user_mobilelogo

Licznik odwiedzin

© 2009-2015 by GPIUTMD

Wszystkie wpisy alfabetycznie

wtorek, 19 kwiecień 2016 00:00

Dieta a Rak - ABC

Cz. 5 Emocje

Kolejną potencjalną przyczyną choroby nowotworowej są problemy natury psychicznej. Przy czym zaznaczę jeszcze raz, że dokonany przeze mnie w tym artykule podział, miał rolę wyłącznie porządkową, gdyż wszystkie te przyczyny mogą się ze sobą łączyć, nachodzić na siebie a nawet wypływać jedna z drugiej.

Miesiąc temu brałam udział w dwudniowym specjalistycznym seminarium dotyczącym leczenia chorób nowotworowych wg. TCM, prowadzonym przez prof. Sun Peilina -  wybitnego chińskiego lekarza tradycyjnej medycyny chińskiej. Seminarium skierowane było do doświadczonych praktyków medycyny chińskiej w Polsce i obejmowało również superwizję, czyli obserwowanie procesu diagnozowania i dobierania leczenia dla pacjentów onkologicznych przez profesora. Wykorzystanie TCM w leczeniu chorob nowotworowych może polegać na wspomaganiu leczenia konwencjonalnego, łagodzeniu skutków leczenia konwencjonalnego lub leczeniu niezależnym (bez leczenia konwencjonalnego).

To co mnie niezwykle zaskoczyło to ilość czasu jaka została poświęcona omówieniu wpływu emocji na rozwój i przebieg choroby i tego ile razy było to powtórzone. Niby sprawa jest oczywista, bo dziś już nikt nie zaprzecza, że większość chorób ma swoje podłoże w psychice, ale rozebranie tej wiedzy na czynniki pierwsze nadal zaskakuje. Otóż każda emocja ma swoje odbicie w ciele, a każda zablokowana emocja (tj. taka, której nie pozwoliliśmy odpowiednio wybrzmieć tylko ją ukryliśmy) odkłada się w ciele w postaci blokady (np. napięcia mięśniowego).

Tradycyjnie przyjmuje się, że osoby, które silnie przeżywają emocje, ale ich nie uzewnętrzniają (duszą w sobie, chowają do wnętrza) to typowi kandydaci do wyhodowania sobie raka. Z kolei osoby, które również silnie przeżywają emocje, ale je uzewnętrzniają (wściekają się, krzyczą, zachowują jak furiaci) to kandydaci do tzw. incydentów wieńcowych (zawałów/udarów). To oczywiście znaczne uproszczenie, ale zdecydowanie coś jest na rzeczy. Są podejmowane próby powiązania konkretnych chorób z konkretnymi dolegliwościami. Najbardziej chyba znaną prekursorką tego ruchu jest Louise Hay i jej sztandarowa książka „Możesz uzdrowić swoje życie”, w której łączy konkretne dolegliwości z długotrwale odczuwanymi konkretnymi problemami na tle psychicznym.

W TCM już kilka tysięcy lat temu powiązano pewne choroby z emocjami lub nadmiernymi emocjami (7 niszczących emocji wg. TCM to gniew, strach, niepokój/radość, smutek, żal, nadmierne myślenie, zaskoczenie/przerażenia).

Dwa tysiące lat temu rzymski lekarz Galien napisał, że szczególnie podatni na zapdnięcie na poważną chorobę są ludzie w depresji.

Wracając do superwizji u prof. Peilina – jedna z pacjentek ok. 7 lat przed zachorowaniem miała bardzo trudny okres życiowy, w którym dominującymi emocjami były u niej poczucie bezradności i niemocy na przemian z żalem i poczuciem skrzywdzenia. Ponieważ przyjmuje się, że guz nowotworowy potrzebuje średnio ok. 7 lat aby się uformować z pierwszych komórek nowotworowych – w przypadku tej pacjentki sprawa była dosyć oczywista.

Wielu pacjentów onkologicznych jest w stanie połączyć precyzyjnie pewne bardzo trudne wydarzenia ze swojego życia z momentem zachorowania na chorobę nowotworową.

Wracając do superwizji, niestety wynikało z niej, że pacjentka nie przerobiła pewnych tematów do dziś, nadal jest w niej dużo żalu, urazy do konkrentnej osoby, poczucia bycia skrzywdzoną, ba pielęgnuje te uczucia w sobie regularnie i robi wszystko żeby nie odeszły. Nic dziwnego, że na płaszczyźnie fizycznej rak powraca po każdej kolejnej chemioterapii i obecnie ma trzeci nawrót :-(. „Gdy Ty rozpaczasz, oni tańczą walca”. Twoja złość, frustracja niczego nie zmienia a szkodzi Ci nie tylko na przysłowiową urodę, ale i na zdrowie.

Inny klasyk i lektura obowiązkowa nie tylko dla nowotworowców, ale dla każdego zainteresowanego rozwojem człowieka to „Siła czy Moc” Davida Hawkinsa. W skrócie rzecz ujmując ten światowej sławy psychiatra przez ponad 20 lat pracy prowadził badania nad emocjami i odpowiadającymi im wibracjami o charakterze energetycznym (elektrycznym) w ciele człowieka. Oprócz tego, że składamy się z materii, jesteśmy bankiem energii - każda komórka naszego ciała składa się z atomów, każdy zaś atom składa się z jądra i krążących wokół niego elektronów o określonej wibracji. Przeżywane przez nas emocje wpływają na poziom wibracji atomów, z których jesteśmy zbudowani. W stworzonej przez siebie na podstawie wykonanych pomiarów tysięcy pacjentów skali Hawkin nadał poszczególnym emocjom określone wartości wibracyjne. Punktem krytycznym jest poziom 200 (odwaga), powyżej którego znajdują się emocje korzystne dla zdrowia takie jak neutralność, ochota, akceptacja, rozsądek, miłość, radość, pokój, oświecenie.

Wszystko co znajduje się poniżej 200 (duma, złość, pożądanie, strach, żal, apatia, poczucie winy, wstyd) to emocje niekorzystne, fatalnie wpływające na nasze zdrowie. Wstyd jest najgorszą, najniższą energetycznie emocją. Długotrwałe utrzymywanie wibracji poniżej 200 jest prostą drogą do zachorowania na raka. Im niższa wibracja, tym gorzej. Oczywiście tak jak przy odżywianiu istotne jest jak się zwykle żywisz, a nie to czy od czasu do czasu zdarzy Ci się odstępstwo, podobnie jest tu – życie przynosi różne, czasem bardzo trudne doświadczenia, które wiążą się z negatywnymi emocjami, które powodują, że schodzimy poniżej granicy 200. Problem pojawia się wtedy, gdy emocje te utrzymują się zbyt długo i stają się emocjami dominującymi.

Należy dążyć po pierwsze do tego, żeby emocje nie były nieadekwatnie silne do sytuacji, a po drugie – aby nie utrzymywały się przesadnie długo.

Nadmiernie intensywne emocje są złe, zmieniają mocno biochemię organizmu, wpływając m.in. na obniżenie odporności, powstanie stanów zapalnych. Istnieje cała odrębna dziedzina zwana psychoneuroimmunologią badająca właśnie te zależności. Przykre jest zatem to, że część naszych rodzimych lekarzy kompletnie nie widzi związku między psychiką a rakiem.

Naukowcy z Uniwersytetu Kalifornijskiego w San Francisco (Lydia Temoshok i Andrew Kneier) badali reakcje emocjonalne u pacjentów chorych na raka na serwowane im słabe impulsy elektryczne i prosili pacjentów o opisanie jak się czuli. Z pomiarów wynikało niezbicie, że pacjenci nowotworowi reagowali znacznie silniej i bardziej cierpieli mentalnie niż ci bez chorób nowotworowych. W tej samej sytuacji nienowotworowcy twierdzili np., że przyjemne to nie jest, ale da się wytrzymać, zaś reakcje nowotworowców były znacznie bardziej intensywne emocjonalnie ("potworne", "okropne" itp.). Na tej podstawie sformułowano wniosek, że osoby nadmiernie wrażliwe i reagujące silniej niż przeciętny człowiek na różne trudne zdarzenia mogą mieć większe predyspozycje do zapadnięcia na chorobę nowotworową. Inną ciekawą kwestią, która wyszła w przypadku tego badania była korelacja braku poczucia szczęścia w dzieciństwie z chorobami nowotworowymi – praktycznie żaden z pacjentów nowotworowych nie potwierdził, że miał szczęśliwe dzieciństwo.

Nie oznacza to oczywiście, że mamy pozbyć się emocji. Byłoby to nienaturalne i dziwne. Chodzi o to aby były one adekwatne do sytuacji. Jak kamień wrzucony do wody, który zaburza jej idealną gładkość tworząc kręgi (zdenerwowania) na wodzie. Mały kamień powinien spowodować wytworzenie kilku małych okręgów, które szybko znikną, duży kamień – wytworzy większe okręgi i więcej czasu minie zanim woda znów się uspokoi. I to jest naturalne i zgodne z naturą. Problem pojawia się wtedy, gdy mały kamień wytwarza fale jak na Bałtyku przy 10 stopniach w skali Beauforta a czasem wręcz jak Tsunami. Cholerycy zaleją falą tego, który się akurat napatoczy, nowotworowcy te fale i sztorm ukryją w środku, upchną, zamiotą pod dywan, nie pozwalają „wybrzmieć”. Metaforycznie rzecz ujmując takie schowane, poupychane, wyparte bardzo silne emocje (frustracja, niewyrażony gniew, chowanie urazy, rozpamiętywanie, żal) zaczynają się kumulować aby w którymś momencie zamanifestować się już w fizycznej formie guza. Pisałam kiedyś w tym artykule, że jakość naszego życia zależy od jakości naszego trafienia, rozumianego nie tylko na płaszczyźnie fizycznej, ale i na płaszczyźnie psychicznej. Jeśli na poziomie psychicznym dochodzi do niestrawności, bardzo łatwo o poważną chorobę.

Oczywiście łatwiej powiedzieć niż zrobić. Osoba ulegająca nadmiernym emocjom nie jest w stanie ich kontrolować gdy w nie wpada. Nawet jak będzie wiedzieć na poziomie świadomym, że są one zgubne to gdy się pojawią niewiele będzie w stanie z nimi zrobić. Dlatego niezbędna jest praca według wybranej techniki dla łagodzenia reakcji. Jest to praca długotrwała, żmudna i trudna, ale niezbędna. Doskonałe wyniki przynosi np. medytacja.

Wrcając do TCM, nowotwory, których praprzyczyną są emocje zaczynają się w Wątrobie. Nadmiernie przeżywane emocje zakłócają swobodny przepływ Qi w wątrobie, a w konsekwencji w całym ciele, powodując tzw. zastój Qi w wątrobie, w meridianach a następnie w Śledzionie. To prowadzi do zastoju Krwi (zaburzenie menstruacji, PSM, krwiaki, mięśniaki, guzki) i dysfunkcji Śledziony.

Zastój Qi w Wątrobie jest jedynym wzorcem patologii w medycynie chińskiej, którego samym odżywianiem wyleczyć się nie da. Niemniej korzystne są koper włoski, mięta, śliwki, rzodkiewka, sezam, imbir, czosnej, pieprz (wszystko co porusza Qi). Pomocne są zioła, ale zawsze potrzebna jest praca z emocjami, najlepiej przez ciało (taniec, działania kreatywne, grupy wsparcia gdzie można się wygadać, refleksoterapia, qi gong, tai qi, joga itp.)

 

Mieszanka ziołowa na zastój Qi w wątrobie:

5 g liści mięty piperzowej, 5 g. kwiatu nagietka, 5 g skórki pomarańczowej, 10 g ziela krwawnika, 3 g. lukrecji

 

Tak więc praca domowa przy chorobie nowotworowej to nie tylko detoksykacja, usunięcie stanów zapalnych, odkwaszenie, pozbycie się metali ciężkich, zmiana diety ale również (a kto wie - może nawet przede wszystkim) praca z uporządkowaniem i przejęciem kontroli nad emocjami. Nie każdy nowotwór musi mieć podłoże psychologiczne, jednak zawsze warto się przyjrzeć czy aby na pewno w danym konkretnym przypadku nie ma tu nic do zrobienia.

Share on Myspace

 

czwartek, 17 marzec 2016 00:00

Kasza gryczana - fakty i mity 

Od kilku dni zastanawiam się o czym by tu napisać, a tu przedwczoraj jedna z czytelniczek zadała pytanie jak to jest z ta kaszą gryczaną, czy jest zakwaszająca czy zasadotwórcza, bo słyszała, że zakwaszająca a ja piszę, że nie, więc rzutem na taśmę postanowiłam wziąć na widelec właśnie grykę, jako że zacna to roślina niezwykle.

 

Gryka - właściwości ogólne

Gryka w TCM ma naturę termiczną neutralną a smak słodki (łagodny). Ma działanie oczyszczające i wzmacniające jelita. Zawiera rutynę, która wzmacnia naczynia włosowate i krwionośne. Obniża ciśnienie krwi, może być również stosowana zewnętrznie w postaci okładów na zapalenia skóry, wypryski i oparzenia  w formie papki zmieszanej z octem. A więc samo zdrowie :-)

Kasza gryczana - palona i niepalona

Część osób kaszę gryczaną kojarzy tylko jako ciemną, brązową kaszę o charakterystycznym i wyraźnym smaku. Tymczasem – jak pisał już Mickiewicz – naturalnie jest gryka „jak śnieg biała”.

Od niedawna biała kasza gryczana (niepalona) jest powszechnie dostępna w sklepach. Ma całkiem inny smak niż kasza brązowa. Kasza brązowa jest po prostu uprażoną kaszą gryczaną, zjangizowaną i jednym z nielicznych pokarmów zasadowych (wśród kasz – obok kaszy jaglanej chyba jedyną). Co nie oznacza oczywiście, że wszystkie inne kasze należy odstawić a jedynie, że powinniśmy mądrze balansować ilość pokarmów zasado- i kwasotwórczych. Palona kasza jaglana ma więcej energii yang, nie jest więc wskazana dla osób nadmiarowych i z objawami gorąca (np. z gorączką, wysokim ciśnieniem krwi czy czerwoną twarzą).

Wracając do kaszy białej, nieuprażonej, jest ona stałym gościem w moim domu z wielu powodów. Ma neutralny smak, który łatwo doprawić na ostro lub na słodko. Łatwo z niej zrobić mąkę w urządzeniu wysokoobrotowym (jest miękka). A poza tym z białej kaszy gryczanej wychodzą fajne bezglutenowe naleśniki/placuszki do których nie potrzeba ani jajek ani nic innego. Tylko biała kasza gryczana i woda. Poniżej podaję dwa alternatywne przepisy, z tego pierwszego częściej korzystam, ale drugi jest lepszy dla osób ze zwykłym mikserem.

Naleśniki tylko z gryki 

Wersja A

Białą kaszę gryczaną zemleć na proszek. Dodawać zimnej wody i mieszać do momentu otrzymania dosyć gęstego ciasta, zbliżonego do naleśnikowego (nigdy nie mierzę ile, zawsze na oko). Doprawić wg. uznania (sól, kminek, czarnuszka, albo na słodko - odrobina miodu, stewii). Smażyć na patelni z minimalną ilością tłuszczu jak naleśniki (wychodzą trochę grubsze, można też je zrobić całkiem grube, wtedy są podobne do pity i fajnie smakują z pastami/dipami).

Wersja B

Białą kaszę gryczaną zalać wodą i zostawić na noc. Rano odlać wodę, dodać świeżej wody i zmiksować (wody dodać tyle, żeby konsystencja przypominała gęste ciasto naleśnikowe). Przyprawić wg. uznania na słono lub słodko, smażyć dosyć grube placuszki.

W każdej z wersji do placuszków można dodać warzywne dodatki – marchewkę, cebulkę, ziarna słonecznika itp. 

Smutna ciekawostka

Sama w sobie gryka jest jedną z roślin, które fatalnie znoszą tzw. chemię, tzn. obumiera ona, gdy w trakcie jej uprawy stosuje się środki chemiczne. I to byłaby świetna wiadomość, gdyby nie fakt, że polscy rolnicy stosują coś, co powoduje, że włos się jeży. Otóż jakiś czas temu jeden z czytelników bloga w komentarzu do artykułu o olejach napisał, że słyszał, że polscy rolnicy tuż przed zbiorem opryskują rzepak randapem (roundup) aby szybciej obsychał. Wydało mi się to niemożliwie, wręcz absurdalne, ale takich informacji nie można ignorować. Nie jestem zwolenniczką spiskowej teorii dziejów, ale poszperałam, poszukałam, poprosiłam mamę o potwierdzenie tej informacji u swoich lokalnych rolników. W efekcie okazuje się, że jest to najczystsza prawda i rzeczywiście do tzw. desykacji roślin czyli ich obsuszania tuż przed zbiorem w celu uzyskania niższej wilgotności, niższych strat nasion z powodu ich osypywania się i zmniejszenia nakładów na oszuszanie w Polsce powszechnie stosuje się randap! A jest to trucizna jakiej mało, fatalnie wpływająca na układ rozrodczy, krwionośny i immunologiczny, powodująca udowodnione negatywne działanie na węzły chłonne (guzy) i wady rozwojowe u ludzi.

niektórych krajach unijnych randap jest już całkowicie zakazany. Nasi jednak rodzimi rolnicy czy to z niewiedzy czy bezstroski stosują go masowo do spryskiwania roślin, które my potem jemy. Wystarczy wygooglować sobie tę informację i poczytać na różnych forach rolniczych jak powszechna jest to praktyka. I niestety dotyczy to nie tylko rzepaku (przestałam używać oleju rzepakowego) ale i właśnie gryki a nawet prosa (kasza jaglana). Cóż więc z tego, że gryki w czasie uprawy nie można podsypywać „chemią”, skoro tuż przed zbiorem się ją spryskuje randapem :-(.

W efekcie od dawna nie kupuję już ani kaszy jaglanej ani gryczanej innej niż bio.  

 

Share on Myspace

Dział: Pod lupą
poniedziałek, 29 luty 2016 00:00

Ile posiłków jeść? 

 

Dłuższy czas nic nie pisałam, bo przebywałam w tzw. odosobnieniu medytacyjnym a konkretnie byłam na 10-dniowym kursie Vipassany. Dla tych którzy nie wiedzą co to podaję link, pod którym można poczytać więcej - http://www.pallava.dhamma.org. Przeżycie niezwykłe i oświecające, ale nie o tym ma być wpis. Otóż w czasie kursu spożywa się zasadniczo dwa wegetariańskie posiłki – śniadanie o 6.30 i obiad o godz. 11. O 17 można zjeść jeszcze jabłko. To jest z góry wiadome, zapisane w regulaminie i wiem, że stanowi dla wielu osób barierę nie do pokonania, nie mniejszą niż konieczność zachowania całkowitego milczenia w czasie kursu.

Tymczasem jedzenie standardowo trzech posiłków dziennie (a czasem i czterech lub pięciu jak błędnie zalecają niektórzy dietetycy) to stosunkowo nowy wymysł. Zwykle w historii człowiek jadł wtedy kiedy jedzenie było, a że było o nie znacząco trudniej niż obecnie – czasem raz dziennie to był spory sukces.

Obecnie w dobie nadmiaru i konsumpcjonizmu im więcej i częściej zjemy tym więcej się sprzeda. Jest to więc stan społecznie pożądany, abyśmy się opychali. Stąd przykładowo standardowa porcja w restauracji jest znacząco zawyżona w stosunku do wielkości żołądka normalnej osoby. A jeśli dostaniemy małą porcję to zamiast się cieszyć, że się nie przejemy zwykle jesteśmy oburzeni, że porcje takie małe a takie drogie. Najlepiej żeby było dużo i tanio. Brrrr. Stąd również popularność w Stanach miejsc typu eat-as-you-can (zjedz ile możesz) bez ograniczeń ilościowych po wykupieniu „wjazdu” do takiego miejsca. I dlatego amerykańskie społeczeństwo tak wygląda jak wygląda.

Gdy złączymy dłonie jakbyśmy chcieli nabrać w nie wody otrzymamy wielkość żołądka zdrowego człowieka.

Kurs Vipassany to praca z nawykowymi zachowaniami umysłu. Z pewnością jednym z takich nawyków jest przywiązanie do kolacji :-), bez której po prostu nie wypada. I jak obserwowałam mechanizm był taki. Przez pierwsze 2-3 dni niektóre z kobiet, z którymi byłam na kursie (obowiązuje separacja płci) nakładały sobie gigantyczne porcje na śniadanie i na obiad a czasem i dokładkę. Były nawet takie osoby, które jadły dosłownie dwa obiady, tak aby tę ominiętą kolację zjeść po prostu wcześniej. Tyle, że potem nie medytuje się dobrze. Niczego się dobrze nie robi. Taka ilość wrzuconego do żołądka jedzenia, nawet wegetariańskiego, powoduje, że cała energia jest kierowana właśnie tam, żeby jakoś zaradzić temu barbarzyństwu ;-). Przyznam szczerze, że drugiego dnia moja porcja obiadowa była ciut za duża, co spowodowała, że tuż po posiłku zrobiło mi się bardzo zimno. No tak – pomyślałam – cała energia odpłynęła do żołądka, nie starcza na grzanie.

Ale już po pierwszych dniach porcje zmalały, wróciły do normalnych rozmiarów, a potem zaczęły jeszcze maleć. Nikt już nie jadł na zapas. Trudno mi wypowiadać się za innych, ale wychodzi na to, że bez kolacji można żyć i to całkiem nieźle, a głodu po kilku dniach nie ma lub się go akceptuje.

Post lub ograniczenie jedzenia były od zawsze stosowane do wspomagania różnego rodzaju praktyk duchowych. Na odosobnieniu medytacyjnym jest to uzasadnione, ale czy w normalnym życiu brak kolacji jest potrzebny i wskazany?

Mój mąż, który na kursie Vipassany był 2 lata temu od tamtej pory nie wrócił już do trzeciego posiłku. Je owoc ok. godz. 17. Przy okazji schudł, przedtem był szczupły, teraz jest bardzo szczupły. Trochę zaraził mnie tym nawykiem, z tym że ja prostu jem lekką kolację (np. zupę) o 17. Czyli de facto mam trzy posiłki dziennie, ale ten trzeci jest symboliczny i bardzo wcześnie. Uważam, że jest to dla mnie system optymalny. Ale nawet normalna kolacja zjedzona nie później niż o 17-18 też będzie dobrym rozwiązaniem. O ile ktoś nie jest dzieckiem, nie jest osłabiony, wychudzony i niedoborowy powinien spróbować zrezygnować z kolacji lub znacznie ją ograniczyć i nie jeść później niż o 17-18. Efekty będą spektakularne – więcej energii, lepsze trawienie, większa jasność umysłu a przy okazji łagodny i stały spadek wagi o ile ktoś ma nadwagę.

Share on Myspace

Dział: Ogólne
środa, 27 styczeń 2016 00:00

Zdrowe, niezdrowe? Jeść, nie jeść? A co mówią badania?

Kontynuując rozpoczęty niedawno w tym artykule wątek ciągle nowych „odkryć” i „rewelacji” w dietetyce, dziś chciałam napisać kilka słów na temat badań naukowych w dietetyce i naukach o zdrowiu.

Tytułem wstępu

O Thomasie Youngu zwykło się mówić, że był ostatnim człowiekiem, który wiedział wszystko. Ten wszechstronny uczony (fizyk, filozof, lekarz) żył na przełomie XVIII i XIX w. i był chodzącą encyklopedią, tzn. posiadał wiedzę na każdy temat w zakresie tego co ówczesna cywilizacja za swój dorobek wiedzy uznawała.  Potem nastąpił taki turbowzrost naszego poznania prawd rządzących światem, że „wiedzieć wszystko” przestało być możliwe nawet w przypadku geniuszy i weszliśmy w czasy specjalizacji, która z czasem przeszła w wąskie specjalizacje a współcześnie ma tendencje do przechodzenia w absurdalnie wąskie specjalizacje (lekarz od prawego oka, lekarz od lewego oka ;-)).

Obecnie ilość informacji jakie są dostępne (pod naszymi palcami :-)) jest przeogromna. Jednak pojawił się nowy problem. Internet z całym swoim dobrodziejstwem ma również tę podstawową wadę, że każdy może w nim napisać wszystko i konia z rzędem temu, kto dotrze czy to prawda czy stek bzdur. Stare dobre czasy, gdy po sprawdzoną wiedzę sięgało się do encyklopedii jako do źródła zaufanego i pewnego odeszły w niepamięć, teraz o wszystko pytamy „doktora Googla”, który czasem niegłupio mówi, ale czasem plecie trzy po trzy. W konsekwencji żyjemy w epoce ogromnej niepewności na każdym polu: komu ufać, kto mówi prawdę a kto nie, szczególnie, że w Internecie w zasadzie można spotkać opinie skrajnie przeciwne na dowolny wręcz temat. Do tego dochodzi oczywiście smutna świadomość, iż wszyscy jesteśmy celami sprzedażowymi niczym tarcze strzelnicze i firmy nie zawahają się zrobić wszystkiego, aby nakłonić nas do sięgnięcia po ich produkty, uciekając się przy tym do coraz bardziej wyrafinowanych (czytaj: perfidnych) form perswazji (czytaj: manipulacji) w formie zawoalowanej np. w doradztwo specjalistyczne czy pozytywne komentarze „zwykłych” użytkowników na forach itp. Patrząc na problem z góry, jest on częścią ogólnie zauważalnej niepewności w dzisiejszym świecie i odczuwalnej utraty oparcia w wartościach i autorytetach, świecie, w którym jedyną pewną rzeczą jest to, że nic nie jest pewne.

W dzisiejszym świecie jedyną pewną rzeczą jest to, że nic nie jest pewne.

I być może stąd bierze się powszechne zachłyśnięcie hasłem „badania naukowe potwierdziły”; może to wyraz naszego głębokiego, wewnętrznego pragnienia aby coś na tym świecie było rzeczywiście potwierdzone, jasne i stabilne? A to miałaby nam zapewnić bezstronna i obiektywna nauka :-).

Pamiętam jak napisałam artykuł o szkodliwości kuchenki mikrofalowej (tutaj) i podniósł się i na Facebooku i w prywatnej do mnie korespondencji wielki raban, że nie ma badań naukowych na ten temat, więc to bzdura. No cóż, skoro Wikipedia podaje, że brak badań na ten temat to przecież tak musi być ;-)

Jak łatwo napisać „brak badań” i zdyskredytować cały koncept. Tymczasem oczywiście badania istnieją i były publikowane m.in. w – bagatela – czasopiśmie „The Lancet” (dla niezorientowanych jest to szpica i bodaj najbardziej prestiżowe czasopismo medyczne na świecie). Wystarczy jednak napisać „brak badań” i wszyscy jak baranki będą to powtarzać. Jak pisał Caldini reguła autorytetu to jedna z podstawowych zasad wpływu społecznego, w tym przypadku autorytetem są bliżej nie sprecyzowani naukowcy, którzy jakieś badania prowadzili, ale nie wykazały one szkodliwości. Zaraz, zaraz ….. tylko czy zwrot „brak badań naukowych” = „badania były robione i nic nie wykazały” czy może raczej „nikt badań nie robił”?!

Dzisiejszy artykuł uważam za ważny dla zachowania zdrowego rozsądku w staraniach o zdrowe, zrównoważone życie. Nie może bowiem być tak, że jeśli badań naukowych brak to „hulaj dusza, piekła nie ma” a z drugiej strony do badań naukowych trzeba podchodzić z rezerwą, ostrożnością i nigdy, przenigdy nie wyłączać myślenia. W momencie gdy przestaniesz dociekać i kwestionować jesteś zgubiony. Pamiętaj, tylko kwestionując wszystko możesz rozpoznać to co niekwestionowalne :-).

.

„Zdobycze” nauki

Czym grozi wyłączenie myślenia i intuicji? Przypomina mi się historia, którą słyszałam kilka lat temu o mężczyźnie, który włączył GPS, zdał się całkowicie na niego i utonął w jeziorze, po tym jak GPS skierował tam jego auto.

Osobiście irytują mnie ludzie gloryfikujący zdobycze współczesnej wiedzy i bezrefleksyjnie podchodzący do nich, szczególnie jeśli wyśmiewają „szarlatanerię” tj. wszystko to z czym nauka współczesna sobie nie radzi, tzn. nie jest w stanie znaleźć dla tego wyjaśnienia.

Pamiętam jak kilka lat temu współczesna nauka potwierdziła istnienie kanałów energetycznych w ciele człowieka, które rzeczywiście pokrywają się z tym co już kilka tys. lat temu nazwano czakrami. Czy to nie jest śmieszne, że po kilku tysiącach lat nauka potwierdziła wreszcie to, co było wiadomo od dawna? I co teraz na to ci, u których na słowo „czakra” pojawiał się litościwy i ironiczny uśmieszek pod nosem?

O nauce ogólnie słów kilka

Zanim przejdę do zasadniczego tematu tego artykułu, czyli dlaczego „badania naukowe” w naukach o odżywianiu są - eufemistycznie rzecz ujmując – mało miarodajne, przedstawię jeszcze kilka moich ogólnych spostrzeżeń nt. nauki w ogólności.

Po pierwsze – od tego trzeba zacząć - sama nauka jest często definiowana jako skuteczna metoda ograniczania fałszywej wiedzy o rzeczywistości. A z tego wniosek, że naukowcy posługują się permanentnie i świadomie prawdami tymczasowymi, obowiązującymi tylko, dopóki nie zostaną obalone.

Po drugie – nauka jest prawie zawsze na usługach tych co badania finansują lub na wynikach badań budują tzw. własny dorobek naukowy. Pamiętam jak w wieku 14 lat przeczytałam głośną książkę „Zakazana archeologia”. Nie wnikając w treść tej pozycji, po raz pierwszy dotarło wtedy do mnie bardzo boleśnie to, że najwspanialsze odkrycia naukowe są sztucznie wyciszane, wyśmiewane i zagłuszane jeśli nie pasują do współczesnej koncepcji „wiedzy” w danej dziedzinie lub zagrażają aktualnym autorytetom.

Bo skoro rzesza uczonych zbudowała swój autorytet naukowy od doktoratu do habilitacji czy profesury twierdząc „X”, to młody naukowiec, który przyjdzie i wykaże, że nie „X” tylko „Y” stanie się automatycznie wrogiem numer 1 „naukowego” establishmentu, bo z punktu widzenia okopanych na swoich pozycjach „naukowców” żyjących ze swoich odkryć, stanowi potworne zagrożenie dla ich pozycji i źródeł utrzymania. Nikt nie lubi gdy mu się wytknie, że się pomylił i nikt nie lubi spadać z piedestału :-). I środowisko naukowe nie jest tutaj żadnym wyjątkiem. Gdy się to zrozumie, dużo łatwiej będzie zaakceptować, że część niezwykle ważnych odkryć naukowych do tzw. powszechnej świadomości w ogóle nie trafia.

Pomiędzy światem nauki przez duże „N” a naszym zwykłym światem odbiorców głodnych wiedzy ;-) jest ogromna przepaść. Mało kto czyta teksty źródłowe z badań (może co najwyżej w swojej dziedzinie) zwykle korzystamy z przerobionych, uproszczonych i zinterpretowanych informacji na portalach informacyjnych. Kilka razy sięgnęłam do badań źródłowych, a że mam, że tak powiem warsztat naukowca, wiem jak się badania naukowe robi i sama je robiłam, choć w innej dziedzinie niż odżywianie – bardzo wyraźnie dostrzegłam przekręcenia i nieuprawnione nadinterpretacje tych co owe artykuliki pisali. Stąd też bawią mnie „obrońcy twardej nauki” czepiający się kurczowo XIX-wiecznego konceptu mędrca szkiełka i oka w sytuacji gdy pierwsza liga naukowców na świecie już od dawna jest na poziomie sterowania materią przez świadomość i leczenia energetycznego a fizyka newtonowska wydaje się powoli odchodzić do lamusa.  

Specyfika badań naukowych w zakresie zdrowia i dietetyki

Wszelkie badania na temat wpływu odżywiania i stylu życia na zdrowie są z natury rzeczy „miękkie” i nie muszą być bezwzględnie powtarzalne. Jeśli zrzucimy książkę ze stołu 100 razy z rzędu, 100 razy z rzędu spadnie na podłogę.

Jeśli będziemy się fatalnie żywić przez 100 dni a do tego palić 2 paczki papierosów dziennie możemy zachorować na raka, ale …. wcale nie musimy.

Jest to już bowiem dużo bardziej skomplikowane i zależne od wielu dodatkowych czynników, w tym – o czym się coraz częściej mówi – naszych przekonań na temat tego, czy jest to dla nas szkodliwe czy nie.

W eksperymencie idealnym badacz po pierwsze zna wszystkie zmienne, a pod drugie nie jest ich zbyt dużo. Sprawdza różne kombinacje zmiennych i skutków jakie wywołują i dochodzi do wniosków.

Przy odżywianiu jest to całkowicie niemożliwe. Zmiennych w przypadku czynników wpływających na zdrowie i samopoczucie człowieka jest tyle, że nawet nie da się ich wszystkich wymienić. A sposób odżywiania będzie tylko jedną zmienną, ważną, ale nie jedyną. Skoro więc ktoś odżywia się prawidłowo, ale przykładowo ma wrodzoną słabą konstytucję, silnie się stresuje, przeszedł w przeszłości poważne choroby, śpi na cieku wodnym, ma pleśń w domu, żyje pod stałym napromieniowaniem, nie dosypia, używa kancerogennej „chemii”, mieszka w zatrutym środowisku itp. itd. – samo zdrowe odżywianie nie wystarczy dla zdrowia.

Zatem wszelkie badania typu „100 kobiet przez 100 dni nie jadło mięsa a drugie 100 jadło i te co nie jadły miały więcej energii i lepiej się czuły” jest z gruntu rzeczy ogromnym uproszczeniem i nie da się powiedzieć kategorycznie, że to właśnie mięso a nie inne czynniki czy to aktualnie występujące, czy takie które wystąpiły w przeszłości, czy to wreszcie nastawienie kobiet, zadecydowały o wynikach.

Dlatego przy odżywianiu nigdy nie będzie dowodów bezwzględnych.

Korelacja czy przyczynowość

Z tego powodu rzetelny naukowiec powie raczej o korelacji niż przyczynowości w naukach o żywieniu. Oznacza to np., że widać korelację (związek) pomiędzy brakiem spożywania produktów mlecznych przez Azjatów a niższym poziomem zachorowań na raka piersi wśród Azjatek. Czy to jednak oznacza, że produkty mleczne są przyczyną zachorowań na raka? Nie, tego powiedzieć nie można, bo być może zupełnie coś innego zadecydowało o tych statystykach. Ale taka korelacja może już stanowić podstawę do dokonania własnych wyborów przez kobietę, u której zdiagnozowano raka piersi. Niemniej niektóre korelacje są tak oczywiste, że można pokusić się o sformułowanie stwierdzeń, graniczących z pewnością, jak np. to, że palenie papierosów jest szkodliwe.

Ale mimo to jeden będzie palił i pił przez całe życie i umrze śmiercią naturalną w wieku 96 lat a drugi żyjąc zdrowo przedwcześnie umrze na nowotwór. Bowiem ilość czynników dodatkowych (w tym nastawienia psychicznego) jest tak duża i istotna, że może przeważyć nad samym zdrowym odżywianiem. Nie na darmo mówi się, że jak się pacjent zaprze i chce żyć to i medycyna jest bezradna :-). Z drugiej strony czy to oznacza, że możemy żywić się dowolnie, bo mało od nas zależy? Oczywiście nie. W absolutnej większości przypadków nasz styl życia będzie przybliżał lub oddalał nas od zdrowiaWszystko co robimy właściwym odżywianiem i stylem życia jest inwestycją w siebie i świadomym zwiększeniem swoich szans na zdrowe życie, nikt nam jednak żadnej gwarancji zdrowia nie da. Rób więc to co do Ciebie należy, ale oderwij się od efektu końcowego, który nie do końca jest zależny od Ciebie, o czym szerzej pisałam w tym artykule.

Jestem wielką zwolenniczką przenoszenia do nauk o odżywianiu sprawdzonych metod z innych dziedzin nauki a konkretnie metody introspekcji, rozumianej jako wgląd w siebie i obserwację :-). Badania, badaniami, ale jeśli czujemy, że po jakimś produkcie czujemy się źle a po innym dobrze to raczej to niech będzie dla nas wskazówką. To co naturalnie występuje w przyrodzie w pewnej formie prawie zawsze będzie lepsze niż produkty produkty wysoko przetworzone (żywność gotowa) czy skondensowane (np. oleje, soki). Ot, cała filozofia.

Finansowanie badań

Nawet jeśli przyjąć, że wszystkie badania są prowadzone rzetelnie i bezstronnie (co nie jest prawdą) trzeba mieć na uwadze jeszcze jedną rzecz. Mianowicie badania naukowe leków chemicznych kosztują miliardy dolarów i trwają latami. Firma inwestuje w te badania, bo później zwrócą się one w sprzedaży opatentowanego leku.

Tyle, że marchewki, granatu, brokułów, imbiru itp. nikt nie opatentuje, zatem nikomu nie zależy na prowadzeniu poważnych badań naukowych na temat wpływu roślin naturalnych na nasze zdrowie, bo to kosztuje a zarobić się na tym nie da jak na lekarstwach.

Udowodnione działanie niektórych pokarmów jest raczej uprawdopodobnione w ten sposób, że zauważono znaczną korelację i poprawę stanu zdrowia.

Miejmy więc świadomość, że stwierdzenie „brak badań naukowych” nie oznacza, że coś nie działa a jedynie to, że najprawdopodobniej nikt nie był zainteresowany przeprowadzeniem badań ze względów finansowych. Czy coś działa czy nie, najszybciej wypróbujecie na sobie. Sprawdź, jeśli zadziała po prostu będziesz to wiedzieć i nie będziesz potrzebował podwójnie ślepych prób by uwierzyć :-)

Wiedząc o tym, że nauka operuje prawdami tymczasowymi, dodatkowo często zniekształconymi przez interpretację lub wręcz zmanipulowanymi, nie ufajmy bezkrytycznie doniesieniom prasowym, ale też nie zamykajmy na nie całkowicie oczu. Gdzieś w tym wszystkim trzeba się jakoś rozsądnie odnaleźć nie popadając w skrajności i dogmatyzm, czego Wam z całego serca życzę.

 

Share on Myspace

Dział: Ogólne
poniedziałek, 28 wrzesień 2015 00:00

Zakwaszony żołądek – fundamentalna zasada dobrego zdrowia

Żołądek jako przyczyna wielu chorób, których nigdy z żołądkiem byś nie powiązał

 

W tym artykule opisywałam przypadek obniżonej wchłanialności składników odżywczych ze względu na zakażenie pasożytnicze. Drugą niezwykle częstą przyczyną złego wchłaniania jest niedokwaszony żołądek. Ta sprawa jest fundamentalna dla zdrowia, a piszę o niej dziś nie bez przyczyny.

Kilka dni temu bowiem doradzałam komuś z nadczynnością tarczycy wykonanie testu zakwaszenia żołądka. W przełożeniu na TCM nadczynność tarczycy najczęściej jest związana z niedoborem yin.  Niedobór yin to niedobór substancji, więc „na nasze” braki w organizmie. Jeśli osoba dobrze się odżywia i dba o to, co kładzie na talerz – a tak było w tym przypadku – podejrzenie pada na wchłanianie.

 

pH żołądka

Idealne pH naszego żołądka to 1-2,5. Kwas solny w żołądku ma za zadanie rozpuścić i strawić wszystko to co się tam dostanie. Na skutek wrodzonych predyspozycji (rzadko) i złej diety (najczęściej) poziom pH w żołądku rośnie i może przekraczać wskazane wyżej optymalne wielkości. I co się dzieje wtedy? Katastrofa. Ale o tym w szczegółach dalej.

Z węglowodanami i tłuszczami żołądek jeszcze  dać sobie radę, gdyż są one mówiąc w dużym uproszczeniu - stosunkowo lekkostrawne.

 

Trawienie białek

Problem zaczyna się przy białkach. Są one trudne do strawienia i wymagają dobrej pracy żołądka, tzn. dobrego jego zakwaszenia. A przecież białko to nie tylko mięso, ale i strączkowe, warzywa, zboża czy przetwory mleczne. Białka to najważniejsze elementy budulcowe wszystkich organizmów żywych. Są to wielkocząsteczkowe związki organiczne, w znacznej części zbudowane z aminokwasów. W uproszczeniu i dla lepszego zobrazowania – białka są często przedstawiane jako sznur korali, zaś aminokwasy jako poszczególne koraliki o różnej wielkości, kształtach i kolorach.

W procesie trawienia białka muszą być porozdzielane na pojedyncze aminokwasy, a dzieje się tak tylko pod wpływem kwasu solnego, pepsyny i innych substancji znajdujących się w odpowiednio zakwaszonym żołądku. Znamy 20 aminokwasów biogennych (czyli tych, z których zbudowane sa organizmy żywe). Spośród tych 20, 8 jest uważanych za aminokwasy niezbędne dla organizmu człowieka. Są to tzw. aminokwasy egzogenne, które muszą być człowiekowi dostarczone z pożywieniem, bo nasz organizm nie potrafi ich wytworzyć.*

 

Niestrawione białka a choroby

Te niezbędne dla naszego zdrowia aminokwasy wytworzą się tylko w dobrze zakwaszonym żołądku. Niedokwaszony żołądek oznacza, że nie będziemy mogli ich uzyskać czyli de facto poważne braki zagrażające naszemu zdrowiu. To z aminokwasów bowiem nasz organizm tworzy enzymy, hormony i inne substancje, co prowadzi nas wprost do konkluzji, że brak przyswajania pewnych aminokwasów ze względu na zbyt duże ph żołądka może prowadzić do problemów np. z hormonami

Taka np. insulina jest zbudowana z 21 aminokwasów w jednym łańcuchu i 30 w drugim!. Myślicie, że brak tylko jednego z tych aminokwasów będzie oznaczać, że insulina będzie słabsza czy też wolniej działać? Nie. Brak chociażby jednego aminokwasu będzie oznaczać, że insuliny po prostu nie będzie! 

Stąd prosty wniosek, że wszelkie choroby o podłożu hormonalnym mogą mieć początek w niedokwaszeniu żołądka i nieprzyswajaniu białek. Czy każda choroba związana z hormonami ma takie podłoże? Oczywiście, nie. Pewnie bywają i inne przyczyny.

Ale jest to zbyt ważny i istotny trop, żeby go zignorować. Tylko, że o zbadaniu poziomu zakwaszenia żołądka jako możliwej przyczynie choroby żaden, albo prawie żaden lekarz pacjentowi nie powie. Standardowe leczenie jest jak zwykle objawowe, albo przyjmuje się sztucznie hormony, albo – np. w przypadku nadczynności tarczycy – wypala, wycina, naświetla. Każde z tych działań jest drastyczne i nienaturalne oraz powoduje, że do końca życia jesteśmy uzależnieni od przemysłu farmaceutycznego (brrr.)

Nikt się nie pochyli nad zbadaniem przyczyn choroby. Rola świadomego pacjenta, cierpiącego na dowolną chorobę o charakterze przewlekłym to iście detektywistyczna praca, polegająca na szukaniu na własną rękę możliwych przyczyn choroby i ich usunięciu. W tej detektywistycznej pracy zbadanie swojego pH żołądka to jeden z pierwszych kroków, szczególnie, że jest to procedura stosunkowo łatwa (o czym dalej).

 

To jednak nie koniec

Wyobraźcie sobie kubeł z kwasem solnym i kawałek mięsa, który do niego wrzucacie. Co się dzieje? Mięso jest trawione, rozpada się i znika. Dodajcie teraz o proszku zasadowego do kwasu solnego i ponownie wrzućcie mięso. Albo nie dzieje się nic, albo mięso nie rozkłada się do końca. Niestrawione białko dostaje się do dwunastnicy i do jelita cienkiego i tam zaczyna gnić. Proces gnilny w jelitach to pożywka dla pasożytów wszelakiego rodzaju i kolejne poważne konsekwencje zdrowotne, takie jak spadek odporności, alergie a nawet nowotwory.

Co więcej, nie do końca strawione białko dostaje się w procesie wchłaniania do krwioobiegu a organizm traktuje je jako intruza, z którym trzeba walczyć. I nasz układ immunologiczny z takimi niestrawionymi białkami walczy, czego efektem może być alergia, egzema, astma, reumatoidalne zapalenie stawów i mnóstwo innych tzw. chorób degeneracyjnych. Jak widzicie lista potencjalnych chorób związanych z niedokwaszonym żołądkiem się powiększa.

Nieprawdopodobnie wielka ilość chorób autoimmunologicznych ale i innych tzw. cywilizacyjnych ma swoje podłoże w niedokwaszonym żołądku!

De facto każda choroba może mieć początek w niedokwaszonym żołądku!

Spektrum chorób wynikających z niedokwaszonego żołądka jest ogromne, od depresji (brak wydzielania serotoniny ze względu na niewchłanianie odpowiednich aminokwasów), poprzez bezsenność (brak wytwarzania melatoniny ze względu na niewchłanianie odpowiednich aminokwasów), anemię (brak wchłaniania żelaza) na zawale serca kończąc (wysoki poziom homocysteiny, wiązanej bezpośrednio z zawałami – o tym pisałam tu, na skutek braku przyswajania witaminy B12, B6 i kwasu foliowego w związku z niewytworzeniem odpowiednim aminokwasów). Notabene, ciekawa jestem, ile osób, które przeszło na dietę bezglutenową (mimo, iż nie chorują na celiakię), twierdząc, że bez glutenu lepiej się czują, ma po prostu niedokwaszony żołądek (gluten to przecież ciężkostrawne białko, które niestrawione może wywoływać objawy alergii).

 

Neutralizowanie kwasów żołądkowych czyli paranoja w czystej postaci

Większość ludzi choć raz w życiu miała zgagę nawet jeśli nie cierpi na chorobę refluksową. Zgaga to nieprzyjemne pieczenie w przełyku, wrażenie cofania się treści pokarmowej z żołądka w górę. I tak jest w rzeczywistości. Ze względu na fatalną dietę większości ludzi, problem zgagi jest dziś powszechny.

Co się wtedy standardowo robi? Zobojętnia kwasy żołądkowe zasadowymi proszkami i specyfikami typu Rennie. I pieczenia nie czuć.

Jest to działanie dokładnie odwrotne od tego jakie powinniśmy wykonać i skandalem jest to, że w reklamach za zgagę wini się „nadkwasotę”. Nic bardziej mylnego.Ale po kolei.

Pomiędzy żołądkiem a przełykiem znajduje się zawór (zdjęcie obok). Zawór ma z jednej strony przepuścić treść z przełyku do żołądka, z drugiej zaś – chronić przełyk przed wydostaniem się czegokolwiek z powrotem do przełyku. Zgaga (choroba refluksowa) polega na tym, że ów zwieracz się luzuje i soki z żołądka chlapią w górę na przełyk. A ponieważ przełyk nie jest przystosowany do spotkania z kwasem solnym – odczuwamy to jako pieczenie (wypalanie). I uwaga: im bardziej zakwaszony żołądek, tym mocniej zaciska się zwieracz. Im pH wyższe tym zwieracz bardziej się poluzowuje. Co to oznacza? Proszek zasadowy wpuszczony do żołądka jeszcze bardziej poluzowuje zwieracz i z żołądka na przełyk chlapie coraz bardziej tyle, że treścią o wyższym pH, której nie czujemy. Znów więc działamy tylko na przyczynę, pogłębiając problem. Przy zgadze, bardzo często wystarczy zakwasić żołądek aby się jej pozbyć, bo zwieracz mocniej się ściśnie. Popularne środki „przeciw zgadze” mogą nam doszczętnie zrujnować zdrowie, doprowadzając do pH w żołądku bliskiemu 5  czy nawet 7, a to już bardzo poważna sprawa.  

 

Jak sprawdzić poziom zakwaszenia żołądka

Profesjonalne sprawdzenie poziomu zakwaszenia może być wykonane u gastrologa. W warunkach domowych wystarczy procedura podana poniżej, która ma blisko 96% dokładność.

Bierzemy pół łyżeczki sody oczyszczonej i lejemy na nią odrobinę octu jabłkowego domowego lub kupnego wysokiej jakości. Powinna się intensywnie pienić, jeśli piany nie ma oznacza to, że soda jest stara i straciła swoje właściwości; trzeba ją wyrzucić i kupić nową.

Następnie w 150 ml. wody rozpuszczamy łyżeczkę aktywnej sody oczyszczonej (w przypadku dzieci – pół łyżeczki) - nie tej zmieszanej z octem tylko świeżej, bierzemy stoper do ręki i pijemy tę mieszankę na czczo. Po wypiciu włączamy stoper i sprawdzamy kiedy nam się odbije (beknie). Soda w połączeniu z kwasem solnym wytwarza dwutlenek węgla, stąd odbicie. Jeśli stężenie kwasu solnego będzie niewystarczające odbicie nastąpi późno lub wcale.

Czasy „odbicia”

  • do 40 sekund po wypiciu: nadkwasota (im bliżej 40 sekund tym mniejsza)
  • 40- 90 sekund po wypiciu: dobre zakwaszenie
  • 90-180 sekund po wypiciu: słabe zakwaszenie (im bliżej 180 sekund tym gorzej)
  • powyżej 180 sekund lub wcale – bardzo źle

 

Jak zakwasić żołądek

Jeśli zakwaszenie naszego żołądka jest słabe należy stosować następujące zasady:

  • 15 min. przed posiłkiem wypić łyżkę octu jabłkowego rozpuszczonego w niewielkiej ilości wody
  • za wyjątkiem powyższego „zakwasacza“ nie pić 30 min. przed posiłkiem i 1,5 h. po posiłku, aby nie rozcieńczać dodatkowo kwasów i enzymów (rzadko jadam w restauracjach i na mieście, ale gdy już to się zdarzy za każdym razem kelnerki są zdziwione, że nie zamawiam napojów ani przed jedzeniem, ani po – doprawdy nie wiem dlaczego w lokalach gastronomicznych standardowo oczekuje się, że tuż przed jedzeniem rozwodnisz sobie soki żołądkowe :-))
  • żuć jedzenie do papki (wg. TCM każdy kęs powinno się przeżuć min. 20 razy) 
  • jeść powoli, nie śpiesząc się, przy stole, na siedząco, broń Boże czytając, przeglądając komórkę czy patrząc w telewizor,
  • dodawać szczyptę soli himalajskiej do wody, którą pijemy (bliżej pisałam o tym tu)
  • stosować gorzkie zioła na trawienie

Jeśli problem z zakwaszeniem jest poważny (odbicie pow. 180 sekund), warto rozważyć zakup preparatu pod nazwą betaina hcl. Jest to kwas solny i pepsyna w kapsułce, które przyjmuje się w trakcie posiłku. Sposób dawkowania warto ustalić z kimś kompetentnym, ale raczej są to spore dawki (nawet 5-6 kapsułek do posiłku, w zależności od producenta). Z czasem, gdy pH naszego żołądka się ustabilizuje – dawki będzie można coraz bardziej obniżać. 

Po zakwaszeniu żołądka w wielu przypadkach jak ręką odjął znikają objawy bardzo poważnych chorób. W moim przekonaniu w leczeniu każdej choroby przewlekłej (nowotwory nie są tu wyjątkiem) zbadanie pH żołądka i ewentualne jego obniżenie są jedną z pierwszych rzeczy jakie należy sprawdzić. Zróbcie ten test koniecznie, a wyniki mogą Was zaskoczyć.

* Do aminokwasów niezbędnych zaliczamy: lizynę, metioninę, treoninę, leucynę, izoleucynę, walinę, tryptofan i fenyloalaninę.

Share on Myspace

poniedziałek, 21 wrzesień 2015 00:00

Dieta na okres jesienny

 

Słyszałam kiedyś, że to czego najbardziej brakuje ludziom mieszkającym w strefie tropikalnej to zmiana pór roku, charakterystyczna dla naszej szerokości geograficznej. Oczywiście fajnie jest pojechać w tamte rejony o dowolnej porze roku i się wygrzać (i spocić), ale dla tubylców fakt, iż pogoda jest tam cały czas taka sama, wcale nie musi być plusem. Nasze pory roku, z których każda jest inna, są po prostu piękne, bajeczne, dają człowiekowi wymierne poczucie stałości, pewności, porządku, następstwa i skutkowości zjawisk, są wreszcie fantastyczną metaforą okresów życia ludzkiego.

Wg. medycyny chińskiej każda z pór roku wiąże się z konkretnym elementem/ przemianą. Okres, w którym teraz się znajdujemy to tzw. babie lato; rządzi nim element Ziemi, związany ze Śledzioną, czyli krótko mówiąc z układem pokarmowym. Dla układu pokarmowego idealna jest dieta ciepła, z przewagą smaków łagodnych i produktów o kolorystyce żółto-pomarańczowo-beżowej. Właśnie teraz warto o to zadbać a skutki będą dalekosiężne w postaci solidnego wzmocnienia przed trudnym okresem zimowym.

Babie lato to krótki okres, po którym wkraczamy w jesień, związaną z elementem Metalu – Płucami, czyli ogólnie układem oddechowym.

Wracając do pogody, za dnia jeszcze ciepło i przyjemnie, w nocy powietrze jest już zimne. Jak pisał klasyk medycyny chińskiej:

„Jesienią wszystko w przyrodzie  osiąga pełnię dojrzałości.

Ziarna dojrzewają i nadchodzi czas zbiorów.

Energia niebios się ochładza, podobnie jak pogoda.”

Ziemia jest jeszcze rozgrzana, dlatego od dołu możemy się ubierać ciagle letnio, ale powietrze już nie jest tak komfortowe termicznie – dlatego wg. TCM w tym okresie powinniśmy raczej chodzić w szortach i sweterku niż w długich spodniach i t-shircie. Dbamy w ten sposób o Płuca, związane z tą porą roku.

Bardzo lubię jesień (może dlatego, że jestem jesiennym dzieckiem) – sezon ponoć najmniej lubiany ze wszystkich czterech. Jesień to pora, w której powoli z pełnej aktywności lata przechodzimy do statycznej zimy. Ważne jest aby nie forsować organizmu i nie zachowywać się jesienią jak latem. W praktyce oznacza to lekkie wyhamowanie, wcześniejsze chodzenie spać, jedzenie cieplejszych pokarmów, częstsze przebywanie w domu (nie jest to absolutnie równoznaczne z zaszyciem się w domu). Jesień to czas na skupienie energii, ześrodkowanie ducha i poskromienie żądz. Koniecznie trzeba też zadbać o spokój i niepoddanie się spadkom nastroju, o które - w związku ze zmniejszoną ilością światła słonecznego i kapryśną pogodą – niezwykle łatwo. Trzeba zadbać o własny błogostan, dawać sobie czas na przyjemności, doświetlać się, regularnie ćwiczyć, szczególnie wskazane są ćwiczenia oddechowe na wzmocnienie Płuc.

Nie ma dwóch osób, które powinny się dokładnie tak samo odżywiać. Wszystko zależy od aktualnego, indywidualnego stanu organizmu. To co dla jednego będzie zbawieniem dla drugiego może mieć katastrofalne skutki (np. całkowite odstawienie mięsa w przypadku osób nadmiarowych może przynieść rewelacyjne efekty, w przypadku osób niedoborowych i osłabionych – może zdziałać więcej szkody niż pożytku).

Ponieważ jednak 98% ludzi społeczeństw zachodnich ma problemy z układem trawiennym, dobrą uniwersalną dietą na okres i babiego lata i jesieni jest dieta wzmacniająca Śledzionę. Podstawę tej diety stanowią takie produkty sezonowe jak np.  dynia, kapusta, kapusta pekińska, buraki, cebula, grzyby, ziemniaki, marchewka, cukinia, por, kalafior, orzechy, seler, pigwa. Stosujemy też produkty strączkowe, ale te drobniejsze np. soczewica, drobna fasolka, fasolka adzuki, ciecierzyca (im ziarno strączkowe jest większe tym trudniej je strawić). Oczywiście okres jesienny to również bogactwo zbóż, szczególnie kasz. Kto jeszcze nie pokochał kaszy jaglanej powinien właśnie teraz to zrobić. Warto też sięgać po żyto, jęczmień i grykę. Do diety jesiennej warto wprowadzić rozgrzewające czosnek, imbir, cynamon, goździki i aromatyczne przyprawy. Kuchnia tradycyjnej medycyny chińskiej nie wprowadza tu dla nas niczego nowego, wszak okres jesienny w Polsce niezmiennie kojarzy się z aromatycznym, grzanym winem, pieczonymi jabłkami i piernikami.

W okresie jesiennym ograniczamy lub odstawiamy owoce (których zresztą coraz mniej), szczególnie wychładzające cytrusy, a także produkty takie jak algi, trawy jęczmienne i sałaty. Jeśli jemy coś o naturze yin (chłodne) to niech będzie przyrządzone na sposób yang (np. pieczone jabłka czy gruszki).

Mądre żywienie w okresie jesiennym pomaga zachować na dłużej siły zyskane podczas lata. 

Share on Myspace

Dział: Ogólne
wtorek, 25 sierpień 2015 00:00

Sól ziemi naszej

 

 

Sól podobnie jak cukier sławę ma ostatnio złą. Całkiem błędnie. Jak to zwykle bywa istota rzeczy tkwi w dawce i jakości. Ciekawe jest to, że prawie każdy nawet najzdrowszy produkt spożywczy w nadmiarze może być toksyczny. To nas wzywa do stosowania umiaru i samoświadomości tego co robimy ze sobą i naszym ciałem.

 

Sól wg. TCM

Gruntuje, ściąga w dół (do wewnątrz i w dół), wspomaga trawienie (wydzielanie soków trawiennych), sprowadza na ziemię, pobudza działanie nerek, ochładza.

Zmiękcza stwardniałe więzły chłonne, gruczoły i mięśnie, rozbija twarde masy, jest związana z czakrą podstawy (poczucie bezpieczeństwa), a więc  wspiera doświadczanie przejrzystości, ugruntowania i ześrodkowania. Co ciekawe dodatek soli wzmacnia odczuwanie smaku słodkiego, dlatego aby potrawa wydawała się bardziej słodka warto ją doprawić szczyptą soli.

 

Jakość

Podobnie jak w przypadku innych produktów sól obecnie jest poddawana procesowi rafinacji. Mało kto zdaje sobie z tego sprawę, bo przecież „sól to sól”. Otóż nie. Sól rafinowana składa się w 99,9% z chlorku sodu, resztę stanowią substancje antyzbrylające, takie jak jodek potasu. Powszechnie stosowana sól (tzw. warzona) jest wyjałowiona z około 60-80 pierwiastków śladowych, niezbędnych nam do życia, które zawierała w sobie przed procesem rafinacji.

Być może dlatego w społeczeństwach zachodu tak dużo się soli (solą rafinowaną), ponieważ organizm domaga się tych pierwiastków a ich nie dostaje (syndrom podobny do niedożywienia osób otyłych, jedzą coraz więcej śmieciowego jedzenia, w którym brak niezbędnych składników odżywczych). Nadmierne przesalanie i dodawanie soli gdzie się da może również wskazywać na powszechny brak poczucia bezpieczeństwa we współczesnym społeczeństwie niepewności lub zmian. Łaknienie soli zwykle znika po tygodniu umiarkowanego stosowania soli nierafinowanej.

 

Uniwersalny środek oczyszczający

Sól ma fantastyczne właściwości oczyszczające organizm z toksyn, przeciwdziała zatruciom, ma właściwości alkalizujące.

Stosowana zewnętrznie w postaci kąpieli – oczyszcza i relaksuje. Warto przy tym zrezygnować z gotowych kupnych soli do kąpieli, gdyż nikt nie wie co do nich dodano. Najlepszą i najbardziej wartościową kąpielą solną będzie kąpiel z garścią soli himalajskiej i dodatkiem ulubionego olejku eterycznego.

Na temat zastosowań zdrowotnych soli pisane są książki, więc wszystkich jej potencjalnych zastosowań na pewno tu nie wymienię, wspomnę jednak jeszcze o płukaniu gardła solą – jest to jedna z najskuteczniejszych metod na ból gardła, całkowicie naturalna i tania. Wady: niesmaczna, ale do przeżycia.

Kąpiel z dodatkiem soli i sody oczyszczonej jest również wskazana przy narażeniu na promieniowanie, np. po różnego rodzaju prześwietleniach RTG, mammograficznych itp. Paul Pitchford podaje, że taka kąpiel jest stosowana przez specjalistów pracujących z promieniotwórczymi izotopami. Do wanny ciepłej wody dodaje się po 400 g soli nierafinowanej i sody oczyszczonej, przebywa się w kąpieli ok. 20 minut, po czym płucze ciało chłodną wodą. Przy prześwietleniu diagnostycznym kąpiel taką warto stosować 2x dziennie przez 3 dni.

Na poziomie psychicznym, kąpiel z solą pozwala oczyścić się po trudnych sytuacjach i odciąć energetyczne po kontaktach z toksycznymi ludźmi

Na moim stoliku nocnym leżą na stałe trzy kolorowe kryształy soli (biały, różowy i fioletowe), podarowane mi przez bliską mi osobę.

 

Nadmiar soli

Nadmiar soli jest szkodliwy gdyż prowadzi do zaburzenia subtelnej równowagi sodowo-potasowej, warunkującej dobre zdrowie(gdy w organizmie jest za dużo sodu, za mało jest potasu). Klasyczne dolegliwości związane ze zbyt dużą ilością sodu w organizmie to:

-       podwyższone ciśnienie

-       obrzęki (przy tendencjach do zatrzymywania płynów w ciele)

-       upośledzenie wchłaniania składników odżywczych

-       pozbawianie organizmu wapnia

Jesteśmy narażeni na nadmiar soli, ponieważ bardzo duża ilość produktów gotowych ją zawiera. To kolejny argument za tym, aby z takich produktów zrezygnować całkowicie na rzecz nieprzetworzonego pożywienia, które możemy sami wzbogacić niewielką ilością nierafinowanej soli dobrej jakości. 

 

Jaką sól stosować

Sól rafinowana czyli chlorek sodu NaCl plus trochę jodu (sól warzona, jodowana) to biała trucizna, po którą nie sięgamy.

Nadal bardzo modna jest sól morska – kiedyś uważana za najlepszą, przy obecnym stanie zanieczyszczenia mórz doprawdy wielką niewiadomą jest co w niej znajdziemy obok dobroczynnych minerałów. Dodatkowo widziałam kilka razy w sklepach ze zdrową żywnością piękną sól morską rafinowaną, a więc UWAGA: „morska” nie oznacza automatycznie „nierafinowana”, trzeba czytać etykiety!

Najbogatszą i najlepszą pod kątem składników jest różowa sól himalajska, która zawiera ok. 85 przyswajalnych pierwiastków niezbędnych dla zdrowia.

Z tego co widzę, staniała znacząco, ponieważ z solą tak czy siak nie należy przesadzać, myślę, że warto ją kupować, jedno opakowanie powinno starczyć na długo.

Polska sól kamienna z kopalni (Wieliczka, Kłodawa) jest naturalnym produktem nierafinowanych i choć aż tylu pierwiastków co sól himalajska nie zawiera, jest dla niej dobrą, tańszą i całkowicie naturalną alternatywą. 

 

Dawki

Sól jest już w pożywieniu. Sód będący głównym składnikiem soli znajdziemy w dużych ilościach w jajkach, owocach morza, wodorostach i mięsie i innych.

Z dawkami jak to z dawkami – nie wiemy czy są prawidłowe. Obecnie uznaje się za bezpieczną dawkę dzienną w ilości 5g. Na zdjęciu przedstawiam jaka to jest ilość.

Przyznam szczerze, że nie jestem w stanie zjeść gotowanego jajka i pokrojonego z cebulką pomidora bez soli i pewnie fundując sobie to danie od razu wyczerpuję ww. dawkę dzienną.

Z góry przepraszam panów, ale niestety u wielu mężczyzn obserwowałam i obserwuję zjawisko, które z jednej strony mnie bawi a z drugiej jednak przeraża. Otóż pan taki dostając do konsumpcji zupę (np. ugotowaną przez małżonkę, albo w lokalu gastronomicznym) nie kosztując jej wcale, przed przystąpieniem do jedzenia sięga po solniczkę i obficie nią wymachuje nad talerzem. Po tym rytuale zaczyna nabierać zupę łyżką i jeść. Zawsze się wtedy zastanawiam „A co jeśli zupa już była za słona?”. „Albo idealnie dosolona?”

Uwaga: gdy stosujemy sól gruboziarnistą, łyżeczka soli gruboziarnistej to nie to samo co łyżeczka soli drobnoziarnistej. Z łyżeczki soli gruboziarnistej po zmieleniu wychodzi znacznie więcej soli.

 

„Domowy” napój izotoniczny

Osoby intensywnie trenujące sport (do których nie należę, ale mam takie w rodzinie) wiedzą doskonale co się dzieje z organizmem po mniej więcej 1-1,5 h intensywnego wysiłku fizycznego. Dostępne gotowe napoje izotoniczne to chodząca tablica Mendelejewa, świństwo, którego nawet wrogowi żal podać. Z chemicznego punktu widzenia napój izotoniczny to woda, glukoza i minerały, można go w prosty sposób zrobić na poczekaniu.

Przepis na prosty napój izotoniczny (1 szklanka):

Dobrej jakości woda + odrobinę słodu (łyżeczka miodu, 1/3 szklanki odrobina świeżo wyciśniętego soku owocowego) + 1-2 szczypty dobrej jakości soli.

Przy okazji innego postu pisałam, że pijąc wodę w upały warto do niej dodać szczyptę soli himalajskiej, będzie niewyczuwalna, a dostarczymy sobie niezbędnych minerałów.

 

Kiedy wykluczyć sól

Sól powinno się wykluczyć całkowicie w przypadku chorób nowotworowych. W czasie praktyki klinicznej Maxa Gersona zauważył on, że guzy i zmiany nowotworowe maleją wraz ze zwiększeniem dawki potasu i zmniejszeniem dawki sodu.  Zbiega się to z założeniami tradycyjnej medycyny chińskiej, która nowotwory zwykle definiuje jako połączenie wilgoci (której powstawaniu właśnie nadmiar soli sprzyja) oraz toksyn.

W trakcie choroby nowotworowej warto całkowicie zrezygnować z soli (sól jest obecna naturalnie w wielu pokarmach) ale nie unikać wodorostów (np. słony kelp). Miso i sos sojowy, jako bardzo słone, również lepiej wykluczyć.

 

Podsumowanie
  1. Kupujmy sól nierafinowaną bez dodatków (himalajską, kamienną, ew. morską)
  2. Tanią sól warzoną można kupować do celów gospodarczych (np. namoczenia spalonej patelni, posypywania oblodzonego podjazdu itp.)
  3. Używajmy soli w sposób zrównoważony, pamiętając, że sól powinna wzbogacać smak potrawy a nie w niej dominować. Jeśli wyczuwamy, że potrawa jest słona – to źle.
  4. W trakcie choroby nowotworowej rozsądnie jest zrezygnować z dodawania soli do potraw całkowicie.
Share on Myspace
Dział: Pod lupą
poniedziałek, 10 sierpień 2015 00:00

Chcesz schudnąć? Przestań liczyć kalorie

Dietetyka polska nigdy nie stała na wysokim poziomie (oczywiście zawsze są pozytywne wyjątki) dlatego nawet mnie specjalnie nie dziwi, gdy wielu „specjalistów od żywienia” prawi mądrości żywcem sprzed 30-40 lat, ignorując całkowicie postęp w wiedzy na temat wpływu odżywiania na zdrowie człowieka i ważne badania w tym zakresie. Jeden z takich przedpotopowych dogmatów odnosi się do kalorii i kaloryczności pożywienia jako głównej kwestii wpływającej na to jak wyglądamy i się czujemy.

Co to jest kaloria?

Kaloria to jednostka ciepła wytwarzana podczas spalania pokarmu. Pierwotna jej definicja odnosiła się do ilości ciepła potrzebnej do podgrzania pod ciśnieniem 1 atmosfery 1 g czystej chemicznie wody o 1 ° C od 14,5 ° C do 15,5° C. W skrócie określenie ilości kalorii w produktach żywnościowych ma wyrażać ilość energii, którą przeciętnie przyswaja ludzki organizm przy spożyciu takiego produktu. Przyjmujemy za dużo energii niż jej wydatkujemy – odkłada się ona w postaci tłuszczyku, przyjmujemy za mało – chudniemy.

W dobie dominacji „mędrca szkiełka i oka” przekonanie, że kaloria to kaloria bez względu na to z jakiego pożywienia ją czerpiemy dominowała i niestety jeszcze powszechnie dominuje. „Bo takie są prawa fizyki”. No ale w międzyczasie już wiemy, że prawa fizyki nie zawsze się sprawdzają (vide fizyka kwantowa), tak więc czas spojrzeć prawdzie w oczy, że teoria kalorii dla nauki o odżywianiu jest całkowicie niewystarczająca i ma liczne luki a ilość wyjątków jest zbyt duża, żeby nadal uważać je za wyjątki.

Kaloria kalorii nierówna

Gdyby sprawa z kaloriami była taka prosta, mężczyzna, który zjada 2000 kcal dziennie powinien być szczuplejszy niż ten który zjada 2500 kcal dziennie, o ile wydatkują tyle samo energii. Tyle w teorii. W praktyce to kompletnie nie działa. Kalorie są bezużyteczne jako wskaźnik tego jaki przyrost wagi spowoduje spożycie danego pokarmu. Bezużyteczny – bo jak zwykle życie jest bardziej skomplikowane. Słabość teorii kalorycznej wykazały liczne przykłady, które wykazały, że związek między kaloriami a tyciem jest delikatnie mówiąc – luźny. Istnieje sporo badań wskazujących, że wysokokaloryczne orzechy wcale nie muszą prowadzić do przyrostu wagi, a wręcz mogą pomóc w odchudzaniu. Wysokokaloryczny alkohol również z tyciem niewiele ma wspólnego a alkoholicy często są wychudzeni, choć w teorii powinni mieć znaczną nadwagę. Niskokaloryczne diety nie powodują chudnięcia takiego jakie wynikałoby z czystych wyliczeń dostarczanych kalorii, a wręcz zbyt niskokaloryczna dieta może prowadzić do zatrzymania chudnięcia. Z kolei ludzie na diecie dr Kwaśniewskiego na golonkach i bez warzyw chudną błyskawicznie.

Indeks glikemiczny

Koncepcja indeksu glikemicznego została rozpowszechniona przez M. Montignaca, który na IG zbudował swoją koncepcję i markę. Indeks glikemiczny to wskaźnik opracowany 35 lat temu, który określa tempo z jakim organizm przyswaja zawartą w węglowodanach glukozę. Im wyższy wskaźnik IG (pow. 50) tym gorzej, bo oznacza to, że glukoza uwalnia się bardzo szybko, co prowadzi do gwałtownego uwalniania insuliny, co nie jest zjawiskiem korzystnym i może prowadzić do cukrzycy. Szybko jesteśmy znowu głodni. Węglowodany o niskim IG (poniżej 50) wolniej uwalniają glukozę do krwi, przypływ energii jest bardziej długotrwały, dłużej zostajemy syci.

NewVal

Obecnie w światowej dietetyce coraz głośniej jest o koncepcji NuVal, która jest metodą oceny pożywienia przede wszystkim z punktu widzenia jej wpływu na stan zdrowia, nie zaś na wagę. Bowiem nie każda szczupła osoba jest automatycznie zdrowa (zależność w drugą stronę raczej nie występuje – osoby otyłe raczej nigdy nie są zdrowe, co najwyżej niezdiagnozowane ;-)). NuVal została opracowana przez dwunastu dietetyków, uważanych za reprezentujących poziom światowy w swojej dziedzinie. Metoda nie odrzuca całkowicie kalorii (prawa fizyki jednak częściowo obowiązują) ale uzupełnia ocenę danego pożywienia o indeks glikemiczny, jego udowodniony wpływ na stan zdrowia oraz poziom odczucia sytości.

Przykładowo niskokaloryczna Cola „0” wg. NewVal wypada tragicznie (1 na 100 punktów). Z kolei wysokokaloryczne banany przynajmniej teoretycznie wypadają całkiem dobrze (91 na 100 p.) Teoretycznie, bo niestety te, które do nas trafiają to nie do końca te owoce z tabelki – wysyłane statkami jako zielone, słońca nie widziały za dużo, smak ich jest bardzo wątpliwy (mdły). Spróbujcie lokalnego banana będąc w strefie tropikalnej lub choćby w rejonie Morza Śródziemnego a tych „polskich” już będziecie unikać – inna jakość pod każdym względem.    

Nie namawiam Was wcale na zgłębianie tajników NewVal (która zresztą wydaje się być kolejnym „produktem” komercyjnym i została już opatentowana); raczej wspominam o tym, żeby pokazać, że najnowsze trendy dietetyczne wyraźnie idą w kierunku holistycznego spojrzenia na odżywianie (co mi dany pokarm daje, jak się po nim czuję a nie ile kalorii ma w tabelce). Proces odżywiania jest bardzo skomplikowaną a do tego wysoce indywidualną sprawą i najlepszą metodą jest obserwacja własnych reakcji (niezastąpiony jest przy tym dzienniczek żywieniowy, do którego wpisujemy co jemy i jak się po tym czujemy – daje to nam największą wiedzę o naszym organizmie). Nawet banan (wysoko oceniany wg. NewVal) nie będzie dobry dla osób z nagromadzonym śluzem.   

Dieta-cud

Nie istnieje? Owszem, owszem istnieje! Ale nie w tym znaczeniu w jakim jest powszechnie używana. Żadna dieta jako ułożony program (reżim) z licznymi ograniczeniami i odliczanymi kaloriami, którego trzymamy się przez jakiś czas aby schudnąć a potem kończymy - nie jest i nigdy nie będzie dietą-cud.

Jedyną dietą-cud i metodą na trwałe pozbycie się nadwagi jest całkowita zmiana nawyków żywieniowych i mądre i uważne dobieranie tego co kładziemy na talerz. Dieta oparta na naturalnym, nieprzetworzonym (nierafinowanym) pożywieniu, bez chemii i pestycydów. Bez liczenia kalorii. Bez odmawiania sobie czekolady czy domowego ciasta w granicach rozsądku. Liczenie kalorii jest nie tylko nienaturalne ale i obdziera cały proces spożywania pokarmu z całej magii i przyjemności sprowadzając psychofizyczność człowieka do pieca, do którego należy wrzucić odpowiednią ilość drewna.

Jeśli więc znów zastanawiacie się nad kolejną fantastyczną dietą, w której je się to i tamto, a tego i tamtego nie – proszę Was, nie idźcie tą drogą, nie oszukujcie sami siebie. To co osiągnięcie będzie krótkotrwałe a ponadto może zaszkodzić Waszemu zdrowiu.

Nie znam osoby, która podjąwszy decyzję o zmianie stylu żywienia na zdrowy, nie zrzuciłaby przy okazji zbędnych kilogramów, o ile takie miała. I dzieje się to zawsze jako efekt uboczny, czyli tak jak w ogóle wszelkie rzeczy w naszym życiu winny się dziać: bezwysiłkowo i naturalnie. Czego Wam nieustająco życzę. 

Share on Myspace
Dział: Ogólne
piątek, 24 lipiec 2015 00:00

Dieta a Rak - ABC

Cz. 3 Stany zapalne w organizmie - ukryci zabójcy

 

W poprzedniej części tego cyklu pokusiłam się o sformułowanie katalogu otwartego częstych przyczyn nowotworów, i wśród nich znalazły się również przewlekłe stany zapalne organizmu.

Ostre stany zapalne występują często przy infekcji. Oznaczają, że do organizmu wniknął patogen i organizm się broni i „działa”. Kończy się choroba, kończy się stan zapalny.

Z kolei przewlekłe stany zapalne jak sama nazwa wskazuje są stanami trwałymi. Jako takie sprzyjają wystąpieniu nie tylko raka, ale bardzo wielu chorób cywilizacyjnych, w tym z autoagresji. Posługując się znowu moją ulubioną metaforą, przewlekły stan zapalny jest jak trwały konflikt zbrojny na terytorium państwa, które non-stop od wielu miesięcy a nawet lat wymaga podwyższonej aktywności wojska. Gdy nasi obrońcy znajdują się, powiedzmy na granicy południowej i są non-stop zajęci, niezwykle łatwo jest innemu wrogowi przedostać się przez inną granicę i zaatakować. Po prostu trudno jest prowadzić walkę na zbyt wielu frontach jednocześnie, mając do dyspozycji konkretną ilość, osłabionego już wojska. Dlatego bezwzględnie należy dążyć do wyeliminowania przewlekłych stanów zapalnych organizmu. Tak aby nasza wewnętrzna armia na co dzień miała wolne i była zwarta i gotowa na właściwe i sprawne zareagowanie w sytuacji powstania komórek nowotworowych w naszym organizmie.

 

Czym jest stan zapalny?

Najkrócej mówiąc, stan zapalny to reakcja organizmu na wniknięcie patogenu i uszkodzenie tkanki. Po pojawieniu się stanu zapalnego leukocyty próbują zniszczyć patogeny i usunąć z organizmu zniszczone komórki.

Jeśli stan zapalny jest długotrwały – oznacza to, że coś przeszkadza naszym białym krwinkom pokonać intruzów, nie są wystarczająco silne i skuteczne. Trzymają wprawdzie intruza pod pewną kontrolą, ale nie są w stanie go całkowicie i ostatecznie wyeliminować z organizmu.

Owo „coś“ to najczęściej to co wrzucamy na talerz oraz nasz styl życia – czynniki „karmiące” wroga.

 

 

Jak rozpoznać stan zapalny? 

Objawy łatworozpoznawalne

Stan zapalny często po prostu czuć (boli ząb, stawy itp.) lub widać (obrzęk, zaczerwienienie, ropa).  Uczucie gorąca oraz zaczerwienienie spowodowane są rozszerzaniem się naczyń krwionośnych i spowolnieniem krążenia krwi, obrzęk jest spowodowany wysiękiem osocza a ból - uciskiem na włókna nerwowe.

W czasie gdy zachorowałam na raka, od mniej więcej 5 lat pobolewał mnie ząb po leczeniu kanałowym. Raz było lepiej, raz gorzej, dentyści sobie z tym nie radzili zupełnie, wydałam majątek na dwukrotne leczenie kanałowe, ale niewiele to dało. Teraz wiem, że przez ponad 5 lat pozwalałam na coraz większe osłabianie własnego układu immunologicznego. Kiedy zdecydowałam się wreszcie na wyrwanie zęba – literalnie odżyłam. Włosy przestały mi wypadać i nabrały blasku, skóra wypromieniała, wróciła do mnie energia. Oczywiście daleka jestem od twierdzenia, że mój przewlekły stan zapalny zęba był bezpośrednią przyczyną zachorowania na raka, natomiast na pewno się do niego przyczynił.  

Polecam zresztą zapoznanie się z badaniami dr Westona Price’a i publikacjami dr Hala A. Hugginsa nt. wpływu leczenia kanałowego na powstawanie chorób zwyrodnieniowych, w tym nowotworów. Polscy onkolodzy i stomatolodzy raczej nie mają o tym pojęcia. Zdanie, które często słyszę gdy próbuję zejść na te tematy, brzmi: „leczenie kanałowe jest standardową, bezpieczną metodą”. Wcale mnie nie przekonuje. Stomatologia jest bowiem akurat takim działem medycyny, w którym standardów, które potem okazały się dramatycznymi pomyłkami było całkiem sporo, żeby choćby wspomnieć wypełnienia amalgamatowe czy dodawanie „cudownego” fluoru do wszystkiego co się da. Po tym co przeszłam i przeczytałam do leczenia kanałowego podchodzę z ogromną rezerwą i sobie takiej atrakcji już nie zafunduję, wolę rwać od razu, a najlepiej oczywiście nie doprowadzać do kolejnych stanów zapalnych.

Zapalenia „bezobjawowe” (tzw. ciche stany zapalne)

Czasem jednak stanu zapalnego nie widać od razu, a jest. Przykładem są nadżerki we wczesnym stadium (stan zapalny już jest, ale jeszcze go nie czujemy), stany zapalne tętnic, prowadzące wprost do miażdżycy i związanych z tym zawałów i udarów oraz zakażenia pasożytami, grzybami, wirusami czy bakteriami. Jeśli więc podejrzewamy, że mamy ukryty stan zapalny, albo chcemy sprawdzić czy wszystko w porządku warto wykonać następujące badania z krwi:

  • białko fazy ostrej CRP (cena ok. 15 zł),
  • poziom homocysteiny (cena ok. 60 zł)

CRP białko fazy ostrej pokazuje wprost czy mamy w organizmie ukryte stany zapalne. Homocysteina jest dobrym wyznacznikiem tego co dzieje się z tętnicami i układem wieńcowym i prognostykiem incydentów wieńcowych, nieporównywalnie lepszym niż poziom cholesterolu, który w zasadzie nie jest żadnym wyznacznikiem tego czy będziemy mieć zawał/udar czy nie* Zasadniczo polskie poziomy normy homocysteiny są zawyżone. Poziom pow. 8-9 jest sygnałem, że coś się może zacząć w tętnicach dziać i warto się tym zainteresować. Najskuteczniejszym sposobem obniżenia poziomu homocysteiny (i ochrony tętnic) jest suplementacja witaminą B12, B6 i kwasem foliowym.

Oba badania są niestety płatne, onkolog raczej tych badań nie zleci, bo nie są w standardzie (choć zdecydowanie powinny), ale wiedza, którą otrzymamy po ich wykonaniu jest warta każdej ceny.  

 

Dieta przeciwzapalna

Substancje sprzyjające stanom zapalnym

Najbardziej zapalną substancją jest cukier. Wykluczenie cukru (i rafinowanego i nierafinowanego) oraz wszelkich słodzików-zastępników (miód, słody, suszone owoce itp.) oraz ograniczenie spożycia owoców do minimum jest pierwszym krokiem ku zakończeniu stanu zapalnego. W zasadzie jedynym dopuszczalnym słodzikiem może być stewia w liściach lub suszona (ale nie w formie proszku). Wiem, jest to bardzo trudne do zrobienia, ale opłaci się stokrotnie.

Częstą przyczyną powstawania stanów zapalnych są też nietolerancje pokarmowe, których wykrycie prowadzi wprost do wyleczenia. Przykładowo nietolerancja glutenu czy laktozy, za każdym razem gdy sięgniemy po te produkty, będzie nasilać stan zapalny. Całkowite ich wykluczenie może oznaczać pierwszy krok na drodze do wyleczenia stanów zapalnych. Żeby jednak wiedzieć, na co mamy nietolerancję, trzeba albo zrobić odpowiednie testy, albo bardzo wnikliwie obserwować reakcje swojego organizmu po spożyciu „podejrzanych” produktów.

Oczywiście wykluczamy całkowicie żywność przetworzoną, która pełna jest i cukru i innych świństw.

Z punktu widzenia Tradycyjnej Medycyny Chińskiej stan zapalny jest stanem gorąca z wilgocią i toksynami zatem wykluczyć należy pokarmy:

  • przygotowane gorącymi metodami obróbki termicznej – tj. grillowane, smażone i pieczone),
  • kiełbasy, wędliny, mięso (zwłaszcza baranina i wieprzowina),
  • słodkie wina i likiery,
  • tłuste sery, sery pleśniowe, sery żółte,
  • orzechy i nasiona oleiste,
  • oleje rafinowane (czyli te powszechnie dostępne) – dopuszczalna jest oliwa dobrej jakości, nierafinowany olej lniany oraz olej kokosowy w niewielkich ilościach,
  • majonez,
  • pikantne przyprawy: pieprz, tabasco, curry, cayenne,
  • ostre dodatki: chrzan, musztarda

 

Pokarmy antyzapalne

Jedną z najsilniejszych, znanych substancji antyzapalnych jest kurkumina, zawarta w przyprawie kurkumie i curry (kurkuma jest składnikiem curry). Kurkumina jest również uważana za jedną z najskuteczniejszych substancji antynowotworowych, co się składa w całość – działa przeciwzapalnie a więc antynowotworowo.

Warto wiedzieć, że kurkumina nie jest łatwo wchłaniana i nie wystarczy po prostu jej dodać do potrawy. Wchłania się najlepiej z dodatkiem pieprzu czy ostrej papryki oraz tłuszczu (oliwy/oleju kokosowego).

Przy sporych stanach zapalnych (i chorobach nowotworowych), wiedząc o dosyć słabej wchłanialności kurkumy, warto zainwestować w dobrej jakości (zawierający min. 95% kurkuminoidów) suplement z kurkuminą i przyjmować ją 3-4 dziennie w dawce np. 3 g na raz. Takie dawki trudno będzie przyjąć naturalnie w potrawach, ponieważ kurkuma ma dosyć mocny, gorzki smak – szczypta lub dwie nie będą wyczuwalne, ale dawki w gramach mogą być trudne do przełknięcia.

Przeciwzapalnie działają również wszelkie warzywa (zwłaszcza kapusta, kalafior, brokuły, seler, buraki) prażona kasza jaglana, fasole (zwłaszcza azuki i mung), avocado, zielona herbata, tofu zamiast mięsa, herbata ze znamion kukurydzy, czosnek i cebula.  Warto pamiętać, aby warzywa oczyścić z pasożytów (namaczać przez 15 min. w roztworze wody i dobrej jakości octu jabłkowego – 1 łyżka na 4 l).

Udowodnione działanie przciwzapalne mają tokotrienole (składnik witaminy E). Dobre suplementy z tokotrienolami są sosyć drogie, ale jeśli badania wykażą znaczny stan zapalny, to może warto po nie sięgnąć. Naturalnie tokotrientole występują w największej ilości w nasionach krzewu achiote (arnota właściwa - Bixa orellana L.) oraz w oleju palmowym. 

Antyzapalny styl życia

Sama zmiana diety może nie wystarczyć, jeśli nie zadbamy o odpowiednią jakość życia. A na tą składa się dbanie o odpowiednią ilość regularnego snu, dotlenienie (spacery w lesie), umiarkowany, ale regularny ruch fizyczny, najlepiej na świeżym powietrzu, ograniczenie stresu i praktyki wyciszające (medytacja, joga, itp.)

 

 

* wśród osób, które doświadczyły zawału/udaru tyle samo miało wysoki co niski cholesterol, co w konsekwencji oznacza, że korelacja „poziom cholesterolu-ryzyko zawału/udaru” nie istnieje. 

 

 

 

 

Share on Myspace

czwartek, 16 kwiecień 2015 00:00

Wypróżnienia – temat „nieelegancki”, ale ważny J 

Uwaga będzie trochę obrzydliwie (bez przesady) za to bardzo życiowo J

 

Życie to trawienie. A jako, że ciało nie jest oderwane od psychiki, a wręcz przeciwnie trawienie rozumieć można w szerszym, niż tylko fizjologicznym kontekście. Spotykają nas różne rzeczy, ludzie i zdarzenia, lepsze czy gorsze i jakość naszego życia zależy od tego jak je „strawimy” – czy nam zalegną gdzieś w środku nie dając emocjonalnego spokoju czy w odpowiednim momencie po przetrawieniu zostaną usunięte.

 Dobre życie = dobre trawienie.

Na poziomie psychicznym dobrym trawieniem będzie właściwy stosunek do tego co nas spotyka w życiu, nie przetrzymywanie latami toksycznych emocji, odpuszczanie, pozbywanie się tego co niepotrzebne i co zaśmieca spokój umysłu. Taką samą sytuację życiową jeden strawi dobrze, innego rozłoży ona całkowicie.

trawienieNa poziomie fizjologicznym dobre trawienie sprowadza się do tego, że to co potrzebne z pokarmu ma zostać po rozłożeniu na mniejsze cząsteczki wchłonięte i przyswojone, a to co zbędne – usunięte z organizmu w formie „wiadomo czego”.

W prawidłowym przebiegu tego procesu pomaga nam sama grawitacja, bo nasz układ trawienny jest zbudowany w uproszczeniu jak pionowa rura, co wrzucimy z góry powinno w odpowiednim momencie wyjść dołem, bez cofania się po drodze.

Piszę o tym, bo jestem dziś w 10 dniu kuracji oczyszczającej Clean, o której pisałam poprzednio. Czuję się wyśmienicie i moja energia wzrosła znacząco, a nawet nie jestem jeszcze w połowie.

Jednak wtedy gdy coś zmieniamy (zmiana sposobu jedzenia, zmiana otoczenia, np. wyjazd, itp.) łatwo o zmiany w wypróżnianiu, w postaci bądź to biegunek bądź zaparć, częściej tych ostatnich. Dodatkowo przy oczyszczeniach wraz z kałem często wydalany jest nagromadzony w organizmie śluz, co to też bardzo sprzyja zaparciom.

Tymczasem  codzienne wypróżnienie w ogóle, a w okresie oczyszczania szczególnie jest kwestią niezwykłej wręcz wagi.

Cytując klasykę, tj. „Przygody dobrego wojaka Szwejka” Haška:

„O szóstej żołnierze dostają gulasz z kartoflami, o pół do dziewiątej idzie wojsko do latryny, żeby się wyknocić, o dziewiątej idzie spać. Przed takim wojskiem nieprzyjaciel pierzcha ze zgrozą.”

Cytat genialny bo dotyka aż trzech istotnych kwestii zdrowego życia: wczesnej kolacji, regularnego wypróżniania i wczesnego chodzenia spać J

Nie wolno zatem dopuszczać do długotrwałych zaparć, gdyż dla naszego organizmu oznacza to ryzyko zatrucia organizmu toksynami, które powinny zostać wydalone, ale ze względu na brak wypróżnienia ulegają ponownemu wchłonięciu, np. do krwi.  Jest to też czynnik zwiększający ryzyko zachorowania na raka.

W czasie oczyszczeń, gdy dodatkowo z organizmu uwalniane są nagromadzone latami toksyny jest to szczególnie istotne. Jeśli nie zadbamy o codzienne wypróżnienie może dojść do tzw. efektu Herxheimera, który oznacza ponowne wchłonięcie się toksyn i ostre objawy zatrucia.

Jeśli więc decydujesz się na wiosenną kurację oczyszczającą pamiętaj o konieczności codziennego wypróżnienia. Jeśli samo nie idzie, trzeba sobie doraźnie pomóc. Takich doraźnych sposobów poprawienia wydalania jest sporo, od wypicia dwóch łyżek obrzydliwego oleju rycynowego, poprzez ziółka (np. równie sympatyczny w smaku co ww. olej - rzewień, na lewatywie kończąc.) Są to rozwiązania doraźne, nie dotykające przyczyny, ale w trakcie oczyszczeni niezbędne.

Natomiast stałe (regularne) zaparcia lub stałe biegunki są sygnałem nieprawidłowości zdrowotnych, czasem o podłożu chorobowym, najczęściej jednak ze względu na złe odżywianie i styl życia (np. długotrwałej siedzącej pozycji przed komputerem i brachu ruchu).

Czy wspominałam, że kocham indywidualistyczne podejście tradycyjnej medycyny chińskiej do człowieka? M.in. za to, że nie leczy objawów tylko sięga do przyczyny? Że jeden objaw może mieć kilka różnych przyczyn i bez ustalenia przyczyny nie powinno się zaczynać terapii (pożywieniem lub ziołami)?

I z zaparciami jest oczywiście tak samo. W TCM jest 5 podstawowych wzorców zaparć, których przyczynami może być całkiem coś innego, łącznie ze stresem emocjonalnym. I tak zaparcia mogą wynikać z nadmiarowego gorąca w żołądku i jelitach, z  zastoju qi Wątroby lub ataku Wątroby na Śledzionę, z  Niedoboru Qi Śledziony i Płuc, z niedoboru Krwi i Yin lub z niedoboru Yang Śledziony i Nerek.

Zdaję sobie sprawę, że dla osób bez znajomości podstaw TCM poprzednie zdanie niewiele wniesie do sprawy. Dobra wiadomość jest więc taka, że rewelacyjnym sposobem na wyregulowanie pracy jelit i regularne wypróżnienia w zasadzie w każdym z tych wzorców (bez względu na przyczynę) jest kuracja śliwką umeboshi. Kuracja taka trwa 4-5 tygodni i daje naprawdę spektakularne efekty. Napiszę o niej w jednym z najbliższych wpisów. 

Link do artykułu o kuracji śliwką umeboshi.

Share on Myspace
Dział: Ogólne
sobota, 07 luty 2015 00:00

Rozgrzewająca i pożywna zupa z soczewicy, idealna na zimowe popołudnie 

 

Tę zupę „popełniłam” przypadkowo, ale została już na zawsze w naszym domowym repertuarze. To zupa z tych, które lepiej smakują następnego dnia, kiedy smaki się przenikną i połączą. Ja zawsze gotuję cały duży gar, a i tak znika w ciągu 2 dni smile

Składniki:
Ok. 2,5 l. bulionu warzywnego domowej roboty
Opakowanie soczewicy czerwonej (ok. 400 g.)
Ok. 100-120 g. soczewicy zielonej
3-4 ziemniaki (lub 1 batat w wersji zdrowszej)
2 średniej wielkości cebule
1 puszka pokrojonych pomidorów (lub świeże pomidory obrane ze skóry)
1/3 - 1/2 papryczki chili wydrążonej z pestek lub szczypta chili w proszku
3 łyżeczki soli tybetańskiej lub kamiennej bez konserwantów i antyzbrylaczy
papryka słodka do smaku (ja daję 3 łyżeczki)
2 liście laurowe
3-4 łyżki soku z cytryny
2 cm startego na drobnej tarce imbiru (opcjonalnie)
1 łyżka zdrowego słodu (opcjonalnie)
1 łyżka kurkumy

Oba rodzaje soczewicy zalać wodą na 2-3 godziny, albo choć przepłukać. Wylać wodę (usuwamy w te sposób kwas fitynowy i jego sole, które mają tendencje do wiązania w sole i chelaty magnez, wapń, żelazo, kobalt, cynk, czego w większości przypadków nie chcemy).

Bulion wlewamy do dużego garnka, dodajemy soczewicę czerwoną i zieloną, pomidory, liście laurowe. Doprowadzamy do zagotowania. Jeśli pojawią się szumowiny – usuwamy je (problem zwykle nie występuje przy stosowaniu soczewicy bio). Gotujemy ok. 5 minut. W tym czasie obieramy ziemniaki lub batata i kroimy na małe kawałki. Dodajemy do zupy. Kroimy drobno cebulę i podsmażamy ją na łyżce oliwy z oliwek, aż się zeszkli, ale nie zarumieni. Wrzucamy do garnka. Dodajemy drobno pokrojone chili, kurkumę, paprykę słodką, imbir i słód (słód opcjonalnie, gdyż używamy batata, pomijamy całkowicie). Gotujemy dalej ok. 20 min. Na koniec dodajemy sól, sok z cytryny i resztę oliwy. Gotujemy do miękkości (ok. 10-15 min.). Jeśli zupa jest za gęsta, dodajemy bulionu lub wody.

Świeży imbir i papryczka chili nadają zupie charakter mocno rozgrzewający, gdybyśmy chcieli je zastąpić suszonym imbirem i suszonym chili, trzeba ich dodać odpowiednio mniej, gdyż te przyprawy w formie suszu są ekstremalnie rozgrzewające.

Smacznego!

Share on Myspace
Dział: Przepisy
poniedziałek, 02 luty 2015 00:00

Superfoods antynowotworowe.

Pokarmy, które działają jak lekarstwa. 

Mianem „superfoods” określa się te pokarmy, które wykazują wręcz cudowne właściwości zdrowotne i potrafią wyleczyć, nie wykazując przy tym, w przeciwieństwie do leków syntetycznych, istotnych efektów ubocznych.

Choroba nowotworowa jest poważną chorobą całego organizmu a nie jedynie organu, w którym pojawił się guz. Zdrowy organizm potrafi sam zwalczyć komórki nowotworowe i de facto tak się dzieje wielokrotnie w trakcie naszego życia. Gdy tego nie robi oznacza to poważne upośledzenie układu immunologicznego, który (z różnych względów, które niestety zwykle są dla nas niewiadomą) nie potrafi się wystarczająco bronić i ulega namnażającym się komórkom rakowym.

Badania naukowe potwierdzają, że niektóre naturalne rośliny mają wręcz spektakularne działanie antynowotworowe, zbliżone a często przewyższające leki syntetyczne i nie wykazujące niepożądanych działań ubocznych. Poniższe zestawienie jest podsumowaniem tego co wiem na podstawie przeczytanych przeze mnie opracowań naukowych, natomiast podana kolejność nie ma nic wspólnego z intensywnością czy skutecznością ich działania. Bez względu na wybrany sposób leczenia, warto je na stałe włączyć do swojej diety w trakcie choroby nowotworowej, można i warto je też zawsze stosować prewencyjnie.
Zielona herbata


zielona herbata– zawiera liczne polifenole, w tym EGCG – związek przeciwdziałający powstawaniu nowych naczyń krwionośnych zasilających komórki rakowe. EGCG osiada na powierzchni komórek i blokuje receptory, które wysyłają sygnał, pozwalający na przeniknięcie do jej wnętrza sąsiadującym komórkom, w tym rakowym.
EGCG potrafi także blokować receptory, które wysyłają impulsy do tworzenia nowych komórek. Oprócz tego zielona herbata działa jak odtruwacz organizmu, przyśpiesza działanie wątroby, umożliwiając szybsze oczyszczenie się organizmu. Zielona herbata jest zdecydowanie pożywieniem, które warto na stałe włączyć do swojej diety. Ma ona jednak bardzo silne działanie wychładzające, dlatego należy ograniczyć jej spożycie, gdy czujemy zimno lub skompensować stosowaniem pokarmów o naturze termicznej rozgrzewającej.

 
Kurkuma

kurkuma- jeden z najsilniejszych, naturalnych środków przeciwzapalnych. Najczęściej stosowany jako składnik curry odpowiedzialny za zółty kolor mieszanki, natomiast czysta kurkuma to żółty pyłek, który w zasadzie nie ma zapachu a posmak lekko gorzki, męczący dopiero w dużej ilości. Kurkuma zawiera kurkumin ograniczający wzrost wielu rodzajów raka, m.in. okrężnicy, wątroby, żołądka, jajników i białaczki. Oddziałuje też na NF-kappaB, uniemożliwiając ochronę komórek rakowych przed działaniem mechanizmów obronnych organizmu. Warto zrobić sobie mieszankę kurkumy z papryką i pieprzem (papryka i pieprz poprawiają wchłanialność kurkumy dwa tysiące razy!) i dodawać ją w niewielkich ilościach do każdego dania. Dodatkowo podana z tłuszczem, najlepiej z łyżeczką oliwy extra virgin, nierafinowanego oleju rzepakowego lub lnianego zostanie jeszcze lepiej przyswojona. Sama kurkuma, bez tych dodatków nie jest w stanie pokonać bariery jelitowej.

 
Kordyceps (maczużnik chiński) 

– grzyb rosnący w Tybecie i Nepalu, którego cena za kilogram przewyższa cenę złota. Ogólnie dodaje energii i chroni serce, w tradycyjnej medycynie chińskiej stanowi jeden z podstawowych leków stosowanych w leczeniu schorzeń sercowo-naczyniowych. Badania wykazały, że polisacharydy oraz glukany wyizolowane z grzyba w warunkach laboratoryjnych zabijały komórki nowotworowe. Dodatkowo maczużnik chiński nasila działania komórek NK odpowiedzialnych za niszczenie komórek nowotworowych. Jest zdecydowanie preparatem w jaki warto zainwestować przy leczeniu choroby nowotworowej.

 
MGN-3

– zmodyfikowany grzybami shitake ekstrakt z otrębów ryżowych – jest w stanie zwiększyć aktywność komórek NK o 100-500%! Innymi słowy działa jak turbodoładowanie układu immunologicznego. Preparaty MGN-3 są niezwykle skuteczne ale bardzo drogie, pewną alternatywą jest dodawanie do jedzenia samych otrąb ryżowych (mają świetny, orzechowy smak) i shitake.

 
Pozostałe grzyby azjatyckie 

- (ling zhi, shitake, maitake, kawaratake) - stymulują działanie układu immunologicznego, zwiększają aktywność komórek obronnych. Grzyby azjatyckie to nie jedyne, które mają takie spektakularne działanie. Nasze boczniaki czy portobello a nawet zwykła pieczarka również wykazują wykazują bardzo dobre właściwości wzmacniające naturalne mechanizmy obronne.

 

 Imbir
napar z imbiru

– działa przeciwzapalnie i antyoksydacyjnie, zwalcza niektóre komórki rakowe, ogranicza powstawanie nowych naczyń krwionośnych, niezbędnych dla rozwoju raka. Ma działanie silnie rozgrzewające, dlatego warto napar z imbiru stosować na przemian z zieloną herbatą, tak aby ich działanie termiczne się zrównoważyło.

 
Siemię lniane

– len, oprócz tego, że zawiera wzmacniające odporność kawsy omega 3, jest również jednym z lepszych źródeł lignin roślinnych, które są substancjami o udowodnionych właściwościach przeciwnowotworowych, przeciwestrogenowych i przeciwutleniających. Jest szczególnie przydatny przy leczeniu raka piersi i jelita grubego, gdyż komórki tych rodzajów raka mają receptory estrogenu (żywią się estrogenami) a ligniny w siemieniu lnianym mają działanie przeciwestrogenowe. Oczywiście siemię lniane tez dobrze byłoby spożywać z upraw ekologicznych. Siemię lniane ma tę przewagę nad nierafinowanym olejem lnianym tłoczonym na zimno, że można je dłużej przechowywać i jest bardzo tanie. Mielimy je tuż przed spożyciem, nie na zapas, gdyż wtedy się utleni.

 
Trawa pszeniczna

– posiada wyjątkowe działanie odtruwające. Nasyca tlenem komórki, detoksykuje cały organizm, usuwa karcerogeny. Nie jest jednak wskazana dla osób z objawami wychłodzenia i niedoboru, gdyż ma działanie ekstremalnie wychładzające. 

 
Wodorosty morskie

np. nori, kombu, wakame, dulse. Mają działanie wzmacniające i odżywcze, zawierają dużo cennych minerałów. Trudno dostać je w Polsce, a jeśli już gdzieś są dostępne to zwykle są bardzo drogie. Stan mórz jest taki jaki jest a glony mają to do siebie, że wciągają wszystko co się w wodzie znajduje, innymi słowy rtęć w morzu będzie też i w wodorostach. Tak więc szczególną uwagę trzeba zwracać na miejsce pochodzenia i wybierać preparaty bio. Warto dodawać je do wszystkich potraw.

 
Wodorosty słodkowodne 

- przede wszystkim chlorella i spirulina. To dwie superalgi, które na stałe powinny znaleźć się na stałe w menu nowotworowców. Chlorella jest wskazana dla osób z niedoborami, pobudza odporność w leczeniu wszelkich chorób zwyrodnieniowych, nie tylko nowotworowej, oczyszcza organizm z toksyn. Spirulina zawiera dużo fitocyjaniny, barwnik o właściwościach przeciwnowotworowych i również wzmacnia odporność. Obie świetnie się uzupełniają. Podobnie jak przy wodorostach morskich kluczowe jest miejsce pochodzenia. Zdecydowanie chlorella i spirulina z allegro za 30 zł. to nie jest to czym chcemy się karmić. Dobrej jakości preparaty organiczne, w których nie wypełniaczy, substancji przeciwzbrylających i wszystkich „śmieci” jakie alga wchłonęła z zanieczyszczonego akwenu, muszą kosztować i kosztują. Kupujemy organiczne, 100% sprasowanych alg albo nie kupujemy wcale, bo jeszcze sobie zaszkodzimy.

 
Granat

granat– posiada potwierdzone działanie przeciwzapalne i antyoksydacyjne, ogranicza rozwój raka. Zalecane jest picie soku z granata, z tym że nie chodzi to o soki z kartoników, takich lepiej nie pić wcale, bo zdrowotnych właściwości granatu w nich nie ma. Jeśli mamy wyciskarkę można robić samemu sok ze świeżych owoców, albo zjadać całe ziarna, które dodatkowo wspomagają pracę kosmków jelitowych.

 
Zioła rodzime 

- takie jak rozmaryn, tymianek, oregano, bazylia i mięta – sprzyjają apoptozie (śmierci komórki) komórek rakowych i ograniczają ich rozszerzanie.

 
Zioła z Azji i Ameryki Południowej 

- takie jak Vilcacora (koci pazur), La Pacho (Pau d’Arco, Tabevulia), Chaparral (Larrea divaricata), Suma (Pfaffia paniculata), traganek błoniasty (Astragalus membranaceus), Shang lu (szkarłatka jagodowa, Phytolacca acinosa) – większość z nich ma działanie znacznie wzmacniające odporność ale również udowodnione działanie antynowotworowe. Z naszych rodzimych ziół wspaniałe właściwości antynowotworowe ma również korzeń mniszka lekarskiego (taraxacum officinale). Przyjmuje się je w formie naparów.

Najlepiej przyjmować jednocześnie kilka ziół i grzybów, aby uzyskać efekt synergii.

 
Niektóre pospolite warzywa

– wrzucam je wszystkie trochę do jednego worka, ponieważ ilości jakie należałoby ich zjeść aby uzyskać efekt są znaczące. Zanieczyszczenie gleby i powszechnie stosowane sztuczne nawozy nie pozwalają patrzeć na większość warzyw jak na lekarstwo. Dlatego wszystko to co poniżej odnosi się tylko do warzyw uprawianych organicznie, spożywanych najlepiej w postaci skondensowanych soków. I tak: (A) warzywa krzyżowe (brukselka, bok choy, kapusta chińska, brokuły, kalafior) – mają w składzie sulforafan oraz indolo-3-carbinole, silne związki a działaniu antyrakowym. Gotowanie kapusty i brokułów niszczy te substancje. Należy je krótko dusić lub podsmażać na oliwie z oliwek. (B) Czosnek, cebula, por, szalotka i szczypiorek – sprzyjają apoptozie (obumieraniu komórek) raka, piersi, płuc, prostaty i białaczki. Obniżają poziom cukru we krwi. (C) Marchew, bataty, jamy, cukinie, dynia – zawierają witaminę A i likopen, skuteczny z zwalczaniu wzrostu komórek kilku rodzajów raki, m.in. glejaka. Luteina, likopen i fitoen zwiększają przyrost komórek układu immunologicznego. Czynią komórki NK bardziej agresywnymi względem komórek nowotworowych. (D) Psiankowate (pomidory, bakłażany, ziemniaki, papryka) mają udowodnione działanie antynowotworowe a ponadto mają działanie odtruwające. Nie powinny być jednak spożywane przez osoby z niedoborem Qi śledziony-trzustki (E) Jagody (truskawki, maliny, jagody, jeżyny, żurawina) – zawierają kwas elagowy i dużą ilość polifenoli. Pobudzają wydalanie karcerogenów z organizmu i powstrzymują proces tworzenia nowych naczyń włosowatych, niezbędnych do rozwoju guza (F) Buraki – oczyszczają wątrobę i krew. Wzmacniają serce i działają uspakajająco. 

 

Dlaczego w standardowych kuracjach antynowotworowych o roli pożywienia i tych właśnie cudownych pokarmów nie mówi się wcale? Dlaczego onkolog prowadzący w ogóle nie porusza tej kwestii z pacjentem? Mnie to się w dalszym ciągu w głowie nie mieści.

Share on Myspace


 

Zdrowie to jedynie kwestia nawyku,

wielu drobnych przyzwyczajeń,

które składają się na całość

a jedyną osobą, która może Cię uzdrowić

jesteś Ty sam.