user_mobilelogo

Licznik odwiedzin

© 2009-2015 by GPIUTMD

Wszystkie wpisy alfabetycznie

Ogólne

Ogólne (16)

wtorek, 24 maj 2016 00:00

10 pseudozdrowych produktów, których należy unikać

 

Kwestia konieczności zdrowego żywienia wydaje się coraz bardziej docierać do wielu ludzi, jednak okazuje się, że brak czasu na samodzielne zgłębianie tematu wystawia nas na liczne pułapki, związane ze stosowanymi powszechnie uproszczeniami oraz nieuczciwymi sztuczkami producentów. W konsekwencji przeciętny konsument chcąc się żywić zdrowo sięga po produkty, które ze zdrowiem niewiele mają wspólnego.

W tym wpisie przyjrzymy się 10-ciu z nich:

 1. Pieczywo ziarniste

Brzmi dobrze i zdrowo, jednak w praktyce pieczywo wieloziarniste to najczęsciej w większości białe pieczywo z pszenicy rafinowanej ze spulchniaczami z dodatkiem pestek dyni, słonecznika itp, obtoczone z wierzchu ziarnami. Dodatek zdrowych ziaren nie zmienia postaci rzeczy – jest to pieczywo pszenne, źle trawione, pozbawione w procesie rafinacji większości składników odżywczych

2. Chleby orkiszowe i żytnie

Orkisz jak wiadomo jest tą odmianą pszenicy, która została mniej zmodyfikowana genetycznie, zatem jest ogólnie lepiej trawiona jeśli chodzi o gluten niż pszenica. Żyto zaś w ogóle jest darem i jest bardzo zdrowe. Zanim jednak sięgniesz po produkty oznaczone jako „chleb orkiszowy“ czy „chleb żytni“ – sprawdź skład. Bardzo często dodatek orkiszu do pszenicy (np. 20% orkiszu i 80% pszenicy) w opinii producenta uprawnia go do nazwania chleba orkiszowym i ustalenia odpowiednio wyższej ceny. Trzeba na to bardzo uważać, bo o ile nie jest napisane „100% orkiszu“ czy „100% żyta“ to od strony prawnej wszystko jest w porządku i wprowadzania w błąd nie ma, ale taki chleb zdrowym nazwać nie można. Nawet jeśli uda nam się znaleźć chleb w 100% orkiszowy czy żytni – nadal należy zachować czujność. Czy jest to bowiem chleb z ziarna rafinowanego (oczyszczonego i przez to pozbawionego większości składników) czy z pełnego ziarna? Chleb żytni z pełnego ziarna jest bardzo ciemny, najlepiej smakuje po 5 dniach i jego cena nie ma prawa być niższa niż 10-12 zł. za mały bochenek – po prostu cudów nie ma, taki chleb przygotowuje się kilka dni. Natomiast jeśli spotykacie chleb żytni, który ma kolor stosunkowo jasny to jest to najprawdopodobniej chleb pytlowy, czyli z mąki gdzieś pośrodku skali stopnia przetworzenia. Taki chleb nie jest najgorszy, ale też jego walory zdrowotne w porównaniu z chlebem żytnim pełnoziarnistym są niewielkie.

3. Oleje roślinne

Jeśli miałabym stworzyć listę tego co nam nie służy i nas zabija – oleje roślinne rafinowane znalazłyby się na samej górze, przed cukrem, solą itd. Bliżej o tym pisałam w tym artykule i bardzo Wam go polecam. Oleje nie są czymś co naturalnie występuje w przyrodzie – jest to produkt skoncentrowany a jako taki powinien być stosowany bardzo oszczędnie. Oleje rafinowane to dramat (wolne rodniki i proces starzenia/ powstawania nowotworów, brak podstawowych składników odżywczych, oleje trans wywołujące choroby cywilizacyjne, oraz rakotwórczy akrylamid wytwarzający się przy smażeniu na olejach nienasyconych pow. 180 st.), nierafinowane zaś stosujmy w rozsądnych ilościach.

4. Soki owocowe i smoothies

Ach jak fit i trendy jest wypić na śniadanie świeżo wyciśnięty sok lub smoothie. Ile miejsc coraz częściej oferuje tego typu zdrowe drinki. Nie mówię, że są niezdrowie co do zasady, ale trzeba pamiętać o dwóch rzeczach. Soki (podobnie jak oleje) są formą skondensowaną. Soki owocowe zawierają ogromną ilość cukru, w tym fruktozy, dodatkowe pozbawiają owoców błonnika, który zostaje w pulpie. Oczywiście szklanka soku nas nie zabije ale opijanie się nimi kilka razy dziennie bardzo podwyższa poziom cukru we krwi. Jeśli chcemy pić soki – pijmy soki warzywne, szczególnie zielone. Domowe smoothie w umiarze nie powinno zaszkodzić, uważajcie jednak zamawiając je w kawiarniach, bo niestety nie macie żadnego wpływu na to, co jest w środku i czy ktoś dla poprawy smaku nie sypnął cukrem, fruktozą albo chińskim miodem.

5. Płatki śniadaniowe

Gotowe płatki śniadaniowe najczęsciej zawierają mocno przetworzone ziarno (często jest to niestety pszenica), są słodzone a nawet koloryzowane. Nie mówię, że to niemożliwe, ale mnie jeszcze nie udało się znaleźc gotowych płatków śniadaniowych, których skład byłby dobry i nie wzbudzał moich zastrzeżeń. Jest to tym bardziej smutne, że właśnie ten produkt jest najczęściej reklamowany hasłami typu „zbożowe“, „bogate w witaminy“, „dla rozwoju Twojego dziecka“, „bez cukru“ (za to z aspartamem!). Płatki śniadaniowe najlepiej robić samemu, nawet takie chrupiące da się zrobić w piekarniku.

6. Pakowana sałata (gotowe mieszanki w folii)

Kupcie nasiona sałaty i wyhodujcie jedną na próbę w doniczce. Rośnie ładnie nawet na balkonie. Następnie zerwijcie kilka liści, pokrójcie i włóżcie do foliowej torebki, może być z otworkami. I zobaczycie, że po kilku godzinach sałata jest zwiędła i nieapetyczna, nawet w lodówce. Co zatem takiego dzieje się z sałatą pakowaną, która może leżeć nawet tydzień, co więcej nie trzeba jej juz myć ani kroić? Co zostało do niej dodane, żeby świeża sałata prosto z Włoch po przejechaniu np. 2 tys. kilometrów mogła być sprzedawana w Polsce po jej przywiezieniu przez dobrych kilka dni?  Coraz częściej słyszy się o naświetlaniu warzyw, w tym sałaty (pisałam o tym tu) czy o stosowaniu chemicznych „przedłużaczy świeżości“ wśród których wymienany jest np. chlor. Nie znam rzeczywistego sposobu na sałatę, ale wiem, że normalnie sałata się tak nie zachowuje i to mi wystarczy. 

 7. Jogurciki, serki, danonki itp.

Zdrowe, bo przecież to jogurt i owoce. Z jogurtem niewiele ma to wspólnego, obok owoców nawet nie leżało. Natomiast ma duuuuuużo cukru (jeśli producentowi zależy na „jakości“) lub syropu glukozowo-fruktozowego (gdy producent ma wszystko gdzieś), barwników, mleka w proszku itp. Jeśli produkt jest dodatkowo homogenizowany przyczynia się do wyhodowania miażdżycy, o czym pisałam w tym arykuleZ dala od takich produktów. Dzieci i dorośli karmione danonkami itp. mają słabszą odporność i często wilgoć w jelitach (drożdżycę) a także nadwagę. Tak, tak, taki „zdrowy“ jogurcik przeciętnie zawiera od 25 do 30 g cukru, czasem więcej niż batonik!

8. Woda mineralna w plastikowych butelkach

Latem pić się chce, chętnie sięgamy więc po butelkowaną wodę źródlaną lub mineralną. Jakość tych wód pozostawia wiele do życzenia, okazuje się, że zwykła kranówka przefiltrowana w dzbanku z filtrem węglowym jest niejednokrotnie dużo zdrowszą a przy tym dużo tańszą opcją. Nie tylko jednak w jakości tkwi problem. Plastik, z którego wykonane są butelki PET zawiera bisfenol A, zbliżony działaniem do żeńskich hormonów, odpowiedzialny m.in. za podwyższone ryzyko zawału, zaburzenia gospodarki hormonalnej a nawet hormonozależne typy raka (rak piersi, jajników). Jest to szczególnie niebezpieczne latem, przy wysokich temperaturach, w których reakcja przedostawania się subtancji z opakowania do wody zachodzi znacznie szybciej. Bliżej o tym pisałam w tym artykule.

9. Nowalijki

Gdy zima powoli odchodzi w niepamięć w sklepach zaczynają pojawiać się już w marcu rzodkiewki, rzerzucha, młoda marchew, młode pomidory, szczypiorek itp. Wymęczeni  zeszłosezonowymi ziemniakami, marchewką, burakami, kapustą i jabłkami chętnie sięgamy po te nowe (stąd nazwa) warzywa, choć wiemy, że są one wyhodowane w szklarni. Nowalijki są bardzo zanieczyszczone chemią, szczególnie niebezpiecznymi związkami azotu. Dlatego z nowalijkami nie należy przesadzać, a wręcz ograniczać ich spożycie. BARDZO WAŻNE:  nwowalijek nie wolno trzymać w lodówce w foliowych torebkach, bo wytwarzająca się wówczas wilgoć (małe kropelki na folii od wewnątrz) przyspiesza przemianę azotynów w rakotwórcze nitrozoaminy.

10. Orzeszki ziemne

Najmniej zdrowe z orzechów – dlatego również najtańsze. Spowalniają metabolizm wątroby, mogą powodować wypryski skórne, są często chemicznie nawożone. Fistaszki są niestety nosicielami grzybów, wytwarzających rakotwórczą aflatoksynę. Najbezpieczniejsze są po ugotowaniu w wodzie przez min. 1 godzinę, w tej formie stosowane są w TCM do nawilżania płuc i jelit. Niestety po takim gotowaniu smak się zmienia i bardziej przypominają soję niż orzechy. Zatem z orzeszkami arachidowymi należy uważać, korzyści niewiele, zagrożeń sporo.

Życzę mądrych wyborów!

Share on Myspace

poniedziałek, 29 luty 2016 00:00

Ile posiłków jeść? 

 

Dłuższy czas nic nie pisałam, bo przebywałam w tzw. odosobnieniu medytacyjnym a konkretnie byłam na 10-dniowym kursie Vipassany. Dla tych którzy nie wiedzą co to podaję link, pod którym można poczytać więcej - http://www.pallava.dhamma.org. Przeżycie niezwykłe i oświecające, ale nie o tym ma być wpis. Otóż w czasie kursu spożywa się zasadniczo dwa wegetariańskie posiłki – śniadanie o 6.30 i obiad o godz. 11. O 17 można zjeść jeszcze jabłko. To jest z góry wiadome, zapisane w regulaminie i wiem, że stanowi dla wielu osób barierę nie do pokonania, nie mniejszą niż konieczność zachowania całkowitego milczenia w czasie kursu.

Tymczasem jedzenie standardowo trzech posiłków dziennie (a czasem i czterech lub pięciu jak błędnie zalecają niektórzy dietetycy) to stosunkowo nowy wymysł. Zwykle w historii człowiek jadł wtedy kiedy jedzenie było, a że było o nie znacząco trudniej niż obecnie – czasem raz dziennie to był spory sukces.

Obecnie w dobie nadmiaru i konsumpcjonizmu im więcej i częściej zjemy tym więcej się sprzeda. Jest to więc stan społecznie pożądany, abyśmy się opychali. Stąd przykładowo standardowa porcja w restauracji jest znacząco zawyżona w stosunku do wielkości żołądka normalnej osoby. A jeśli dostaniemy małą porcję to zamiast się cieszyć, że się nie przejemy zwykle jesteśmy oburzeni, że porcje takie małe a takie drogie. Najlepiej żeby było dużo i tanio. Brrrr. Stąd również popularność w Stanach miejsc typu eat-as-you-can (zjedz ile możesz) bez ograniczeń ilościowych po wykupieniu „wjazdu” do takiego miejsca. I dlatego amerykańskie społeczeństwo tak wygląda jak wygląda.

Gdy złączymy dłonie jakbyśmy chcieli nabrać w nie wody otrzymamy wielkość żołądka zdrowego człowieka.

Kurs Vipassany to praca z nawykowymi zachowaniami umysłu. Z pewnością jednym z takich nawyków jest przywiązanie do kolacji :-), bez której po prostu nie wypada. I jak obserwowałam mechanizm był taki. Przez pierwsze 2-3 dni niektóre z kobiet, z którymi byłam na kursie (obowiązuje separacja płci) nakładały sobie gigantyczne porcje na śniadanie i na obiad a czasem i dokładkę. Były nawet takie osoby, które jadły dosłownie dwa obiady, tak aby tę ominiętą kolację zjeść po prostu wcześniej. Tyle, że potem nie medytuje się dobrze. Niczego się dobrze nie robi. Taka ilość wrzuconego do żołądka jedzenia, nawet wegetariańskiego, powoduje, że cała energia jest kierowana właśnie tam, żeby jakoś zaradzić temu barbarzyństwu ;-). Przyznam szczerze, że drugiego dnia moja porcja obiadowa była ciut za duża, co spowodowała, że tuż po posiłku zrobiło mi się bardzo zimno. No tak – pomyślałam – cała energia odpłynęła do żołądka, nie starcza na grzanie.

Ale już po pierwszych dniach porcje zmalały, wróciły do normalnych rozmiarów, a potem zaczęły jeszcze maleć. Nikt już nie jadł na zapas. Trudno mi wypowiadać się za innych, ale wychodzi na to, że bez kolacji można żyć i to całkiem nieźle, a głodu po kilku dniach nie ma lub się go akceptuje.

Post lub ograniczenie jedzenia były od zawsze stosowane do wspomagania różnego rodzaju praktyk duchowych. Na odosobnieniu medytacyjnym jest to uzasadnione, ale czy w normalnym życiu brak kolacji jest potrzebny i wskazany?

Mój mąż, który na kursie Vipassany był 2 lata temu od tamtej pory nie wrócił już do trzeciego posiłku. Je owoc ok. godz. 17. Przy okazji schudł, przedtem był szczupły, teraz jest bardzo szczupły. Trochę zaraził mnie tym nawykiem, z tym że ja prostu jem lekką kolację (np. zupę) o 17. Czyli de facto mam trzy posiłki dziennie, ale ten trzeci jest symboliczny i bardzo wcześnie. Uważam, że jest to dla mnie system optymalny. Ale nawet normalna kolacja zjedzona nie później niż o 17-18 też będzie dobrym rozwiązaniem. O ile ktoś nie jest dzieckiem, nie jest osłabiony, wychudzony i niedoborowy powinien spróbować zrezygnować z kolacji lub znacznie ją ograniczyć i nie jeść później niż o 17-18. Efekty będą spektakularne – więcej energii, lepsze trawienie, większa jasność umysłu a przy okazji łagodny i stały spadek wagi o ile ktoś ma nadwagę.

Share on Myspace

środa, 27 styczeń 2016 00:00

Zdrowe, niezdrowe? Jeść, nie jeść? A co mówią badania?

Kontynuując rozpoczęty niedawno w tym artykule wątek ciągle nowych „odkryć” i „rewelacji” w dietetyce, dziś chciałam napisać kilka słów na temat badań naukowych w dietetyce i naukach o zdrowiu.

Tytułem wstępu

O Thomasie Youngu zwykło się mówić, że był ostatnim człowiekiem, który wiedział wszystko. Ten wszechstronny uczony (fizyk, filozof, lekarz) żył na przełomie XVIII i XIX w. i był chodzącą encyklopedią, tzn. posiadał wiedzę na każdy temat w zakresie tego co ówczesna cywilizacja za swój dorobek wiedzy uznawała.  Potem nastąpił taki turbowzrost naszego poznania prawd rządzących światem, że „wiedzieć wszystko” przestało być możliwe nawet w przypadku geniuszy i weszliśmy w czasy specjalizacji, która z czasem przeszła w wąskie specjalizacje a współcześnie ma tendencje do przechodzenia w absurdalnie wąskie specjalizacje (lekarz od prawego oka, lekarz od lewego oka ;-)).

Obecnie ilość informacji jakie są dostępne (pod naszymi palcami :-)) jest przeogromna. Jednak pojawił się nowy problem. Internet z całym swoim dobrodziejstwem ma również tę podstawową wadę, że każdy może w nim napisać wszystko i konia z rzędem temu, kto dotrze czy to prawda czy stek bzdur. Stare dobre czasy, gdy po sprawdzoną wiedzę sięgało się do encyklopedii jako do źródła zaufanego i pewnego odeszły w niepamięć, teraz o wszystko pytamy „doktora Googla”, który czasem niegłupio mówi, ale czasem plecie trzy po trzy. W konsekwencji żyjemy w epoce ogromnej niepewności na każdym polu: komu ufać, kto mówi prawdę a kto nie, szczególnie, że w Internecie w zasadzie można spotkać opinie skrajnie przeciwne na dowolny wręcz temat. Do tego dochodzi oczywiście smutna świadomość, iż wszyscy jesteśmy celami sprzedażowymi niczym tarcze strzelnicze i firmy nie zawahają się zrobić wszystkiego, aby nakłonić nas do sięgnięcia po ich produkty, uciekając się przy tym do coraz bardziej wyrafinowanych (czytaj: perfidnych) form perswazji (czytaj: manipulacji) w formie zawoalowanej np. w doradztwo specjalistyczne czy pozytywne komentarze „zwykłych” użytkowników na forach itp. Patrząc na problem z góry, jest on częścią ogólnie zauważalnej niepewności w dzisiejszym świecie i odczuwalnej utraty oparcia w wartościach i autorytetach, świecie, w którym jedyną pewną rzeczą jest to, że nic nie jest pewne.

W dzisiejszym świecie jedyną pewną rzeczą jest to, że nic nie jest pewne.

I być może stąd bierze się powszechne zachłyśnięcie hasłem „badania naukowe potwierdziły”; może to wyraz naszego głębokiego, wewnętrznego pragnienia aby coś na tym świecie było rzeczywiście potwierdzone, jasne i stabilne? A to miałaby nam zapewnić bezstronna i obiektywna nauka :-).

Pamiętam jak napisałam artykuł o szkodliwości kuchenki mikrofalowej (tutaj) i podniósł się i na Facebooku i w prywatnej do mnie korespondencji wielki raban, że nie ma badań naukowych na ten temat, więc to bzdura. No cóż, skoro Wikipedia podaje, że brak badań na ten temat to przecież tak musi być ;-)

Jak łatwo napisać „brak badań” i zdyskredytować cały koncept. Tymczasem oczywiście badania istnieją i były publikowane m.in. w – bagatela – czasopiśmie „The Lancet” (dla niezorientowanych jest to szpica i bodaj najbardziej prestiżowe czasopismo medyczne na świecie). Wystarczy jednak napisać „brak badań” i wszyscy jak baranki będą to powtarzać. Jak pisał Caldini reguła autorytetu to jedna z podstawowych zasad wpływu społecznego, w tym przypadku autorytetem są bliżej nie sprecyzowani naukowcy, którzy jakieś badania prowadzili, ale nie wykazały one szkodliwości. Zaraz, zaraz ….. tylko czy zwrot „brak badań naukowych” = „badania były robione i nic nie wykazały” czy może raczej „nikt badań nie robił”?!

Dzisiejszy artykuł uważam za ważny dla zachowania zdrowego rozsądku w staraniach o zdrowe, zrównoważone życie. Nie może bowiem być tak, że jeśli badań naukowych brak to „hulaj dusza, piekła nie ma” a z drugiej strony do badań naukowych trzeba podchodzić z rezerwą, ostrożnością i nigdy, przenigdy nie wyłączać myślenia. W momencie gdy przestaniesz dociekać i kwestionować jesteś zgubiony. Pamiętaj, tylko kwestionując wszystko możesz rozpoznać to co niekwestionowalne :-).

.

„Zdobycze” nauki

Czym grozi wyłączenie myślenia i intuicji? Przypomina mi się historia, którą słyszałam kilka lat temu o mężczyźnie, który włączył GPS, zdał się całkowicie na niego i utonął w jeziorze, po tym jak GPS skierował tam jego auto.

Osobiście irytują mnie ludzie gloryfikujący zdobycze współczesnej wiedzy i bezrefleksyjnie podchodzący do nich, szczególnie jeśli wyśmiewają „szarlatanerię” tj. wszystko to z czym nauka współczesna sobie nie radzi, tzn. nie jest w stanie znaleźć dla tego wyjaśnienia.

Pamiętam jak kilka lat temu współczesna nauka potwierdziła istnienie kanałów energetycznych w ciele człowieka, które rzeczywiście pokrywają się z tym co już kilka tys. lat temu nazwano czakrami. Czy to nie jest śmieszne, że po kilku tysiącach lat nauka potwierdziła wreszcie to, co było wiadomo od dawna? I co teraz na to ci, u których na słowo „czakra” pojawiał się litościwy i ironiczny uśmieszek pod nosem?

O nauce ogólnie słów kilka

Zanim przejdę do zasadniczego tematu tego artykułu, czyli dlaczego „badania naukowe” w naukach o odżywianiu są - eufemistycznie rzecz ujmując – mało miarodajne, przedstawię jeszcze kilka moich ogólnych spostrzeżeń nt. nauki w ogólności.

Po pierwsze – od tego trzeba zacząć - sama nauka jest często definiowana jako skuteczna metoda ograniczania fałszywej wiedzy o rzeczywistości. A z tego wniosek, że naukowcy posługują się permanentnie i świadomie prawdami tymczasowymi, obowiązującymi tylko, dopóki nie zostaną obalone.

Po drugie – nauka jest prawie zawsze na usługach tych co badania finansują lub na wynikach badań budują tzw. własny dorobek naukowy. Pamiętam jak w wieku 14 lat przeczytałam głośną książkę „Zakazana archeologia”. Nie wnikając w treść tej pozycji, po raz pierwszy dotarło wtedy do mnie bardzo boleśnie to, że najwspanialsze odkrycia naukowe są sztucznie wyciszane, wyśmiewane i zagłuszane jeśli nie pasują do współczesnej koncepcji „wiedzy” w danej dziedzinie lub zagrażają aktualnym autorytetom.

Bo skoro rzesza uczonych zbudowała swój autorytet naukowy od doktoratu do habilitacji czy profesury twierdząc „X”, to młody naukowiec, który przyjdzie i wykaże, że nie „X” tylko „Y” stanie się automatycznie wrogiem numer 1 „naukowego” establishmentu, bo z punktu widzenia okopanych na swoich pozycjach „naukowców” żyjących ze swoich odkryć, stanowi potworne zagrożenie dla ich pozycji i źródeł utrzymania. Nikt nie lubi gdy mu się wytknie, że się pomylił i nikt nie lubi spadać z piedestału :-). I środowisko naukowe nie jest tutaj żadnym wyjątkiem. Gdy się to zrozumie, dużo łatwiej będzie zaakceptować, że część niezwykle ważnych odkryć naukowych do tzw. powszechnej świadomości w ogóle nie trafia.

Pomiędzy światem nauki przez duże „N” a naszym zwykłym światem odbiorców głodnych wiedzy ;-) jest ogromna przepaść. Mało kto czyta teksty źródłowe z badań (może co najwyżej w swojej dziedzinie) zwykle korzystamy z przerobionych, uproszczonych i zinterpretowanych informacji na portalach informacyjnych. Kilka razy sięgnęłam do badań źródłowych, a że mam, że tak powiem warsztat naukowca, wiem jak się badania naukowe robi i sama je robiłam, choć w innej dziedzinie niż odżywianie – bardzo wyraźnie dostrzegłam przekręcenia i nieuprawnione nadinterpretacje tych co owe artykuliki pisali. Stąd też bawią mnie „obrońcy twardej nauki” czepiający się kurczowo XIX-wiecznego konceptu mędrca szkiełka i oka w sytuacji gdy pierwsza liga naukowców na świecie już od dawna jest na poziomie sterowania materią przez świadomość i leczenia energetycznego a fizyka newtonowska wydaje się powoli odchodzić do lamusa.  

Specyfika badań naukowych w zakresie zdrowia i dietetyki

Wszelkie badania na temat wpływu odżywiania i stylu życia na zdrowie są z natury rzeczy „miękkie” i nie muszą być bezwzględnie powtarzalne. Jeśli zrzucimy książkę ze stołu 100 razy z rzędu, 100 razy z rzędu spadnie na podłogę.

Jeśli będziemy się fatalnie żywić przez 100 dni a do tego palić 2 paczki papierosów dziennie możemy zachorować na raka, ale …. wcale nie musimy.

Jest to już bowiem dużo bardziej skomplikowane i zależne od wielu dodatkowych czynników, w tym – o czym się coraz częściej mówi – naszych przekonań na temat tego, czy jest to dla nas szkodliwe czy nie.

W eksperymencie idealnym badacz po pierwsze zna wszystkie zmienne, a pod drugie nie jest ich zbyt dużo. Sprawdza różne kombinacje zmiennych i skutków jakie wywołują i dochodzi do wniosków.

Przy odżywianiu jest to całkowicie niemożliwe. Zmiennych w przypadku czynników wpływających na zdrowie i samopoczucie człowieka jest tyle, że nawet nie da się ich wszystkich wymienić. A sposób odżywiania będzie tylko jedną zmienną, ważną, ale nie jedyną. Skoro więc ktoś odżywia się prawidłowo, ale przykładowo ma wrodzoną słabą konstytucję, silnie się stresuje, przeszedł w przeszłości poważne choroby, śpi na cieku wodnym, ma pleśń w domu, żyje pod stałym napromieniowaniem, nie dosypia, używa kancerogennej „chemii”, mieszka w zatrutym środowisku itp. itd. – samo zdrowe odżywianie nie wystarczy dla zdrowia.

Zatem wszelkie badania typu „100 kobiet przez 100 dni nie jadło mięsa a drugie 100 jadło i te co nie jadły miały więcej energii i lepiej się czuły” jest z gruntu rzeczy ogromnym uproszczeniem i nie da się powiedzieć kategorycznie, że to właśnie mięso a nie inne czynniki czy to aktualnie występujące, czy takie które wystąpiły w przeszłości, czy to wreszcie nastawienie kobiet, zadecydowały o wynikach.

Dlatego przy odżywianiu nigdy nie będzie dowodów bezwzględnych.

Korelacja czy przyczynowość

Z tego powodu rzetelny naukowiec powie raczej o korelacji niż przyczynowości w naukach o żywieniu. Oznacza to np., że widać korelację (związek) pomiędzy brakiem spożywania produktów mlecznych przez Azjatów a niższym poziomem zachorowań na raka piersi wśród Azjatek. Czy to jednak oznacza, że produkty mleczne są przyczyną zachorowań na raka? Nie, tego powiedzieć nie można, bo być może zupełnie coś innego zadecydowało o tych statystykach. Ale taka korelacja może już stanowić podstawę do dokonania własnych wyborów przez kobietę, u której zdiagnozowano raka piersi. Niemniej niektóre korelacje są tak oczywiste, że można pokusić się o sformułowanie stwierdzeń, graniczących z pewnością, jak np. to, że palenie papierosów jest szkodliwe.

Ale mimo to jeden będzie palił i pił przez całe życie i umrze śmiercią naturalną w wieku 96 lat a drugi żyjąc zdrowo przedwcześnie umrze na nowotwór. Bowiem ilość czynników dodatkowych (w tym nastawienia psychicznego) jest tak duża i istotna, że może przeważyć nad samym zdrowym odżywianiem. Nie na darmo mówi się, że jak się pacjent zaprze i chce żyć to i medycyna jest bezradna :-). Z drugiej strony czy to oznacza, że możemy żywić się dowolnie, bo mało od nas zależy? Oczywiście nie. W absolutnej większości przypadków nasz styl życia będzie przybliżał lub oddalał nas od zdrowiaWszystko co robimy właściwym odżywianiem i stylem życia jest inwestycją w siebie i świadomym zwiększeniem swoich szans na zdrowe życie, nikt nam jednak żadnej gwarancji zdrowia nie da. Rób więc to co do Ciebie należy, ale oderwij się od efektu końcowego, który nie do końca jest zależny od Ciebie, o czym szerzej pisałam w tym artykule.

Jestem wielką zwolenniczką przenoszenia do nauk o odżywianiu sprawdzonych metod z innych dziedzin nauki a konkretnie metody introspekcji, rozumianej jako wgląd w siebie i obserwację :-). Badania, badaniami, ale jeśli czujemy, że po jakimś produkcie czujemy się źle a po innym dobrze to raczej to niech będzie dla nas wskazówką. To co naturalnie występuje w przyrodzie w pewnej formie prawie zawsze będzie lepsze niż produkty produkty wysoko przetworzone (żywność gotowa) czy skondensowane (np. oleje, soki). Ot, cała filozofia.

Finansowanie badań

Nawet jeśli przyjąć, że wszystkie badania są prowadzone rzetelnie i bezstronnie (co nie jest prawdą) trzeba mieć na uwadze jeszcze jedną rzecz. Mianowicie badania naukowe leków chemicznych kosztują miliardy dolarów i trwają latami. Firma inwestuje w te badania, bo później zwrócą się one w sprzedaży opatentowanego leku.

Tyle, że marchewki, granatu, brokułów, imbiru itp. nikt nie opatentuje, zatem nikomu nie zależy na prowadzeniu poważnych badań naukowych na temat wpływu roślin naturalnych na nasze zdrowie, bo to kosztuje a zarobić się na tym nie da jak na lekarstwach.

Udowodnione działanie niektórych pokarmów jest raczej uprawdopodobnione w ten sposób, że zauważono znaczną korelację i poprawę stanu zdrowia.

Miejmy więc świadomość, że stwierdzenie „brak badań naukowych” nie oznacza, że coś nie działa a jedynie to, że najprawdopodobniej nikt nie był zainteresowany przeprowadzeniem badań ze względów finansowych. Czy coś działa czy nie, najszybciej wypróbujecie na sobie. Sprawdź, jeśli zadziała po prostu będziesz to wiedzieć i nie będziesz potrzebował podwójnie ślepych prób by uwierzyć :-)

Wiedząc o tym, że nauka operuje prawdami tymczasowymi, dodatkowo często zniekształconymi przez interpretację lub wręcz zmanipulowanymi, nie ufajmy bezkrytycznie doniesieniom prasowym, ale też nie zamykajmy na nie całkowicie oczu. Gdzieś w tym wszystkim trzeba się jakoś rozsądnie odnaleźć nie popadając w skrajności i dogmatyzm, czego Wam z całego serca życzę.

 

Share on Myspace

poniedziałek, 11 styczeń 2016 00:00

O ślepej wierze, modach żywieniowych i intuicji w żywieniu  

Mody i "rewelacje" w żywieniu

Ostatnio światem „wstrząsnęła” wiadomość ogłoszona przez WHO, iż czerwone mięso jest rakotwórcze. Jak zawsze gdy pojawia się tego typu rewelacja, część osób z pewnością bezrefleksyjnie odstawi czerwone mięso, bo przecież Światowa Organizacja Zdrowia wie co mówi, a tym bardziej głosi.

 

W dzisiejszym świecie jedno słowo rzucone w eter potrafi spowodować całą lawinę nowych mód w świecie dietetyki. Tak byłoprzykładowo z glutenem czy mlekiem krowim. Nie twierdzę, że gluten czy mleko krowie są jakoś specjalnie zdrowe, ale niektórym ludziom kompletnie nie szkodzą (inną sprawą jest jakość mleka i jakość pszenicy). Ba, dobrej jakości mleko od „ekologicznej” krowy może być w niektórych przypadkach wskazane, zaś gluten z dobrej jakości owsa czy orkiszu całkiem ok. Tymczasem swoista „moda” na całkowite wykluczanie niektórych pokarmów i zastępowanie ich innymi „zdrowszymi” odpowiednikami rozchodzi się w niesamowitym tempie i osoby na diecie bezglutenowej, wcale nie cierpiące na celiakię to już cała wielka marketingowa grupa docelowa.

Czemu to służy? Nie chcę być posądzona o wyznawanie teorii spiskowych, ale wystarczy porównać ceny produktów zwykłych i bezglutenowych, żeby do wniosków dojść samemu.

W wielu warszawskich kawiarniach pojawiła się możliwość zamówienia do kawy mleka innego niż krowie. Tyle, że za taką dodatkową ekstrawagancję trzeba zapłacić całe 2 zł :-). I zwykle jest to mleko sojowe, które wcale nie musi być dla wszystkich korzystne. Należy bowiem pamiętać, że soja zawiera fitoestrogeny, substancje naturalne zbliżone do estrogenów. Przy zbyt wysokim poziomie estrogenów oraz w chorobach nowotworowych hormonozależnych (wiele odmian raka piersi czy jajników, które „żywią się” hormonami) produkty sojowe są niewskazane a wręcz zabronione. Tymczasem moda na soję to kolejna „prawda” rzucana nam co rusz w formie „tak jest i koniec”. Przymierzam się do opisania w jednym z artykułów jak są prowadzone badania naukowe dotyczące wpływu poszczególnych pokarmów na człowieka. Artykuł taki uważam za konieczny, bo akurat jeśli chodzi o odżywianie to sprawa jest niezwykle skomplikowana a badania naukowe … no cóż, nie chcę wyprzedzać.

 

Kwestia niezwykle indywidualna

Takie ślepe wierzenie modom jest szczególnie charakterystyczne dla neofitów, tzn. osób, które właśnie zaczynają przygodę ze zdrowym odżywianiem, tu coś przeczytają, tam coś usłyszą, ale już nawracają innych, choć nie mają jeszcze całościowej wizji zagadnienia i niezbędnego dystansu. I w konsekwencji przechodzą na dietę bezglutenową popijając bezglutenowy chlebek Colą i polewając „zdrową” sałatkę z sałaty lodowej z hipermarketu z tuńczykiem z puszki i kukurydzą z puszki olejem słonecznikowym :-(.

Tymczasem kluczem do dobrego odżywiania jest nawet bardziej niż posiadanie podstawowej wiedzy o odżywianiu, ciągłe obserwowanie własnego organizmu i zachowanie umiaru we wszystkim. To co dobre dla jednego, nie musi być dobre dla drugiego. Są osoby, które mają tak sprawny układ trawienny, że nawet gluten pszenny ich jakoś specjalnie nie rusza. Osoby z wewnętrzną suchością mogą czerpać ogromne korzyści z niewielkiej ilości mleka dobrej jakości, które według TCM ma działanie nawilżające. Zaś czerwone mięso ze zwierząt ekologicznych, od którego zaczęłam ten artykuł, w niewielkich ilościach jest bardzo wskazane w okresach osłabienia i wycieńczenia. Nic tak nie stawia na nogi jak mięso, albo przynajmniej zupy mocy na mięsie. Przy czym zaznaczyć trzeba, że ilości mięsa jakie są zalecane według TCM w okresach osłabienia są znacznie mniejsze niż nasz swojski schabowy na talerzu. Czasami chińskie potrawy mięsne są mocno oszukane, mięso jest drobno pokrojone i zmieszane z czymś, niby jest, ale raptem jest to 10 dag.  

 

Szkodliwość nadmiarów

Wszystko może być rakotwórcze jeśli jest spożywane w nadmiarze. Stary, dobry cynamon jest przedmiotem niezwykłego zainteresowania urzędników unijnych, gdyż ktoś z nich przeczytał gdzieś zapewne, że w cynamon w nadmiarze może być szkodliwy. I mądre głowy będą obradować (i niestety decydować) na temat ograniczenia spożycia cynamonu, nieistotne przy tym, że aby negatywne skutki cynamonu wystąpiły należałoby go zjadać w ilościach ok. kilograma tygodniowo, jest szkodliwy - to trzeba zakazać. Ta sama Unia już takie świństwo jak aspartam uznaje ze dozwolony produkt spożywczy (szok).

Istotą jest zachowanie umiaru. Oczywiście, że czerwone mięso spożywane w nadmiernych ilościach może doprowadzić do raka, chociażby przez zakwaszanie organizmu, które jest jedną z powszechniejszych przyczyn występowania chorób degeneracyjnych, o czym bliżej pisałam tu, czy poprzez szkodliwe substancje, którymi są szprycowane zwierzęta.

Oczywiście, że mleko, szczególnie to nieorganiczne, pełne hormonów i antybiotyków pite regularnie może mieć działanie niekorzystne, podobnie jak zjadanie kilograma cynamonu tygodniowo :-).

Dlaczego jednak WHO czy Unia Europejska nie ogłasza jak bardzo szkodliwe są roślinne oleje rafinowane? Co się dzieje w trakcie smażenia na oleju rafinowanym, szczególnie wielonienasyconym? Olej pod wpływem temperatury, niezwykle szybko się utlenia i w procesie tym powstają lawinowo tzw. wolne rodniki. W odpowiedniej ilości są one nam niezbędne, w nadmiarze stają się odpowiedzialne za stany zapalne, przedwczesne starzenie się i obniżenie odporności. Smażenie na smalcu (tłuszcz nasycony, który nie utlenia się) w porównaniu ze smażeniem na rafinowanym oleju słonecznikowym to jak jednokrotne zaciągnięcie się papierosem w porównaniu z całodziennym wdychaniem oparów z rury wydechowej samochodu, z twarzą tuż przy niej :-). A jednak o tym się nie mówi.

Dlaczego wreszcie nikt nie wspomina, że cukier jest potencjalnie rakotwórczy? Jako jedna z najbardziej zapalnych substancji jakie istnieją cukier w nadmiarze wywołuje stany zapalne (w tym ukryte stany zapalne), te zaś mogą prowadzić do raka, o czym pisałam tu.

Dlatego do wszelkich takich „rewelacji” na temat tego co jest bezwzględnie niezdrowe czy też w drugą stronę – bezwzględnie zdrowe, należy podchodzić z dużą rezerwą, szczególnie, że ogromna część tych „badań” jest finansowana przez koncerny.

 

Obserwacja i umiar


Swoim pacjentom polecam zawsze prowadzenie dzienniczka żywnościowego przez minimum 2 tygodnie, w którym będą zapisywać nie tylko to co jedzą i piją i o której, ale również jak się po tym czują, czy po zjedzeniu danego pokarmu czy ich kombinacji a także kolejności spada im energia, czy odczuwają wzdęcia, dolegliwości, rozdrażnienie itp.

I często są zaskoczeni rezultatami. Jednym z najczęściej diagnozowanych przeze mnie błędów jest jedzenie produktów białkowych na koniec posiłku, które to produkty są najciężej strawne i wymagają największej ilości kwasu solnego. Zwykła zamiana kolejności – najpierw produkty białkowe, później węglowodany – już może być miłą odmianą dla naszego układu trawiennego. Dopiero takie świadome spisanie reakcji własnego organizmu pozwala wykryć nietolerancje i złe połączenia. A na co dzień nikt na to nie zwraca uwagi.

Sama u siebie zauważyłam przykładowo, że najlepiej się czuję, gdy nie jem kolacji, albo jest to coś bardzo leciutkiego ok. godz. 17.00. Idę spać lekko głodna, co super przyjemne nie jest, przyzwyczaiłam się już do tego odczucia, a raczej je zaakceptowałam, natomiast fizycznie czuję się wtedy najlepiej i mam najwięcej energii. Życie, życiem i czasem, ze względów społecznych, albo gdy sobie pofolguję zdarza mi się jeść wieczorem duże posiłki. Tak było w czasie Świąt, które spędziłam w Hiszpanii, gdzie niestety normą jest jedzenie kolacji o 21 a nawet o 22. O ile samo jedzenie o takich porach sprawia mi niewątpliwie doraźną przyjemność, bo nie idę głodna spać, o tyle to jak się później czuję niekoniecznie jest miłym wspomnieniem.

Czy zatem rezygnacja z kolacji będzie dobra dla każdego? Oczywiście nie, są osoby, którym jedzenie wieczorem może niekonieczne służy, ale dla których jest, powiedzmy, neutralne.

 

Świadoma uważność 

Mindfulness czyli świadoma uważność tak jak we wszystkich innych dziedzinach życia tak i w żywieniu sprawdza się perfekcyjnie jako metoda postępowania. Trzeba świadomie dobierać pokarmy, obserwować swoje reakcje i wyciągać wnioski.  Dla jednego odstawienie czerwonego mięsa będzie ogromnym krokiem naprzód i przyniesie szereg pozytywnych zmian biochemicznych w organizmie, dla drugiego (szczególnie dla mięsożernych z natury osób z grupą krwi 0) może być wręcz szkodliwe – stracą energię i radość życia. Przy dobrym kontakcie z własnym ciałem jesteśmy w stanie wyłapać subtelne sygnały nam podsuwane czego w danym momencie potrzebujemy, nazywa się to krótko mówiąc intuicją w jedzeniu. Przykładowo ja mięsa zasadniczo nie jadam i nie mam na nie większego apetytu, nie służy mi. Są jednak takie okresy w moim życiu, kiedy do mięsa mnie ciągnie. Nie bagatelizuję tego głosu wewnętrznej intuicji, bo wychodzę z założenia, że ciało samo mówi mi czego mu potrzeba i sięgam po niewielkie ilości mięsa organicznego, do czasu aż ten apetyt mi przejdzie.

Badanie i zapisywanie własnych reakcji oraz wsłuchiwanie się w potrzeby organizmu jest kluczem do sukcesu. Uwaga, pociąg do słodyczy najczęściej nie jest głosem naszej wewnętrznej intuicji lecz głosem patogenu (np. sygnałem drożdżycy). Ten jeden głos warto zignorować :-) i zastanowić się nad przeprowadzeniem kuracji antypasożytniczej (np. tej, o której pisałam tu) i wyregulowaniu stanu jelit. Przy dobrej, zrównoważonej diecie i właściwym stanie flory bakteryjnej jelit, napady wilczego apetytu na słodkie nie występują. 

Share on Myspace

czwartek, 05 listopad 2015 00:00

Jak zacząć zdrowiej żywić się od jutra?

 

Mija rok od czasu kiedy zaczęłam pisać ten blog, dziś więc wpis trochę nietypowy i nieplanowany.

Wczoraj bowiem dostałam maila od mojej szwagierki, w którym pisze ona mniej więcej tak (po przetłumaczeniu na polski):

„Kochana, to całe zdrowe odżywianie jest bardzo skomplikowane. Kupiłam książki, które mi poleciłaś, ale ich lektura idzie mi bardzo wolno, nie mam czasu i lata miną zanim je przeczytam. Czy mogłabyś po prostu napisać mi co jeść a czego nie?

Hmmm, pytanie zasadne ale odpowiedź na nie wcale nie łatwa. No bo czy da się tak w kilku zdaniach odpowiedzieć? Pierwsza moja myśl to „nie da się”, „to byłoby zbyt duże uproszczenie, odżywianie to kwestia indywidualna”, ale po chwili zastanowienia pomyślałam sobie, że przecież samo wyeliminowanie pewnych nawyków będzie już ogromnym krokiem do przodu. Tak, da się z dnia na dzień zacząć odżywiać znacząco lepiej. Dlatego z mojej odpowiedzi do siostry mojego męża z bardzo konkretnymi, praktycznymi poradami po jej przetłumaczeniu na polski i dostosowaniu do warunków polskich „ukręciłam” dzisiejszy wpis. Nie wyjaśniam w nim szczegółowo dlaczego i jak, nie wnikam w szczegóły – jest prosty, bo taki ma być.

 

Jak w kilku krokach już od jutra zacząć się żywić lepiej

  1. Przestać pić Colę, Fantę i wszelkie inne kolorowe napoje gazowane. Pijemy wodę, soki warzywne, czasem (ale nie często) sok owocowy, napary i herbatki.

  2. Przestać kupować i używać oleje rafinowane (np. słonecznikowy) – oleje na półkach sklepowych w zwykłych sklepach to oleje rafinowane, poddane takim procesom chemicznym, w które trudno uwierzyć. Wyjątkiem jest oliwa z oliwek extra virgin, która jest tłoczona na zimno (nierafinowana). Jeśli już coś smażymy (co samo w sobie nie jest dobrą metodą obróbki termicznej, ale czasem można) to na maśle klarowanym (ghee) lub na oleju kokosowym nierafinowanym.

  3.  Po przeczytaniu etykiety odkładać z powrotem na półkę wszystko co ma w składzie syrop glukozowo-fruktozowy (jogurty, dżemy) i glutaminian sodu (GMS)

  4. Wybierać produkty bez barwników, konserwantów i sztucznych dodatków (np. ser bez chlorku wapnia) – nie jest to łatwe, ale trzeba się starać. Jeśli chodzi o wędliny najlepiej piec je w domu, w zasadzie nie da się dostać wędlin bez azotynów, jeśli już więc taką kupujemy to niech nie zawiera już innych świństw.

  5.  Nie kupować warzyw i owoców z supermarketów. Czytałam kiedyś, że warzywa i owoce w supermarketach są poddawane promieniowaniu, które ma opóźnić proces ich psucia się a do naświetleń (szczególnie jeśli nie wiemy jakie promieniowanie jest stosowane) należy podchodzić z daleko posuniętą ostrożnością. Nie znalazłam żadnego oficjalnego potwierdzenia tej informacji, ale obawiam się, że to niestety może być prawda. Wystarczy kupić sałatę z marketu i sałatę „od chłopa” i porównać jak szybko jedna i druga więdnie, nie jest naturalne, że sałata może leżeć w lodówce 2 tygodnie i nic się z nią nie dzieje.

  6. Drób kupować tylko ze sprawdzonych miejsc, mając pewność, że nie był szprycowany hormonami.

  7. Kupować wyłącznie mąkę pełnoziarnistą, makaron pełnoziarnisty, ryż pełnoziarnisty itp.

  8. Ograniczyć do minimum użycie cukru. Jeśli użycie jest konieczne niech to będzie cukier nierafinowany (to nie to samo co brązowy) lub surowy miód. Niektóre zastępniki cukru, reklamowane jako zdrowsze są od niego dużo gorsze – np. syrop z agawy czy syrop z kukurydzy, bo zawierają bardzo dużo fruktozy, która jest fatalna dla wątroby.

  9. Wystrzegać się ryb hodowlanych. Są one masowo karmione mączką rybną, czyli zmielonymi na pył resztkami ryb. Pomijając etyczny aspekt tego procederu (karmi się ryby szczątkami ryb) nie jest to ich naturalny pokarm i ryby tak karmione, często i gęsto już rodzą się z nowotworami! Jest to prawdziwa plaga, my oczywiście o tym nie wiemy i spożywamy „zdrowe rybki”.

  10. Nie używać soli rafinowanej (ważonej), najlepszą solą jest różowa sól himalajska.

  11. Nie kupować mleka UHT, które nie ma żadnych wartości odżywczych. Absolutnie nie kupować mleka i przetworów mlecznych homogenizowanych – uszkadzają układ wieńcowy. Jeśli już mleko - to najlepiej eko, niepasteryzowane od rolnika albo pasteryzowane w niskiej temperaturze.

  12. Unikać pszenicy, która została tak zmodyfikowana genetycznie, że jest trudno trawiona przez dużą część ludzi (którzy przypisują swoją nietolerancję glutenowi, gdy tymczasem źle znoszą tylko pszenicę a gluten z innych zbóż im nie szkodzi). Pszenicę warto zastąpić orkiszem, który nie był modyfikowany. Uwaga: etykieta „Chleb orkiszowy” często oznacza dodatek orkiszu i nadal pszenicę w środku, dlatego trzeba się upewnić co do składu. Chleb najlepiej wypiekać samemu ewentualnie zlokalizować piekarnię, gdzie nie stosują dodatków i spulchniaczy i zaopatrywać się w chleb razowy, ewentualnie pytlowy. Najlepszym chlebem jest chleb żytni, razowy na zakwasie, ale osoby ze słabym trawieniem mogą mieć z nim problem; żytni pytlowy powinien być dla nich ok.

  13. Ograniczyć produkty z soi. Są one często przedstawiane jako zdrowe, ale badania nie są tu wcale jednoznaczne. Soja zawiera fitoestrogeny działające podobnie do żeńskich estrogenów, zaś nadmiar estrogenów jest łączony z hormonozależnymi rodzajami raka (piersi, macicy). Dlatego przed menopauzą z soją ostrożnie. Ponadto w 99% soja jest GMO. Natomiast wskazane i polecane są produkty z soi fermentowanej takie jak miso, sos sojowy bez pszenicy, natto, tempeh, tofu itp.

  14. Wykluczyć orzeszki ziemne (wcale nie są zdrowe ze względu na szkodliwy kwas arachidowy, a poza tym są potężnym źródłem pasożytów).

 

Samo przestrzeganie tych zasad będzie znaczącym krokiem w przód w zdrowym odżywianiu i szybko odczujecie różnicę w poziomie energii i samopoczuciu. To jak? Zaczynacie od jutra :-)?

Share on Myspace

poniedziałek, 21 wrzesień 2015 00:00

Dieta na okres jesienny

 

Słyszałam kiedyś, że to czego najbardziej brakuje ludziom mieszkającym w strefie tropikalnej to zmiana pór roku, charakterystyczna dla naszej szerokości geograficznej. Oczywiście fajnie jest pojechać w tamte rejony o dowolnej porze roku i się wygrzać (i spocić), ale dla tubylców fakt, iż pogoda jest tam cały czas taka sama, wcale nie musi być plusem. Nasze pory roku, z których każda jest inna, są po prostu piękne, bajeczne, dają człowiekowi wymierne poczucie stałości, pewności, porządku, następstwa i skutkowości zjawisk, są wreszcie fantastyczną metaforą okresów życia ludzkiego.

Wg. medycyny chińskiej każda z pór roku wiąże się z konkretnym elementem/ przemianą. Okres, w którym teraz się znajdujemy to tzw. babie lato; rządzi nim element Ziemi, związany ze Śledzioną, czyli krótko mówiąc z układem pokarmowym. Dla układu pokarmowego idealna jest dieta ciepła, z przewagą smaków łagodnych i produktów o kolorystyce żółto-pomarańczowo-beżowej. Właśnie teraz warto o to zadbać a skutki będą dalekosiężne w postaci solidnego wzmocnienia przed trudnym okresem zimowym.

Babie lato to krótki okres, po którym wkraczamy w jesień, związaną z elementem Metalu – Płucami, czyli ogólnie układem oddechowym.

Wracając do pogody, za dnia jeszcze ciepło i przyjemnie, w nocy powietrze jest już zimne. Jak pisał klasyk medycyny chińskiej:

„Jesienią wszystko w przyrodzie  osiąga pełnię dojrzałości.

Ziarna dojrzewają i nadchodzi czas zbiorów.

Energia niebios się ochładza, podobnie jak pogoda.”

Ziemia jest jeszcze rozgrzana, dlatego od dołu możemy się ubierać ciagle letnio, ale powietrze już nie jest tak komfortowe termicznie – dlatego wg. TCM w tym okresie powinniśmy raczej chodzić w szortach i sweterku niż w długich spodniach i t-shircie. Dbamy w ten sposób o Płuca, związane z tą porą roku.

Bardzo lubię jesień (może dlatego, że jestem jesiennym dzieckiem) – sezon ponoć najmniej lubiany ze wszystkich czterech. Jesień to pora, w której powoli z pełnej aktywności lata przechodzimy do statycznej zimy. Ważne jest aby nie forsować organizmu i nie zachowywać się jesienią jak latem. W praktyce oznacza to lekkie wyhamowanie, wcześniejsze chodzenie spać, jedzenie cieplejszych pokarmów, częstsze przebywanie w domu (nie jest to absolutnie równoznaczne z zaszyciem się w domu). Jesień to czas na skupienie energii, ześrodkowanie ducha i poskromienie żądz. Koniecznie trzeba też zadbać o spokój i niepoddanie się spadkom nastroju, o które - w związku ze zmniejszoną ilością światła słonecznego i kapryśną pogodą – niezwykle łatwo. Trzeba zadbać o własny błogostan, dawać sobie czas na przyjemności, doświetlać się, regularnie ćwiczyć, szczególnie wskazane są ćwiczenia oddechowe na wzmocnienie Płuc.

Nie ma dwóch osób, które powinny się dokładnie tak samo odżywiać. Wszystko zależy od aktualnego, indywidualnego stanu organizmu. To co dla jednego będzie zbawieniem dla drugiego może mieć katastrofalne skutki (np. całkowite odstawienie mięsa w przypadku osób nadmiarowych może przynieść rewelacyjne efekty, w przypadku osób niedoborowych i osłabionych – może zdziałać więcej szkody niż pożytku).

Ponieważ jednak 98% ludzi społeczeństw zachodnich ma problemy z układem trawiennym, dobrą uniwersalną dietą na okres i babiego lata i jesieni jest dieta wzmacniająca Śledzionę. Podstawę tej diety stanowią takie produkty sezonowe jak np.  dynia, kapusta, kapusta pekińska, buraki, cebula, grzyby, ziemniaki, marchewka, cukinia, por, kalafior, orzechy, seler, pigwa. Stosujemy też produkty strączkowe, ale te drobniejsze np. soczewica, drobna fasolka, fasolka adzuki, ciecierzyca (im ziarno strączkowe jest większe tym trudniej je strawić). Oczywiście okres jesienny to również bogactwo zbóż, szczególnie kasz. Kto jeszcze nie pokochał kaszy jaglanej powinien właśnie teraz to zrobić. Warto też sięgać po żyto, jęczmień i grykę. Do diety jesiennej warto wprowadzić rozgrzewające czosnek, imbir, cynamon, goździki i aromatyczne przyprawy. Kuchnia tradycyjnej medycyny chińskiej nie wprowadza tu dla nas niczego nowego, wszak okres jesienny w Polsce niezmiennie kojarzy się z aromatycznym, grzanym winem, pieczonymi jabłkami i piernikami.

W okresie jesiennym ograniczamy lub odstawiamy owoce (których zresztą coraz mniej), szczególnie wychładzające cytrusy, a także produkty takie jak algi, trawy jęczmienne i sałaty. Jeśli jemy coś o naturze yin (chłodne) to niech będzie przyrządzone na sposób yang (np. pieczone jabłka czy gruszki).

Mądre żywienie w okresie jesiennym pomaga zachować na dłużej siły zyskane podczas lata. 

Share on Myspace

poniedziałek, 10 sierpień 2015 00:00

Chcesz schudnąć? Przestań liczyć kalorie

Dietetyka polska nigdy nie stała na wysokim poziomie (oczywiście zawsze są pozytywne wyjątki) dlatego nawet mnie specjalnie nie dziwi, gdy wielu „specjalistów od żywienia” prawi mądrości żywcem sprzed 30-40 lat, ignorując całkowicie postęp w wiedzy na temat wpływu odżywiania na zdrowie człowieka i ważne badania w tym zakresie. Jeden z takich przedpotopowych dogmatów odnosi się do kalorii i kaloryczności pożywienia jako głównej kwestii wpływającej na to jak wyglądamy i się czujemy.

Co to jest kaloria?

Kaloria to jednostka ciepła wytwarzana podczas spalania pokarmu. Pierwotna jej definicja odnosiła się do ilości ciepła potrzebnej do podgrzania pod ciśnieniem 1 atmosfery 1 g czystej chemicznie wody o 1 ° C od 14,5 ° C do 15,5° C. W skrócie określenie ilości kalorii w produktach żywnościowych ma wyrażać ilość energii, którą przeciętnie przyswaja ludzki organizm przy spożyciu takiego produktu. Przyjmujemy za dużo energii niż jej wydatkujemy – odkłada się ona w postaci tłuszczyku, przyjmujemy za mało – chudniemy.

W dobie dominacji „mędrca szkiełka i oka” przekonanie, że kaloria to kaloria bez względu na to z jakiego pożywienia ją czerpiemy dominowała i niestety jeszcze powszechnie dominuje. „Bo takie są prawa fizyki”. No ale w międzyczasie już wiemy, że prawa fizyki nie zawsze się sprawdzają (vide fizyka kwantowa), tak więc czas spojrzeć prawdzie w oczy, że teoria kalorii dla nauki o odżywianiu jest całkowicie niewystarczająca i ma liczne luki a ilość wyjątków jest zbyt duża, żeby nadal uważać je za wyjątki.

Kaloria kalorii nierówna

Gdyby sprawa z kaloriami była taka prosta, mężczyzna, który zjada 2000 kcal dziennie powinien być szczuplejszy niż ten który zjada 2500 kcal dziennie, o ile wydatkują tyle samo energii. Tyle w teorii. W praktyce to kompletnie nie działa. Kalorie są bezużyteczne jako wskaźnik tego jaki przyrost wagi spowoduje spożycie danego pokarmu. Bezużyteczny – bo jak zwykle życie jest bardziej skomplikowane. Słabość teorii kalorycznej wykazały liczne przykłady, które wykazały, że związek między kaloriami a tyciem jest delikatnie mówiąc – luźny. Istnieje sporo badań wskazujących, że wysokokaloryczne orzechy wcale nie muszą prowadzić do przyrostu wagi, a wręcz mogą pomóc w odchudzaniu. Wysokokaloryczny alkohol również z tyciem niewiele ma wspólnego a alkoholicy często są wychudzeni, choć w teorii powinni mieć znaczną nadwagę. Niskokaloryczne diety nie powodują chudnięcia takiego jakie wynikałoby z czystych wyliczeń dostarczanych kalorii, a wręcz zbyt niskokaloryczna dieta może prowadzić do zatrzymania chudnięcia. Z kolei ludzie na diecie dr Kwaśniewskiego na golonkach i bez warzyw chudną błyskawicznie.

Indeks glikemiczny

Koncepcja indeksu glikemicznego została rozpowszechniona przez M. Montignaca, który na IG zbudował swoją koncepcję i markę. Indeks glikemiczny to wskaźnik opracowany 35 lat temu, który określa tempo z jakim organizm przyswaja zawartą w węglowodanach glukozę. Im wyższy wskaźnik IG (pow. 50) tym gorzej, bo oznacza to, że glukoza uwalnia się bardzo szybko, co prowadzi do gwałtownego uwalniania insuliny, co nie jest zjawiskiem korzystnym i może prowadzić do cukrzycy. Szybko jesteśmy znowu głodni. Węglowodany o niskim IG (poniżej 50) wolniej uwalniają glukozę do krwi, przypływ energii jest bardziej długotrwały, dłużej zostajemy syci.

NewVal

Obecnie w światowej dietetyce coraz głośniej jest o koncepcji NuVal, która jest metodą oceny pożywienia przede wszystkim z punktu widzenia jej wpływu na stan zdrowia, nie zaś na wagę. Bowiem nie każda szczupła osoba jest automatycznie zdrowa (zależność w drugą stronę raczej nie występuje – osoby otyłe raczej nigdy nie są zdrowe, co najwyżej niezdiagnozowane ;-)). NuVal została opracowana przez dwunastu dietetyków, uważanych za reprezentujących poziom światowy w swojej dziedzinie. Metoda nie odrzuca całkowicie kalorii (prawa fizyki jednak częściowo obowiązują) ale uzupełnia ocenę danego pożywienia o indeks glikemiczny, jego udowodniony wpływ na stan zdrowia oraz poziom odczucia sytości.

Przykładowo niskokaloryczna Cola „0” wg. NewVal wypada tragicznie (1 na 100 punktów). Z kolei wysokokaloryczne banany przynajmniej teoretycznie wypadają całkiem dobrze (91 na 100 p.) Teoretycznie, bo niestety te, które do nas trafiają to nie do końca te owoce z tabelki – wysyłane statkami jako zielone, słońca nie widziały za dużo, smak ich jest bardzo wątpliwy (mdły). Spróbujcie lokalnego banana będąc w strefie tropikalnej lub choćby w rejonie Morza Śródziemnego a tych „polskich” już będziecie unikać – inna jakość pod każdym względem.    

Nie namawiam Was wcale na zgłębianie tajników NewVal (która zresztą wydaje się być kolejnym „produktem” komercyjnym i została już opatentowana); raczej wspominam o tym, żeby pokazać, że najnowsze trendy dietetyczne wyraźnie idą w kierunku holistycznego spojrzenia na odżywianie (co mi dany pokarm daje, jak się po nim czuję a nie ile kalorii ma w tabelce). Proces odżywiania jest bardzo skomplikowaną a do tego wysoce indywidualną sprawą i najlepszą metodą jest obserwacja własnych reakcji (niezastąpiony jest przy tym dzienniczek żywieniowy, do którego wpisujemy co jemy i jak się po tym czujemy – daje to nam największą wiedzę o naszym organizmie). Nawet banan (wysoko oceniany wg. NewVal) nie będzie dobry dla osób z nagromadzonym śluzem.   

Dieta-cud

Nie istnieje? Owszem, owszem istnieje! Ale nie w tym znaczeniu w jakim jest powszechnie używana. Żadna dieta jako ułożony program (reżim) z licznymi ograniczeniami i odliczanymi kaloriami, którego trzymamy się przez jakiś czas aby schudnąć a potem kończymy - nie jest i nigdy nie będzie dietą-cud.

Jedyną dietą-cud i metodą na trwałe pozbycie się nadwagi jest całkowita zmiana nawyków żywieniowych i mądre i uważne dobieranie tego co kładziemy na talerz. Dieta oparta na naturalnym, nieprzetworzonym (nierafinowanym) pożywieniu, bez chemii i pestycydów. Bez liczenia kalorii. Bez odmawiania sobie czekolady czy domowego ciasta w granicach rozsądku. Liczenie kalorii jest nie tylko nienaturalne ale i obdziera cały proces spożywania pokarmu z całej magii i przyjemności sprowadzając psychofizyczność człowieka do pieca, do którego należy wrzucić odpowiednią ilość drewna.

Jeśli więc znów zastanawiacie się nad kolejną fantastyczną dietą, w której je się to i tamto, a tego i tamtego nie – proszę Was, nie idźcie tą drogą, nie oszukujcie sami siebie. To co osiągnięcie będzie krótkotrwałe a ponadto może zaszkodzić Waszemu zdrowiu.

Nie znam osoby, która podjąwszy decyzję o zmianie stylu żywienia na zdrowy, nie zrzuciłaby przy okazji zbędnych kilogramów, o ile takie miała. I dzieje się to zawsze jako efekt uboczny, czyli tak jak w ogóle wszelkie rzeczy w naszym życiu winny się dziać: bezwysiłkowo i naturalnie. Czego Wam nieustająco życzę. 

Share on Myspace
wtorek, 07 lipiec 2015 00:00

Co jeść gdy skwar się leje z nieba

Zrobiłam sobie tydzień przerwy od bloga, bo odpoczywałam po kolejnym dużym egzaminie tym razem dyplomowym z dietetyki wg. Tradycyjnej Medycyny Chińskiej, który w zasadzie zdałam nadspodziewanie dobrze, pomimo moich obaw, bo materia – choć fascynująca – jest niezwykle złożona. Przez najbliższe pół roku będę zdobywać praktykę diagnostyczną a potem ... zobaczymy :-)   

Tymczasem za oknem spiekota straszna i choć miało być o czymś innym znowu będzie o upałach i o tym, jak się wspomóc w ich trakcie od strony żywieniowej. Tym razem mniej o napojach a bardziej o pokarmach stałych, bo co tu jeść jak z nieba leje się skwar i najchętniej by się nie jadło tylko zamknęło w lodówce?

Wg. TCM pokarmy mają swoją termikę, to znaczy działają termicznie neutralnie, ogrzewająco lub ochładzająco. Te działające ogrzewająco lub ochładzająco dzielą się na działające lekko i ekstremalnie. Znajomość tych zasad pozwala perfekcyjnie dopasować spożywane produkty do pory roku, aury i stanu naszego wewnętrznego rozgrzania. Jeśli więc nie jesteście wyziębieni ;-) a wręcz oziębienia potrzebujecie Waszej uwadze polecam:

Produkty działające mocno schładzająco:

  •        w zasadzie większość warzyw i owoców, a w szczególności pomidor, sałata, rzodkiew, arbuz, pomarańcze (inne cytrusy również),     gruszki, kiwi, rabarbar,
  •        kraby, kawior, raki
  •        sól
  •        wodorosty (algi)
  •        fasolka mung

Z tego zestawu pierwsza część jest dosyć oczywista, natomiast nie wszyscy znają fantastyczne właściwości fasolki mung jako rewelacyjnego produktu ochładzającego. Fasolkę gotujemy, studzimy i jemy np. w sałatce. Chińczycy piją również napój z fasolki mung oraz oczywiście congee z tą fasolką. Ponoć nic nie chłodzi lepiej. Rzućcie więc w kąt lody i sorbety, które źle działają na gardło i delektujcie się fasolką mung :-D

Przykładowa sałatka: ugotować fasolkę mung z dodatkiem pokrojonych w paski wodorostów do miękkości, dodać drobno pokrojony pomidor, uprażony sezam, ziarna granatu, posypać lubczykiem, dosolić do smaku, polać łyżką oliwy z oliwek extra virgin.

Warto również wybierać chłodniejsze rodzaje kasz, np. jęczmienną. Ciepłe lato to też wymarzony wręcz okres do wzmocnienia się za pomocą chlorelli, spiruliny czy zielonego proszku z młodego jęczmienia. Wszystkie te produkty mają wybitne działanie prozdrowotne, wzmacniające i detoksykujące, ale również bardzo mocno wychładzające, dlatego zimą trzeba je stosować bardzo ostrożnie, natomiast latem możemy mieć 2 w 1 – i zdrowie i ochłodzenie :-)

Latem, gdy tracimy dużo płynów pocąc się bardzo wskazany jest smak kwaśny, który przytrzymuje płyny wewnątrz, a więc i ogranicza pocenie. To wyjaśnia dlaczego tak wiele osób właśnie w upały ma ochotę na kwaszone ogórasy i lemoniadę. Warto przy tym pamiętać, że smak kwaśny ma swoje wersje gorące, neutralne i chłodne. Gorące raczej wykluczmy, tzn. np. ocet.

Czego unikać

Jeśli dla kogoś życie bez mięsa traci cały swój sens, na ten okres sugeruję przynajmniej je ograniczyć i wybierać gatunki chłodniejsze, tj. kaczkę lub neutralne – wieprzowinę czy gęś oraz zrezygnować z najbardziej rozgrzewających metod obróbki termicznej, tj. grillowania i pieczenia. Kaczka na parze lub gotowana nie rozgrzeje nas tak bardzo jak mogłaby to uczynić grillowana baranina :-).

Z innych ogrzewających substancji warto wykluczyć ostre przyprawy i imbir. Mają działanie rozpraszające (tj. wznoszące i wyrzucające na zewnątrz) a nam chodzi o to, żeby przytrzymać płyny wewnątrz organizmu. A więc w upały jedzmy nieostro i lekko kwaśno i koniecznie pamiętajmy o odpowiedniej ilości płynów.

O tym co pić w upały pisałam tutaj.

 

Trzymajcie się jakoś, na piątek zapowiadają ochłodzenie!

Share on Myspace
poniedziałek, 08 czerwiec 2015 00:00

Nie daj się odwodnić! 

 

picie

Długi weekend majowy był wyjątkowo ciepły, momentami upalny, więc to dobry moment, żeby podjąć temat nawadniania w czasie upałów.

Obiegowa opinia mówi, że kiedy czujesz pragnienie, to jesteś już odwodniony. Nie wiem czy to rzeczywiście prawda, bo zdania są podzielone i twierdzenia, że Matka-Natura po to nam dała pragnienie, żeby sygnalizować, że to już – brzmią rozsądnie.

Bez względu na to jaką interpretację przyjąć, w czasie upałów trzeba pić więcej i warto robić to mądrze. Wg. medycyny chińskiej lato to okres Yang w zenicie dlatego właśnie wtedy trzeba szczególnie zadbać o Yin, a Yin to krew i płyny ustrojowe ciała, na które upał i pocenie się działają wyniszczająco. Trzeba więc zdecydowanie zadbać o odpowiednie nawilżenie organizmu.

 

Woda

Sama woda może nie wystarczyć. Pamiętam jak ze zdziwieniem usłyszałam na zajęciach z dietetyki medycyny chińskiej, że woda może wysuszać i że w stanach wysuszenia organizmu nie jest wskazana! I tak jest rzeczywiście, pijemy, pijemy, siusiamy, siusiamy i jest nam wewnętrznie sucho.

Jeśli już woda to najlepiej z dodatkiem soli himalajskiej – dosłownie szczypta na szklankę.

Na bazie wody można też przygotować domowy zdrowy napój izotoniczny - do wody oprócz szczypty dobrej jakości soli dodajemy zdrowego słodu (np. odrobinę świeżo wyciśniętego soku z pomarańczy, miodu itp.) Mamy więc smak słodki i słony w jednym oraz dostarczone mikroelementy z soli.

O tym jaka woda i czy gazowana czy nie pisałam tu i tu.

 

Kompoty

kompotyKompoty są wynalazkiem genialnym i wcale nie muszą być słodkie jak ulepek

Ja gotuję kompoty bez dodatku cukru – wydobywa się naturalna słodycz owoców, całkowicie wystarczająca, jedynie w przypadku piekielnie kwaśnych mirabelek – dodaję do garnka suszonej stewii.

Wg. TCM doskonale nawilżającym kompotem jest kompot z gruszek z garścią migdałów (potwierdzam), ale każdy kompot gotowany na owocach lub suszonych owocach będzie dobrze nawilżał. Jeśli mamy nawracające infekcje górnych dróg oddechowych lub problemy z oddychaniem do kompotu warto dodać garść pestek z moreli (wg. TCM rewelacyjnie nawilżają Płuca).

 

Soki i musy z owoców

Świetne nawilżenie zapewniają świeżo wyciskane soki z owoców lub musy z dowolnych owoców.

W czasie upałów odczuwamy potrzebę schłodzenia, dlatego latem zasadniczo ograniczamy imbir, który ma silnie rozgrzewające działanie. Na szczęście większość cytrusów, melonów oraz arbuz mają termikę chłodną lub bardzo chłodną. Można też sięgać po pozostałe, w zasadzie wśród owoców nie ma takich o termice ciepłej. Warto pamiętać, że smakiem przytrzymującym płyny w organizmie jest smak kwaśny. Dlatego latem w naturalny sposób mamy ochotę na kwaśne. Czyli cytrusy będą tu jak znalazł.

Z kolei smakiem wysuszającym jest smak gorzki. Dlatego kawa czy czarna herbata pite w tym okresie mogą tylko spotęgować odczucie suchości w ciele.

melonOdrębne słowa uznania należą się arbuzowi, który nie tylko ochładza i nawilża, ale ma fantastyczne właściwości detoksykacyjne. Soku z arbuza nie ma sensu robić, arbuz najlepiej po prostu jeść, ewentualnie miąższ zmiksować lekko w blenderze. Jeśli ktoś nie ma czasu ani siły na trudne diety detoksykacyjne, polecam oczyszczanie arbuzem, codzienna szklanka takiego musu przez miesiąc potrafi zdziałać cuda.

 

Herbatki

Gdy jest ciepło mniej chętnie sięgamy po ciepłe napoje, ale przecież możemy zaczekać, aż napój wystygnie.

Jeśli dobierzemy takie herbatki, które mają jednocześnie działanie zdrowotne i ochładzające – będzie to strzał w dziesiątkę. Polecam zatem ochładzające a niezwykle zdrowe: zieloną herbatę, herbatkę z głogu, herbatkę z hibiskusa czy wywar z fasoli mung.

Lato to również idealna pora na koktajle z młodego jęczmienia i alg (spiruliny i chlorelli). Zimą pijąc te mocno wychładzające napoje można sobie zrobić krzywdę (np. wychłodzić Nerki), natomiast latem nie dość, że się odtruwamy i wzmacniamy to jeszcze schładzamy.

Tak więc pamiętajcie – nawadniać trzeba się z głową i jak zwykle sprawdzi się zasada „spróbuj, obserwuj i zadecyduj co będzie najlepsze”.

Share on Myspace
czwartek, 16 kwiecień 2015 00:00

Wypróżnienia – temat „nieelegancki”, ale ważny J 

Uwaga będzie trochę obrzydliwie (bez przesady) za to bardzo życiowo J

 

Życie to trawienie. A jako, że ciało nie jest oderwane od psychiki, a wręcz przeciwnie trawienie rozumieć można w szerszym, niż tylko fizjologicznym kontekście. Spotykają nas różne rzeczy, ludzie i zdarzenia, lepsze czy gorsze i jakość naszego życia zależy od tego jak je „strawimy” – czy nam zalegną gdzieś w środku nie dając emocjonalnego spokoju czy w odpowiednim momencie po przetrawieniu zostaną usunięte.

 Dobre życie = dobre trawienie.

Na poziomie psychicznym dobrym trawieniem będzie właściwy stosunek do tego co nas spotyka w życiu, nie przetrzymywanie latami toksycznych emocji, odpuszczanie, pozbywanie się tego co niepotrzebne i co zaśmieca spokój umysłu. Taką samą sytuację życiową jeden strawi dobrze, innego rozłoży ona całkowicie.

trawienieNa poziomie fizjologicznym dobre trawienie sprowadza się do tego, że to co potrzebne z pokarmu ma zostać po rozłożeniu na mniejsze cząsteczki wchłonięte i przyswojone, a to co zbędne – usunięte z organizmu w formie „wiadomo czego”.

W prawidłowym przebiegu tego procesu pomaga nam sama grawitacja, bo nasz układ trawienny jest zbudowany w uproszczeniu jak pionowa rura, co wrzucimy z góry powinno w odpowiednim momencie wyjść dołem, bez cofania się po drodze.

Piszę o tym, bo jestem dziś w 10 dniu kuracji oczyszczającej Clean, o której pisałam poprzednio. Czuję się wyśmienicie i moja energia wzrosła znacząco, a nawet nie jestem jeszcze w połowie.

Jednak wtedy gdy coś zmieniamy (zmiana sposobu jedzenia, zmiana otoczenia, np. wyjazd, itp.) łatwo o zmiany w wypróżnianiu, w postaci bądź to biegunek bądź zaparć, częściej tych ostatnich. Dodatkowo przy oczyszczeniach wraz z kałem często wydalany jest nagromadzony w organizmie śluz, co to też bardzo sprzyja zaparciom.

Tymczasem  codzienne wypróżnienie w ogóle, a w okresie oczyszczania szczególnie jest kwestią niezwykłej wręcz wagi.

Cytując klasykę, tj. „Przygody dobrego wojaka Szwejka” Haška:

„O szóstej żołnierze dostają gulasz z kartoflami, o pół do dziewiątej idzie wojsko do latryny, żeby się wyknocić, o dziewiątej idzie spać. Przed takim wojskiem nieprzyjaciel pierzcha ze zgrozą.”

Cytat genialny bo dotyka aż trzech istotnych kwestii zdrowego życia: wczesnej kolacji, regularnego wypróżniania i wczesnego chodzenia spać J

Nie wolno zatem dopuszczać do długotrwałych zaparć, gdyż dla naszego organizmu oznacza to ryzyko zatrucia organizmu toksynami, które powinny zostać wydalone, ale ze względu na brak wypróżnienia ulegają ponownemu wchłonięciu, np. do krwi.  Jest to też czynnik zwiększający ryzyko zachorowania na raka.

W czasie oczyszczeń, gdy dodatkowo z organizmu uwalniane są nagromadzone latami toksyny jest to szczególnie istotne. Jeśli nie zadbamy o codzienne wypróżnienie może dojść do tzw. efektu Herxheimera, który oznacza ponowne wchłonięcie się toksyn i ostre objawy zatrucia.

Jeśli więc decydujesz się na wiosenną kurację oczyszczającą pamiętaj o konieczności codziennego wypróżnienia. Jeśli samo nie idzie, trzeba sobie doraźnie pomóc. Takich doraźnych sposobów poprawienia wydalania jest sporo, od wypicia dwóch łyżek obrzydliwego oleju rycynowego, poprzez ziółka (np. równie sympatyczny w smaku co ww. olej - rzewień, na lewatywie kończąc.) Są to rozwiązania doraźne, nie dotykające przyczyny, ale w trakcie oczyszczeni niezbędne.

Natomiast stałe (regularne) zaparcia lub stałe biegunki są sygnałem nieprawidłowości zdrowotnych, czasem o podłożu chorobowym, najczęściej jednak ze względu na złe odżywianie i styl życia (np. długotrwałej siedzącej pozycji przed komputerem i brachu ruchu).

Czy wspominałam, że kocham indywidualistyczne podejście tradycyjnej medycyny chińskiej do człowieka? M.in. za to, że nie leczy objawów tylko sięga do przyczyny? Że jeden objaw może mieć kilka różnych przyczyn i bez ustalenia przyczyny nie powinno się zaczynać terapii (pożywieniem lub ziołami)?

I z zaparciami jest oczywiście tak samo. W TCM jest 5 podstawowych wzorców zaparć, których przyczynami może być całkiem coś innego, łącznie ze stresem emocjonalnym. I tak zaparcia mogą wynikać z nadmiarowego gorąca w żołądku i jelitach, z  zastoju qi Wątroby lub ataku Wątroby na Śledzionę, z  Niedoboru Qi Śledziony i Płuc, z niedoboru Krwi i Yin lub z niedoboru Yang Śledziony i Nerek.

Zdaję sobie sprawę, że dla osób bez znajomości podstaw TCM poprzednie zdanie niewiele wniesie do sprawy. Dobra wiadomość jest więc taka, że rewelacyjnym sposobem na wyregulowanie pracy jelit i regularne wypróżnienia w zasadzie w każdym z tych wzorców (bez względu na przyczynę) jest kuracja śliwką umeboshi. Kuracja taka trwa 4-5 tygodni i daje naprawdę spektakularne efekty. Napiszę o niej w jednym z najbliższych wpisów. 

Link do artykułu o kuracji śliwką umeboshi.

Share on Myspace
Strona 1 z 2


 

Zdrowie to jedynie kwestia nawyku,

wielu drobnych przyzwyczajeń,

które składają się na całość

a jedyną osobą, która może Cię uzdrowić

jesteś Ty sam.