user_mobilelogo

Licznik odwiedzin

© 2009-2015 by GPIUTMD

Wszystkie wpisy alfabetycznie

wtorek, 24 maj 2016 00:00

10 pseudozdrowych produktów, których należy unikać

 

Kwestia konieczności zdrowego żywienia wydaje się coraz bardziej docierać do wielu ludzi, jednak okazuje się, że brak czasu na samodzielne zgłębianie tematu wystawia nas na liczne pułapki, związane ze stosowanymi powszechnie uproszczeniami oraz nieuczciwymi sztuczkami producentów. W konsekwencji przeciętny konsument chcąc się żywić zdrowo sięga po produkty, które ze zdrowiem niewiele mają wspólnego.

W tym wpisie przyjrzymy się 10-ciu z nich:

 1. Pieczywo ziarniste

Brzmi dobrze i zdrowo, jednak w praktyce pieczywo wieloziarniste to najczęsciej w większości białe pieczywo z pszenicy rafinowanej ze spulchniaczami z dodatkiem pestek dyni, słonecznika itp, obtoczone z wierzchu ziarnami. Dodatek zdrowych ziaren nie zmienia postaci rzeczy – jest to pieczywo pszenne, źle trawione, pozbawione w procesie rafinacji większości składników odżywczych

2. Chleby orkiszowe i żytnie

Orkisz jak wiadomo jest tą odmianą pszenicy, która została mniej zmodyfikowana genetycznie, zatem jest ogólnie lepiej trawiona jeśli chodzi o gluten niż pszenica. Żyto zaś w ogóle jest darem i jest bardzo zdrowe. Zanim jednak sięgniesz po produkty oznaczone jako „chleb orkiszowy“ czy „chleb żytni“ – sprawdź skład. Bardzo często dodatek orkiszu do pszenicy (np. 20% orkiszu i 80% pszenicy) w opinii producenta uprawnia go do nazwania chleba orkiszowym i ustalenia odpowiednio wyższej ceny. Trzeba na to bardzo uważać, bo o ile nie jest napisane „100% orkiszu“ czy „100% żyta“ to od strony prawnej wszystko jest w porządku i wprowadzania w błąd nie ma, ale taki chleb zdrowym nazwać nie można. Nawet jeśli uda nam się znaleźć chleb w 100% orkiszowy czy żytni – nadal należy zachować czujność. Czy jest to bowiem chleb z ziarna rafinowanego (oczyszczonego i przez to pozbawionego większości składników) czy z pełnego ziarna? Chleb żytni z pełnego ziarna jest bardzo ciemny, najlepiej smakuje po 5 dniach i jego cena nie ma prawa być niższa niż 10-12 zł. za mały bochenek – po prostu cudów nie ma, taki chleb przygotowuje się kilka dni. Natomiast jeśli spotykacie chleb żytni, który ma kolor stosunkowo jasny to jest to najprawdopodobniej chleb pytlowy, czyli z mąki gdzieś pośrodku skali stopnia przetworzenia. Taki chleb nie jest najgorszy, ale też jego walory zdrowotne w porównaniu z chlebem żytnim pełnoziarnistym są niewielkie.

3. Oleje roślinne

Jeśli miałabym stworzyć listę tego co nam nie służy i nas zabija – oleje roślinne rafinowane znalazłyby się na samej górze, przed cukrem, solą itd. Bliżej o tym pisałam w tym artykule i bardzo Wam go polecam. Oleje nie są czymś co naturalnie występuje w przyrodzie – jest to produkt skoncentrowany a jako taki powinien być stosowany bardzo oszczędnie. Oleje rafinowane to dramat (wolne rodniki i proces starzenia/ powstawania nowotworów, brak podstawowych składników odżywczych, oleje trans wywołujące choroby cywilizacyjne, oraz rakotwórczy akrylamid wytwarzający się przy smażeniu na olejach nienasyconych pow. 180 st.), nierafinowane zaś stosujmy w rozsądnych ilościach.

4. Soki owocowe i smoothies

Ach jak fit i trendy jest wypić na śniadanie świeżo wyciśnięty sok lub smoothie. Ile miejsc coraz częściej oferuje tego typu zdrowe drinki. Nie mówię, że są niezdrowie co do zasady, ale trzeba pamiętać o dwóch rzeczach. Soki (podobnie jak oleje) są formą skondensowaną. Soki owocowe zawierają ogromną ilość cukru, w tym fruktozy, dodatkowe pozbawiają owoców błonnika, który zostaje w pulpie. Oczywiście szklanka soku nas nie zabije ale opijanie się nimi kilka razy dziennie bardzo podwyższa poziom cukru we krwi. Jeśli chcemy pić soki – pijmy soki warzywne, szczególnie zielone. Domowe smoothie w umiarze nie powinno zaszkodzić, uważajcie jednak zamawiając je w kawiarniach, bo niestety nie macie żadnego wpływu na to, co jest w środku i czy ktoś dla poprawy smaku nie sypnął cukrem, fruktozą albo chińskim miodem.

5. Płatki śniadaniowe

Gotowe płatki śniadaniowe najczęsciej zawierają mocno przetworzone ziarno (często jest to niestety pszenica), są słodzone a nawet koloryzowane. Nie mówię, że to niemożliwe, ale mnie jeszcze nie udało się znaleźc gotowych płatków śniadaniowych, których skład byłby dobry i nie wzbudzał moich zastrzeżeń. Jest to tym bardziej smutne, że właśnie ten produkt jest najczęściej reklamowany hasłami typu „zbożowe“, „bogate w witaminy“, „dla rozwoju Twojego dziecka“, „bez cukru“ (za to z aspartamem!). Płatki śniadaniowe najlepiej robić samemu, nawet takie chrupiące da się zrobić w piekarniku.

6. Pakowana sałata (gotowe mieszanki w folii)

Kupcie nasiona sałaty i wyhodujcie jedną na próbę w doniczce. Rośnie ładnie nawet na balkonie. Następnie zerwijcie kilka liści, pokrójcie i włóżcie do foliowej torebki, może być z otworkami. I zobaczycie, że po kilku godzinach sałata jest zwiędła i nieapetyczna, nawet w lodówce. Co zatem takiego dzieje się z sałatą pakowaną, która może leżeć nawet tydzień, co więcej nie trzeba jej juz myć ani kroić? Co zostało do niej dodane, żeby świeża sałata prosto z Włoch po przejechaniu np. 2 tys. kilometrów mogła być sprzedawana w Polsce po jej przywiezieniu przez dobrych kilka dni?  Coraz częściej słyszy się o naświetlaniu warzyw, w tym sałaty (pisałam o tym tu) czy o stosowaniu chemicznych „przedłużaczy świeżości“ wśród których wymienany jest np. chlor. Nie znam rzeczywistego sposobu na sałatę, ale wiem, że normalnie sałata się tak nie zachowuje i to mi wystarczy. 

 7. Jogurciki, serki, danonki itp.

Zdrowe, bo przecież to jogurt i owoce. Z jogurtem niewiele ma to wspólnego, obok owoców nawet nie leżało. Natomiast ma duuuuuużo cukru (jeśli producentowi zależy na „jakości“) lub syropu glukozowo-fruktozowego (gdy producent ma wszystko gdzieś), barwników, mleka w proszku itp. Jeśli produkt jest dodatkowo homogenizowany przyczynia się do wyhodowania miażdżycy, o czym pisałam w tym arykuleZ dala od takich produktów. Dzieci i dorośli karmione danonkami itp. mają słabszą odporność i często wilgoć w jelitach (drożdżycę) a także nadwagę. Tak, tak, taki „zdrowy“ jogurcik przeciętnie zawiera od 25 do 30 g cukru, czasem więcej niż batonik!

8. Woda mineralna w plastikowych butelkach

Latem pić się chce, chętnie sięgamy więc po butelkowaną wodę źródlaną lub mineralną. Jakość tych wód pozostawia wiele do życzenia, okazuje się, że zwykła kranówka przefiltrowana w dzbanku z filtrem węglowym jest niejednokrotnie dużo zdrowszą a przy tym dużo tańszą opcją. Nie tylko jednak w jakości tkwi problem. Plastik, z którego wykonane są butelki PET zawiera bisfenol A, zbliżony działaniem do żeńskich hormonów, odpowiedzialny m.in. za podwyższone ryzyko zawału, zaburzenia gospodarki hormonalnej a nawet hormonozależne typy raka (rak piersi, jajników). Jest to szczególnie niebezpieczne latem, przy wysokich temperaturach, w których reakcja przedostawania się subtancji z opakowania do wody zachodzi znacznie szybciej. Bliżej o tym pisałam w tym artykule.

9. Nowalijki

Gdy zima powoli odchodzi w niepamięć w sklepach zaczynają pojawiać się już w marcu rzodkiewki, rzerzucha, młoda marchew, młode pomidory, szczypiorek itp. Wymęczeni  zeszłosezonowymi ziemniakami, marchewką, burakami, kapustą i jabłkami chętnie sięgamy po te nowe (stąd nazwa) warzywa, choć wiemy, że są one wyhodowane w szklarni. Nowalijki są bardzo zanieczyszczone chemią, szczególnie niebezpiecznymi związkami azotu. Dlatego z nowalijkami nie należy przesadzać, a wręcz ograniczać ich spożycie. BARDZO WAŻNE:  nwowalijek nie wolno trzymać w lodówce w foliowych torebkach, bo wytwarzająca się wówczas wilgoć (małe kropelki na folii od wewnątrz) przyspiesza przemianę azotynów w rakotwórcze nitrozoaminy.

10. Orzeszki ziemne

Najmniej zdrowe z orzechów – dlatego również najtańsze. Spowalniają metabolizm wątroby, mogą powodować wypryski skórne, są często chemicznie nawożone. Fistaszki są niestety nosicielami grzybów, wytwarzających rakotwórczą aflatoksynę. Najbezpieczniejsze są po ugotowaniu w wodzie przez min. 1 godzinę, w tej formie stosowane są w TCM do nawilżania płuc i jelit. Niestety po takim gotowaniu smak się zmienia i bardziej przypominają soję niż orzechy. Zatem z orzeszkami arachidowymi należy uważać, korzyści niewiele, zagrożeń sporo.

Życzę mądrych wyborów!

Share on Myspace

Dział: Ogólne
czwartek, 05 listopad 2015 00:00

Jak zacząć zdrowiej żywić się od jutra?

 

Mija rok od czasu kiedy zaczęłam pisać ten blog, dziś więc wpis trochę nietypowy i nieplanowany.

Wczoraj bowiem dostałam maila od mojej szwagierki, w którym pisze ona mniej więcej tak (po przetłumaczeniu na polski):

„Kochana, to całe zdrowe odżywianie jest bardzo skomplikowane. Kupiłam książki, które mi poleciłaś, ale ich lektura idzie mi bardzo wolno, nie mam czasu i lata miną zanim je przeczytam. Czy mogłabyś po prostu napisać mi co jeść a czego nie?

Hmmm, pytanie zasadne ale odpowiedź na nie wcale nie łatwa. No bo czy da się tak w kilku zdaniach odpowiedzieć? Pierwsza moja myśl to „nie da się”, „to byłoby zbyt duże uproszczenie, odżywianie to kwestia indywidualna”, ale po chwili zastanowienia pomyślałam sobie, że przecież samo wyeliminowanie pewnych nawyków będzie już ogromnym krokiem do przodu. Tak, da się z dnia na dzień zacząć odżywiać znacząco lepiej. Dlatego z mojej odpowiedzi do siostry mojego męża z bardzo konkretnymi, praktycznymi poradami po jej przetłumaczeniu na polski i dostosowaniu do warunków polskich „ukręciłam” dzisiejszy wpis. Nie wyjaśniam w nim szczegółowo dlaczego i jak, nie wnikam w szczegóły – jest prosty, bo taki ma być.

 

Jak w kilku krokach już od jutra zacząć się żywić lepiej

  1. Przestać pić Colę, Fantę i wszelkie inne kolorowe napoje gazowane. Pijemy wodę, soki warzywne, czasem (ale nie często) sok owocowy, napary i herbatki.

  2. Przestać kupować i używać oleje rafinowane (np. słonecznikowy) – oleje na półkach sklepowych w zwykłych sklepach to oleje rafinowane, poddane takim procesom chemicznym, w które trudno uwierzyć. Wyjątkiem jest oliwa z oliwek extra virgin, która jest tłoczona na zimno (nierafinowana). Jeśli już coś smażymy (co samo w sobie nie jest dobrą metodą obróbki termicznej, ale czasem można) to na maśle klarowanym (ghee) lub na oleju kokosowym nierafinowanym.

  3.  Po przeczytaniu etykiety odkładać z powrotem na półkę wszystko co ma w składzie syrop glukozowo-fruktozowy (jogurty, dżemy) i glutaminian sodu (GMS)

  4. Wybierać produkty bez barwników, konserwantów i sztucznych dodatków (np. ser bez chlorku wapnia) – nie jest to łatwe, ale trzeba się starać. Jeśli chodzi o wędliny najlepiej piec je w domu, w zasadzie nie da się dostać wędlin bez azotynów, jeśli już więc taką kupujemy to niech nie zawiera już innych świństw.

  5.  Nie kupować warzyw i owoców z supermarketów. Czytałam kiedyś, że warzywa i owoce w supermarketach są poddawane promieniowaniu, które ma opóźnić proces ich psucia się a do naświetleń (szczególnie jeśli nie wiemy jakie promieniowanie jest stosowane) należy podchodzić z daleko posuniętą ostrożnością. Nie znalazłam żadnego oficjalnego potwierdzenia tej informacji, ale obawiam się, że to niestety może być prawda. Wystarczy kupić sałatę z marketu i sałatę „od chłopa” i porównać jak szybko jedna i druga więdnie, nie jest naturalne, że sałata może leżeć w lodówce 2 tygodnie i nic się z nią nie dzieje.

  6. Drób kupować tylko ze sprawdzonych miejsc, mając pewność, że nie był szprycowany hormonami.

  7. Kupować wyłącznie mąkę pełnoziarnistą, makaron pełnoziarnisty, ryż pełnoziarnisty itp.

  8. Ograniczyć do minimum użycie cukru. Jeśli użycie jest konieczne niech to będzie cukier nierafinowany (to nie to samo co brązowy) lub surowy miód. Niektóre zastępniki cukru, reklamowane jako zdrowsze są od niego dużo gorsze – np. syrop z agawy czy syrop z kukurydzy, bo zawierają bardzo dużo fruktozy, która jest fatalna dla wątroby.

  9. Wystrzegać się ryb hodowlanych. Są one masowo karmione mączką rybną, czyli zmielonymi na pył resztkami ryb. Pomijając etyczny aspekt tego procederu (karmi się ryby szczątkami ryb) nie jest to ich naturalny pokarm i ryby tak karmione, często i gęsto już rodzą się z nowotworami! Jest to prawdziwa plaga, my oczywiście o tym nie wiemy i spożywamy „zdrowe rybki”.

  10. Nie używać soli rafinowanej (ważonej), najlepszą solą jest różowa sól himalajska.

  11. Nie kupować mleka UHT, które nie ma żadnych wartości odżywczych. Absolutnie nie kupować mleka i przetworów mlecznych homogenizowanych – uszkadzają układ wieńcowy. Jeśli już mleko - to najlepiej eko, niepasteryzowane od rolnika albo pasteryzowane w niskiej temperaturze.

  12. Unikać pszenicy, która została tak zmodyfikowana genetycznie, że jest trudno trawiona przez dużą część ludzi (którzy przypisują swoją nietolerancję glutenowi, gdy tymczasem źle znoszą tylko pszenicę a gluten z innych zbóż im nie szkodzi). Pszenicę warto zastąpić orkiszem, który nie był modyfikowany. Uwaga: etykieta „Chleb orkiszowy” często oznacza dodatek orkiszu i nadal pszenicę w środku, dlatego trzeba się upewnić co do składu. Chleb najlepiej wypiekać samemu ewentualnie zlokalizować piekarnię, gdzie nie stosują dodatków i spulchniaczy i zaopatrywać się w chleb razowy, ewentualnie pytlowy. Najlepszym chlebem jest chleb żytni, razowy na zakwasie, ale osoby ze słabym trawieniem mogą mieć z nim problem; żytni pytlowy powinien być dla nich ok.

  13. Ograniczyć produkty z soi. Są one często przedstawiane jako zdrowe, ale badania nie są tu wcale jednoznaczne. Soja zawiera fitoestrogeny działające podobnie do żeńskich estrogenów, zaś nadmiar estrogenów jest łączony z hormonozależnymi rodzajami raka (piersi, macicy). Dlatego przed menopauzą z soją ostrożnie. Ponadto w 99% soja jest GMO. Natomiast wskazane i polecane są produkty z soi fermentowanej takie jak miso, sos sojowy bez pszenicy, natto, tempeh, tofu itp.

  14. Wykluczyć orzeszki ziemne (wcale nie są zdrowe ze względu na szkodliwy kwas arachidowy, a poza tym są potężnym źródłem pasożytów).

 

Samo przestrzeganie tych zasad będzie znaczącym krokiem w przód w zdrowym odżywianiu i szybko odczujecie różnicę w poziomie energii i samopoczuciu. To jak? Zaczynacie od jutra :-)?

Share on Myspace

Dział: Ogólne
niedziela, 04 październik 2015 00:00

Natto - japońska rewelacja antyzawałowa i wzmacniająca kości

relacja z samodzielnego wykonania

 

Cudowna witamina K2

O witaminie K2 mało który lekarz słyszał, tymczasem jest to jedna z kluczowych witamin dla zdrowia człowieka. Niewiele ma wspólnego z witaminą K, odpowiedzialną za krzepliwość krwi. K2 jest związana ze zdrowymi kośćmi i sprawną wieńcówką, czyli z prewencją osteoporozy i miażdżycy.

O K2 pisałam w tym artykule, ale przypomnę pokrótce o co chodzi. Otóż wchłanianie wapnia jest dosyć skomplikowaną sprawą. Mianowicie, wapń wydaje się być pierwiastkiem dosyć leniwym, a oznacza to, że usadawia się tam gdzie mu najwygodniej i najszybciej czyli niekoniecznie w kościach czy zębach. Stąd może być tak, że u jednej osoby wystąpi i zwapnienie narządów (osiadanie nadmiaru wapnia w tkankach miękkich) i typ II osteoporozy (m.in. z braku wapnia w kościach). To zjawisko jest wbrew pozorom bardzo częste i nosi nazwę „paradoksu wapnia”.

Zatem jeśli ktoś suplementuje się wapniem albo je dużo produktów z wapniem a do tego suplementuje się witaminą D lub dużo przebywa na słońcu (witamina D zwiększa wchłanianie wapnia) to zamiast wzmocnić kości może sobie wyhodować miażdżycę!

Wapń jest bowiem istotnym (twardym) składnikiem blaszki miażdżycowej.

Złe i skandaliczne są zalecenia większości dietetyków aby jeść więcej wapnia o ile wraz z taką wskazówką nie zaleci się suplementacji witaminą K2. Bowiem to właśnie K2 i tylko K2 ma tę właściwość, że kieruje wapń do kości i zębów (poprzez uaktywnienie osteokalcyny), ale także ma zdolność odprowadzenia już „osiadłego” wapnia czyli bezoperacyjnego leczenia miażdżycy (bliżej zainteresowanym polecam prace i artykuły dr Williama Davisa, który tak właśnie leczył swoich pacjentów). Moim zdaniem z dwojga złego lepiej w ogóle unikać produktów z wapniem niż jeść je bez witaminy K2. No chyba, że zawał komuś nie straszny.

K2 należy traktować jako element niezbędnej prewencji. W pewnym wieku prewencja antymiażdżycowa jest konieczna, a ten wiek jest dużo niższy niż się powszechnie wydaje, bo przy dzisiejszej diecie i stylu życia całkiem sporo 30-latków ma już zaawansowane zmiany miażdżycowe. Dlatego suplementację witaminą K2 trzeba zacząć dosyć wcześnie i najlepiej stosować ją stale lub okresowo (standardowo z witaminą D).

Jak to często bywa – nigdy nie jest tak, że jedna substancja jest dobra na to, innna tylko na tamto. I tak w przypadku witaminy K2 oprócz oczywistych korzyści antymiażdżycowych i wzmocnienia kości, wiele wskazuje na to, że działa ona również hamująco na niektóre nowotwory, np. płuc (japońskie badania), prostaty, krwi i wątroby. Jest niezwykle pomocna w leczeniu stwardnienia rozsianego, chorobie Alzheimera, reumatoidalnym zapaleniu stawów a nawet cukrzycy.

 

Dawki

Standardowa dawka dzienna K2-MK7 to 100 mikrogramów. Przy suplementacji witaminą D warto ją podwoić, a nawet potroić. Witaminę K2-MK7, tak jak witaminę D należy przyjmować z tłuszczami. 

 

Natto

Natto to japońska potrawa ze sfermentowanej soi, największe i najistotniejsze naturalne źródło witaminy K2-MK7. O K2-MK4 – drugiej formie witaminy K2 nie piszę celowo, bo ma krótki półokres rozpadu, co oznacza, że trzeba by przyjmować ją wielokrotnie w czasie dnia aby zachować odpowiednio wysoki poziom. Być może dlatego w Japonii choroby wieńcowe są zjawiskiem marginalnym.

Zaraz, zaraz. Jak jest możliwe, że K2-MK7 w naturze w istotnych ilościach występuję tylko w K2? – to było moje pierwsze pytanie gdy usłyszałam o K2. Bo czy matka-natura mogła się tak ograniczyć, do jednego w zasadzie produktu? I przyznam szczerze, że przez wiele miesięcy nie znałam na nie odpowiedzi. Aż tu nagle przeczytałam, że owady i robaki zawierają znaczące ilości K2. Bingo! To jest brakujące ogniwo! Obecnie, przynajmniej w naszej kulturze, mało kto robaki i owady traktuje jako pożywienie, ale przecież nie zawsze tak było. To było nasze naturalne źródło witaminy K2, z którego - w naszej części świata - dobrowolnie zrezygnowaliśmy (Azjaci nadal ze smakiem zajadają się owadami i robakami :-)).

Na marginesie dodam, że natto jest również cennym surowcem kosmetycznym. Kosmetyki – głównie w postaci serum do twarzy – w Azji kosztują krocie. Takie serum przeciwzmarszczkowe można wykonać samemu, dodając do porcji natto oczyszczonej wody oraz filtrując.

 

Eksperyment

Poniżej krótka relacja z mojego drugiego podejścia do natto. Pierwsze podejście już było, ale nie wyszło do końca (o czym za chwilę). Tak to z eksperymentami bywa, że rzadko wychodzą za pierwszym razem.

Korzystałam z instrukcji przygotowania natto z blogu badzweganinem.blox.pl, z tego artykułu. Wykonałam wszystko krok po kroku.

Do wyhodowania natto potrzebna jest soja (bio, każda inna jest genetycznie modyfikowana) oraz zarodniki bakterii B. subtilis. Z tym ostatnim jest najtrudniej, ja swój starter sprowadziłam z Japonii przez ebay.

Do utrzymania stałej temperatury soi 40 stopni razem skorzystałam z jogurtownicy, do której wstawiłam talerz z soją zaszczepioną bakteriami B. subtilis i podgrzewałam przez 24 h. Jest to zdecydowanie lepsze, wygodniejsze i oszczędniejsze rozwiązanie niż wybrany przy pierwszym podejściu piekarnik. Nie dość, że rachunek za prąd po 24-godzinnym podgrzewaniu soi w piekarniku był zauważalnie wyższy, to soja – pomimo przykrycia - bardzo mocno się wysuszyła, przez co była mało „śluzowata” i nie do końca miałam przekonanie czy witamina K2 w ogóle się w niej wytworzyła.

Tym razem – za pomocą jogurtownicy - wyszło. Wokół soi pojawiły się charakterystyczne, klejące niteczki – efekt fermentacji.

Eksperyment uważam za udany. Satysfakcja jest. Witamina K2 mg7 w lodówce na 10 dni dla całej rodziny również.

 

Jak stosować 

Konsystencję (vide zdjęcie pod tytułem) i zapach natto ma nieciekawe. Jednak staje się całkowicie akceptowalne a nawet smaczne jako wkładka do zupy. Na talerz nakładamy solidną łyżkę natto z górką i zalewamy zupą o temperaturze do 50 stopni (żeby nie zabić witamin, w tym cennej K2).

Jeśli nie jesteście aż tak ambitni, polecam Wam serdecznie suplementy K2-mk7 z natto :-) 

 

Podsumowując

Z samodzielnym wyrobem natto jest jednak sporo zachodu a dodatkowo jest to energetycznie kosztowne. Proces u mnie trwał łącznie – 43,5 godziny (18 h - namaczanie, 1,5 h - gotowanie na parze, 24 h - fermentacja). Nic dziwnego, że porządne suplementy K2-MK7 produkowane z natto (a nie syntetyczne) są drogie (w granicach 100 zł za 60 kapsułek wegańskich po 120 mg każda). Ponieważ zostało mi jeszcze trochę startera, pewnie jeszcze kiedyś go wykorzystam, bo mi szkoda wyrzucić, ale na co dzień zostaję jednak przy suplemencie. Jasne, że naturalne zawsze lepsze, ale w tym przypadku to jednak zbyt skomplikowane i uciążliwe.

Share on Myspace

Dział: Pod lupą
czwartek, 23 kwiecień 2015 00:00

Zdrowe warzywka i mięso bleee? 

Zaskakujące wyniki badań Europejskiej Agencji ds. Bezpieczeństwa Żywności

 

Wiem dobrze, że ludzie wcale nie chcą prawdy a jedynie potwierdzenia, że to, w co wierzą jest prawdą.  Zdaję więc sobie sprawę, że zawartość tego tekstu może przekroczyć granice akceptacji rzeczywistości wielu osób, a pierwszą reakcją będzie negacja i próba podważenia wiarygodności badań.

Bo przecież „każdy wie, że dieta warzywna z wykluczeniem, lub znacznym ograniczeniem mięsa jest dla nas lepsza, a w mięsie są antybiotyki, sterydy i inne świństwa.”

Na początek dobra wiadomość. Jest organ, który bada jakość żywności w Europie, również, a może przede wszystkim, pod kątem jej zanieczyszczeń środkami ochrony roślin i metalami ciężkimi. Europejska Agencja ds. Bezpieczeństwa Żywności (EFSA), bo o niej mowa, co roku przeprowadza szerokie badania żywności w krajach europejskich, na podstawie blisko 100,000 próbek pobranych z żywności wytworzonej na terenie EU i państw stowarzyszonych, ale także importowanej.  

Zła wiadomość jest taka, że najgorzej w rankingach jeśli chodzi o zanieczyszczenie tzw. chemią wypadają owoce i warzywa, tuż za nimi plasują się ryby morskie i owoce morza. Dlaczego tak jest? Być może pewnym wytłumaczeniem jest to, że rośliny nie mają układu wydalnicznego i dosłownie zasysają wszystko co w glebie (szkodliwe nawozy) i na zewnątrz (opryski). O zatruciu mórz każdy słyszał, to że ryby większe, znajdujące się na końcu łańcucha pokarmowego kumulują w sobie wszystko to co rybki umiejscowione przed nimi w łańcuchu pokarmowych wchłonęły, też jest dosyć oczywiste.

Mięso, o dziwo, z wyjątkiem drobiu, którego jakość - jaka jest każdy wie, wypada nie najgorzej.

 

Co to oznacza w praktyce?

Na pewno to, że w idealnym świecie, bez pestycydów i wszechobecnej chemii, dieta roślinna z niewielką ilością mięsa i ryb, byłaby optymalna. I to, że w naszym nieidealnym świecie, niestety to z warzywami i owocami wchłaniamy najwięcej „syfu” - trujących dla nas substancji, które mogą prowadzić do chorób cywilizacyjnych, z rakiem na czele. Oznacza to, że kupując warzywa i owoce w supermarketach, najprawdopodobniej wcale nie ofiarowujemy sobie tego co najlepsze.

Druga dobra wiadomość jest tak, że żywność bio jest od 2 do 5 razy mniej zanieczyszczona od warzyw i owoców bez zielonej etykietki. Osobiście po przeczytaniu raportów EFSA cieszę się, że od dłuższego czasu kupowane przeze mnie warzywa i owoce mają w 90% pochodzenie ekologiczne. I chyba tędy droga.

Nie oznacza to jednak oczywiście, że żywność bio jest nieskazitelnie czysta i bezpieczna. W sierpniu ubiegłego roku zwiedzałam jedną z największych upraw winogron w Niemczech. W trakcie oprowadzania nas, przewodnik wskazywał poletka upraw organicznych, które otoczone były przez poletka upraw nieorganicznych. Pamiętam, że wtedy mnie to bardzo zadziwiło, bo przecież w trakcie oprysków wystarczy, że nieco zawieje i winogrona bio też dostaną jakąś dawkę tego czego dostać nie powinny. I tak się rzeczywiście dzieje. Tyle tylko, że jeśli „normalne” winogrona (notabene uważane za owoce najbardziej zanieczyszczone w Europie) są spryskiwane w trakcie sezonu, jak się dowiedziałam, 14 razy (!), to mimo wszystko te bio, nawet jeśli coś im się tzw. rykoszetem dostanie, wygrywają bezapelacyjnie.

Oczywiście, medycyna energetyczna i praca z umysłem potrafią zdziałać cuda i wtedy nawet arszenik można łyżkami zajadać ;-) lub żywić się wyłącznie energią słoneczną ;-) , ale jeśli nie jesteście (jeszcze) w tym biegli, to proponuję poważnie zastanowić się nad przejściem na żywność bio albo od sprawdzonego dostawcy, przynajmniej w zakresie warzyw i owoców.

Adres strony z raportami:

http://www.efsa.europa.eu/en/publications.htm

Share on Myspace
Dział: Pod lupą
wtorek, 07 kwiecień 2015 00:00

Oczyść się na wiosnę!

Gotowy program oczyszczania wg. A. Jungera

detox

Nie ma lepszego momentu na przeprowadzenie programu oczyszczania organizmu niż wiosna. Wszystko budzi się do życia z wigorem i my – jako część wszystkiego - też chcemy poczuć się po zimie pięknie, lekko i pełni nowej energii.

Program oczyszczania warto przeprowadzać minimum raz w roku, nawet jeśli żywimy się dobrze. Jeśli żywimy się tak sobie, warto go zrobić minimum dwa razy - i na wiosnę i wczesną jesienią.

Dlaczego oczyszczanie jest niezbędne

Organizm ludzki ma naturalną właściwość samouzdrawiania się. Jest to wręcz magiczne kiedy spojrzymy przykładowo na proces gojenia się rany. Jeśli ten naturalny proces leczenia nie przebiega, albo przebiega w bardzo zwolnionym tempie, oznacza to, że coś przeszkadza naszemu organizmowi wykorzystać tę swoją naturalną magiczną cechę. Tym co przeszkadza są toksyny. W dzisiejszym, niezdrowym świecie, na co dzień fundujemy sobie świadomie i nieświadomie takie ilości toksyn, że ich neutralizacja przez nasz organizm wymaga zmiany zasad gospodarowania energią – ciało nie dając sobie rady z nadmiarem toksyn magazynuje je „tymczasowo” w tkankach (np. w tłuszczu) czekając na moment kiedy będzie mogło na spokojnie wydalić je z organizmu. Ten moment nie nadchodzi, a toksyny się kumulują. Stąd większość ludzi jest zatruta, chociaż jakoś tam funkcjonuje. Główną ideą wiosennego oczyszczenia jest odcięcie lub przynajmniej mocne ograniczanie dostarczanych nowych toksyn, tak aby organizm mógł pozbyć się skumulowanych w ciele toksyn bez żadnych przeszkód i ograniczeń czyli zrobić to, do czego został stworzony – oczyścić się sam.

Dlaczego Clean

Programów oczyszczających jest całe mnóstwo – lepszych i gorszych. Od skrajnych głodówek (absolutnie nie dla osób z niedoborami), do delikatnych programów sprowadzających się do dodatkowego wypicia szklanki kefiru czy wody z cytryną, które pewnie nie zaszkodzą, ale też jakoś spektakularnie nam nie pomogą.

Wybór jest trudny, więc podpowiadam jak umiem, bo przetarłam wiele szlaków w tej kwestii.

Osobiście uważam, że najlepszym programem oczyszczającym organizm z jakim się spotkałam jest program „Clean” Alejandro Jungera. Nie oznacza to oczywiście, że nie ma innych dobrych programów, oznacza to tylko, że mnie osobiście niezwykle odpowiada mądrość i kompleksowość podejścia do tematu tego autora.

Oczyszczanie wg. tego programu wiąże się z pobudzeniem układu detoksykacji do bardziej intensywnej i efektywnej pracy. Jemy, nie głodzimy się, bo bezpieczny proces usuwania toksyn wymaga dostarczenia organizmowi odpowiednich składników odżywczych. Program ten zakłada ponadto wspieranie procesów prowadzących do eliminacji zaburzeń funkcjonowania jelit, może być np. świetnym startem do leczenia poważnych drożdżyc.

Tych z Was, którzy  poważnie myślą o rozpoczęciu tego programu, zachęcam do zakupu książki A. Jungera pt. „Clean” ze względu na dokładny (blisko 300 str.) opis programu, szczegółowe wyjaśnienie biochemiczne procesu detoksykacji oraz gotowe przepisy na posiłki. Jeśli nie planujecie zakupu książki, nie zrażajcie się, można samodzielnie komponować posiłki wg. zasad, które postaram się przedstawić poniżej.

Program zasadniczo trwa 21 dni, ale jeśli z jakiś względów taki okres będzie dla Was za długi – 14 lub nawet 7 dni też da znaczącą poprawę zdrowia. Odżywianie i oczyszczanie nie są procesami zerojedynkowymi – albo wszystko albo nic. Jeśli uda Ci się wytrzymać choćby tydzień to i tak dużo dla siebie zrobisz (choć przyznaję, że po 3 tygodniach lata się pod sufitem z nadmiaru energii i warto przez program przebrnąć choćby po to J)

Ja ten program zaczynam po raz kolejny właśnie dziś, stąd ten wpis J

Wykluczenia

Następujące okoliczności są przeciwwskazaniem do stosowania programu Clean:

  • ciąża lub okres karmienia piersią
  • cukrzyca typu 1
  • zaawansowana choroba nowotworowa z szybką utratą wagi
  • przyjmowanie leków, których stężenie we krwi musi pozostawać na stałym poziomie (szczególnie antyzakrzepowe, antyarytmiczne i przeciwdrgawkowe)
  • choroba, z powodu której wszelkie zmiany równowagi chemicznej w organizmie mogą stanowić dla ciebie zagrożenie.

Jak się przygotować

Nastawienie psychiczne – jest wszystkim. Jeśli masz głęboką, niezmąconą chęć oczyszczenia własnego organizmu, i myślisz „chcę” a nie „muszę” – uda Ci się. Jeśli wiesz, że powinieneś/powinnaś, ale wcale nie masz na to ochoty – najprawdopodobniej Ci nie wyjdzie, więc szkoda w ogóle próbować.

Przygotowanie logistyczne – należy zorganizować sobie życie na ten okres, dokładnie zaplanować posiłki na min. 2 dni do przodu, kupić niezbędne produkty, zaopatrzyć się w dobrej jakości wodę (najlepiej nie w plastikowych butelkach), odpowiednio „rozluźnić” kalendarz tak żeby mieć czas na przygotowanie posiłków, relaks, spacery i sen. Program oczyszczania nie może być kolejnym wyzwaniem i źródłem stresu w Twoim zalatanym życiu, ma to być czas nagrody dla Ciebie, skupienia się na sobie i dawania sobie tego co najlepsze. Jeśli uważasz, że aktualny tryb życia Ci na to nie pozwala, wybierz wersję tygodniową, albo odłóż oczyszczanie na później, wtedy kiedy będziesz w stanie rzeczywiście z niego skorzystać

Odcięcie toksyn – na tyle na ile możesz odstaw toksyny w pożywieniu, kosmetykach, chemii domowej. Odstaw palenie (na zawsze), nie poddawaj się w tym okresie prześwietleniom. Toksyny rozumiem szeroko – unikaj więc również „toksycznych” ludzi, nie oglądaj nic nie wnoszących „śmieciowych” programów, szczególnie o polityce.

Prowadzenie dziennika - przygotuj zeszyt, w którym będziesz zapisywać wszystko co jesz i pijesz, a także własne samopoczucie, reakcje organizmu, pozom energii, wypróżnienia, wygląd skóry, zapach ciała, ewentualne bóle itp.

Porównanie - zrób sobie zdjęcie przed rozpoczęciem programu i porównaj ze zdjęciem po jego zakończeniu (kolor skóry, cienie i worki pod oczami, napięcie skóry, błysk w oku ;-))

Ściągawka - powieś sobie na lodówce listę pokarmów wskazanych i zabronionych („Czego nie jeść” i „co jeść” poniżej)

Okres przygotowawczy - przejdź przez okres przygotowawczy czyli  tzw. dietę eliminacyjną. Jeśli na co dzień żywisz się dobrze w zasadzie z marszu możesz rozpocząć detoksykację, w przeciwnym razie zafunduj sobie okres przygotowawczy od kilku do nawet 2 tygodni w formie tzw. diety eliminacyjnej. W tym okresie znacząco ogranicz spożywanie kofeiny, odstaw alkohol, pij więcej wody niż zwykle i jedz trzy normalne (niekoniecznie płynne) posiłki dziennie, złożone wyłącznie z produktów dozwolonych (cześć „co jeść” poniżej).

 

Czego nie jeść

Sam program bazuje na wykluczeniu z pożywienia na 21 dni pokarmów, które są częstymi alergenami lub zawierają substancje, które mogą utrudniać detoksykację.

W ten sposób odciążamy wątrobę, dając organizmowi odpoczynek porównywalny z 3-tygodniowym błogim odpoczynkiem na Karaibach po wielu latach ostrego zasuwania w korporacji bez urlopu ;-)

Uwaga: to, że wykluczamy niektóre pokarmy (np., grejpfrut, bakłażany i pomidory, zboża, truskawki, miód itp.) nie oznacza, że te produkty są niezdrowe (niektóre są bardzo zdrowe) a jedynie, że ze względu na pewne związki w nich występujące rezygnujemy z nich na ten czas. Piszę o tym, bo dla niektórych ludzi ta część założeń jest niezrozumiała. Po programie stopniowo wrócisz do nich.

I tak, wykluczamy:

  1. Napoje i produkty gotowe czy przetworzone, które zawierają sztuczne dodatki, konserwanty i inne substancje chemiczne
  2. Węglowodany proste, zawarte w cukrach i zbożach, w szczególności tych rafinowanych (na przykład białej mące czy białym ryżu),
  3. Kukurydzę, pomidory, ziemniaki, bakłażan, paprykę
  4. Masło, margarynę, wszelkie tłuszcze o stałej konsystencji, tłuszcze przetworzone, dressingi sałatkowe, majonez, tłuszcze do smarowania
  5. Alkohol, kawę, napoje z zawartością kofeiny, słodkie napoje gazowane, napoje smakowe
  6. Cukier spożywczy, cukry białe i brązowe, miód, syrop klonowy, syrop kukurydziany, fruktoza, mieszanka fruktozy i glukozy
  7. Czekoladę, keczup, gotowe mieszanki przypraw, gotowe sosy i inne podobne dodatki
  8. Pomarańcze, sok pomarańczowy, grapefruity, truskawki, winogrona, banany
  9. Nabiał i jaja, mleko, sery, twaróg, śmietana, jogurt, masło, lody, śmietanki w proszku
  10. Pszenicę, jęczmień, orkisz, kamut, żyto, kuskus, owies (wszystkie zboża z glutenem)
  11. Surowa ryba, wieprzowina, wołowina, cielęcina, kiełbasa, wędliny, mięso w puszkach, parówki, skorupiaki
  12. Produkty sojowe (sos sojowy, oliwa sojowa w produktach przetworzonych, tempeh, tofu, mleko sojowe, jogurty sojowe)
  13. Orzeszki ziemne, masło orzechowe, pistacje, orzechy makadamii

"Nie wolno jeść nic!” – zakrzyknie pewnie część z Was. Nieprawda.

Co jeść

W czasie programu możemy bowiem jeść:

  1. Warzywa: najlepiej świeże, surowe, duszone, sauté lub w postaci soków, pieczone
  2. wyciskany na zimno olej z oliwy, lnu, sezamu, migdałów, słonecznika, rzepaku, dyni, orzechów włoskich
  3. filtrowaną bądź butelkowaną wodę (unikajmy plastikowych butelek), zieloną herbatę, herbatki ziołowe (herbatki nie mogą być jedynym płynem, przynajmniej połowę musi stanowić woda)
  4. syrop z brązowego ryżu, syrop z agawy, stewię
  5. ocet, wszystkie przyprawy: sól chimalajska/kamienna, pieprz, bazylia, mączka chleba świętojańskiego, cynamon, kminek, koper, czosnek, imbir, musztarda, oregano, pietruszka, rozmaryn, kurkuma, tymianek
  6. owoce w całości, niesłodzone, mrożone lub w soku własnym, rozcieńczone soki naturalne
  7. ryż, mleka roślinne -  mleko migdałowe, ryżowe, kokosowe lub jaglane, brązowy ryż, kaszę jaglaną, komosę ryżowa, szarłat (amarantus), grykę
  8. ryby zimnowodne, dziczyznę, chudą jagnięcinę, kaczkę, kurczaka, indyka (tak pisze A. Junger, ja bym mimo wszystko namawiała na wykluczenie, albo znaczne ograniczenie mięsa w tym okresie)
  9. groch, soczewicę, rośliny strączkowe
  10. nasiona sezamu, pestki dyni czy słonecznika; orzechy laskowe, orzechy pekan, migdały, orzechy nerkowca, orzechy włoskie

Program oczyszczania – podstawowe zasady

  • W czasie detoksykacji spożywasz 3 posiłki dziennie – dwa płynne (najlepiej koktajl-smoothie rano i zupa krem na kolację) i jeden stały (obiad) komponowane wyłącznie z produktów dozwolonych. Przykładowe posiłki są dostępne w książce „Clean, ale można je samodzielnie komponować z dozwolonych produktów. Mój dzisiejszy jadłospis (dzień 1) podaję na dole.
  • Zawsze, gdy to tylko możliwe, wybieraj produkty organiczne.
  • Dokładnie i wolno przeżuwaj pożywienie, pamiętaj, że trawienie zaczyna się już w ustach.
  • Bezwzględnie przestrzegaj zasady 12-godzinnego odstępu pomiędzy kolacją dnia poprzedniego a śniadaniem dnia następnego.
  • Przy dużym głodzie pomiędzy posiłkami (szczególnie na początku programu) możesz wypić dodatkowy koktajl, zjeść jabłko, marchewkę lub 5 migdałów.
  • Pamiętaj o codziennym wypróżnieniu i jeśli trzeba sięgnij po herbatkę na zaparcia lub wypij na noc dwie łyżki oleju rycynowego. Jest to niezwykle ważne, aby w czasie kuracji nie doprowadzać do zaparć, bo wówczas uwalniane toksyny mogą się z powrotem wchłonąć.
  • Staraj się pić dużo wody dobrej jakości. Junger zaleca pić tak, aby oddawać mocz co godzinę. Życie, życiem, uważam, że aż tak często nie trzeba (szczególnie gdy typ pracy nam to uniemożliwia), ale zdecydowanie pijmy więcej niż zwykle. Woda ułatwia wypłukiwanie nagromadzonych toksyn z organizmu.
  • Codziennie zjedz jeden ząbek surowego czosnku.
  • Zapisuj wszystko skrupulatnie w dzienniku.

Kwestie pozażywieniowe

Oczyszczenie należy rozumieć szerzej, również na płaszczyźnie psychicznej. Niech to będzie radosny okres tylko dla siebie. Codziennie rób coś co kochasz, wygospodaruj na to czas. Unikaj spotkań i sytuacji, których nie lubisz. Ćwicz codziennie chociaż 10 minut, wybierz się na spacer aby się dotlenić. Program Clean bez codziennego ruchu nie ma sensu, nie osiągniemy zamierzonego efektu detoksykacji.

Zadbaj o odpowiednią ilość snu, staraj się chodzić spać najlepiej ok. 22, jeśli jest to absolutnie niemożliwe to o 23. Jeśli jeszcze nigdy nie medytowałeś, to też dobry moment, żeby spróbować choćby z 10 minut dziennie. Wystarczy, że na 10 minut dziennie zamkniesz oczy i wsłuchasz się w to co do Ciebie dociera, starając się jednocześnie oczyścić umysł z myśli. Nie stresuj się jeśli nie będzie to wychodzić perfekcyjnie, ważne żeby znaleźć tę chwilę na spokój. Równie dobrze medytować możesz na spacerze w lesie czy w parku, skupiając się na przyrodzie.

Możesz zafundować sobie saunę, nawet kilka razy, która dodatkowo pozwoli wypocić Ci toksyny przez skórę. Jeśli możesz, oglądaj dużo dobrych komedii, śmiech sprzyja wszelkim procesom ozdrowieńczym.

odpoczynek

Reakcje organizmu

Warto wiedzieć, że organizm przez długi czas faszerowany przetworzonymi pokarmami i pozbawiony istotnych składników odżywczych może bardzo gwałtownie zareagować na rozpoczęcie procesu usuwania toksyn i pojawienie się zdrowszego jedzenia.

Te objawy mogą wydawać się niekorzystne  a nawet budzić niepokój, dlatego warto wiedzieć że są normalne i przejściowe. Organizm czyści się z toksyn na różne sposoby. To czego możesz się spodziewać (jeśli masz bardzo zaśmiecony organizm) to m.in. wykwity skórne, bóle głowy, stan podgorączkowy, pogorszenie nastroju, uczucie osłabienia, intensywny zapach wydzielin.

Zaakceptuj z góry, że tak może być i pamiętaj, że to dobre znaki, że organizm wszedł w proces samooczyszczania.

Chudnięcie nie jest celem tego programu, ale stanowi częsty skutek uboczny u osób z nadwagą. U osób o wadze normalnej raczej nie wystąpi.

Co potem?

Przejście przez cały lub skrócony program oczyszczania jest powodem do dumy, ale to jeszcze nie koniec pracy. W tym czasie odstawiliśmy bardzo dużą część pokarmów i powrót do nich powinien następować stopniowo.

Uwaga: nie wracamy do pokarmów rafinowanych (biały cukier, biała mąka, popularne oleje z marketów) wcale!

Każdy produkt wprowadzaj pojedynczo i obserwuj prze 2-3 swoją reakcję, przed wprowadzeniem kolejnego. Np. możesz zacząć od wprowadzenia zbóż zawierających gluten (ale nie pszenicy) i zobaczyć czy przez te 2-3 dni nie masz wzdęć, spadków energii i innych niepożądanych reakcji, których nie miałeś w czasie programu Clean. Potem wprowadzasz pszenicę. Jeśli odczuwasz dolegliwości, ponownie ją odstawiasz i obserwujesz czy dolegliwości się cofnęły. I tak dalej, po kolei z każdym produktem. W ten sposób masz unikalną szansę zaobserwować co Ci rzeczywiście służy a co nie i wykryć nietolerancje, o których nigdy nie wiedziałeś. Zapisuj wszystko. Może się okazać, że pokarmy, których nigdy byś o to nie podejrzewał, wcale nie działają na Ciebie dobrze. Ten okres powolnego wprowadzania pokarmów jest fascynujący sam w sobie i może dostarczyć nam ogromnej wiedzy o własnym organizmie.

I jak? Wchodzicie w to?

Poniżej mój dzisiejszy jadłospis (bez napojów):

Pół godziny przed śniadaniem szklanka ciepłej wody z połówką cytryny

Śniadanie: Koktajl z mango z ananasem i mleka kokosowego

Pół mango, mniej więcej tyle samo objętościowo ananasa, ½-1 szklanka mleka kokosowego. Wszystko zmiksować razem w blenderze i wypić.

Obiad: Sałatka z soczewicy

1 szklanka suszonej zielonej soczewicy namoczonej w 3 szklankach wody.

1 szklanka cukinii, pokrojonej w kostkę

1 szklanka ogórka, pokrojonego w kostkę

1/4 szklanka ananasa, pokrojonego w drobną kostkę

¾ szklanki marchewki pokrojonej w kostkę

¼ szklanki cebulki pokrojonej drobno

¼ szklanki oliwy

sok z 1 cytryny

Przyprawy: kminek, kurkuma, starty imbir, 1 ząbek czosnku, sól, liście kolendry lub pietruszki

Namoczoną soczewicę gotować do miękkości (ok. 30 min.). Przygotować dressing z przypraw, oliwy i soku z cytryny. Wymieszać soczewicę z cukinią, ogórkiem, ananasem, marchewką i cebulką. Polać dressingiem, wymieszać i odczekać 5 minut aż smaki się wymieszają.

Kolacja: (ok. 17.30): Zupa z cukinii i bazylii

Uwaga: W programie Clean zupy kremy są niegotowane, z surowych warzyw!. Mnie osobiście nie do końca to pasuje, więc mimo wszystkie przynajmniej podgotowywuję na parze warzywa i dopiero wtedy robię krem. Ale to kwestia gustu.

1 cukinia, pokrojona w kostkę

1 łodyga selera naciowego

1 łyżka czerwonej lub słodkiej cebuli, drobno posiekanej

1 łyżka oliwy z oliwek extra virgin

5 liści bazylii

sól

¼ awokado

4 łyżki wody

dodatkowe liście bazylii (do ozdoby)

1. Zmiksuj wszystkie składniki w blenderze, ustawionym na wysokie obroty.

2. Ozdób danie świeżymi, dokładnie rozdrobnionymi liśćmi bazylii.

Share on Myspace
Dział: Kuracje
poniedziałek, 23 marzec 2015 00:00

Sałatka Waldorfa mojej babci

 

salatka WaldorfaTę sałatkę pamiętam dobrze z dzieciństwa, była jednym z dań popisowych mojej babci. Wersji i odmian sałatki Waldorfa istnieje wiele, ta  jest z ananasem, ale oczywiście ananas można zastąpić innym słodkim dodatkiem, np. rodzynkami, suszoną żurawiną, nawet śliwką suszoną.

Ta surówka zadaje kłam powiedzeniu, że wszystko co najlepsze jest albo niezdrowe, albo nielegalne, albo niemoralne. Jest bardzo zdrowa, całkowicie legalna i wysoce moralna ☺.

Nawet Ci dziwni osobnicy, którzy na co dzień twierdzą, że nie mogą zozumieć jak można zakwalifikować seler do produktów jadalnych, są w stanie tę sałatkę zjeść bez obrzydzenia a nawet z pewnym zadowoleniem.

Uwaga: sałatka ma jedną wadę. Bez względu na to ile jej się zrobi, kończy się strasznie szybko.

Składniki:
Ok. 250 g.  jabłek (u mnie bio) - waga po wydrążeniu
Ok. 250 g. selera (u mnie od lokalnego rolnika)
2-3 łyżki soku z cytryny
8-10 orzechów włoskim świeżo łuskanych
Ok. 150 g. świeżego ananasa (po obraniu i pokrojeniu)
2-3 łyżki jogurtu typu greckiego, jogurtu z nasion lub w wersji "żyje się raz i niekoniecznie zdrowo" - majonezu.
 

salatka WaldorfaJabłka wydrążyć, seler obrać. Wyłuskać orzechy i pokroić lub połamać na mniejsze, ale wyczuwalne kawałki. Ananas pokroić na małe kawałeczki. Jabłka i seler zetrzeć na tarce z grubymi oczkami. Jest to najbardziej pracochłonna część wykonania sałatki, ale jej smak Wam to zrekompensuje. Zamiast tarki można uzyć dobrej jakości rozdrabniacza lub urządzenia wysokoobrotowego (ja używam). W takiej sytuacji rozdrobnić najpierw seler, a potem jabłko na kawałki wielkości odpowiadającej z grubsza kawałkom z tarki z duzymi oczkami. Starte jabłko i seler wymieszać, odstawić do miski, skropić sokiem z cytryny, żeby nie zciemniały. Dodać ananas i orzechy, wymieszać. Na koniec dodać 2-3 łyżeczki jogurtu i dobrze wymieszać.

Niebo w gębie.

Sałatkę zawsze robię na oko i zawsze jest pyszna. U mnie proporcje selera do jabłka to +/- 1:1, ale można je nieco zmodyfikować według upodobań lub stanu. Jeśli nie mam orzechów włoskich, dodaję inne, które akurat są na stanie (np. laskowe, migdały), w ostateczności można dodać nawet pestki słonecznika, też będzie dobrze.

Sałatka jest zdrowa, bardzo odżywcza i przepyszna. U mnie w domu nie jest w stanie przetrwać do kolejnego dnia.

Smacznego i na zdrowie!

salatka Waldorfa

Share on Myspace
Dział: Przepisy
wtorek, 17 luty 2015 00:00

"Pay Yourself First"

czyli czy stać Cię na oszczędzanie na dobrej jakości jedzeniu? 

 

Pay yourself first” (zapłać najpierw sobie) jest konceptem używanym w doradztwie inwestycyjnym i emerytalnym i krótko mówiąc polega na tym, aby określony procent miesięcznego dochodu tuż po wypłacie automatycznie odkładać jako inwestycję, a dopiero z tego co zostanie realizować wydatki, takie jak rachunki za gaz prąd, czynsz itp.

Koncept wymusza odwrócenie priorytetów: My (w domyśle: nasza finansowa przyszłość i bezpieczeństwo) jesteśmy najważniejsi i o to musimy zadbać w pierwszym rzędzie, a dopiero z tego co zostaje płacimy innym. Takie działanie oznacza też automatycznie znacznie większą dyscyplinę wydatków. Nawet jeśli ta miesięczna inwestycja to tylko 5 czy 10% naszego dochodu, to to jest to, co płacimy sobie. Gdybyśmy najpierw realizowali wydatki a dopiero potem odkładali to co zostanie, to z dużym prawdopodobieństwem nie zostałoby dla nas już nic.

Koncepcja podoba mi się o tyle, że nakazuje w pierwszej kolejności myśleć o sobie. Przekładając ją na sferę odżywiania i zakupów żywnościowych - to co regularnie kupujesz i jesz jest długofalową inwestycją w Ciebie i Twoje zdrowie. Implikacją tego jest stwierdzenie, że na dobrej jakości jedzeniu nie wolno oszczędzać. Oszczędzić można na ubraniach, prądzie, rozrywce, kolczykach itp., ale nie na tak podstawowej kwestii jak jedzenie. Pay Yourself First czyli zadbaj o siebie!

I tu wielu z Was się oburzy, bo przecież jest tak dużo biednych ludzi, których nie stać na dobrej jakości jedzenie i muszą kupować najtańsze jedzenie. Nigdy nie będą mogli się odżywiać dobrze, bo ich na to nie stać. 

Otóż nie zgadzam się z tym stwierdzeniem i uważam, że z pewnymi wyjątkami, gdzie rzeczywiście z pustego i Salomon nie naleje, w większości rodzin, w których – jak to się mówi – się nie przelewa, priorytety są po prostu ustawione niewłaściwie, co wynika w dużej mierze z braku odpowiedniej wiedzy ale po części również z czegoś co można nazwać radosną, niezmąconą ufnością, że jest się nieśmiertelnym. Nie zgadzam się, ponieważ: 

  • Nawet żywiąc się jedzeniem z supermarketów, które jest najtańsze, można dokonywać lepszych i gorszych wyborów. I tam można dostać przyzwoite produkty w przyzwoitych cenach i uzupełniać je zakupami od lokalnych rolników.
  • Samo wykluczenie niektórych produktów już jest krokiem do przodu, koszyk przeciętnego Polaka opróżniony z Coca Coli, słodzonych napojów, czipsów, słodyczy, białego pieczywa, tanich „pocących się” wędlin, kurczaka, margaryny, białego cukru czy deserków typu Danonki już będzie dużo zdrowszy a portfel odpowiednio cięższy.
  • Ogólnie kupujemy za dużo śmieciowego jedzenia – kupowanie mniejszych ilości lepszej jakości za te same pieniądze jest mądrym rozwiązaniem. Lepszej jakości żywność ma wyższą „gęstość”, co oznacza wyższe uczucie sytości przy spożyciu nawet niewielkiej ilości. Zjedźcie 100 g. pełnoziarnistego pieczywa własnej, domowej roboty a 100 g kupnych czipsów (nie żebym kogoś zachęcała, to taka figura stylistyczna :-)) i porównajcie poziom swojej sytości po zjedzeniu. Tak to już jest, że pokarm bogaty w wartości odżywcze szybciej syci, organizm dostaje to czego potrzebuje, mózg już nie wysyła informacji „jestem głodny, nakarm mnie”, śmieciowego jedzenie można zjeść 10 kg, a ponieważ, oprócz kalorii, niewiele tam jest, organizm ciągle będzie domagał się więcej.
  • Ci, których „nie stać” na zdrowe żywienie mają jednak w domach plazmy, sprzęt nagłaśniający, konsole do gier, stać ich na wyjście do kina z Colą i popcornem, a czasem nawet jeżdżą starymi, bo starymi, ale jednak samochodami, które generalnie są drogie w utrzymaniu. Przeciętna polska „biedna” rodzina kupuje drogie zgrzewki Coli i wszelkie produkty reklamowane w telewizji.
Z jedzeniem jest trochę tak jak z ludźmi. Jest opakowanie, czyli to co zewnętrzne i nieprawdziwe i jest wnętrze, prawdziwa wartość, która często ma się nijak do opakowania. Opakowanie jest fasadą, czasem błyszczącą i lśniącą a czasem szarą i szorstką. To co jest wewnątrz nie ma nic wspólnego z opakowaniem. Jeśli w naszych wyborach kierujemy się tylko opakowaniem, nie zadając sobie trudu sprawdzenia co naprawdę jest wewnątrz - to najprawdopodobniej czeka nas słabe, puste i powierzchowne życie. 

Wszystkim tym, którzy twierdzą, że nie stać ich na zdrowe odżywianie należy zadać pytanie na co w takim razie wydają pieniądze? Bo jeśli nie stać nas na tak podstawową kwestię jak dobrej jakości pożywienie, które powinno być punktem 1 na liście (pay yourself first), to jakim cudem można dojść do punktów nr 2,3 itd.?

A drugie pytanie jakie się nasuwa to „Czy stać Cię na leczenie długofalowych skutków zaniedbań żywieniowych?” To jest bowiem dopiero droga sprawa.

Są to oczywiście pytania retoryczne. Ustawienie priorytetów wydatków wynika z poziomu samoświadomości i długofalowego patrzenia na życie. W dzisiejszych czasach, jedzenie jest ostatnią rzeczą, na której można oszczędzać, jeśli się to wie, wybory są łatwe. Jeśli się nie wie, albo niby wie, ale nie do końca chce zrozumieć, to krótkofalowa satysfakcja z nabycia dużej ilości tanich i niskiej jakości dóbr przeważy nad rozsądkiem.

Pamiętaj: Czego nie wydasz w spożywczym, wydasz dwa razy w aptece!

Share on Myspace
Dział: Ogólne
sobota, 24 styczeń 2015 00:00

Chleba naszego powszedniego ... raczej unikajmy. O pszenicy słów kilka. 

 

pszenicaTemat pszenicy jest modny, szczególnie od czasu ukazania się na rynku książki Williama Davisa „Dieta bez pszenicy. Jak pozbyć się pszennego brzucha i być zdrowym”.

Wiele osób unika glutenu jak ognia pomimo, iż wcale nie cierpią na celiakię. Celiakia to poważna choroba autoimmunologiczna, nie zaliczana jednak do alergii. Wynika z nieprawidłowej reakcji immunologicznej organizmu na gluten a konsekwencją spożywania produktów zawierających gluten są uszkodzenia, a nawet całkowity zanik kosmków jelitowych, niezbędnych do wchłaniania składników odżywczych z pożywienia. 

W przypadku osób, które na celiakię nie chorują zasadniczo unikanie glutenu nie znajduje większego uzasadnienia, szczególnie jeśli chodzi o żyto, owies czy jęczmień (bo pszenica to inna historia, o czym dalej).

Z drugiej strony pszenica jest niezwykle cenionym pokarmem w TCM, któremu przypisywane są bardzo istotne funkcje odbudowujące.

Wg. medycyny chińskiej pszenica ma smak słodki (czytaj: łagodny) i naturę termiczną chłodną. Oczyszcza gorąco, zsyła w dół yang, odżywia serce, uspokaja Ducha, uzupełnia nerki i gasi pragnienie. Jest jednym z niewielu pokarmów, którym medycyna chińska przypisuje bezpośrednie działanie odżywcze i na ciało i na umysł, choć osoby otyłe nie powinny jej spożywać. Nie jest również wskazana dla osób z nowotworami i guzami.

No to jak w końcu jest? 

Otóż pszenica, o której mowa w medycynie chińskiej to nie ta pszenica, z której wypiekane są najpopularniejsze chleby w naszym rejonie świata.

Wszystko znów sprowadza się do jakości. Pszenica, którą powszechnie dziś się nam serwuje, niewiele ma wspólnego z tą pszenicą, która była podstawą żywienia przez 6 tysięcy lat. Oczywiście i przez te 6 tysięcy lat pszenica zmieniała się genetycznie, bo jest to naturalny proces w samej naturze. Jednak mniej więcej od roku 1929 została poddana takim modyfikacjom genetycznym przez człowieka, że dzisiejszą pszenicę trudno nazwać pszenicą. Jest to produkt hybrydowy, tani, odporny na grzyby i wydajny, ale niewiele mający wspólnego z oryginałem. 

Davis badał sprawę dokładnie i pisze, że krzyżowania jakim poddano pszenicę sprawiają, że są w niej związki wybitnie dla nas niekorzystne takie jak amylopektyna A, gliadyna i zmodyfikowany gluten. Ten ostatni, zdaniem kardiologa, jest odpowiedzialny za tak znaczny wzrost zachorowań na celiakię.

Od siebie dorzucę, że do tego dochodzą jeszcze takie kwestie jak:
  • rafinowanie mąki,

  • sprzedawanie mąki a nie ziaren (zmielona mąka podobnie jak wyłuskane orzechy jełczeje, choć my tego nie widzimy, jełczeje czyli utlenia się - wolne rodniki) – bardzo trudno jest kupić dziś zboża w ziarnach, oj ile trzeba się nachodzić,

  • sztuczne barwienie już rafinowanej mąki, aby była bardziej biała,

  • spulchniacze i ulepszacze dodawane do mąki.

Kiedyś od bardzo szczerej właścicielki piekarni usłyszałam, że oni nawet jakby chcieli nie dodawać spulchniaczy i ulepszaczy do mąki to nie mogą, bo dostają taki gotowy produkt od dostawcy.

Nic dziwnego, że coraz więcej osób źle toleruje pieczywo pszenne, ma po nich wzdęcia i innego rodzaju problemy gastryczne.

Ale część osób takich objawów zewnętrznych nie ma, albo nie wiąże ich z pieczywem („zawsze miałam wzdęcia”) i wcina ogromne ilości chleba na śniadanie, obiad i kolację.

De facto niskiej jakości chleb pszenny jest najpopularniejszym fastfoodem w Polsce a wszechobecne kanapki z najzwyklejszego białego chleba z szynką konserwową i plastrem produktu seropodobnego – istną zmorą żywieniową. 

Jak najłatwiej sprawdzić czy chleb jest dobry? Zostawić go na kilka dni. Dobry chleb powinien zeschnąć się na kamień. Jeśli spleśnieje – ma w sobie niekorzystne chemikalia. 

Co w tej sytuacji robić? 

1. Sięgnąć po prastare odmiany pszenicy takie jak kamut, płaskurka, samopsza czy orkisz. Z tych wszystkich odmian najpopularniejszy i najłatwiejszy do dostania jest orkisz. Kiedyś bardzo drogi, teraz widzę, że tanieje. Kamut i płaskurkę można zamówić w Internecie, w Niemczech można je kupić nawet w drogeriach smile. Z nich piec chleb, robić naleśniki, piec ciasta itp. Wg. TCM i kamut i orkisz mają podobne właściwości co pszenica, z tym, że mają naturę termiczną ogrzewającą. Bardzo dużo osób z nietolerancją pszenicy w ogóle nie ma tego problemu np. z kamutem.

kamut (po lewej) i płaskurka

kamut (po lewej) i płaskurka

2. Jeśli nie mamy czasu czy chęci wypiekać własnego pieczywa, uważnie czytajmy etykiety na wypiekach. Niestety powszechne jest, że chleb nazwany „chlebem orkiszowym” w swym składzie orkisz rzeczywiście ma ale w proporcji np. 40% gdzie reszta to pszenica. To nie o taki chleb chodzi. W marketach w zasadzie bardzo trudno o przyzwoite pieczywo, nawet to na wagę „z metra” nie zawsze ma dobry skład.

3. Znaleźć miejsce gdzie mają dobre wypieki z mąki nierafinowanej i tam się zaopatrywać. Oprócz czytania etykiet, drugim kluczowym wskaźnikiem jest obserwacja swoich reakcji po zjedzeniu danego rodzaju pieczywa. Jeśli skład jest ok, ale my po zjedzeniu takiego wypieku czujemy się źle – nie kupujmy więcej. Ja chleb czasem piekę sama a najczęściej kupuję w swojej kooperatywie – jest to chleb 100% żytni na zakwasie. Z tym, że osobom z wrażliwym układem trawiennym chleby na zakwasie mogą nie podchodzić.

4. Jeśli wybieramy chleby bez pszenicy i mimo to, żaden z nich nam - a raczej naszemu układowi trawiennemu - nie odpowiada a życia bez chleba sobie nie wyobrażamy, proponuję:

- zrobić badania w kierunku celiakii (w Polsce można już kupić test do samodzielnego wykrycia celiakii – koszt ok. 45 zł).

- korzystać z opiekacza – chleb generalnie jest produktem dosyć ciężkostrawnym, podgrzanie go znacząco ułatwia jego trawienie

- skiełkować najpierw ziarno, z którego następnie wypiekamy chleb, naleśniki itd. – to sztuczka wręcz magiczna, okazuje się, że nawet osoby z ogromną nietolerancją na zboża w większości nie mają problemów z ich trawieniem po ich skiełkowaniu. Jest to dosyć pracochłonne, zboże zalewamy wodą, kiełkujemy (2-3 dni) a potem znowu suszymy. Dla tych, którzy nie mają cierpliwości, żeby to samemu robić pozostają tzw. chleby esseńskie wypieczone właśnie ze skiełkowanego ziarna. Drogie jak diabli, ale zdrowe. Pomijając lepszą tolerancję skiełkowanych zbóż, kiełkowanie wg. medycyny chińskiej dodatkowo zwiększa qi pokarmu (czyli energię żywotną, którą my z tego produktu czerpiemy).

Ogólnie bardzo lubię chleb, ale żyjąc w takich czasach w jakich żyjemy stawiam na jakość a nie ilość. Naprawdę jeden wysokiej jakości chleb na tydzień na rodzinę 2+1 powinien wystarczyć całkowicie. 

Pieczywo "prosto z pieca"?

Na koniec nie mogę się powstrzymać, żeby nie skomentować „ciepłego, chrupiącego pieczywa prosto z pieca” w niektórych dyskontach, które - wypiekane na naszych oczach - pachnie tak wspaniale i rzeczywiście jest jeszcze ciepłe gdy go dotkniemy. Otóż sformułowanie „ciepłe, chrupiące pieczywo prosto z pieca” jest tu kluczowe. Z prawnego punktu widzenia wszystko się zgadza i nikt nas nie wprowadza w błąd. Tyle, że nikt też specjalnie się nie chwali, że pieczywo to jest wypiekane z mrożonek, których średni czas zamrożenia wynosi ok. pół roku! Innymi słowy te chrupiące, pachnące bułeczki są imitacją żywności. Wg. medycyny chińskiej produkt zamrożony traci swoje qi. 

Share on Myspace
Dział: Pod lupą
wtorek, 13 styczeń 2015 00:00

Produkty eko i kooperatywy spożywcze

 

Zasadniczo staram się nie dać zwariować i nie jeżdżę na drugi koniec miasta po ciecierzycę organiczną. Niemniej w sklepie mając do wyboru produkt bio i nie bio, zwykle wybiorę ten pierwszy, zgodnie z zasadą "mniej a lepszej jakości".

Zauważyłam jednak, że temat produktów bio/ organicznych nie jest do końca jasny dla wielu ludzi. Kilkakrotnie spotkałam się ze stwierdzeniem „Ja w to nie wierzę”. Ostatnio padło do z ust mojego męża, który stwierdził, że nie jest do końca przekonany czy to nie kolejny chwyt marketingowy ze strony dużych firm, po to żeby konsumentów jeszcze bardziej wydoić.

 

Regulacje

www.freepik.com. Designed by Freepik To dało mi bodziec do zbadania tematu. Z zapałem rzuciłam się w wir poszukiwań i po 7 godzinach padłam. Dużo informacji, mało konkretów, dalej jest we mnie wiele pytań, na które nie znalazłam odpowiedzi. Zastanawiam się tylko, jeśli tak świadomy konsument jak ja, dodatkowo mocno przyzwyczajony do grzebania w przepisach ma tak dużo problemów z ustaleniem podstawowych kwestii to oznacza, że przeciętny konsument nie ma żadnych szans. 

To co udało mi się jako tako ustalić: Kwestię żywności ekologicznej w Unii Europejskiej regulują przede wszystkim dwa rozporządzenie europejskie* a w Polsce ustawa z dnia 25 czerwca 2009 r. o rolnictwie ekologicznym i liczne akty wykonawcze do niej.

Przeczytałam polską ustawę i niektóre akty wykonawcze do niej i wygląda na to, że:

  1. W Polsce mamy system certyfikacji przez niezależne jednostki certyfikujące, akredytowane przez Polskie Centrum Akredytacji. Na dzień dzisiejszy doliczyłam się na stronie PCA dziesięciu akredytowanych jednostek certyfikujących produkty ekologiczne.
  2. Żeby otrzymać certyfikat trzeba przejść skomplikowaną procedurę od zgłoszenia chęci zamiaru zostania rolnikiem ekologicznym poprzez okres przejściowy (okres tzw. konwersji), dostosowania, w czasie którego jednostki certyfikujące regularnie sprawdzają w formie kontroli czy wszystko jest tak jak powinno aż po samo uzyskanie certyfikatu (zwykle ok. 3 lat później).
 
Kwestia zaufania?

No dobrze. Przy założeniu, że firma uzyskuje certyfikat po dogłębnym sprawdzeniu jej przez wyspecjalizowaną jednostkę, ale następnie świadomie lub nie obniża jakość produkcji, która nie jest zgodna z wymogami ustawowymi? Innymi słowy, czy po udzieleniu certyfikatu, ktoś to jeszcze później sprawdza? 

Teoretycznie tak, w praktyce – trudno powiedzieć.

Polska ustawa mówi o kontrolach ze strony Głównego Inspektora, ale niestety nie podaje żadnych minimalnych częstotliwości takich kontroli. Innymi słowy kontrola jest raczej uprawnieniem niż obowiązkiem, bo cóż to za obowiązek bez określenia kiedy ma być wykonany.

Na stronach jednostek certyfikujących można przeczytać, że nadzór jest prowadzony poprzez niezapowiedziane inspekcje mające na celu sprawdzenie czy wymogi certyfikatu są przestrzegane, ale terminów też nie podają.

Logiczne, że nie podają, bo żeby każdy wytwórca/ producent żywności bio miał być regularnie kontrolowany trzeba byłoby zatrudnić armię kontrolerów, co jest z oczywistych względów niewykonalne. 

www.freepik.com. Designed by FreepikInnymi słowy w zakresie uczciwości producentów bio jesteśmy zdani na zaufanie im i temu, że możliwość utraty certyfikatu i „twarzy” w przypadku wyrywkowej kontroli, która stwierdziłaby nieprawidłowości będzie wystarczającym hamulcem.

 

Znalazłam w Internecie informację, że w Niemczech kontrola wykazuje, że ok. 15% kontrolowanych gospodarstw/ producentów nie przestrzega norm certyfikatu. Wg. raportu naszego polskiego UOKiKu** wśród przeprowadzonych kontroli odsetek ten kształtował się bardzo podobnie.

Nie wiem czy to dużo czy mało, jednak chcę patrzeć na to w ten sposób: Kupując żywność organiczną mam 85% pewność, że jest ona pozbawiona szkodliwych dodatków, kupując żywność w supermarketach mam niemal gwarancję, że one tam są.

Bazarki to wielka niewiadoma, na bazarkach można spotkać i lokalnych rolników stosujących tradycyjne metody uprawy i pośredników, będących którymś z kolei ogniwem łańcuszka dostaw, którzy nie mają pojęcia gdzie i w jakich warunkach żywność, którą sprzedają została wyprodukowana.

Myślę, że te 85% pewności to całkiem sporo.

 
Lepsze wartości odżywcze?

Standardy ekologiczne żywności bio dotyczą wyłącznie parametrów jakościowych procesu wytwarzania żywności a nie odnoszą się wprost do jakości produktu. Innymi słowy certyfikat otrzymuje gospodarstwo, które spełnia wymogi produkcji, a nie wyrób jako taki. Wyrób nie jest badany pod kątem jakościowym, nie ma w związku z tym definicji jakości produktu eko.

Jakie z tego wnioski? Po pierwsze, produkty bio nie muszą być bogatsze w wartości mineralne, niekoniecznie zawierają więcej witamin i składników odżywczych niż żywność produkowana masowo. I wg. moich informacji nie zawierają (badania naukowe w tym zakresie są wzajemnie sprzeczne). Innymi słowy mandarynka wyhodowana ekologicznie nie musi mieć więcej witamin niż mandarynka wyhodowana nieekologicznie.

„Zdrowszość” żywności bio wynika z tego, że nie jest ona tak zanieczyszczona jak żywność standardowa. W procesie produkcji nie używa się bowiem azotanów, pestycydów, hormonów i antybiotyków.

 
Alternatywa?

Produkty organiczne/ bio są bardzo drogie, co skutecznie ogranicza ich dostępność dla niektórych. Pamiętam jak z zachwytem trafiłam do ponoć największego w Polsce marketu bio, który wygląda jak sporej wielkości sklep osiedlowy, z tą różnicą, że wszystko począwszy od chleba, poprzez warzywa i owoce, po mięsa jest eko. Za niewielkie zakupy zapłaciłam masakrycznie dużo i już wiem, że w Polsce, która ciągle jeszcze jest krajem na dorobku i dla absolutnej większości ludzi kluczowe znaczenie przy decyzji zakupowej ma to czy kilogram kurczaka kosztuje 7 zł a nie 40 zł a nie to czy w jego mięsie znajdują się antybiotyki i hormony. Na szczęście są alternatywy dla drogiej żywności bio.

Świadomość tego jak bardzo zatrutą żywność serwują nam naokoło jest coraz powszechniejsza i jak grzyby po deszczu mnożą się oddolne inicjatywy w formie kooperatyw bazujące na zamawianiu produktów spożywczych od sprawdzonych, lokalnych dostawców, prowadzących gospodarstwa w tradycyjny sposób, ale bez certyfikatów bio.

W skrócie działa to tak: zbiera się grupka z danej lokalizacji, zainteresowana nabywaniem zdrowych i ekologicznych produktów (choć niekoniecznie z certyfikatem bio), wybrany koordynator grupy lub „komisja” sprawdza potencjalnych dostawców, jedzie na miejsce, sprawdza w jakich warunkach hodowane są kury, jak nawożone warzywa itd. Jeśli wszystko jest ok jest podpisywana umowa współpracy z dostawcą/ rolnikiem. Od członków grupy zbierane są zamówienia i raz w tygodniu dostawcy (zwykle jest od kilku do kilkunastu dostawców) w jeden konkretny dzień tygodnia dowożą zamówioną żywność w umówione miejsce, gdzie członkowie grupy je sobie odbierają i ewentualnie rozliczają się (o ile nie zrobili tego wcześniej).

Sama jestem od jakiegoś czasu w takiej kooperatywie (LokalnyRolnik.pl) i jestem z tego niezwykle dumna i zadowolona. Pomijając bardzo sympatyczną atmosferę w grupie, mam naprawdę dostęp do produktów wysokiej jakości i lokalnych, bez pośredników. Ceny – jak na bazarze, ciut wyższe niż w marketach.

Nie rezygnuję jednak z zakupów w marketach, szczególnie lubię granaty, na które właśnie jest sezon, a których trudno byłoby mi się wyrzec. Granaty są zresztą w piątce „superfoods” antynowotworowych, zatem jeść je należy. Więc znów wybieram rozwiązanie pośrednie, a nie radykalne, te warzywa i owoce, które są charakterystyczne dla naszej strefy klimatycznej kupuję od rolników lokalnych poprzez kooperatywę, resztę (mniejsze ilości) w sklepach. Co do zasady nie kupuję w marketach jabłek i winogron (a więc i rodzynek), gdyż według wielu źródeł, są to najbardziej zanieczyszczone pestycydami owoce na świecie. Te kupuję tylko eko.

Podsumowanie:

  1. W zależności od zasobności Twojego portfela rozważ zakupy przynajmniej części produktów organicznych lub bezpośrednio od zaprzyjaźnionego rolnika. 
  2. Jeśli mieszkasz w mieście i nie masz dostępu do sprawdzonych rolników, sprawdź czy koło Ciebie nie działa kooperatywa spożywcza, gdzie można zamówić wysokiej jakości żywność od sprawdzonych dostawców bez certyfikatów eko. 
  3. Unikaj nieekologicznych kurczaków (są nafaszerowane hormonami i antybiotykami). 

Rozporządzenie Rady (WE) nr 834/2007 z 28 czerwca 2007 r. w sprawie produkcji ekologicznej i znakowania produktów oraz Rozporządzenie Komisji (WE) nr 889/2008 z 5 września 2008 r. ustanawiające szczegółowe zasady wdrażania Rozporządzenia Rady (WE) nr 834/2007 w sprawie produkcji ekologicznej i znakowania produktów ekologicznych w odniesieniu do produkcji ekologicznej, znakowania i kontroli.

** Raport "Produkty żywnościowe z segmentu luksusowych w świetle kontroli przeprowadzonych przez Inspekcję Handlową" www.uokik.gov.pl/download.php?plik=12638

Share on Myspace
Dział: Ogólne


 

Zdrowie to jedynie kwestia nawyku,

wielu drobnych przyzwyczajeń,

które składają się na całość

a jedyną osobą, która może Cię uzdrowić

jesteś Ty sam.