user_mobilelogo

Licznik odwiedzin

© 2009-2015 by GPIUTMD

Wszystkie wpisy alfabetycznie

Odżywianie dla zdrowia - energia i siła zgodnie z naturą - Artykuły filtrowane wg daty: styczeń 2016
środa, 27 styczeń 2016 00:00

Zdrowe, niezdrowe? Jeść, nie jeść? A co mówią badania?

Kontynuując rozpoczęty niedawno w tym artykule wątek ciągle nowych „odkryć” i „rewelacji” w dietetyce, dziś chciałam napisać kilka słów na temat badań naukowych w dietetyce i naukach o zdrowiu.

Tytułem wstępu

O Thomasie Youngu zwykło się mówić, że był ostatnim człowiekiem, który wiedział wszystko. Ten wszechstronny uczony (fizyk, filozof, lekarz) żył na przełomie XVIII i XIX w. i był chodzącą encyklopedią, tzn. posiadał wiedzę na każdy temat w zakresie tego co ówczesna cywilizacja za swój dorobek wiedzy uznawała.  Potem nastąpił taki turbowzrost naszego poznania prawd rządzących światem, że „wiedzieć wszystko” przestało być możliwe nawet w przypadku geniuszy i weszliśmy w czasy specjalizacji, która z czasem przeszła w wąskie specjalizacje a współcześnie ma tendencje do przechodzenia w absurdalnie wąskie specjalizacje (lekarz od prawego oka, lekarz od lewego oka ;-)).

Obecnie ilość informacji jakie są dostępne (pod naszymi palcami :-)) jest przeogromna. Jednak pojawił się nowy problem. Internet z całym swoim dobrodziejstwem ma również tę podstawową wadę, że każdy może w nim napisać wszystko i konia z rzędem temu, kto dotrze czy to prawda czy stek bzdur. Stare dobre czasy, gdy po sprawdzoną wiedzę sięgało się do encyklopedii jako do źródła zaufanego i pewnego odeszły w niepamięć, teraz o wszystko pytamy „doktora Googla”, który czasem niegłupio mówi, ale czasem plecie trzy po trzy. W konsekwencji żyjemy w epoce ogromnej niepewności na każdym polu: komu ufać, kto mówi prawdę a kto nie, szczególnie, że w Internecie w zasadzie można spotkać opinie skrajnie przeciwne na dowolny wręcz temat. Do tego dochodzi oczywiście smutna świadomość, iż wszyscy jesteśmy celami sprzedażowymi niczym tarcze strzelnicze i firmy nie zawahają się zrobić wszystkiego, aby nakłonić nas do sięgnięcia po ich produkty, uciekając się przy tym do coraz bardziej wyrafinowanych (czytaj: perfidnych) form perswazji (czytaj: manipulacji) w formie zawoalowanej np. w doradztwo specjalistyczne czy pozytywne komentarze „zwykłych” użytkowników na forach itp. Patrząc na problem z góry, jest on częścią ogólnie zauważalnej niepewności w dzisiejszym świecie i odczuwalnej utraty oparcia w wartościach i autorytetach, świecie, w którym jedyną pewną rzeczą jest to, że nic nie jest pewne.

W dzisiejszym świecie jedyną pewną rzeczą jest to, że nic nie jest pewne.

I być może stąd bierze się powszechne zachłyśnięcie hasłem „badania naukowe potwierdziły”; może to wyraz naszego głębokiego, wewnętrznego pragnienia aby coś na tym świecie było rzeczywiście potwierdzone, jasne i stabilne? A to miałaby nam zapewnić bezstronna i obiektywna nauka :-).

Pamiętam jak napisałam artykuł o szkodliwości kuchenki mikrofalowej (tutaj) i podniósł się i na Facebooku i w prywatnej do mnie korespondencji wielki raban, że nie ma badań naukowych na ten temat, więc to bzdura. No cóż, skoro Wikipedia podaje, że brak badań na ten temat to przecież tak musi być ;-)

Jak łatwo napisać „brak badań” i zdyskredytować cały koncept. Tymczasem oczywiście badania istnieją i były publikowane m.in. w – bagatela – czasopiśmie „The Lancet” (dla niezorientowanych jest to szpica i bodaj najbardziej prestiżowe czasopismo medyczne na świecie). Wystarczy jednak napisać „brak badań” i wszyscy jak baranki będą to powtarzać. Jak pisał Caldini reguła autorytetu to jedna z podstawowych zasad wpływu społecznego, w tym przypadku autorytetem są bliżej nie sprecyzowani naukowcy, którzy jakieś badania prowadzili, ale nie wykazały one szkodliwości. Zaraz, zaraz ….. tylko czy zwrot „brak badań naukowych” = „badania były robione i nic nie wykazały” czy może raczej „nikt badań nie robił”?!

Dzisiejszy artykuł uważam za ważny dla zachowania zdrowego rozsądku w staraniach o zdrowe, zrównoważone życie. Nie może bowiem być tak, że jeśli badań naukowych brak to „hulaj dusza, piekła nie ma” a z drugiej strony do badań naukowych trzeba podchodzić z rezerwą, ostrożnością i nigdy, przenigdy nie wyłączać myślenia. W momencie gdy przestaniesz dociekać i kwestionować jesteś zgubiony. Pamiętaj, tylko kwestionując wszystko możesz rozpoznać to co niekwestionowalne :-).

.

„Zdobycze” nauki

Czym grozi wyłączenie myślenia i intuicji? Przypomina mi się historia, którą słyszałam kilka lat temu o mężczyźnie, który włączył GPS, zdał się całkowicie na niego i utonął w jeziorze, po tym jak GPS skierował tam jego auto.

Osobiście irytują mnie ludzie gloryfikujący zdobycze współczesnej wiedzy i bezrefleksyjnie podchodzący do nich, szczególnie jeśli wyśmiewają „szarlatanerię” tj. wszystko to z czym nauka współczesna sobie nie radzi, tzn. nie jest w stanie znaleźć dla tego wyjaśnienia.

Pamiętam jak kilka lat temu współczesna nauka potwierdziła istnienie kanałów energetycznych w ciele człowieka, które rzeczywiście pokrywają się z tym co już kilka tys. lat temu nazwano czakrami. Czy to nie jest śmieszne, że po kilku tysiącach lat nauka potwierdziła wreszcie to, co było wiadomo od dawna? I co teraz na to ci, u których na słowo „czakra” pojawiał się litościwy i ironiczny uśmieszek pod nosem?

O nauce ogólnie słów kilka

Zanim przejdę do zasadniczego tematu tego artykułu, czyli dlaczego „badania naukowe” w naukach o odżywianiu są - eufemistycznie rzecz ujmując – mało miarodajne, przedstawię jeszcze kilka moich ogólnych spostrzeżeń nt. nauki w ogólności.

Po pierwsze – od tego trzeba zacząć - sama nauka jest często definiowana jako skuteczna metoda ograniczania fałszywej wiedzy o rzeczywistości. A z tego wniosek, że naukowcy posługują się permanentnie i świadomie prawdami tymczasowymi, obowiązującymi tylko, dopóki nie zostaną obalone.

Po drugie – nauka jest prawie zawsze na usługach tych co badania finansują lub na wynikach badań budują tzw. własny dorobek naukowy. Pamiętam jak w wieku 14 lat przeczytałam głośną książkę „Zakazana archeologia”. Nie wnikając w treść tej pozycji, po raz pierwszy dotarło wtedy do mnie bardzo boleśnie to, że najwspanialsze odkrycia naukowe są sztucznie wyciszane, wyśmiewane i zagłuszane jeśli nie pasują do współczesnej koncepcji „wiedzy” w danej dziedzinie lub zagrażają aktualnym autorytetom.

Bo skoro rzesza uczonych zbudowała swój autorytet naukowy od doktoratu do habilitacji czy profesury twierdząc „X”, to młody naukowiec, który przyjdzie i wykaże, że nie „X” tylko „Y” stanie się automatycznie wrogiem numer 1 „naukowego” establishmentu, bo z punktu widzenia okopanych na swoich pozycjach „naukowców” żyjących ze swoich odkryć, stanowi potworne zagrożenie dla ich pozycji i źródeł utrzymania. Nikt nie lubi gdy mu się wytknie, że się pomylił i nikt nie lubi spadać z piedestału :-). I środowisko naukowe nie jest tutaj żadnym wyjątkiem. Gdy się to zrozumie, dużo łatwiej będzie zaakceptować, że część niezwykle ważnych odkryć naukowych do tzw. powszechnej świadomości w ogóle nie trafia.

Pomiędzy światem nauki przez duże „N” a naszym zwykłym światem odbiorców głodnych wiedzy ;-) jest ogromna przepaść. Mało kto czyta teksty źródłowe z badań (może co najwyżej w swojej dziedzinie) zwykle korzystamy z przerobionych, uproszczonych i zinterpretowanych informacji na portalach informacyjnych. Kilka razy sięgnęłam do badań źródłowych, a że mam, że tak powiem warsztat naukowca, wiem jak się badania naukowe robi i sama je robiłam, choć w innej dziedzinie niż odżywianie – bardzo wyraźnie dostrzegłam przekręcenia i nieuprawnione nadinterpretacje tych co owe artykuliki pisali. Stąd też bawią mnie „obrońcy twardej nauki” czepiający się kurczowo XIX-wiecznego konceptu mędrca szkiełka i oka w sytuacji gdy pierwsza liga naukowców na świecie już od dawna jest na poziomie sterowania materią przez świadomość i leczenia energetycznego a fizyka newtonowska wydaje się powoli odchodzić do lamusa.  

Specyfika badań naukowych w zakresie zdrowia i dietetyki

Wszelkie badania na temat wpływu odżywiania i stylu życia na zdrowie są z natury rzeczy „miękkie” i nie muszą być bezwzględnie powtarzalne. Jeśli zrzucimy książkę ze stołu 100 razy z rzędu, 100 razy z rzędu spadnie na podłogę.

Jeśli będziemy się fatalnie żywić przez 100 dni a do tego palić 2 paczki papierosów dziennie możemy zachorować na raka, ale …. wcale nie musimy.

Jest to już bowiem dużo bardziej skomplikowane i zależne od wielu dodatkowych czynników, w tym – o czym się coraz częściej mówi – naszych przekonań na temat tego, czy jest to dla nas szkodliwe czy nie.

W eksperymencie idealnym badacz po pierwsze zna wszystkie zmienne, a pod drugie nie jest ich zbyt dużo. Sprawdza różne kombinacje zmiennych i skutków jakie wywołują i dochodzi do wniosków.

Przy odżywianiu jest to całkowicie niemożliwe. Zmiennych w przypadku czynników wpływających na zdrowie i samopoczucie człowieka jest tyle, że nawet nie da się ich wszystkich wymienić. A sposób odżywiania będzie tylko jedną zmienną, ważną, ale nie jedyną. Skoro więc ktoś odżywia się prawidłowo, ale przykładowo ma wrodzoną słabą konstytucję, silnie się stresuje, przeszedł w przeszłości poważne choroby, śpi na cieku wodnym, ma pleśń w domu, żyje pod stałym napromieniowaniem, nie dosypia, używa kancerogennej „chemii”, mieszka w zatrutym środowisku itp. itd. – samo zdrowe odżywianie nie wystarczy dla zdrowia.

Zatem wszelkie badania typu „100 kobiet przez 100 dni nie jadło mięsa a drugie 100 jadło i te co nie jadły miały więcej energii i lepiej się czuły” jest z gruntu rzeczy ogromnym uproszczeniem i nie da się powiedzieć kategorycznie, że to właśnie mięso a nie inne czynniki czy to aktualnie występujące, czy takie które wystąpiły w przeszłości, czy to wreszcie nastawienie kobiet, zadecydowały o wynikach.

Dlatego przy odżywianiu nigdy nie będzie dowodów bezwzględnych.

Korelacja czy przyczynowość

Z tego powodu rzetelny naukowiec powie raczej o korelacji niż przyczynowości w naukach o żywieniu. Oznacza to np., że widać korelację (związek) pomiędzy brakiem spożywania produktów mlecznych przez Azjatów a niższym poziomem zachorowań na raka piersi wśród Azjatek. Czy to jednak oznacza, że produkty mleczne są przyczyną zachorowań na raka? Nie, tego powiedzieć nie można, bo być może zupełnie coś innego zadecydowało o tych statystykach. Ale taka korelacja może już stanowić podstawę do dokonania własnych wyborów przez kobietę, u której zdiagnozowano raka piersi. Niemniej niektóre korelacje są tak oczywiste, że można pokusić się o sformułowanie stwierdzeń, graniczących z pewnością, jak np. to, że palenie papierosów jest szkodliwe.

Ale mimo to jeden będzie palił i pił przez całe życie i umrze śmiercią naturalną w wieku 96 lat a drugi żyjąc zdrowo przedwcześnie umrze na nowotwór. Bowiem ilość czynników dodatkowych (w tym nastawienia psychicznego) jest tak duża i istotna, że może przeważyć nad samym zdrowym odżywianiem. Nie na darmo mówi się, że jak się pacjent zaprze i chce żyć to i medycyna jest bezradna :-). Z drugiej strony czy to oznacza, że możemy żywić się dowolnie, bo mało od nas zależy? Oczywiście nie. W absolutnej większości przypadków nasz styl życia będzie przybliżał lub oddalał nas od zdrowiaWszystko co robimy właściwym odżywianiem i stylem życia jest inwestycją w siebie i świadomym zwiększeniem swoich szans na zdrowe życie, nikt nam jednak żadnej gwarancji zdrowia nie da. Rób więc to co do Ciebie należy, ale oderwij się od efektu końcowego, który nie do końca jest zależny od Ciebie, o czym szerzej pisałam w tym artykule.

Jestem wielką zwolenniczką przenoszenia do nauk o odżywianiu sprawdzonych metod z innych dziedzin nauki a konkretnie metody introspekcji, rozumianej jako wgląd w siebie i obserwację :-). Badania, badaniami, ale jeśli czujemy, że po jakimś produkcie czujemy się źle a po innym dobrze to raczej to niech będzie dla nas wskazówką. To co naturalnie występuje w przyrodzie w pewnej formie prawie zawsze będzie lepsze niż produkty produkty wysoko przetworzone (żywność gotowa) czy skondensowane (np. oleje, soki). Ot, cała filozofia.

Finansowanie badań

Nawet jeśli przyjąć, że wszystkie badania są prowadzone rzetelnie i bezstronnie (co nie jest prawdą) trzeba mieć na uwadze jeszcze jedną rzecz. Mianowicie badania naukowe leków chemicznych kosztują miliardy dolarów i trwają latami. Firma inwestuje w te badania, bo później zwrócą się one w sprzedaży opatentowanego leku.

Tyle, że marchewki, granatu, brokułów, imbiru itp. nikt nie opatentuje, zatem nikomu nie zależy na prowadzeniu poważnych badań naukowych na temat wpływu roślin naturalnych na nasze zdrowie, bo to kosztuje a zarobić się na tym nie da jak na lekarstwach.

Udowodnione działanie niektórych pokarmów jest raczej uprawdopodobnione w ten sposób, że zauważono znaczną korelację i poprawę stanu zdrowia.

Miejmy więc świadomość, że stwierdzenie „brak badań naukowych” nie oznacza, że coś nie działa a jedynie to, że najprawdopodobniej nikt nie był zainteresowany przeprowadzeniem badań ze względów finansowych. Czy coś działa czy nie, najszybciej wypróbujecie na sobie. Sprawdź, jeśli zadziała po prostu będziesz to wiedzieć i nie będziesz potrzebował podwójnie ślepych prób by uwierzyć :-)

Wiedząc o tym, że nauka operuje prawdami tymczasowymi, dodatkowo często zniekształconymi przez interpretację lub wręcz zmanipulowanymi, nie ufajmy bezkrytycznie doniesieniom prasowym, ale też nie zamykajmy na nie całkowicie oczu. Gdzieś w tym wszystkim trzeba się jakoś rozsądnie odnaleźć nie popadając w skrajności i dogmatyzm, czego Wam z całego serca życzę.

 

Share on Myspace

Dział: Ogólne
poniedziałek, 11 styczeń 2016 00:00

O ślepej wierze, modach żywieniowych i intuicji w żywieniu  

Mody i "rewelacje" w żywieniu

Ostatnio światem „wstrząsnęła” wiadomość ogłoszona przez WHO, iż czerwone mięso jest rakotwórcze. Jak zawsze gdy pojawia się tego typu rewelacja, część osób z pewnością bezrefleksyjnie odstawi czerwone mięso, bo przecież Światowa Organizacja Zdrowia wie co mówi, a tym bardziej głosi.

 

W dzisiejszym świecie jedno słowo rzucone w eter potrafi spowodować całą lawinę nowych mód w świecie dietetyki. Tak byłoprzykładowo z glutenem czy mlekiem krowim. Nie twierdzę, że gluten czy mleko krowie są jakoś specjalnie zdrowe, ale niektórym ludziom kompletnie nie szkodzą (inną sprawą jest jakość mleka i jakość pszenicy). Ba, dobrej jakości mleko od „ekologicznej” krowy może być w niektórych przypadkach wskazane, zaś gluten z dobrej jakości owsa czy orkiszu całkiem ok. Tymczasem swoista „moda” na całkowite wykluczanie niektórych pokarmów i zastępowanie ich innymi „zdrowszymi” odpowiednikami rozchodzi się w niesamowitym tempie i osoby na diecie bezglutenowej, wcale nie cierpiące na celiakię to już cała wielka marketingowa grupa docelowa.

Czemu to służy? Nie chcę być posądzona o wyznawanie teorii spiskowych, ale wystarczy porównać ceny produktów zwykłych i bezglutenowych, żeby do wniosków dojść samemu.

W wielu warszawskich kawiarniach pojawiła się możliwość zamówienia do kawy mleka innego niż krowie. Tyle, że za taką dodatkową ekstrawagancję trzeba zapłacić całe 2 zł :-). I zwykle jest to mleko sojowe, które wcale nie musi być dla wszystkich korzystne. Należy bowiem pamiętać, że soja zawiera fitoestrogeny, substancje naturalne zbliżone do estrogenów. Przy zbyt wysokim poziomie estrogenów oraz w chorobach nowotworowych hormonozależnych (wiele odmian raka piersi czy jajników, które „żywią się” hormonami) produkty sojowe są niewskazane a wręcz zabronione. Tymczasem moda na soję to kolejna „prawda” rzucana nam co rusz w formie „tak jest i koniec”. Przymierzam się do opisania w jednym z artykułów jak są prowadzone badania naukowe dotyczące wpływu poszczególnych pokarmów na człowieka. Artykuł taki uważam za konieczny, bo akurat jeśli chodzi o odżywianie to sprawa jest niezwykle skomplikowana a badania naukowe … no cóż, nie chcę wyprzedzać.

 

Kwestia niezwykle indywidualna

Takie ślepe wierzenie modom jest szczególnie charakterystyczne dla neofitów, tzn. osób, które właśnie zaczynają przygodę ze zdrowym odżywianiem, tu coś przeczytają, tam coś usłyszą, ale już nawracają innych, choć nie mają jeszcze całościowej wizji zagadnienia i niezbędnego dystansu. I w konsekwencji przechodzą na dietę bezglutenową popijając bezglutenowy chlebek Colą i polewając „zdrową” sałatkę z sałaty lodowej z hipermarketu z tuńczykiem z puszki i kukurydzą z puszki olejem słonecznikowym :-(.

Tymczasem kluczem do dobrego odżywiania jest nawet bardziej niż posiadanie podstawowej wiedzy o odżywianiu, ciągłe obserwowanie własnego organizmu i zachowanie umiaru we wszystkim. To co dobre dla jednego, nie musi być dobre dla drugiego. Są osoby, które mają tak sprawny układ trawienny, że nawet gluten pszenny ich jakoś specjalnie nie rusza. Osoby z wewnętrzną suchością mogą czerpać ogromne korzyści z niewielkiej ilości mleka dobrej jakości, które według TCM ma działanie nawilżające. Zaś czerwone mięso ze zwierząt ekologicznych, od którego zaczęłam ten artykuł, w niewielkich ilościach jest bardzo wskazane w okresach osłabienia i wycieńczenia. Nic tak nie stawia na nogi jak mięso, albo przynajmniej zupy mocy na mięsie. Przy czym zaznaczyć trzeba, że ilości mięsa jakie są zalecane według TCM w okresach osłabienia są znacznie mniejsze niż nasz swojski schabowy na talerzu. Czasami chińskie potrawy mięsne są mocno oszukane, mięso jest drobno pokrojone i zmieszane z czymś, niby jest, ale raptem jest to 10 dag.  

 

Szkodliwość nadmiarów

Wszystko może być rakotwórcze jeśli jest spożywane w nadmiarze. Stary, dobry cynamon jest przedmiotem niezwykłego zainteresowania urzędników unijnych, gdyż ktoś z nich przeczytał gdzieś zapewne, że w cynamon w nadmiarze może być szkodliwy. I mądre głowy będą obradować (i niestety decydować) na temat ograniczenia spożycia cynamonu, nieistotne przy tym, że aby negatywne skutki cynamonu wystąpiły należałoby go zjadać w ilościach ok. kilograma tygodniowo, jest szkodliwy - to trzeba zakazać. Ta sama Unia już takie świństwo jak aspartam uznaje ze dozwolony produkt spożywczy (szok).

Istotą jest zachowanie umiaru. Oczywiście, że czerwone mięso spożywane w nadmiernych ilościach może doprowadzić do raka, chociażby przez zakwaszanie organizmu, które jest jedną z powszechniejszych przyczyn występowania chorób degeneracyjnych, o czym bliżej pisałam tu, czy poprzez szkodliwe substancje, którymi są szprycowane zwierzęta.

Oczywiście, że mleko, szczególnie to nieorganiczne, pełne hormonów i antybiotyków pite regularnie może mieć działanie niekorzystne, podobnie jak zjadanie kilograma cynamonu tygodniowo :-).

Dlaczego jednak WHO czy Unia Europejska nie ogłasza jak bardzo szkodliwe są roślinne oleje rafinowane? Co się dzieje w trakcie smażenia na oleju rafinowanym, szczególnie wielonienasyconym? Olej pod wpływem temperatury, niezwykle szybko się utlenia i w procesie tym powstają lawinowo tzw. wolne rodniki. W odpowiedniej ilości są one nam niezbędne, w nadmiarze stają się odpowiedzialne za stany zapalne, przedwczesne starzenie się i obniżenie odporności. Smażenie na smalcu (tłuszcz nasycony, który nie utlenia się) w porównaniu ze smażeniem na rafinowanym oleju słonecznikowym to jak jednokrotne zaciągnięcie się papierosem w porównaniu z całodziennym wdychaniem oparów z rury wydechowej samochodu, z twarzą tuż przy niej :-). A jednak o tym się nie mówi.

Dlaczego wreszcie nikt nie wspomina, że cukier jest potencjalnie rakotwórczy? Jako jedna z najbardziej zapalnych substancji jakie istnieją cukier w nadmiarze wywołuje stany zapalne (w tym ukryte stany zapalne), te zaś mogą prowadzić do raka, o czym pisałam tu.

Dlatego do wszelkich takich „rewelacji” na temat tego co jest bezwzględnie niezdrowe czy też w drugą stronę – bezwzględnie zdrowe, należy podchodzić z dużą rezerwą, szczególnie, że ogromna część tych „badań” jest finansowana przez koncerny.

 

Obserwacja i umiar


Swoim pacjentom polecam zawsze prowadzenie dzienniczka żywnościowego przez minimum 2 tygodnie, w którym będą zapisywać nie tylko to co jedzą i piją i o której, ale również jak się po tym czują, czy po zjedzeniu danego pokarmu czy ich kombinacji a także kolejności spada im energia, czy odczuwają wzdęcia, dolegliwości, rozdrażnienie itp.

I często są zaskoczeni rezultatami. Jednym z najczęściej diagnozowanych przeze mnie błędów jest jedzenie produktów białkowych na koniec posiłku, które to produkty są najciężej strawne i wymagają największej ilości kwasu solnego. Zwykła zamiana kolejności – najpierw produkty białkowe, później węglowodany – już może być miłą odmianą dla naszego układu trawiennego. Dopiero takie świadome spisanie reakcji własnego organizmu pozwala wykryć nietolerancje i złe połączenia. A na co dzień nikt na to nie zwraca uwagi.

Sama u siebie zauważyłam przykładowo, że najlepiej się czuję, gdy nie jem kolacji, albo jest to coś bardzo leciutkiego ok. godz. 17.00. Idę spać lekko głodna, co super przyjemne nie jest, przyzwyczaiłam się już do tego odczucia, a raczej je zaakceptowałam, natomiast fizycznie czuję się wtedy najlepiej i mam najwięcej energii. Życie, życiem i czasem, ze względów społecznych, albo gdy sobie pofolguję zdarza mi się jeść wieczorem duże posiłki. Tak było w czasie Świąt, które spędziłam w Hiszpanii, gdzie niestety normą jest jedzenie kolacji o 21 a nawet o 22. O ile samo jedzenie o takich porach sprawia mi niewątpliwie doraźną przyjemność, bo nie idę głodna spać, o tyle to jak się później czuję niekoniecznie jest miłym wspomnieniem.

Czy zatem rezygnacja z kolacji będzie dobra dla każdego? Oczywiście nie, są osoby, którym jedzenie wieczorem może niekonieczne służy, ale dla których jest, powiedzmy, neutralne.

 

Świadoma uważność 

Mindfulness czyli świadoma uważność tak jak we wszystkich innych dziedzinach życia tak i w żywieniu sprawdza się perfekcyjnie jako metoda postępowania. Trzeba świadomie dobierać pokarmy, obserwować swoje reakcje i wyciągać wnioski.  Dla jednego odstawienie czerwonego mięsa będzie ogromnym krokiem naprzód i przyniesie szereg pozytywnych zmian biochemicznych w organizmie, dla drugiego (szczególnie dla mięsożernych z natury osób z grupą krwi 0) może być wręcz szkodliwe – stracą energię i radość życia. Przy dobrym kontakcie z własnym ciałem jesteśmy w stanie wyłapać subtelne sygnały nam podsuwane czego w danym momencie potrzebujemy, nazywa się to krótko mówiąc intuicją w jedzeniu. Przykładowo ja mięsa zasadniczo nie jadam i nie mam na nie większego apetytu, nie służy mi. Są jednak takie okresy w moim życiu, kiedy do mięsa mnie ciągnie. Nie bagatelizuję tego głosu wewnętrznej intuicji, bo wychodzę z założenia, że ciało samo mówi mi czego mu potrzeba i sięgam po niewielkie ilości mięsa organicznego, do czasu aż ten apetyt mi przejdzie.

Badanie i zapisywanie własnych reakcji oraz wsłuchiwanie się w potrzeby organizmu jest kluczem do sukcesu. Uwaga, pociąg do słodyczy najczęściej nie jest głosem naszej wewnętrznej intuicji lecz głosem patogenu (np. sygnałem drożdżycy). Ten jeden głos warto zignorować :-) i zastanowić się nad przeprowadzeniem kuracji antypasożytniczej (np. tej, o której pisałam tu) i wyregulowaniu stanu jelit. Przy dobrej, zrównoważonej diecie i właściwym stanie flory bakteryjnej jelit, napady wilczego apetytu na słodkie nie występują. 

Share on Myspace

Dział: Ogólne


 

Zdrowie to jedynie kwestia nawyku,

wielu drobnych przyzwyczajeń,

które składają się na całość

a jedyną osobą, która może Cię uzdrowić

jesteś Ty sam.