user_mobilelogo

Licznik odwiedzin

© 2009-2015 by GPIUTMD

Wszystkie wpisy alfabetycznie

Odżywianie dla zdrowia - energia i siła zgodnie z naturą - Artykuły filtrowane wg daty: luty 2016
poniedziałek, 29 luty 2016 00:00

Ile posiłków jeść? 

 

Dłuższy czas nic nie pisałam, bo przebywałam w tzw. odosobnieniu medytacyjnym a konkretnie byłam na 10-dniowym kursie Vipassany. Dla tych którzy nie wiedzą co to podaję link, pod którym można poczytać więcej - http://www.pallava.dhamma.org. Przeżycie niezwykłe i oświecające, ale nie o tym ma być wpis. Otóż w czasie kursu spożywa się zasadniczo dwa wegetariańskie posiłki – śniadanie o 6.30 i obiad o godz. 11. O 17 można zjeść jeszcze jabłko. To jest z góry wiadome, zapisane w regulaminie i wiem, że stanowi dla wielu osób barierę nie do pokonania, nie mniejszą niż konieczność zachowania całkowitego milczenia w czasie kursu.

Tymczasem jedzenie standardowo trzech posiłków dziennie (a czasem i czterech lub pięciu jak błędnie zalecają niektórzy dietetycy) to stosunkowo nowy wymysł. Zwykle w historii człowiek jadł wtedy kiedy jedzenie było, a że było o nie znacząco trudniej niż obecnie – czasem raz dziennie to był spory sukces.

Obecnie w dobie nadmiaru i konsumpcjonizmu im więcej i częściej zjemy tym więcej się sprzeda. Jest to więc stan społecznie pożądany, abyśmy się opychali. Stąd przykładowo standardowa porcja w restauracji jest znacząco zawyżona w stosunku do wielkości żołądka normalnej osoby. A jeśli dostaniemy małą porcję to zamiast się cieszyć, że się nie przejemy zwykle jesteśmy oburzeni, że porcje takie małe a takie drogie. Najlepiej żeby było dużo i tanio. Brrrr. Stąd również popularność w Stanach miejsc typu eat-as-you-can (zjedz ile możesz) bez ograniczeń ilościowych po wykupieniu „wjazdu” do takiego miejsca. I dlatego amerykańskie społeczeństwo tak wygląda jak wygląda.

Gdy złączymy dłonie jakbyśmy chcieli nabrać w nie wody otrzymamy wielkość żołądka zdrowego człowieka.

Kurs Vipassany to praca z nawykowymi zachowaniami umysłu. Z pewnością jednym z takich nawyków jest przywiązanie do kolacji :-), bez której po prostu nie wypada. I jak obserwowałam mechanizm był taki. Przez pierwsze 2-3 dni niektóre z kobiet, z którymi byłam na kursie (obowiązuje separacja płci) nakładały sobie gigantyczne porcje na śniadanie i na obiad a czasem i dokładkę. Były nawet takie osoby, które jadły dosłownie dwa obiady, tak aby tę ominiętą kolację zjeść po prostu wcześniej. Tyle, że potem nie medytuje się dobrze. Niczego się dobrze nie robi. Taka ilość wrzuconego do żołądka jedzenia, nawet wegetariańskiego, powoduje, że cała energia jest kierowana właśnie tam, żeby jakoś zaradzić temu barbarzyństwu ;-). Przyznam szczerze, że drugiego dnia moja porcja obiadowa była ciut za duża, co spowodowała, że tuż po posiłku zrobiło mi się bardzo zimno. No tak – pomyślałam – cała energia odpłynęła do żołądka, nie starcza na grzanie.

Ale już po pierwszych dniach porcje zmalały, wróciły do normalnych rozmiarów, a potem zaczęły jeszcze maleć. Nikt już nie jadł na zapas. Trudno mi wypowiadać się za innych, ale wychodzi na to, że bez kolacji można żyć i to całkiem nieźle, a głodu po kilku dniach nie ma lub się go akceptuje.

Post lub ograniczenie jedzenia były od zawsze stosowane do wspomagania różnego rodzaju praktyk duchowych. Na odosobnieniu medytacyjnym jest to uzasadnione, ale czy w normalnym życiu brak kolacji jest potrzebny i wskazany?

Mój mąż, który na kursie Vipassany był 2 lata temu od tamtej pory nie wrócił już do trzeciego posiłku. Je owoc ok. godz. 17. Przy okazji schudł, przedtem był szczupły, teraz jest bardzo szczupły. Trochę zaraził mnie tym nawykiem, z tym że ja prostu jem lekką kolację (np. zupę) o 17. Czyli de facto mam trzy posiłki dziennie, ale ten trzeci jest symboliczny i bardzo wcześnie. Uważam, że jest to dla mnie system optymalny. Ale nawet normalna kolacja zjedzona nie później niż o 17-18 też będzie dobrym rozwiązaniem. O ile ktoś nie jest dzieckiem, nie jest osłabiony, wychudzony i niedoborowy powinien spróbować zrezygnować z kolacji lub znacznie ją ograniczyć i nie jeść później niż o 17-18. Efekty będą spektakularne – więcej energii, lepsze trawienie, większa jasność umysłu a przy okazji łagodny i stały spadek wagi o ile ktoś ma nadwagę.

Share on Myspace

Dział: Ogólne
czwartek, 04 luty 2016 00:00

Moja historia - grzechy i zmiany

 

Grzechy

Nie wyniosłam z domu tradycji wspólnych posiłków ani nawyków przygotowywania ich sobie.. Oboje rodzice pracowali zawodowo na prestiżowych, odpowiedzialnych stanowiskach. Z wczesnego dzieciństwa pamiętam, że tata przynosił do domu obiady ze swojej firmowej stołówki w takich blaszanych pojemnikach, montowanych jeden na drugim, chyba nazywały się …. yyyy eeee. W którymś momencie to się skończyło (tata zmienił pracę?, zamknęli stołówkę?) i każdy z domowników musiał sobie radzić sam. A najłatwiej (czytaj: najszybciej) było sięgnąć po kawałek chleba z żółtym serem. Myślę, że duża część moich obiadów z tamtego okresu tak właśnie wyglądała. Może były jakieś obiady w szkole, ale kompletnie tego nie pamiętam.

Na studiach zdarzało mi się nie jeść wcale przez cały dzień bo …. jakoś tak wyszło. Pamiętam jak z niedowierzaniem patrzyłam gdy moja współlokatorka w akademiku obierała i kroiła marchewkę, żeby sobie ugotować porządną, domową zupę. Wtedy była dla mnie kosmitką. Przez jakiś czas studiowałam dwa kierunki w dwóch różnych miastach, więc pełne, wartościowe posiłki to była ostatnia rzecz jaka mi chodziła po głowie. Potem, gdy zaczęłam pracować na etat każda godzina poza pracą w biurze wydawała się na wagę złota zatem szkoda było tracić te cenne chwile na coś tak banalnego jak gotowanie. A zainteresowań miałam zawsze tysiące i wiecznie brakowało mi czasu na to wszystko czego jeszcze chciałam spróbować. Dlatego jadałam głównie dania gotowe, najlepiej jeszcze niedrogie, żeby mieć więcej czasu i pieniędzy na rzeczy mnie interesujące.

Gdy kupiłam swoje pierwsze mieszkanie, przerobiłam je tak, że ze sporej kuchni został tzw. aneks, natomiast łazienka powiększyła się kosztem kuchni prawie trzykrotnie. Bo planowałam dużo więcej czasu spędzać w łazience niż w kuchni. I tak robiłam. Bardzo dbałam o siebie zewnętrznie, dużo wydawałam na kosmetyki i zabiegi przeróżne, niewiele zastanawiając się jak dbam o siebie od wewnątrz i co w siebie bezmyślnie wrzucam. Notabene dziś robię dokładnie odwrotnie - ilość używanych przeze mnie kosmetyków zmniejszyła się do absolutnego minimum a w kuchni spędzam średnio godzinę do dwóch dziennie przyrządzając sobie samej skromne, zdrowe, smaczne i pełnowartościowe posiłki. Po raz pierwszy nie jestem na żadnej diecie (przerabiałam chyba wszystkie) i jem wszystko o ile czuję, że służy mojemu organizmowi.

Zmiany

Na początku 2013 r. podjęłam świadomą i dobre przemyślaną decyzję poprawy mojego zdrowia. Nie żeby mi coś dolegało, ale gdzieś podświadomie wiedziałam, że trzeba się za siebie wziąć. Zacząć ćwiczyć, lepiej się odżywiać, wreszcie zacząć naprawdę regularnie (a nie od wielkiego dzwonu) medytować. I z takim postanowieniem rozpoczęłam rok 2013 i nawet nieźle mi szło. Zaczęłam ćwiczyć jogę. Zaczęłam więcej czasu spędzać na planowaniu tego co kupię i co ugotuję. Może nie było idealnie, ale było dużo lepiej. Byłam z siebie dumna, a duma to uczucie, którego los zdaje się wyjątkowo nie lubić. Bycie dumnym z siebie to prosta droga do sprowokowania losu do dania Ci pstryczka w nos.

W moim przypadku było to bardzo, bardzo mocne uderzenie. Koniec sierpnia 2013 r. diagnoza po pierwszym usg: nowotwór złośliwy, biopsja była czystą formalnością, określającą jedynie podtyp raka. Praktycznie ominęło mnie czekanie na potwierdzenie diagnozy kolejnymi badaniami, już po pierwszej wizycie było wiadomo z czym mamy do czynienia. To co przeżywa człowiek, który się dowiaduje, że jest chory na straszną chorobę na literę r… i jakie wsparcie otrzymuje od systemu opieki zdrowotnej ;-) to temat na odrębny post jeśli nie blog. Wśród wszystkich możliwych odcieni uczuć był i bardzo wyraźny moment złości. No bo do cholery, zdrowo się odżywiam, w jodze robię już takie rzeczy, o których niedawno nawet nie śniłam a tu … to?! Co jest?! To nie fair!

Teraz już wiem, że wszystko ma znaczenie i naiwnością jest sądzić, że lata zaniedbań i nieodpowiedzialnego traktowania własnego ciała można zatuszować kilkoma miesiącami … pewnych starań. Moja choroba okazała się katalizatorem zmian, które bez niej nie nastąpiły wcale lub nie nastąpiłyby wystarczająco szybko.

Pomijając moje rozżalenie na złośliwość losu od samego początku miałam ogromne przekonanie graniczące z pewnością, że to się dzieje po coś. W szpitalu słuchałam różnych nagrań medytacyjnych i relaksacyjnych i jedno z nich szczególnie mocno zapadło mi w pamięć:

Bądź wdzięczny za wszystkie lekcje jakie niesie Ci życie, szczególnie te najbardziej gorzkie, których dziś jeszcze nie rozumiesz.

I pomijając strach, który jest naturalny, byłam wdzięczna i jestem wdzięczna cały czas. Bo z traumatycznego i trudnego doświadczenia niespodziewanie wynikło wiele dobrego: nowa pasja dotycząca zdrowego stylu życia i medycyny naturalnej, w tym tradycyjnej medycyny chińskiej, która to pasja w chwili obecnej jest już w zasadzie moim drugim zawodem i która pozwala mi z sukcesami pomagać innym, blog, który czytacie, autorskie szkolenia ze zdrowego odżywiania w trakcie tworzenia, wykłady, spotkania i .... mam nadzieję wiele innych.  

Czuję się w pełni zdrowa i odpowiedzialna za siebie. Nie, nie mam żadnej gwarancji, że ten stan utrzyma się na zawsze, ale i tak mi się podoba :-)

 

Dział: Po co ten blog?


 

Zdrowie to jedynie kwestia nawyku,

wielu drobnych przyzwyczajeń,

które składają się na całość

a jedyną osobą, która może Cię uzdrowić

jesteś Ty sam.