminowania przewlekłych stanów zapalnych organizmu. Tak aby nasza wewnętrzna armia na co dzień miała wolne i była zwarta i gotowa na właściwe i sprawne zareagowanie w sytuacji powstania komórek nowotworowych w naszym organizmie.

 

Czym jest stan zapalny?

Najkrócej mówiąc, stan zapalny to reakcja organizmu na wniknięcie patogenu i uszkodzenie tkanki. Po pojawieniu się stanu zapalnego leukocyty próbują zniszczyć patogeny i usunąć z organizmu zniszczone komórki.

Jeśli stan zapalny jest długotrwały – oznacza to, że coś przeszkadza naszym białym krwinkom pokonać intruzów, nie są wystarczająco silne i skuteczne. Trzymają wprawdzie intruza pod pewną kontrolą, ale nie są w stanie go całkowicie i ostatecznie wyeliminować z organizmu.

Owo „coś“ to najczęściej to co wrzucamy na talerz oraz nasz styl życia – czynniki „karmiące” wroga.

 

 

Jak rozpoznać stan zapalny? 

Objawy łatworozpoznawalne

Stan zapalny często po prostu czuć (boli ząb, stawy itp.) lub widać (obrzęk, zaczerwienienie, ropa).  Uczucie gorąca oraz zaczerwienienie spowodowane są rozszerzaniem się naczyń krwionośnych i spowolnieniem krążenia krwi, obrzęk jest spowodowany wysiękiem osocza a ból - uciskiem na włókna nerwowe.

W czasie gdy zachorowałam na raka, od mniej więcej 5 lat pobolewał mnie ząb po leczeniu kanałowym. Raz było lepiej, raz gorzej, dentyści sobie z tym nie radzili zupełnie, wydałam majątek na dwukrotne leczenie kanałowe, ale niewiele to dało. Teraz wiem, że przez ponad 5 lat pozwalałam na coraz większe osłabianie własnego układu immunologicznego. Kiedy zdecydowałam się wreszcie na wyrwanie zęba – literalnie odżyłam. Włosy przestały mi wypadać i nabrały blasku, skóra wypromieniała, wróciła do mnie energia. Oczywiście daleka jestem od twierdzenia, że mój przewlekły stan zapalny zęba był bezpośrednią przyczyną zachorowania na raka, natomiast na pewno się do niego przyczynił.  

Polecam zresztą zapoznanie się z badaniami dr Westona Price’a i publikacjami dr Hala A. Hugginsa nt. wpływu leczenia kanałowego na powstawanie chorób zwyrodnieniowych, w tym nowotworów. Polscy onkolodzy i stomatolodzy raczej nie mają o tym pojęcia. Zdanie, które często słyszę gdy próbuję zejść na te tematy, brzmi: „leczenie kanałowe jest standardową, bezpieczną metodą”. Wcale mnie nie przekonuje. Stomatologia jest bowiem akurat takim działem medycyny, w którym standardów, które potem okazały się dramatycznymi pomyłkami było całkiem sporo, żeby choćby wspomnieć wypełnienia amalgamatowe czy dodawanie „cudownego” fluoru do wszystkiego co się da. Po tym co przeszłam i przeczytałam do leczenia kanałowego podchodzę z ogromną rezerwą i sobie takiej atrakcji już nie zafunduję, wolę rwać od razu, a najlepiej oczywiście nie doprowadzać do kolejnych stanów zapalnych.

Zapalenia „bezobjawowe” (tzw. ciche stany zapalne)

Czasem jednak stanu zapalnego nie widać od razu, a jest. Przykładem są nadżerki we wczesnym stadium (stan zapalny już jest, ale jeszcze go nie czujemy), stany zapalne tętnic, prowadzące wprost do miażdżycy i związanych z tym zawałów i udarów oraz zakażenia pasożytami, grzybami, wirusami czy bakteriami. Jeśli więc podejrzewamy, że mamy ukryty stan zapalny, albo chcemy sprawdzić czy wszystko w porządku warto wykonać następujące badania z krwi:

  • białko fazy ostrej CRP (cena ok. 15 zł),
  • poziom homocysteiny (cena ok. 60 zł)

CRP białko fazy ostrej pokazuje wprost czy mamy w organizmie ukryte stany zapalne. Homocysteina jest dobrym wyznacznikiem tego co dzieje się z tętnicami i układem wieńcowym i prognostykiem incydentów wieńcowych, nieporównywalnie lepszym niż poziom cholesterolu, który w zasadzie nie jest żadnym wyznacznikiem tego czy będziemy mieć zawał/udar czy nie* Zasadniczo polskie poziomy normy homocysteiny są zawyżone. Poziom pow. 8-9 jest sygnałem, że coś się może zacząć w tętnicach dziać i warto się tym zainteresować. Najskuteczniejszym sposobem obniżenia poziomu homocysteiny (i ochrony tętnic) jest suplementacja witaminą B12, B6 i kwasem foliowym.

Oba badania są niestety płatne, onkolog raczej tych badań nie zleci, bo nie są w standardzie (choć zdecydowanie powinny), ale wiedza, którą otrzymamy po ich wykonaniu jest warta każdej ceny.  

 

Dieta przeciwzapalna

Substancje sprzyjające stanom zapalnym

Najbardziej zapalną substancją jest cukier. Wykluczenie cukru (i rafinowanego i nierafinowanego) oraz wszelkich słodzików-zastępników (miód, słody, suszone owoce itp.) oraz ograniczenie spożycia owoców do minimum jest pierwszym krokiem ku zakończeniu stanu zapalnego. W zasadzie jedynym dopuszczalnym słodzikiem może być stewia w liściach lub suszona (ale nie w formie proszku). Wiem, jest to bardzo trudne do zrobienia, ale opłaci się stokrotnie.

Częstą przyczyną powstawania stanów zapalnych są też nietolerancje pokarmowe, których wykrycie prowadzi wprost do wyleczenia. Przykładowo nietolerancja glutenu czy laktozy, za każdym razem gdy sięgniemy po te produkty, będzie nasilać stan zapalny. Całkowite ich wykluczenie może oznaczać pierwszy krok na drodze do wyleczenia stanów zapalnych. Żeby jednak wiedzieć, na co mamy nietolerancję, trzeba albo zrobić odpowiednie testy, albo bardzo wnikliwie obserwować reakcje swojego organizmu po spożyciu „podejrzanych” produktów.

Oczywiście wykluczamy całkowicie żywność przetworzoną, która pełna jest i cukru i innych świństw.

Z punktu widzenia Tradycyjnej Medycyny Chińskiej stan zapalny jest stanem gorąca z wilgocią i toksynami zatem wykluczyć należy pokarmy:

  • przygotowane gorącymi metodami obróbki termicznej – tj. grillowane, smażone i pieczone),
  • kiełbasy, wędliny, mięso (zwłaszcza baranina i wieprzowina),
  • słodkie wina i likiery,
  • tłuste sery, sery pleśniowe, sery żółte,
  • orzechy i nasiona oleiste,
  • oleje rafinowane (czyli te powszechnie dostępne) – dopuszczalna jest oliwa dobrej jakości, nierafinowany olej lniany oraz olej kokosowy w niewielkich ilościach,
  • majonez,
  • pikantne przyprawy: pieprz, tabasco, curry, cayenne,
  • ostre dodatki: chrzan, musztarda

 

Pokarmy antyzapalne

Jedną z najsilniejszych, znanych substancji antyzapalnych jest kurkumina, zawarta w przyprawie kurkumie i curry (kurkuma jest składnikiem curry). Kurkumina jest również uważana za jedną z najskuteczniejszych substancji antynowotworowych, co się składa w całość – działa przeciwzapalnie a więc antynowotworowo.

Warto wiedzieć, że kurkumina nie jest łatwo wchłaniana i nie wystarczy po prostu jej dodać do potrawy. Wchłania się najlepiej z dodatkiem pieprzu czy ostrej papryki oraz tłuszczu (oliwy/oleju kokosowego).

Przy sporych stanach zapalnych (i chorobach nowotworowych), wiedząc o dosyć słabej wchłanialności kurkumy, warto zainwestować w dobrej jakości (zawierający min. 95% kurkuminoidów) suplement z kurkuminą i przyjmować ją 3-4 dziennie w dawce np. 3 g na raz. Takie dawki trudno będzie przyjąć naturalnie w potrawach, ponieważ kurkuma ma dosyć mocny, gorzki smak – szczypta lub dwie nie będą wyczuwalne, ale dawki w gramach mogą być trudne do przełknięcia.

Przeciwzapalnie działają również wszelkie warzywa (zwłaszcza kapusta, kalafior, brokuły, seler, buraki) prażona kasza jaglana, fasole (zwłaszcza azuki i mung), avocado, zielona herbata, tofu zamiast mięsa, herbata ze znamion kukurydzy, czosnek i cebula.  Warto pamiętać, aby warzywa oczyścić z pasożytów (namaczać przez 15 min. w roztworze wody i dobrej jakości octu jabłkowego – 1 łyżka na 4 l).

Udowodnione działanie przciwzapalne mają tokotrienole (składnik witaminy E). Dobre suplementy z tokotrienolami są sosyć drogie, ale jeśli badania wykażą znaczny stan zapalny, to może warto po nie sięgnąć. Naturalnie tokotrientole występują w największej ilości w nasionach krzewu achiote (arnota właściwa - Bixa orellana L.) oraz w oleju palmowym. 

Antyzapalny styl życia

Sama zmiana diety może nie wystarczyć, jeśli nie zadbamy o odpowiednią jakość życia. A na tą składa się dbanie o odpowiednią ilość regularnego snu, dotlenienie (spacery w lesie), umiarkowany, ale regularny ruch fizyczny, najlepiej na świeżym powietrzu, ograniczenie stresu i praktyki wyciszające (medytacja, joga, itp.)

 

 

* wśród osób, które doświadczyły zawału/udaru tyle samo miało wysoki co niski cholesterol, co w konsekwencji oznacza, że korelacja „poziom cholesterolu-ryzyko zawału/udaru” nie istnieje. 

 

 

 

 

Share on Myspace

środa, 20 maj 2015 00:00

Kuchnia olejem płynąca czyli nabici w (niejedną) butelkę

  

Lobby producentów tłuszczów roślinnych udało się zaszczepić w tzw. społeczeństwie przekonanie, że oleje roślinne są dużo lepsze niż tłuszcze zwierzęce i można nimi bezkarnie polewać to co na talerzu, bo są zdrowe. Na sklepach zwykłych super- i hipermarketów półki uginają się pod różnego rodzaju olejami, które kuszą i opakowaniami i opisem ich fantastycznych właściwości zdrowotnych. Statystyki zaś podają, że po zdemonizowaniu tłuszczów zwierzęcych jako odpowiedzialnych za choroby cywilizacyjne (cholesterol, miażdżyca itp.) co notabene jest jedynie półprawdą, wartość spożywanych olejów roślinnych wzrosła znacząco i stanowią one już prawie 70% wszystkich spożywanych tłuszczy.

I nie ma się z czego cieszyć, bo przy jakości tego co nam producenci oferują na regałach sklepowych, smalec to samo zdrowie. Prawda jest bowiem jak zwykle o wiele bardziej skomplikowana.

 

Oleje w diecie

Po pierwsze trzeba mieć świadomość, że olej jest substancją skondensowaną, naturalnie nie występującą w tej postaci, tak więc polewanie i moczenie w oleju takich ilości pożywienia jak zdarza się nam czynić, nie jest czymś naturalnym i zdrowym (wyjątkiem jest może oliwa extra virgin, której nadmiarowe stosowanie w badaniach w zasadzie nie wykazało negatywnych efektów zdrowotnych). I tradycyjna medycyna chińska i makrobiotyka nakazują tłuszcze stosować bardzo oszczędnie i raczej w naturalnej postaci (w orzechach, pestkach i ziarnach – świeżo łuskanych).

Po drugie – i tu dochodzę do sedna tego wpisu – jest gigantyczna, ale to gigantyczna różnica między olejami rafinowanymi a nierafinowanymi, o której mało kto wie.

 

Oleje rafinowane 

99,9% olejów sprzedawanych w sklepach to oleje rafinowane. Rafinacja olejów odbywa się poprzez ekstrahowanie w wysokiej temperaturze za pomocą rozpuszczalników, którymi najczęściej są silnie działające środki chemiczne (np. heksan – produkt rafinacji ropy naftowej). Wśród tych olejów rafinowanych są oczywiście te „najlepsze” i najdroższe, tj. olej lniany, z pestek dyni, sezamowy itd.

Oleje są poddawane odbarwieniu i obróbce chemicznej usuwającej zapach, tak aby były „neutralne” i nadawały się do długotrwałego przechowywania na półkach. W międzyczasie przyzwyczailiśmy się do mdłego smaku, braku zapachu i klarownej, żółtej konsystencji olejów.

Część olejów jest rafinowana poprzez tłoczenie w prasach (bez ekstrakcji chemikaliami) – ich przewaga polega na tym, że nie zawierają pozostałości odczynników chemicznych, chociaż również przechodzą przez procesy produkcji od poddania wysokiej temperaturze na ługowaniu kończąc (ługowanie to proces transportu masy z fazy stałej do fazy ciekłej, polegający na wypłukiwaniu danej substancji z fazy stałej za pomocą rozpuszczalnika).

Oleje rafinowane (i te tłoczone w prasach i uzyskiwane za pomocą rozpuszczalników chemicznych) są pozbawione istotnych składników odżywczych. Proces rafinacji pozbawia je m.in. lecytyny, chlorofilu, witaminy E, beta-karotenu, wapnia, magnezu, żelaza, miedzi i fosforu. Ponadto temperatury ekstrakcji często przekraczają 240 st. Dla przypomnienia od temperatury mniej więcej 160 st. wytwarzają się kwasy tłuszczowe trans (te które zawarte są w margarynach i które zwiększają ryzyko chorób serca, cukrzycy i nowotworów). Tak więc olej rafinowany od margaryny dużo lepszy nie jest, choć niewiele osób ma tego świadomość.

 

Utlenianie i wolne rodniki

Przyjęto pewną systematykę podziału olejów na: jednonienasycone, wielonienasycone i nasycone. Systematyka ta bazuje na przeważającym typie wiązań w cząsteczce - w tłuszczach nienasyconych (jednonienasyconych i wielonienasyconych) brak atomu wodoru powoduje wiązanie podwójne pomiędzy atomami węgla. Wiązania podwójne są niestabilne i bardzo łatwo „przyczepia” się do nich atom tlenu, czyli cząsteczka utlenia się (jełczeje). Tłuszcze jednonienasycone mają jedno takie wiązanie podwójne (niestabilne), wielonienasycone, choć niezbędne do życia – mają ich wiele.

Kiedy więc atom tlenu „wepchnie” się w wiązanie podwójne oznacza to rozpoczęcie procesu utleniania czyli jełczenia. Dzieje się tak pod wpływem światła, ciepła i czasu a konsekwencją jest to, że nienasycone kwasy tłuszczowe zamieniają się w łańcuchy wolnych rodników. Wolne rodniki normalnie są nam potrzebne do życia jednak w nadmiarze (tak jak w tym przypadku) prowadzą wprost do przyśpieszenia procesu starzenia się (zmarszczki, plamy starcze, obniżona odporność) i powstania nowotworów (zakłócanie działanie komórkowego DNA).

Dlatego osoby chore na nowotwory powinny całkowicie wykluczyć ze swojej diety ekstrahowane oleje i tłuszcze a także bardzo poważnie ograniczyć pokarmy zawierające tłuszcz (np. orzechy brazylijskie, które bardzo szybko jełczeją a w zasadzie są nie do dostania w łupinkach). 

Oleje wielonienasycone utleniają się najszybciej, dlatego na nie należy uważać najbardziej. Do tych olejów należy m.in. olej lniany, dlatego rafinowany olej lniany jaki można spotkać w sklepach, zachwalany jako zdrowy to potencjalny magazyn szkodliwych wolnych rodników. Uwaga: są sprawdzone metody leczenia nowotworów olejem lnianym najwyższej jakości. Olej taki musi być nierafinowany, tłoczony w niskiej temperaturze, chroniony przed światłem i ciepłem i nie może być zbyt długo przechowywany od momentu wytłoczenia. Na potrzeby prewencji lepiej się sprawdzi siemię lnianie w postaci „glutka” pite regularnie. 

Jednonienasycone oleje (oliwa, olej sezamowy, rzepakowy) utleniają się znacznie mniej, przy czym oczywiście w dalszym ciągu należy sięgać po oleje nierafinowane.

Jeśli jeszcze dodać do tego, że część ludzi nadal smaży na tanich olejach rafinowanych, katastrofa gwarantowanatzn. mamy 4 w 1 (wolne rodniki i proces starzenia/ powstawania nowotworów, brak podstawowych składników odżywczych, oleje trans wywołujące choroby cywilizacyjne, oraz rakotwórczy akrylamid wytwarzający się przy smażeniu na olejach nienasyconych pow. 180 st.) 

Z przerażeniem patrzę na wysyp artykułów pseudonaukowych na temat dobroczynnych skutków olejów roślinnych, całkowicie pomijających kwestię potwornych zagrożeń w świetle dostępnych badań naukowych.

Stąd smalec i tłuszcze zwierzęce nasycone (podatne na wysokie temperatury) przy ww. niebezpieczeństwach to mały pikuś, i ich umiarkowane spożycie nie powinno w zasadzie szkodzić.  

Biały cukier ma już czarny PR (w dużej części słusznie, choć przewiduję, że zatęsknimy za białym cukrem, gdy wszędzie będzie już tylko syrop glukozowo-fruktozowy). Natomiast biały cukier przy olejach rafinowanych i ich tragicznych skutkach dla naszego zdrowia to jak ulewa przy tornado.  

I jeśli miałabym wskazać jeden tylko pokarm, który należałoby całkowicie wyeliminować z diety to byłyby to oleje rafinowane.

 

Oleje nierafinowane

Z kolei oleje nierafinowane są wyciskane tylko mechanicznie (w prasach) w niskiej temperaturze (poniżej 70 st., choć ideałem byłoby ich wyciskanie do 38 st). Czasem są one przecedzone, aby usunąć pozostałości roślinne. Mają smak, zapach i kolor, mogą być mętne. Ten naturalny zapach i smak wielu drażni, oto co zrobiła z nas cywilizacja :-). Notabene, kosmetyki naturalne robione na nierafinowanych olejach, np. kremy też będą miały kolor i zapach inny niż te kupne z syntetycznymi zapachami, trzeba to prostu z godnością zaakceptować.

Podobnie jak nierafinowane pożywienie (zboża, cukier) nierafinowane oleje zawierają cenne substancje, których nie ma już w olejach rafinowanych a posługując się terminologią TCM – mają qi (energia, siła życiowa, witalność), której olejom rafinowanym brak.

Uwaga! Na etykiecie napis „tłoczone w prasie” nie oznacza, że olej jest nierafinowany. Jak pisałam powyżej część olejów rafinowanych może być tłoczona w prasie. Jak poznać, że olej jest nierafinowany? Bardzo prosto. Ma napis „nierafinowany” lub "tłoczony na zimno" na etykiecie, brak takiego napisu oznacza, że olej pomimo pięknej, ciemnej buteleczki i mnóstwa informacji na  o jego właściwościach zdrowotnych zdrowia nam nie doda, a może wręcz przeciwnie. Oznaczenia „ekologiczny”, „zdrowotny”, „nieoczyszczony” nie oznaczają, że olej jest nierafinowany. Dotyczy to też tak popularnego oleju lnianego w hipermarketach, który sporo kosztuje ale który jest rafinowany (sama się nabrałam, a potem wylałam)!

Jest kilku dobrych producentów polskich nierafinowanych olejów. To zwykle małe, rodzinne olejarnie. Z własnych doświadczeń wiem, że warto kupować malutkie opakowania (max. 250 ml), bo te oleje mają bardzo krótki okres przydatności do spożycia. Szczególnie dotyczy to oleju lnianego, który niezwykle szybko się utlenia i który powinien być zużyty w ciągu max. 2 m-cy, a najlepiej w ciągu miesiąca. Oleje trzymamy w lodówce ze względu na brak dostępu światła i temperaturę. Część olejów jednonienasyconych ma tendencję do scalania się w lodówce, nie stanowi to żadnego problemu.

Wszystko co napisałam powyżej dotyczy stosowania olejów jako dodatki (do sałatki, kaszy itp.). Smażenie (na czym smażyć) to odrębna sprawa, której poświęcę jeden z kolejnych wpisów, ale ogólnie do smażenia nie powinno się stosować w ogóle tłuszczy wielonienasyconych. 

Podsumowanie:

  1. Nie przesadzać z ilością kupowanch olejów i ich stosowaniem,
  2. Kupować tylko oleje roślinne nierafinowane w specjalistycznych sklepach/ kooperatywach a jeśli nie mamy na to czasu/ chęci - oliwę extra virgin dobrej jakości w "zwykłych" sklepach,
  3. Stosować je z dużym umiarem (max. 1-2 łyżki dziennie), chyba, że stosujemy je terapeutycznie - wtedy można odpowiednio więcej 
  4. Oleje przechowywać krótko w małych, ciemnych, szklanych buteleczkach w lodówce. 
Share on Myspace
Dział: Pod lupą


 

Zdrowie to jedynie kwestia nawyku,

wielu drobnych przyzwyczajeń,

które składają się na całość

a jedyną osobą, która może Cię uzdrowić

jesteś Ty sam.